Ten proces trwa już od kilku dekad, a zaczął się… – chyba od nadmiaru wolności; najpierw zburzony mur w Berlinie.
The Tall Ships’ Races 2007 przywiódł do Szczecinie ponad sto żaglowców z całego świata. W dniach 4-7 sierpnia powiało nad Odrą wielką morską przygodą, szantami, przez miasto przewinęło się ponad 1,5 mln osób tłoczących się na wielkim oceanicznym zlocie u podnóży Wałów Chrobrego oraz na Łasztowni; barwnym, głośnym i miejscami atrakcyjnym jarmarku. W programie znalazły się też projekcje filmów o tematyce morskiej, wystawy marynistyczne, spotkania oraz dziesiątki imprez serwujących morze i żagle w nieskończonej ilości postaci. Nadmiar morza groził zbiorowym utonięciem zwłaszcza, że było i coś jeszcze ekstra dla czytelników zainteresowanych marynistyką z najwyższej półki: Międzynarodowa Konferencja Naukowa poświęcona twórczości H. Melville’a i J. Conrada[1]. Otwarto ją nader uroczyście na pokładzie „Daru Młodzieży”, z którego masztów widać było puste nieopodal suwnice wielkiej ongiś Stoczni skąd wiało ciszą i smutkiem umarlaka. Wokół panowała jednak atmosfera głośnej zabawy, morskiego festynu. Piwo lało się strumieniami, turyści tłoczyli się przy trapach żaglowców, ambicją wielu uczestników było najście i zaliczenie jak największej ilości uskrzydlonych fregat, barkentyn i szkunerów.
W oczach współorganizatora konferencji, dr. Pawła Jędrzejko, zauważyłem wtedy radość pomieszaną z zaciekawieniem, ale i oczekiwanie. Zaprosił na spotkanie do Szczecina znakomitych zagranicznych i polskich conradystów zerkających z zachwytem na tłumy spragnione morskich opowieści, co mogło zapowiadać, że i na panelowych dyskusjach o zapomnianych szlakach ku jądru ciemności, nie zabraknie uczestników, że zjawią się na nich prócz jajogłowych z USA, Wielkiej Brytanii, z Warszawy i Śląska, także czytelnicy – entuzjaści dobrze skrojonych opowieści o ludziach morza, oraz, oczywista, dziennikarze.
Jako prowadzący następnego dnia w Hotelu „Novotel” panel dyskusyjny: Polski Conrad, polski Melville, też na to liczyłem. Wygłoszone tam referaty zaintrygowały uczestników, dyskusja przeszła później na bardziej praktyczny poziom związany m.in. z anachronicznymi tłumaczeniami klasyków, wymagającymi obecnie nie tylko korekt. W przerwie na lunch, zapytano mnie czy wstęp na konferencję był biletowany i dlaczego w Session C nie uczestniczyli dziennikarze „z waszego jakże morskiego przecież miasta-portu”? Coś tam bąknąłem nieco skonfundowany; pytanie było nieco złośliwe, ale i bardzo trafne. Okazało się, że i w innych sesjach zabrakło dziennikarzy, jak i czytelników. Miną tolszipy i wszystko wróci do normy, w Książnicy Pomorskiej i innych bibliotekach pojawią się znów miłośnicy Conrada, pocieszałem się. Przecież w morskim Szczecinie i On, i Melville, a także inni polscy maryniści, cieszą się popularnością, czyż nie?
Po dekadzie pani prof. Agnieszka Adamowicz-Pośpiech (uczestniczka wspomnianej konferencji) przysłała mi „Podróże z Conradem”[2], w których przeczytałem: „Dlaczego jego nazwisko jest ciągle obecne w prasie, a twórczość odchodzi w niepamięć? To kolejny aspekt obecności (lub raczej nieobecności) Conrada – spadek czytelnictwa jego utworów. Badacze utyskują na brak zainteresowania polskich czytelników prozą Conrada. (…) Z czego więc wynika spadek zainteresowania twórczością Conrada wśród polskich czytelników?”[3]– pytała pani profesor. Czy nie wystarczy, u licha, że zawaliła się cała morska gospodarka, okrętownictwo, połowy dalekomorskie, to jeszcze i marynistyka nam dogorywa? A z roku na rok było z nią coraz gorzej.
