Prawdę mówiąc owo „święte” mleko rozlewa się nie pierwszy raz, ale nikt, tak naprawdę, ani „władza” bojąca się jak ognia konfrontacji z Kościołem z powodów koniunkturalnych, ani tym bardziej zmanipulowani wierni, nie kwapią się, żeby zrobić w końcu porządek z tym coraz bardziej kwaśniejącym mlekiem.
Ale zostawmy tę nabiałową poetykę i weźmy do ręki czarę pełną goryczy księżych spraw, zatruwających najistotniejszą część Kościoła, czyli umysły społeczności wiernych.
Właśnie przelała się (po raz któryś w naszej historii) czara wstydu, bo skapnęła doń obfita kropla dziegciu przepełniająca naczynie cierpliwości i odporności duchowej człowieka.
Opowieść o kielichu, czarze goryczy, to nic innego, jak związek frazeologiczny zaczerpnięty z Biblii, księgi ksiąg, która w naszej „świętej Ojczyźnie” powinna znajdować się wszędzie tam, gdzie może pojawić się człowiek wątpiący, szukający wsparcia i słów pociechy, czyli przede wszystkim w naszych domostwach. Ale tak nie jest, mimo deklarowanej przez Kościół osiemdziesięcioprocentowej obecności katolików w społeczeństwie. Tymczasem przeciętny chrześcijanin – katolik „zna” Biblię ze słyszenia, czyli z cytowanych przez księży wybranych fragmentów tekstu podczas mszy świętej, i to właściwie cała wiedza o tej najważniejszej, chrześcijańskiej księdze. Moim zdaniem wynika to z ogólnego marazmu emocjonalnego, czyli religijnego także. Nasz narodowy katolicyzm jest naskórkowy, wynikający z rodzinnych tradycji budowanych nakazami rodziców i dziadków, a nie z potrzeby poszukiwania ładu wewnętrznego i pokarmu dla ducha. Taka jest prawda i nie zanosi się w najbliższym czasie na jakieś znaczące zmiany w tej materii. Wydawało się, że stosunek do wiary zmieni się radykalnie po wyborze kardynała Wojtyły na papieża w 1978 roku, ale tak się nie stało, a narodowa euforia bardziej wynikała z nagłego uświadomienia sobie potęgi „zbiorowego ruszenia”, niż potrzeby głębokiej przebudowy duchowości i związanych z nią wartości. Podczas wizyty Jana Pawła we Wrocławiu na Ostrowie Tumskim, czekałem z żoną i malutkimi dziećmi na przylot helikoptera z papieżem na pokładzie. Trwało to kilka godzin pełnych napięcia i niecodziennego podniecenia. A potem umęczeni upałem, pośród nieprzebranych tłumów wracaliśmy do domu. Powoli opadała z nas euforia. Mimo że zebranym towarzyszyli liczni księża i siostry różnych zakonów w oczekiwaniu na głowę Kościoła, nie czuło się religijnego uniesienia, tylko emocje związane z odwiedzinami człowieka, który zmusił włodarzy Europy Wschodniej do zaakceptowania nadchodzących zmian . Tłumy były, są i będą socjologicznym objawem przeżywania wspólnoty o różnym podłożu, czasem dla dreszczyku emocji, z powodu gniewu i dla zamanifestowania siły, z którą należy się liczyć. Z podobnych powodów zbierają się dzisiaj wielotysięczne tłumy na koncertach rokowych, meczach i politycznych demonstracjach, po których wracamy do swoich mieszkań tacy sami, jak z nich wyszliśmy. W tamtym czasie dziennikarze wszelkich opcji prześcigali się, wymieniając tytuły papieskich encyklik, cytując z nich krótkie fragmenty, czasami jedno zdanie. Ale na tym koniec rewolucji duchowej pokolenia JPII.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, wybór Karola Wojtyły na papieża dużo nie zmienił, a nawet zaszkodził znacznej części prawicy, próbującej przenieść wagę moralną polskiego katolicyzmu z ukrzyżowanego Chrystusa na barki Jana Pawła. To wielka krzywda dla społeczności ludzi wierzących, bo i bez tego są oni wystarczająco pogubieni.
A wracając do Biblii, to owszem, jest ona obecna między nami, ale wciśnięta między dzieła Ludluma, Grocholi, Sapkowskiego czy Mroza, ewentualnie pokrywa się kurzem, leżąc na półce pod telewizorem, zdecydowanie przegrywając z ofertą Netflixa i kanałów sportowych.
Ja, mimo że nie jestem człowiekiem wierzącym, mam pod ręką pięć różnych wydań Biblii i bardzo często goszczę na jej stronach. Pisząc rozmaite teksty, szukam w niej zrozumienia, potwierdzenia, a najczęściej porównania współczesnej natury ludzkiej, ukształtowanej w chrześcijańskiej tradycji, z jej pierwowzorem. Nie są to ani jasne, ani oczywiste zależności.
Ale oto zstąpił na ziemię, tę ziemię, Papież Polak, nie namiestnik Jezusa Chrystusa, ale jego brat i następca! Tak! I gdyby zależało to od woli wiernych, Karol Wojtyła przybrałby imię papieskie: Chrystus II Polak! To nie jest kpina z mojej strony! Nigdy bym sobie na to nie pozwolił, gdyby nie to, że dostrzegam wokół siebie, z jednej strony coraz większe zacietrzewienie, a z drugiej – pogarszający się wbrew katolickiej naturze społeczeństwa stan wiedzy dotyczący historii Kościoła i filozofii chrześcijaństwa. Większości właściwie wystarcza przekonanie o naszej nadzwyczajności, o górowaniu nad innymi wyznaniami, a przez to narodami i w konsekwencji zwykłymi ludźmi, na przykład odmiennie myślącymi współobywatelami.
