O mojej żonie, rodzinie i o „Szkole z klasą” (ale nie tylko…) Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXIII

2

Jesteśmy ze sobą już ponad 50 lat i dalej jest nam dobrze razem! Może to nietypowy początek „odcinka”, ale tak jest naprawdę.

Przez te minione lata nie doszło między nami do większej różnicy zdań, jakiejś awantury, która podzieliłaby nasze losy. Przeciwnie, im dłużej jesteśmy ze sobą, tym bardziej doceniamy wszystko, co nas łączy! Tylko żal, że tak szybko (dosłownie nie wiadomo kiedy) mijają przeżyte wspólnie lata. A były bardzo „bogate” w ważne wydarzenia!

Przede wszystkim przyszły na świat nasze dzieci: Ania i Hubert! W Warszawie mieszka też mój syn z I małżeństwa – Roman. Odnosimy się z najwyższym uznaniem dla Jego dorobku dziennikarskiego i autorskiego. Słuchamy Jego radiowych audycji i czytamy Jego książki. I dumni jesteśmy, że jest znanym i cenionym dziennikarzem! Człowiekiem wszechstronnie utalentowanym.

Ale wracam do mojej żony, której poświęcam ten rozdział!  

Zawdzięczam Jej bardzo wiele, że była zawsze przy mnie, szczególnie, gdy przeżywałem trudne w swoim życiu chwile:

gdy zwalniano mnie z pracy,

gdy miałem przed laty ciężki wypadek samochodowy,

gdy z powodu dwóch udarów i kłopotów z sercem – „lądowałem” w szpitalach,

Nie będę dalej wyliczał tych przykrych wspomnień, podkreślę tylko, że dzięki Magdzie zawsze wychodziłem „obronną ręką” z podobnych zdarzeń. I tak jest do dzisiaj. Po prostu kocham Ją wiedząc, że mogę na Nią liczyć w KAŻDEJ SYTUACJI.

Jest doskonałą redaktorką wszystkich moich, pisanych w ostatnich latach tekstów.

Cierpliwie, z wielką polonistyczną i edytorską kompetencją poświęca im tyle czasu, choć często krytycznym spojrzeniem i uwagami hamuje moje „literackie” ambicje.

W każdym razie jest fantastyczna w roli „mojej” redaktorki  i korektorki! Tym bardziej jestem Jej za to wdzięczny, gdyż na emeryturze, na której obydwoje już jesteśmy, moja aktywność „pisarska” wzrosła, więc i pracy z tym związanej przybyło.  

PROWADZIMY nadal OTWARTY DOM, lubimy spotykać się z przyjaciółmi, chodzić do teatru, na koncerty, wystawy, co – niestety – ostatnio bardzo przyhamowała pandemia.

Lubimy też wyjeżdżać latem  na niewielką działkę, jaką mamy niedaleko Serocka nad Narwią. Bardzo tam pięknie; najchętniej odpoczywamy przy ognisku lub przy kominku, przyjmujemy gości,  chodzimy na długie polne i leśne spacery, albo wałem wzdłuż rzeki. Również wyjeżdżamy do okolicznych miast i wsi: Popowa, Wyszkowa, Pułtuska, Ciechanowa. Naszym ulubionym miejscem jest Opinogóra, z przepięknym Muzeum Romantyzmu i pamiątkami po Zygmuncie Krasińskim. A i sam Serock, z jego plażą, rynkiem, restauracjami „rybnymi”, dostarcza wielu „miejsko-regionalnych” atrakcji. Jest to wyjątkowo piękne, wręcz urokliwe miasteczko.  

Wdzięczny jestem żonie za popieranie (i to od lat) moich zabiegów w kwestii zacieśniania współpracy z Niemcami, choć sama jest klasyczną Mazowszanką z pochodzenia, której rodzina nie miała łatwo i w czasie okupacji i w latach powojennych.

Zawsze podziwiałem szczerze Jej Ojca, Mamę, Brata, Siostry i resztę Rodziny, z którą od pierwszego dnia naszego związku byłem i jestem w jak najlepszych relacjach. W Nidzicy, gdzie mieszkali (i nadal mieszka Jej Brat – Szymon) spędziliśmy wiele wspaniałych dni, urlopów, a przede wszystkim świąt w rodzinnym gronie.   

Dziękuję też mojej żonie za przyjaźń z moją Mamą, także z moją siostrą i całą rodziną, a nawet ze znajomymi, mieszkającymi po części nadal w Niemczech! Zresztą z pełną wzajemnością.

Ważne, a może nawet BARDZO WAŻNE jest to, że wszyscy razem (i ci w Niemczech, i ci w Polsce) przez lata stanowiliśmy zgodnie ze sobą współżyjącą RODZINĘ. Co dowodzi, że i Polacy, i Niemcy mogą być z wzajemną dla siebie korzyścią partnerami i… przewodzić „rodzinie narodów” tworzących dziś Unię Europejską!

Sami też z ogromną radością powitaliśmy czas, gdy po latach „żelaznej kurtyny” zlikwidowano wreszcie dzielącą nas oficjalną granicę i mogliśmy się nawzajem odwiedzać, kiedy tylko mieliśmy na to czas i ochotę.

Dziś jeździmy nadal do Nidzicy, rzadziej do Ahrbergen (skąd pochodziła moja mama i mieszkała moja siostra); także do Szczecina (gdzie pochowany jest mój ojciec). Mamy nadal przyjaciół w Berlinie, Dortmundzie, Paderborn, Monachium, Straubingu, Göttingen, Lipsku i w Gödelitz k. Drezna.

Poznaliśmy się w pociągu w 1967 roku, kiedy wspólnie jechaliśmy ze Szczecina do czechosłowackiej Jihlawy na festiwal chórów – Ona jako członkini słynnego Chóru Akademickiego Politechniki Szczecińskiej,  ja jako zaproszony gość z ramienia Szczecińskiego Towarzystwa Kultury.

Byliśmy jeszcze razem w USA na światowym festiwalu chóralnym, na którym „Chór ze Szczecina” (jak pisała wówczas w Stanach prasa) był wielką rewelacją. Bo to był naprawdę WIELKI CHÓR, którego Magda była wtedy nawet prezeską zarządu!

Zresztą na bycie prezeską tego Chóru w pełni sobie zasłużyła, nie tylko z racji wieloletniego w nim śpiewania, ale ukończenia studiów muzycznych, uzyskania kwalifikacji dyrygenckich i zatrudnienia się w szkolnictwie – najpierw w Szczecinie, a potem w Warszawie, jako nauczycielka muzyki.

(W Szczecinie pracowała w Szkole Podstawowej nr 5 i 64, zaś w Warszawie w szkołach: 146 i 303. W tych dwu ostatnich była dyrektorem (czy dyrektorką, jak się dzisiaj tę funkcję określa).

O Chórze Politechniki (o którym napiszę oddzielnie w następnym odcinku) w tym miejscu powiem jedynie tyle, że wszędzie gdzie wystąpił, a wystąpił w swojej historii w ponad 30 krajach na czterech kontynentach, wywoływał ZAWSZE entuzjazm widowni!

Rozgrzewał słuchaczy (czego wielokrotnie byłem świadkiem) siłą niezwykłego brzmienia i wspaniałej interpretacji utworów; zmuszał do refleksyjnej ciszy, wykonując „Gaude Mater Polonia”, pieśni Wacława z Szamotuł, utwory Mikołaja Zieleńskiego, Orlando di Lasso, Bacha, Beethovena, Rossiniego, Händla, Haydna, Mozarta, Brucknera i innych. Ale też kompozytorów współczesnych: Pendereckiego, Orffa, Wiechowicza, Świdra, Hawela, Koszewskiego, Twardowskiego, Rabego, Jasińskiego, Fotka.

 URZEKAJĄCO śpiewał muzykę religijną – od średniowiecza po współczesność; także prawosławną i Negro spirituals!  Twórcą WSZYSTKICH sukcesów  Chóru był jego założyciel (w 1952 roku, jeszcze jako student Politechniki, a prowadził swój ukochany Zespół do 2003 roku!!!) – NIEZAPOMNIANY prof. Jan Szyrocki, postać wybitna, znana i zasłużona dla chóralistyki polskiej. Chór śpiewał również pod batutą  innych dyrygentów polskich: Waleriana Pawłowskiego, Józefa Wiłkomirskiego, Stefana Marczyka, aby wymienić zaledwie kilku, gdyż było ich znacznie więcej, gdyż nawet Kazimierz Kord i sam Krzysztof Penderecki dyrygowali na kilku koncertach z udziałem Chóru Politechniki.

Magda z Kubą Buczkowskim często pomagali Jasiowi  (tak wszyscy zwracali się do swego ukochanego dyrygenta) w próbach, w przygotowywaniu Zespołu do występów (a nawet w samodzielnym  poprowadzeniu koncertu w szczecińskiej Filharmonii). Wtedy była już po studiach w Poznańskiej Akademii Muzycznej. (Jan Szyrocki – co chciałbym podkreślić – był w wykształcenia inżynierem, absolwentem i pracownikiem naukowym Politechniki, ale ukończył potem studia muzyczne – dyrygenturę – w Poznaniu i Wiedniu).

Co prawda Chór dzisiaj dalej śpiewa, ale takiego, z jakim się w latach 60. i 70. ub. wieku zaprzyjaźniłem i w jakim ZAKOCHAŁEM, już chyba nie będzie! Bo też nie ma już wśród nas  (jednak niezastąpionego) Jasia Szyrockiego!

Podziwiałem swoją żonę za prowadzone przez Nią chóry dziecięce w szkołach, w których pracowała, gdy mieszkaliśmy jeszcze w Szczecinie, a potem te, które tworzyła, gdy już zamieszkaliśmy od 1973r. w Warszawie.

Oddaję żonie także głęboką cześć za prowadzoną przez Nią działalność zawodowo-kulturalną w Szczecinie (m.in. za utworzony razem ze swymi koleżankami z Chóru zespół wokalny „Barmitki” – złożony z sióstr Magdaleny i Elżbiety Bartosiak oraz Teresy i  Ludwiki Mitkiewicz!  (Od skrótu tych nazwisk powstała nazwa „BARMITKI )”. Szkoda, że Panie długo „nie pociągnęły” razem trudu treningów i koncertów. A tak pięknie pokazały się kiedyś na koncercie „Przy świecach i kawie” w szczecińskim Zamku.

Jeszcze w Szczecinie była dyrektorką TROA (Towarzystwa Rozwoju Ognisk Artystycznych), pracując wcześniej w Wojewódzkim Domu Kultury w Zamku Szczecińskim, gdzie zajmowała się upowszechnianiem i rozwojem życia muzycznego w domach kultury w całym województwie.

Gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy, pracowała jako nauczycielka muzyki  w Szkole Podstawowej nr 146, w której awansowała na wicedyrektorkę, a potem na dyrektorkę placówki.   

 Była inicjatorką nowatorskiego projektu „Wychowanie przez sztukę i dla sztuki”, inicjując powstanie w szkole Ośrodka Kultury Plastycznej (w ramach zajęć pozalekcyjnych), a dzięki wspaniałemu nauczycielowi plastyki (i znakomitemu malarzowi!) Zbigniewowi Nowosadzkiemu – powstała wymyślona przez Niego Autorska Szkolna Galeria Plastyczna „Żar”, która była dumą placówki, jej nauczycieli, uczniów i rodziców. W  Galerii tej  odbywały się przepiękne wernisaże z udziałem najwybitniejszych polskich malarzy współczesnych (!), m.in.: Eugeniusza Geno Małkowskiego, Henryka Musiałowicza, Andrzeja Fogtta, Edwarda Dwurnika, Bronisławy Wilimowskiej, Franciszka Maśluszczaka, Edwarda Lutczyna i wielu innych wybitnych polskich artystów. Nawet prezentowano prace wybitnej polskiej rzeźbiarki (twórczyni  warszawskiej Syrenki) Ludwiki Nitschowej. A wszystko to działo się w Szkole Podstawowej nr 146 w Warszawie przy ul. Domaniewskiej 33.

Po latach można ocenić działalność Ośrodka Kultury Plastycznej i galerii „ŻAR”, a szczególnie p. Zbigniewa Nowosadzkiego, który potrafił wyzwolić nieprawdopodobną aktywność w uczniach, „zatrudniając” ich do przygotowywania wystaw. Stali się oni czynnymi odbiorcami sztuki, a po latach…często można ich było spotkać na warszawskich wernisażach, na których prowadzili obsługę fotograficzną! I to był moim zdaniem największy sukces wychowawczy Szkoły, którą kierowała moja Magda. Trzeba przyznać, że miała też szczęście do kadry nauczycielskiej, która dała się porwać idei pracy wychowawczej poprzez popularyzację sztuki.

Największe sukcesy odniosła jednak w Szkole Podstawowej 303 (przy ulicy Koncertowej 8, na warszawskim URSYNOWIE), która uzyskała zaszczytny tytuł  „SZKOŁY Z KLASĄ” w roku 2003.

Przypomnę, że ta akcja była organizowana pod patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej (którym był Aleksander Kwaśniewski), Gazety Wyborczej i Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Dziadziczku Kochany (bo tak zdrobniale nazywam swoją żonę), brawo za  WSZYSTKIE Twoje dokonania, a może szczególnie za ten sukces, jakim była „SZKOŁA Z KLASĄ”, która:

– dobrze uczyła każdego ucznia,

– oceniała sprawiedliwie,

– uczyła myśleć i rozumieć świat,

– rozwijała społecznie,

–  pomagała uwierzyć w siebie i…

– przygotowywała do przyszłości…

Takie kryteria musiała spełniać, by zasłużyć na to wyróżnienie!

I taką stała się „trzystatrójka”! WIELKIE GRATULACJE za:

… umiłowanie i szacunek dla wszystkich dzieci, będących Twoimi uczniami we wszystkich szkołach których pracowałaś; w tym także za…

… umiejętność wciągania nauczycieli, rodziców, uczniów, a nawet całego personelu administracji i obsługi  w przygotowanie i realizację planu wychowawczego szkoły!

… „Spotkania z gwiazdką” (wspólne kolędowanie dzieci, nauczycieli, rodziców i wszystkich pracowników szkoły); też w nich brałem udział,

… rokrocznie organizowane uroczystości z okazji  „DNIA MAMY, TATY I DZIECKA”!     

I oczywiście za konsekwentne kontynuowanie rozpoczętego w poprzedniej szkole projektu:  „WYCHOWANIA PRZEZ SZTUKĘ i DLA SZTUKI!”! 

W praktyce wyglądało to tak (bo interesowało mnie w jaki sposób było realizowane  to ambitne hasło),  że każde dziecko mogło „zaistnieć” na forum szkoły nie tylko poprzez naukę, ale i przez swoją wypowiedź artystyczną. Każdy uczeń mógł się w ten sposób dowartościować. Jak pisano w dzielnicowej prasie: o tej szczególnej galerii chciałoby się pisać językiem krytyka sztuki, bo sama szkoła przypomina galerię…

Dlatego nie było w niej większych problemów wychowawczych, ale co najważniejsze – udało się całkowicie wyeliminować „drugoroczność”! Osiągnięcie tego celu było jednym z największych sukcesów pracy dydaktycznej WSZYSTKICH  NAUCZYCIELI!

Miałaś Dziadziczku jeszcze jedną wspaniałą cechę, którą koniecznie pragnę zaakcentować:

Stworzenie pięknej, naprawdę rodzinnej atmosfery, co miało decydujący wpływ na stabilność kadry, jej otwartość (co podkreślam jeszcze raz) na współpracę Z RODZICAMI. Podziwiałem Twoją dbałość o bibliotekę, świetlicę, nauczanie języków obcych, sport, nawet stołówkę, a do dyspozycji nauczycieli, rodziców i uczniów był zawsze dostępny psycholog, pedagog, reedukator i tzw. „opieka medyczna”.

Podobało mi się, że świetlica dla uczniów dostępna była codziennie od siódmej rano do późnych godzin popołudniowych. W Twojej „303” na okrągło coś się działo!

Zauważyłem też (odbierając Cię wieczorami ze szkoły), że w 303 były tylko nauczycielki (z jednym wyjątkiem), co było dla mnie dowodem, że aby mieć dobre wyniki wychowawcze i wzorowy porządek w szkole, wcale nie trzeba silnej „męskiej” ręki! (Twoje Panie radziły sobie doskonale!).

„Siłę i przemoc” zawsze potrafiłaś zastąpić PEDAGOGIKĄ SERCA (twórczynią tego pięknego określenia była wspaniała prof. Maria Łopatkowa, jedyna, niezrównana w heroicznej działalności o prawa dziecka…)

A podkreślam to szczególnie, bo stosowałaś ją także w wychowaniu naszych Dzieci, w postępowaniu wobec mnie i wszystkich członków naszej rodziny, także przyjaciół oraz znajomych.

Myślę, że dlatego jeden z uczniów napisał piękne podziękowanie, które wisi oprawione „na pamiątkę”  nad Twoim „domowym” biurkiem, że zacytuję jego wpis:

Podziękowanie dla kochanej Pani Dyrektor Magdaleny Czejarek i całego Grona Pedagogicznego Szkoły Podstawowej 303 w Warszawie, za serce, opiekę i rodzinną atmosferę.

DZIĘKUJĘ ZA CUDOWNE CHWILE UNIESIENIA I RADOŚCI”: Karol Wieman z Rodziną, dnia 2.09. 2002”.

Co do tego dodać?

Może jeszcze fragmenty listu Komitetu Rodzicielskiego SP nr 303,  skierowane do Ciebie „na odchodne ze szkoły” (gdy już nie chciałaś ponownie startować w konkursie na kolejną, czwartą kadencję).

List ten podpisany jest przez panie: Joannę Radziwiłłową (przewodniczącą), Dominikę Kwiecińską, Agnieszkę Kukier, Zofię Rusek, Katarzynę Sobków i Agnieszkę Szefner, a czytamy w nim m.in.

„Kierując szkołą nr 303, p. Magdalena Czejarek stworzyła niepowtarzalną wspólnotę nauczycieli, pozostałych pracowników, uczniów i rodziców, co owocuje wspaniałymi wynikami w nauce i wychowaniu… W uzasadnieniu w/w wymienione Panie napisały m.in.:

Szkoła zajmuje czołowe miejsce w Polsce wśród szkól publicznych w testach kompetencji klas VI…

Uczniowie biorą udział w wielu konkursach przedmiotowych i tematycznych, zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia…

W szkole funkcjonuje – dzięki pozyskaniu funduszy europejskich – ‘Biblioteka Multimedialna’…

Realizowany jest długofalowy program ‘Wychowanie przez Sztukę’…

Panie w swym liście potwierdziły też, że:

w szkole działają: galeria prac dzieci, szkolny chór, liczne koła zainteresowań i ognisko plastyczne… Ponadto…

…regularnie odbywają się comiesięczne koncerty prowadzone przez zawodowych muzyków…

Organizowany jest:

Dzień talentów…

Dzień zainteresowań  uczniów…

Dzień europejski…

W świetlicy (czynnej 11 godzin dziennie!) realizowany jest autorski program wychowawczy…

Tradycją Szkoły stał się też…„Dzień Sportu”.

Oto – moim zdaniem – elementy programowe,  które  decydowały o przyznaniu tytułu „Szkoły z klasą”!

Sądzę też, że uwzględniając je, Karol Wieman zdecydował się napisać swoje PODZIĘKOWANIE.

I dodam, że nie zdarza się zbyt często, żeby Rada Rodziców taką, jak wyżej przytoczoną opinię, wydawała na odchodne dyrektorowi szkoły!

Nic do tego wszystkiego dodać, tylko bić brawo, co czynię poświęcając ten odcinek swojej żonie.    

Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Poznaniu ukończyła w 1969 roku. I od tamtej pory, aż do dobrowolnego (na własną prośbę) przejścia emeryturę w roku 2007, uzupełniała nieustannie swoją wiedzę na kursach, szkoleniach i na Studiach Podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim (organizacja i zarządzanie).

Długo też broniła się, aby ten rozdział o NIEJ nie ukazał się w mojej Autobiografii. Ale bez tego „odcinka” ta autobiografia byłaby uboższa, a to dlatego, iż od wielu długich lat (55!) MAGDA jest integralną częścią mojego życia! A teraz, będąc już na emeryturze, poprawia redaktorsko moje „pisanie”, za co jestem Jej niebywale wdzięczny i podkreślam to na każdym kroku.