„Beletrystyka marynistyczna, jak czytamy na stronie selkar.pl, na pierwszy rzut oka wydaje się raczej niepopularnym nurtem literatury pięknej”. W innym miejscu autorzy tego hasła dodają: „książki marynistyczne to literatura ponadczasowa i zarówno nowe pozycje, jak i starsze książki opowiadające o marynarzach są tak samo wciągające”[4]. Wikipedia zaś głosi, że to rodzaj twórczości, w którym głównym tematem jest morze[5]. Zatem powieści o morzu i o marynarzach, to – a jakże! – marynistyka. Jeśli tak, to idąc śladami tak powierzchownych skojarzeń książki o awionautach byłyby awionistyką (z godnym jej przedstawicielem A. de Sant-Exupery’m), zaś o murarzach muranistyką, co bez wątpienia ułatwiłoby niektórym (leniwym) krytykom systematyzowanie literatury pod względem tematyczno-gatunkowym, gdyby jednak nie te brzmieniowe upodobnienia między marynistą a muranistą. Tak też najwybitniejszym powojennym polskim muranistą nie został Jacek Kawalec za powieść „Tańczący jastrząb” (1964) o murarzach wznoszących Nową Hutę. Kawalca krytycy osadzili gdzieś na krawędzi socrealizmu i literatury nurtu wiejskiego czyli tzw. chłopskiej. Wielu wybitnych powojennych polskich pisarzy tkwiących wcześniej w jej objęciach (Pilot, Nowak, itd.) już się z niej nie wyzwoliło; oceniano ich twórczość głównie w ramach owej tematycznej dominanty; chłopskiego getta. Poza najwybitniejszym z nich, Wiesławem Myśliwskim
3.
Z marynistyką obecnie bywa różnie. Conradowi Józefowi Korzeniowskiemu nie wytyka się symbiozy z nurtem morskim i jego przynależności do grona twórców opisujących życie marynarzy. Stał się ikoną ponad związkami tematycznymi. Oceany i szaleństwa ożywiają jego dzieła pełne dramatycznych uwikłań bohaterów (również poza oceanami), nadając im uniwersalnych wartości heroicznego humanizmu. Konwencje podróży, morskich rejsów, tkwią tak głęboko w tradycjach literatury (choćby i w „Odysei”), że nikomu do głowy nie przyjdzie, by mieć mu za złe, że był marynarzem, podróżował i pisał o ludziach morza. Bo to, co conradowskie, jakby już nie jest pospolitą marynistyką. Conrad morze wyczerpał do cna. Wszystko po nim zdaje się naśladownictwem. Stąd też obecnie pojęcie marynista raczej negatywnie stygmatyzuje autora jako twórcę schematycznego, osadzonego gdzieś na krawędzi literatury. Kogoś, kto czerpie z morskiej semantyki, bo ta zdaje się atrakcyjna dla czytelnika, a czasem też (dawno temu) uszlachetniała autora.
W opinii krytyków, ułatwiających sobie klasyfikację utworów i jednoczesną ich ocenę, marynistyka, szczególnie ta polska, współczesna, jawi się – można odnieść takie wrażenie – jako nurt tematyczny pośledniejszy od innych, gorszy choćby od literatury górskiej, awiacyjnej, baloniarsko-psychologicznej, hippiczno-terapeutycznej, a zwłaszcza kosmiczno-solarycznej z jej guru Stanisławem Lemem, który choć niczym marynista żeglował w kosmosie, to jego Pilot Pirx o podróżach Magellana jakby nigdy nie słyszał, mimo że nawigował między Obłokami Magellana statkiem kosmicznym nieco tylko sprawniejszym od żaglowca „Santa Maria” Kolumba. Z czasem jednak i fantastyka skostniała, by po kilku latach stać się literaturą wręcz niszową na podobieństwo marynistyki tak właśnie traktowanej i to z wyraźnym przekąsem; no, nie wypada jej uprawiać.
O meandrach pojmowania marynistyki, o nurcie, który ongiś stał się niezwykle ważny i interesujący dla czytelników z nieodległej przeszłości, można jeszcze inaczej. Zwłaszcza o jej ważnej roli w okresie powojennym, kiedy Polska odzyskała coś więcej niż lufcik na świat i rozsiadła się na parapetach okien szklanych domów po Żeromskim, z szeroką panoramą na morze. Szumiało ono jednak niedostępnie choć było na wyciągnięcie ręki na całym ok. 500-kilometrowym wybrzeżu[6]. Plaże odgrodzono bowiem od morza przysłowiowym płotem, by obywatele oszołomieni tak przepastnym otwarciem na świat, nie pożeglowali gromadnie na inną Ilirię. Morze nabierało wtedy dla narodu szczególnej wartości. W jakimś stopniu nieuświadamianej, odbieranej bardziej poprzez brak, niż przez nadmiar. Brak wolności zderzał się z jej pragnieniem, uwięzienie z potrzebą podróży, przaśny smutek z wołaniem horyzontów. Conradowskie jądro immanentnych jak i transcendentnych ciemności oraz blasków w jednym; między plażą, parkanem, a morzem. Potomkom Janka z Kolna natura nakazywała wyrwać się z grajdoła i poszybować ponad ograniczenia. Władza wyczuwała, że konieczne są tu „wiecie-rozumiecie” jakieś substytuty, by filozoficznie przyrodzoną immanentną nostalgię rodaków zaspokoić kartkami z morskich podróży inżynierów dusz. Obywatel wchodził na zadrutowaną[7] plażę i wewnętrznie konstatował, że horyzont wabi, przyciąga, kładł się więc między wydmami żeby lepiej widzieć, budował też zamki z piasku na granicy lądu z wodą i kombinował jak wyjść na swoje, czyli na bezgraniczną zewnątrz. Dlatego już u zarania PRL-u przy wejściach na plaże, stawiano kioski z prasą i czytelniczymi hitami; książkami bardzo marynistycznymi, pełnymi męskiej przygody i przyjaźni na morzu oraz internacjonalnej dążności do obdarowania obcych na innych lądach naszymi wzorcami pojmowania sensu bycia i życia. Czytelnik stawał się zdobywcą i poniekąd kolonistą niosącym kaganiec socjalistycznego oświecenia nie tylko Pigmejom, nie tylko w Afryce, ale i w Ameryce, Kanadzie, czasem nawet z Fiedlerem. Byliśmy tam, choć nas nad Potomakiem nie było, siedzieliśmy na plaży w pasie ochrony wybrzeża, morze szumiało a maryniści nieśli nas dalej i dalej przez oceany zaspakajając nasze genetyczne umiłowanie transcendentnej przestrzeni. Miłość do marynistyki rosła z kwadratem odległości zadrutowanego Bałtyku od horyzontu, który ciągle się oddalał.
5.
I tyle prześmiewczej przypowieści pełnej skrótów, ale kategoryzowanie na poważnie przyczyn zapominanego zainteresowania literaturą o ludziach morza, jej edukacyjnym jednocześnie znaczeniu, przygodach na oceanach, morskich rejsach i rosnącej sile naszej gospodarki morskiej (lata 1960-75), zajęłoby zbyt wiele stron. Autor świadomie rezygnuje z takiego przekazu. Warto wszakże dodać, że bycie marynistą wówczas nobilitowało. Marynista to był taki heros, który nażarł się morskiej soli, pisał o jeszcze większych herosach, zaspakajając duchowe immanentne potrzeby marzycieli o świecie bez ograniczeń; bycia poza nawiasem, gdyż wszelkie nawiasy bardzo nas uwierały. Powstało Wydawnictwo Morskie w Gdańsku, pojawiły się cykle książek przygodowo-morskich w Wydawnictwie Iskry w Warszawie. Reportażowe książki marynistyczne znalazły się w planach wydawniczych Krajowej Agencji Wydawniczej oraz jej oddziałów w Szczecinie i Gdańsku, a także w ofertach Wydawnictwa Poznańskiego. Założone tuż po apogeum zainteresowania czytelniczego marynistyką Wydawnictwo GLOB w Szczecinie (1984), poświęciło temu nurtowi odrębne popularno-naukowe i powieściowe serie edytorskie. Na rynek czytelniczy w Polsce w okresie od 1951 do 1989 roku trafiło blisko pięć tysięcy tytułów książek marynistycznych (w tym wznowień) w łącznym nakładzie ponad 30 milionów egzemplarzy[8]. Gros z nich wydawanych było w jednostkowych nakładach 20-40 tys. egz. Bez wątpienia żaden inny nurt tematyczny nie przeżył (w tamtym okresie) takiego festiwalu swej popularności[9]. A zanikał on już w procesie transformacji, naszego wyjścia na świat, otwartych granic tak morskich jak i lądowych z jednoczesnym uwiądem (niestety) gospodarki morskiej. Paszport w kieszeni wystarczał za lektury przygodowych książek polskich marynistów. Statki polskich armatorów pływały już pod obcymi banderami i nikt nie finansował rejsów dziennikarzy-reportażystów na antypody. Większość obywateli mogła polecieć tam gdzie chciała wybranymi liniami lotniczymi i zobaczyć to, co chciała. Bez żadnej reglamentacji poza sprawdzeniem zasobności portfela. Tak kończyła się złota era polskiej marynistyki i czas wspierania morskich aspiracji obywateli, którzy gremialnie przerzucili się na studiowanie przewodników mieszczących się w nurcie uwspółcześnionej avionautyki. Wabik morskości przestał działać. Co skutkowało odzyskaniem poczucia smaku u niektórych krytyków, skorych do systemowego porządkowania literatury. W takim wartościowaniu marynistyka stała się podrzędnym nurtem. Aż dziwić może, że nikt z nich, niejako z rozpędu, nie zakwalifikował „Jądra ciemności” do prozy super marynistycznej, bo przecież to proza wiedziona z morza w górę rzeki.
Oczywista jest tu uwaga, że w powyższym tekście autor unika wartościowania dzieł, oddzielania kiepskiego opisywactwa przygód na morzu i setek paraliterackich sztampowych raportów z rejsów oficerów marynarki handlowej od utworów ambitnych, doskonałych pod względem językowym i strukturalnym. Takie też powstawały. Zwraca głównie uwagę na to, że zainteresowanie marynistyką miało podstawy społeczno-socjologiczne i gospodarcze. Zaś marynistyka, wspierana przez państwo (wydawnictwa, czasopisma, nagrody itp.) pełniła szereg pożytecznych funkcji poznawczych, edukacyjnych.
Zaryzykować można hipotezę, że im więcej było wolności, tym szybciej następowała zapaść marynistyki; więdła ona na coraz rzadziej odwiedzanych półkach bibliotecznych, bo wcześniej uległa jakby deprecjacji wraz z upadkiem gospodarki morskiej, przemysłu stoczniowego oraz tak zwanej morskości naszego kraju, który był morską potęgą, i… nagle przestał. Pozostał wspomnień czar? Wspomnień, owszem, ale i utrwalonych w języku pojęć, nazw oraz tropów więcej niż semantycznych. Bo za chwilę znów ktoś wyśle w niebo ponad naszą wyobraźnię oraz przyciąganie ziemskie korab zwany statkiem kosmicznym. Bez wątpienia opis tej podróży mógłby się kojarzyć z przygodą na poły morską, choćby i przez to, że niektórych kosmonautów mdli przy wejściu na orbitę, a nawet i po powrocie, kiedy wodują w oceanie. Bo wszyscy my z wszechoceanu i słowotwórczej marynistyki…
—
[1] 6th International Melville Society Conference Heart of Darkness; Melville and Conrad in the Space of World Culture, Szczecin, Poland, 4 – 7 August 2007.
[2] A. Adamowicz-Pośpiech, Podróże z Conradem. Szkice, UNIVERSITAS, Kraków 2016.
[3] Tamże, s.8-9.
[4] Vide: https://selkar.pl ,[dostęp z dn. 10.12.2022] .
[5] „Marynistyka – rodzaj twórczości (każdej), w której głównym (przewodnim) tematem jest morze i związane z nim: zjawiska (sztorm), miejsca (plaża, molo, port), sytuacje (bitwa morska, regaty żeglarskie), osoby (załoga, marynarz, żeglarz), przedmioty (żaglowiec, statek) itp.”, vide: https://pl.wikipedia.org , [dostęp z dn. 10.12.2022].
[6] Linia brzegowa mierzona wzdłuż granicy państwa liczy 440 km ale przy uwzględnieniu wybrzeża Zalewu Szczecińskiego, Zatoki Puckiej, itp., czyli wewnętrznych wód morskich, wydłuża się do 770 km.
[7] W latach pięćdziesiątych odcinki plaż w miejscach stykających się z morzem (zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu) były wieczorem grabione, by wopiści mieli ułatwione zadanie; ślady desperata na piasku, który chciałby w pław ruszyć w stronę zgniłego kapitalistycznego świata, uruchamiały alarm i poszukiwanie uciekiniera. Plaże były pod stałym nadzorem również w latach 60/70, w całym pasie wybrzeża stacjonowało wojsko. Zabroniono używania sprzętu pływającego, kajaków, pontonów, żaglówek. Na tym m.in. polegało owo zadrutowanie morza.
[8] Niepełne dane szacunkowe na podstawie analizy archiwalnych planów wydawniczych i katalogów m.in. Wyd. Morskiego, Iskier, KAW, Wyd. GLOB.
[9] Konkurowała z nim literatura sf oraz powieści sensacyjno-kryminalne.











Bardzo wiele trafnych ocen i przemyśleń na temat marynistyki, istotnie słabo tkwiącej w zbiorowej pamięci kulturowo-narodowej Polski. Rozdziela autor obiektywnie dwa nurty: „reportażowy” oraz bardziej „literacki”. Doceniam inne subiektywne tezy autora. A poza tym wskazuje na paradoks:
w PRL wyszło 5000 tytułów z tej dziedziny, a w teraźniejszej Polsce o wiele mniej, mimo otwarcia się RP na świat „lądowy” oraz oceany…
Co do recepcji J. Conrada – wszystko się zgadza. Słabo jest nadal odczuwany przez gremium polskich czytelników. Może coś się zmieni na plus w przyszłym roku – 1924 – kiedy świat literacki święcił będzie Jego jubileusz? Dziękuję za możliwość lektury!
Wiesław PIECHOCKI