Nowy Rok, odwieczne problemy

0

No i mamy nowy rok! Ucichła kanonada strzelających korków szampana i sztucznych ogni rozświetlających noworoczne niebo. Zelżał euforyczny szum w głowach i skończyła się gehenna zwierząt domowych. Minęło kilkanaście dni i powróciły stare i bardzo stare problemy. Praktycznie oprócz ostatniej cyfry  w zapisie Anno Domini nie zmieniło się nic i pewnie nie zmieni się wiele. Nie chodzi mi o bogactwo wydarzeń, ale o naszą mentalność, siłę sprawczą owego bogactwa. Uważam, że stan naszych umysłów stanowiący o jakości dusz i odpowiadający za stosunek do rzeczywistości materialnej i tej nieuchwytnej, nie dającej się zważyć i zmierzyć, właściwie nie zmienia się od dziesiątek lat.  O dziwo wszelkie nowinki technologiczne, nawet wbrew krytycznemu stosunkowi kościoła katolickiego, przyswajamy w błyskawicznym tempie. Również starsza i najstarsza część społeczeństwa nie czyni znaku krzyża na widok telefonu komórkowego czy komputera. Głęboko zastanawiające natomiast jest to, że rozwój elektronicznej rzeczywistości  pozwalający na nieograniczony dostęp do wszelkich kategorii wiedzy, nie przekłada się na rozwój świadomości społecznej i historycznej. Wiedza dotycząca dziejów ojczystych i ich kontekstu międzynarodowego nie ma wzięcia. Z lubością natomiast przyswajamy i odwołujemy się do spiskowych teorii, wypreparowanych zazwyczaj ze wspomnianych wcześniej kontekstów, do legend i opowieści o bezprzykładnym poświęceniu i bohaterstwie uczestników, wojen, powstań i bitew, takich jak atak ułanów na niemieckie czołgi w czasie kampanii wrześniowej 1939, który, de facto, nigdy nie miał miejsca. Był to mit rozpowszechniany przez nazistowską propagandę mający na celu ośmieszenie polskiej, legendarnej wojowniczości. Mimo że nie znajduje żadnego potwierdzenia w faktach historycznych, propaganda polityczna XX wieku zakorzeniła go tak głęboko w świadomości nie tylko społeczeństwa polskiego, że funkcjonuje do czasów współczesnych, dla jednych jako wizerunek „polskiej głupoty”, dla innych jako przykład wielkiego bohaterstwa.

Prawdą natomiast jest inna, zwycięska szarża 1 Pułku Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej pod Somosierrą w 1808 roku, otwierająca Napoleonowi drogę na Madryt i pozwalająca kontynuować kampanię Hiszpańską.

Polscy szwoleżerowie jeszcze wielokrotnie wykazali się bohaterstwem i skutecznością, ale na pytanie postawione w Google: jakie korzyści przyniósł Polsce udział w wojnie hiszpańskiej u boku Napoleona, padła odpowiedź mówiąca o korzyściach jakie przyniosły Francuzom wyczyny polskiej kawalerii. Romantyzm to piękna cecha, ale nie w politycznych rozgrywkach, tu liczy się przede wszystkim chłodna kalkulacja.

Brak chłodnej kalkulacji przyczynił się do klęski powstania warszawskiego w którym zginęło 18 tysięcy powstańców i 160 tysięcy cywilów, mieszkańców stolicy.  Dowództwo AK nie oceniło ani dobrze, ani na chłodno sytuacji militarnej i politycznej, dając się ponieść wizji zwycięstwa i utworzenia rządu przed wkroczeniem Sowietów do Warszawy. Olbrzymia część miasta, głównie zabytkowa, została zrównana z ziemią. Taka była cena legendy o bezprecedensowym bohaterstwie powstańców.

Czesi nie byli wzorem heroizmu, ale ich piękna Praga nie doznała uszczerbku w czasie działań wojennych. Dopiero po niewczasie, w sierpniu 2002 roku, Bóg zorientował się, że tak być nie może i zesłał na miasto powódź tysiąclecia.

Wypada teraz uderzyć się w piersi i wyznać, że zdarzały się w naszej historii także wyjątkowo wstydliwe momenty. Jednym z takich niechlubnych zdarzeń było wykorzystanie układu monachijskiego. Polska nie brała w nim bezpośredniego udziału, jednak zastosowała wobec Czechów presję i wystosowała ultimatum, dzięki czemu 2 października 1938 roku Zaolzie zostało włączone do Polski. Mimo że chodziło o etniczne ziemie polskie, zostało to potraktowane jako przyłączenie się do polityki roszczeń terytorialnych III Rzeszy, gdzie głównym rozgrywającym był Adolf Hitler.