Wspomnę też, iż wiele uwagi poświęcała w  swoim czasie – działając społecznie – w parlamentarnej grupie kobiet w Sejmie RP oraz w parlamentarnym zespole ds. dzieci Senatu RP, z  inicjatywy wspomnianej wcześniej, znanej pedagożki i parlamentarzystki  śp. prof. Marii Łopatkowej oraz śp. Izabeli Jarugi-Nowackiej.

Gdybym jeszcze raz się urodził, chciałbym trafić do TAKIEJ szkoły, jaką wykreowała moja żona.  Jest to szkoła, w której obok troski o jak najlepsze wyniki nauczania, uczeń stykał się z kulturą, sztuką i sportem! Chylę więc głęboko czoła przed dokonaniami żony, obserwując na co dzień pasję, z jaką wykonywała swoje posłannictwo edukacyjno-wychowawczo-artystyczne! A równolegle, spełniając WZOROWO obowiązki żony, matki, a obecnie babci.

W sumie w „szkole” żona przepracowała 43 lata! Wdrażając w okresie swojej pracy – jako wicedyrektorka, a potem dyrektorka – wszystkie następujące w trakcie Jej pracy zmiany związane z reformami w oświacie. Przekształcając także „303” ze szkoły nauczania początkowego w 6-letnią szkołę podstawową z prawdziwego zdarzenia.

Co znaczy „z prawdziwego zdarzenia”? – w takiej, w której uczniowie zdobywają laury w nauce, ale także… w zawodach sportowych i  biorąc z wielkim powodzeniem udział w konkursach pozaszkolnych.

W której hasło „Wychowanie przez sztukę” (i dla sztuki) było codziennie wcielane w czyn i obejmowało WSZYSTKICH uczniów!  

  

 

CIĄG DALSZY NASTĄPI

i będzie miał tytuł „ CHÓR AKADEMICKI im. (dziś) prof. Jana Szyrockiego,

(a wcześniej) Politechniki Szczecińskiej

Poprzedni artykułOd cierpienia do Lichenia
Następny artykułDramat Okręgu Śląskiego ZWZ w jednym dniu (noc z 17 na 18 grudnia 1940 r.)
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

2 KOMENTARZE

  1. Gratuluję kolejnego odcinka autobiografii. To piękna, wzruszająca opowieść o wielkiej miłości, która przetrwała już ponad 50.lat. Drogi Karolu, Twoja autobiografia i wszystkie Twoje teksty nigdy nie są nudne, ani męczące. Czejarek swoim pisarstwem potwierdza, że jest świetnym obserwatorem i znakomitym gawędziarzem, potrafiącym wysnuć celną sentencję z najzwyklejszych doświadczeń. Rzadki to talent. Tym bardziej cieszy, że wykorzystany został do opisu zdarzeń, które w ogromnej części odbyły się z jego udziałem. Autobiografia to osobista kronika, ale też cenny zapis historii szczecińskiej bohemy, której Karol jest barwnym reprezentantem. Każde jego wspomnienie to lektura godna polecenia. W Karola tekstach postaci wielkich bohaterów czy artystów bardzo zyskują dzięki opisywanym przywarom i ludzkim słabościom. A dzięki poznaniu zupełnie nieznanych faktów z ich prywatnego życia stają się bliższe czytelnikowi. Jego autobiografia to historia z ludzką twarzą, to żywi ludzie, a nie kolumny dat, których i tak nikt nie pamięta.

  2. Od 1960 roku gdy zaprzestałem czynnie uprawiać kolarstwo szosowe i zaczęłem pracować na utrzymanie rodziny moje kontakty z kolegami z lat szkolnych i kolarstwa aż do Zjazdu absolwentów „Pobożniaka” wczerwcu 1988 roku praktycznie ustały. Duży wpływ na to miała moja praca i kontynuowanie studiów w systemie wieczorowym a także wyjazd od 1 września 1970 roku na stale do Świnoujścia. Niestety nie uczestniczyłeś Karolu w tym spotkaniu. Dało to jednak dla mnie impuls dla odszukiwania przyjaciół z lat młodości. Cieszy mię że odżyły nasze kontakty i mieliśmy możność przedstawić sobie nasze kochane żony. Czytam uważnie wszystkie Twoje części życiorysu a także inne artykuły zamieszczane w „Przeglądzie” Serdecznie pozdrawiam Ciebie wraz z Małżonką.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here