Obecna histeria najbardziej radykalnej części katolickiego społeczeństwa, stanowiąca reakcję na doniesienia o niegodnym zachowaniu i braku zdecydowanej reakcji papieża na pedofilię księży, jest afirmacją bezkrytycznego uwielbienia, czyli rozchwianej, delikatnie mówiąc, sfery emocjonalnej. Moim zdaniem, utożsamiają się oni z postacią i pozycją Jana Pawła II, równoważąc w ten sposób, albo wręcz zastępując sławą papieża Polaka własną małość i nijakość, i przywłaszczają przy tej okazji jego nieosiągalną dla przeciętnego katolika nawet w snach nieomylność i nietykalność, dlatego nikt nie ma prawa zabierać im ani podważać świętości ich wielkiego rodaka. Koniec kropka!
A przecież już kilkadziesiąt lat temu i przez cały okres pontyfikatu Jana Pawła, wiadomo było o pedofilskich, i nie tylko, praktykach przedstawicieli kleru każdego szczebla, od wikarych po szczyty watykańskich struktur. Papież Polak musiał o tym wiedzieć, bo świat mówił o tym, głośniej lub ciszej, ale mówił, oczywiście poza Polską. W wielu krajach z tej właśnie przyczyny Kościół katolicki przeżywał poważne kryzysy. Najboleśniej doświadczyła tego Irlandia i czuje do dzisiaj „łamanie w kościach”. Kilkanaście dni temu papież Franciszek powiedział publicznie, że za czasów Jana Pawła pedofilia była nagminnie tuszowana, czyli zamiatana pod niejeden watykański dywan, bo takie były czasy.
Dodam od siebie, że nie ma znaczenia czy papież Polak krył czy nie krył pedofili i pdofilii, ważne że wiedział. Słyszałem w czasie gorących dyskusji, że nie jest udowodniona jego wiedza na ten wstydliwy temat. Być może.
W takim razie dodam jeszcze, że niewiedza papieża w tej materii byłaby równie bolesna, bo to by oznaczało, że ten który został wyniesiony do godności świętego, nie zasłużył na nią, bowiem nie interesował się stanem swego „państwa” i jego poddanych. To tak, jakby ordynator oddziału chirurgicznego nie wiedział, że na jego oddziale szerzy się łapownictwo, a pacjenci umierają z powodu lekarskich zaniedbań, albo braku umiejętności.
Co mi po świętości człowieka, który błogosławił Urbi et Orbi, a w tym samym czasie za jego plecami diabły w sutannach nurzały się w ohydnej rozpuście z nieletnimi, nawet kilkuletnimi dziećmi!
Komisja sejmowa debatowała nad koniecznością obrony dobrego imienia Jana Pawła II. Oto niektóre głosy: „To jest atak na pamięć! Zamach na polską rację stanu!”
„Nie niszczmy swoich największych autorytetów!” – grzmi posłanka zasiadająca w komisji.
„Nie wolno dawać wiary ubeckim, spreparowanym aktom!” – peroruje jeszcze ktoś z prawej strony.
Ale wobec Wałęsy, myślę sobie, i wielu niewygodnych władzy postaci, ubeckie kwity były i są wiarygodne i rozstrzygające.
Ktoś inny, komu nienawiść odebrała jasność myślenia, powiada, że należałoby wykluczyć poza nawias cywilizacyjny wszystkich, którzy podają w wątpliwość uczciwość papieża, wykorzystując materiały esbeckiej proweniencji. Czyli kogo? Dziennikarzy? Pisarzy? Historyków? Świadków pamiętających tamte czasy i wydarzenia? CZY OFIARY PEDOFILÓW TAKŻE ?
A tak na marginesie tej smutnej sprawy. Dlaczego nikt z gorliwych obrońców dobrego imienia papieża nie chce zauważyć, że to Wałęsa, obciążany esbeckimi materiałami, rozpoczął demontaż komunizmu w Europie, i gdyby nie on, papież sam nic by nie wskórał. Proszę zauważyć jeszcze udział w tym dziele Gorbaczowa i dyplomacji amerykańskiej, a także wsparcie demokratycznych rządów europejskich, w tym głównie Niemiec.
Przy okazji stawiam pytanie: czy papież, Jan Paweł II, jest jedyną wielką postacią w najnowszej historii Polski?
Na komisji sejmowej dążącej do zadekretowania prawdy o świętości papieża Polaka padły także inne, zapierające dech, słowa.
„Nic większego niż miłość chrześcijańska na świecie nie istnieje.” „Państwa polskiego bez chrześcijaństwa nie ma”. „Polska zaczęła się po chrzcie w 966 roku”. „Dzięki chrześcijaństwu tworzymy wspólnotę narodową.”
A ja uważam, że wspólnota narodowa nie jest jednoznaczna, ani nie wynika ze wspólnoty religijnej, tak jak „chrzest Polski” nie był chrztem państwa, tylko prywatnym aktem Mieszka I, prawdopodobnie dokonanym za namową jego żony, Dobrawy, a ówczesne „państwo” obejmowało, z grubsza rzecz biorąc, ziemie gnieźnieńskie, bo nazwa Polonia zaczęła pojawiać się dopiero około 1000 roku. Ale o tym i jeszcze kilku innych bardzo ważnych faktach związanych z rolą Kościoła w Polsce, przeczytają państwo w drugiej części tekstu.