Jedynym sprawiedliwym spośród rządu II RP, który występował przeciwko wykorzystaniu Monachium do odzyskania Zaolzia, był wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, wizjoner, który uczynił dla ojczyzny wiele dobrego.

Jeżeli połączymy układ monachijski z udziałem Wojska Polskiego w inwazji na Czechosłowację w 1968 roku, to jak na dłoni mamy powód niechęci wobec Polaków sporej części społeczności Czeskiej i Słowackiej. Nie jest ona akcentowana na co dzień, ale wystarczyłoby nagłe zaognienie stosunków między naszymi państwami, żeby zadawnione rany natychmiast się otworzyły.

Stosunki międzynarodowe, klęski i sukcesy w polityce, nie spadają z nieba tylko są konsekwencją długotrwałych procesów, tak jak ma to miejsce w przypadku Polski i Ukrainy. Podstawowym elementem, „odwieczną „ kością niezgody owych stosunków jest rzeź wołyńska. To straszna tragedia, dziesiątki tysięcy ofiar po stronie polskiej, ale także, chociaż o wiele mniej, po stronie ukraińskiej.

Jednak to, do czego doszło na Wołyniu w latach 1945 – 1944, to konsekwencja licznych napięć i sporów polsko  – ukraińskich. W II Rzeczpospolitej  około 5 milionów obywateli utożsamiało się z narodowością ukraińską.

Po porażce koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego przypieczętowanej traktatem ryskim, stopniowo zaostrzał się kurs wobec ludności ukraińskiej. Odsuwano inteligencję od udziału w administracji państwa, poważnie ograniczono rozwój oświaty. Z 3 tysięcy szkół, licząc od zakończenia I wojny światowej, do końca lat 30 – tych, ostało się ich zaledwie 400.

Prześladowania, próby repolonizacji i szykany wobec cerkwi, zaowocowały nasilającym się oporem, aktami terroru wobec Polaków. Można by długo przerzucać się wzajemnymi oskarżeniami, ale czasu nie da się cofnąć, ewentualnie można czerpać nauki płynące z historii, jednak i tu mamy przeszkodę nie do pokonania – zapiekłość charakterów. Ukraińcy pragnęli własnego państwa, my, Polacy, powinniśmy coś na ten temat wiedzieć, a kiedy w końcu, w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego ziściły się ich marzenia, radość z uzyskanej państwowości nie trwała długo. Nie muszę przypominać co się stało. Dzisiaj Ukraińcy mają swój „Wołyń”, ale to niczego nie załatwia. W naszym kraju coraz lepiej mają się tendencje anty ukraińskie, chociaż, nie daj Boże, i my możemy doświadczyć strasznego FATUM, któremu na imię Putin!

Doświadczenie uczy, że najbardziej różne kulturowo i narodowościowo środowiska potrafią żyć w symbiozie, dopóki nie wkroczą między nich politycy, czasami do spółki z przedstawicielami różnych kościołów.

Przychodzimy na świat czyści, bez wad. Wszystko co nas z czasem niszczy: homofobia, nacjonalizm, brak tolerancji, a właściwie akceptacji, wysysamy z mlekiem macochy propagandy.

Marian Turski powiedział: „Auschwitz nie spadło z nieba. Zaczęło się od drobnych form prześladowań Żydów. To co się wydarzyło znaczy, że może wydarzyć się wszędzie. ( A ja dopowiem, że nie musi dotyczyć wyłącznie Żydów ) Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana, nie bądźcie obojętni, kiedy władza narusza umowę społeczną. Nie bądźcie obojętni…

Słuchajmy Mariana Turskiego, On wszystkiego doświadczył osobiście.

Wielu słucha, niewielu zapamiętuje, większość woli przesłania seriali telewizyjnych, dreszcz emocji meczów piłki nożnej i walk bokserskich. Są i tacy, którym wystarcza butelka i tania kiełbasa, reszta ich nie interesuje.

W związku z tym warto by było mieć Ojca Narodu, Orła okrywającego skrzydłami wszystkie swoje dzieci bez wyjątku. No cóż, ale taki się jeszcze nie urodził.

Ludzkość wymyśliła bajki, żeby czytać je dzieciom przed niosącym nadzieję i odpoczynek snem. Czytając rodzice czują ciężar mistyfikacji, doskonale wiedząc, że bajkowe zwierzątka: tygrys, puma, pantera, ryś, borsuk, rosomak, pojawią się w dorosłym życiu ich pociech z hukiem gąsienic i kłębami gryzącego dymu z rur wydechowych.

Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, było sobie królestwo szczęśliwych ludzi…

Poprzedni artykuł„Chełmie (…) Jakbym w dom zadżumionych wchodziła w twe progi”. Maria Konopnicka o Chełmie.
Następny artykułRozmowa ze skrzypkiem prof. dr. hab. Tadeuszem Gadziną
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj