Niezwykła Grecja – Loutraki, Korynt i Meteory

1
93

Moja wyprawa rozpoczęła się w Tarvisio, małej miejscowości w północnych Włoszech, w regionie Friuli-Wenecja Julijska. Stąd, podziwiając przepiękne górskie krajobrazy Alp Julijskich, udaliśmy się do Wenecji. To słynne miasto kanałów przywitało mnie po raz drugi. Jak zwykle bajkowe w swojej kolorowej szacie, ze swoim placem św. Marka, bazyliką, pięknym Canale Grande i widokami podczas rejsu tradycyjnym tramwajem wodnym vaporetto – zwanym potocznie vaporetti. Chodziliśmy też po urokliwych wąskich uliczkach z pięknymi kamienicami. Nie mogliśmy pominąć słynnego mostu Rialto, najstarszego nad Kanałem Grande. Stąd rozpościera się przepiękny widok na kanał, krążące po nim, niczym po ulicach, vaporetti, gondole, małe statki wycieczkowe, statki karetek pogotowia, policyjne czy nawet, ku naszemu zdziwieniu, karawany ze zwłokami. Późnym popołudniem wsiedliśmy na statek pasażerski-prom i udaliśmy się do Grecji rejsem trwającym około czterdzieści godzin.

Bardzo wczesnym rankiem (o 5.00) przypłynęliśmy do Patras, miasta portowego położonego na północy Peloponezu, drugiego pod względem wielkości – po Pireusie – greckiego portu. Tutaj mieliśmy okazję zwiedzić prawosławną bazylikę archikatedralną św. Andrzeja, który jest patronem tego miasta. W niej znajdują się relikwie głowy apostoła, brata św. Piotra, oraz relikwie krzyża, na którym umarł. Dowiedzieliśmy się, że w czasach Nerona św. Andrzej przybył do Patras, by szerzyć chrześcijaństwo na południu Europy, m.in. w Turcji, Bułgarii i Grecji. Aresztowany w Patras w 65 lub 70 roku został skazany na śmierć poprzez ukrzyżowanie głową w dół.

Z Patras udaliśmy się do Loutraki – najstarszego i słynnego kurortu w Grecji, gdzie zatrzymaliśmy się na ponad dwa dni. To urocze miasteczko ze wspaniałą plażą, długim nadmorskim deptakiem zachęcającym do porannych, wieczornych czy nocnych spacerów, położone jest u stóp urwistego pasma górskiego o nazwie Gerania. Loutraki słynie też z leczniczej wody rozlewanej w pobliskich zakładach Pepsi. W każdym barze, kafeterii czy restauracji podaje się do posiłków także i tę wodę. W hotelowym kranie też ją spotkaliśmy – można ją było pić bez żadnych obaw. Wieczorem, małą grupą, wybraliśmy się na dłuższy spacer deptakiem wzdłuż wód Zatoki Korynckiej do interesującego miejsca z licznymi fontannami i sztucznym wodospadem. W wieczornej scenerii ukazał się nam bajkowy pejzaż kolorowych strumieni wody. Wracając do hotelu po 22.00 napotykaliśmy tłumy ludzi – miejscowych z dziećmi, turystów. Trochę to niezwykły widok dla nas, ludzi północnej Europy. Także i temperatura o tak późnej porze: 30° Celsjusza. Po kilku dniach oswajania się z wysokimi temperaturami – wcześnie rano około 25°, obniżenie wskazań termometru do 20° odczuwaliśmy jako spore ochłodzenie. W drugim dniu pobytu w tym kurorcie mieliśmy cały wolny dzień dla siebie. Większość z nas wybrała wypoczynek na oddalonej o 100 metrów od hotelu kamienistej plaży. Niedogodności wynikające z wędrowania boso po tych kamieniach rekompensowała kąpiel, pływanie w przeźroczystej wodzie Zatoki Korynckiej. Spokojne wody zatoki, ciepła woda, zachęcały wprost do zażywania kąpieli. W ostatnim dniu pobytu w Loutraki wybrałem się wczesnym rankiem na spacer deptakiem wzdłuż plaży. Co jakiś czas spotykałem osoby spacerujące lub uprawiające jogging. Widziałem też pojedyncze głowy unoszące się nad wodą osób zażywających kąpieli w tej niesamowicie słonej wodzie, która, ponoć, ma duże właściwości lecznicze. Dziwiła mnie też ich odwaga – pływali samotnie w dosyć dużej odległości od brzegu (około 100 metrów), a głębokość tej zatoki w tym miejscu na pewno osiąga kilka metrów.

Loutraki było dla nas bazą wypadową do zwiedzania Koryntu. Zaczęliśmy od rejsu stateczkiem po Kanale Korynckim. Ten kopany w latach 1881 – 1893 kanał łączy Morze Egejskie (Zatokę Sarońską) z Morzem Jońskim (Zatoką Koryncką), ma długość ponad 6 km, szerokość około 20 m, głębokość 8 m i wysokość około 80 metrów. Rocznie tym kanałem przepływa około 11 tys. statków, głównie pasażerskich, o wyporności do 10.000 ton. Dzięki niemu statki mogą zaoszczędzić 400 km podróży, bez konieczności opływania Półwyspu Peloponeskiego. Warto wspomnieć o pierwszych planach budowy tego kanału. Otóż cesarz Neron w roku 67 n.e. rozpoczął jego budowę, wbijając w ziemię własnoręcznie złotą łopatkę. Pierwszymi budowniczymi byli żydowscy niewolnicy z rzymskiej kolonii Judei – w liczbie około 6 tysięcy, którzy w przeciągu dwóch miesięcy wykopali dwa rowy: jeden od strony Zatoki Sarońskiej – o długości 1,5 km i drugi od strony Zatoki Korynckiej – o długości 2 km. Jednak po śmierci Nerona w 68 r. jego następca nie był zainteresowany budową kanału. Dla nas, płynących stateczkiem po tym kanale – od Zatoki Korynckiej do Zatoki Sarońskiej i z powrotem, widok tych wysokich skał po obydwu stronach kanału, mosty – drogowe i jeden kolejowy, robił ogromne wrażenie. Później, udając się w kierunku Aten, mieliśmy okazję podziwiać ten kanał i fotografować go z innej perspektywy, z góry.

Zauroczyła mnie tak starożytna Grecja, jak i jej współczesne oblicze. Te przepiękne pejzaże zmieniające się prawie z każdym kilometrem. Nie przypuszczałem, że są tam takie piękne górzyste tereny z wysokimi szczytami. Co jakiś czas napotykaliśmy doliny i przepiękne zatoczki morza czy jezior. Ich błękit czy zieleń zapraszały wprost, by utrwalić aparatem ich piękno. W drodze zmieniał się też klimatyczny obraz – wysuszonych terenów, wypalonych słońcem niczym w tropikach – z terenami porośniętymi bujną zielenią, uprawami cytrusów, arbuzów, czy nawet ryżu.

Kolejnym bardzo uroczym zakątkiem Grecji jest masyw górski pojedynczych skał, mniejszych i większych skupisk piaskowców Meteorów i znajdujące się tam prawosławne klasztory – monastyry.

Wcześniej jednak należałoby wspomnieć o urokliwym miasteczku o nazwie Kalambaka. W tym mieście zbudowanym na miejscu starego Aiginionu (Egionu), w odległości 5 km od Meteorów, na wysokości 240 m n.p.m., mieliśmy okazję do wieczornego spaceru i noclegu we wspaniałym hotelu urządzonym w antycznym stylu. Kalambaka w końcu X wieku znana była jako Stagi. Swą obecną nazwę posiada od czasów rządów tureckich, kiedy to władzę sprawował Pasza z Larisy. Miasto to swoją wyjątkowość zawdzięcza położeniu u podnóża ciekawego skupiska szczytów Meteorów. Posiada dosyć nową zabudowę, ale też i interesujący zabytek sakralny, mianowicie katedrę Zaśnięcia Matki Boskiej z VI wieku, wzniesioną, co ciekawe, na resztkach murów dawnej świątyni Apollina.

Przed przyjazdem do samego centrum Kalambaki mieliśmy okazję wstąpić do pracowni – warsztatu – gdzie mogliśmy dowiedzieć się, w jaki sposób powstają prawdziwe ikony lub ich kopie. Dla wielu z nas było to czymś zupełnie nowym, gdy dowiedzieliśmy się, że te ikony się pisze, a nie maluje. A dlaczego wyrażenie – „pisze się ikony”? Otóż pojęcie to pochodzi z greckiego „agiografia”, co znaczy dosłownie „pisanie świętych”. Jednak według księdza Paprockiego zajmującego się tą tematyką, określenie to jest wynikiem błędnego tłumaczenia z języka greckiego, w którym słowo γράφω (podobnie jak писать w rosyjskim) oznacza zarówno pisać, jak i malować (stąd też rosyjskie ikonopisiec – od greckiego ikonographos). Tutaj znajduje się też sklep, w którym można kupić różne dewocjonalia, ale też i „pisane ręcznie” ikony. Wielu z uczestników pielgrzymki nabyło różne ikony, m.in. Matki Boskiej Częstochowskiej czy też nietypową ikonę przedstawiającą Matkę Boską Zielną z naręczem ziół w dłoniach.

Pierwsze spotkanie z magicznym miejscem – Meteorami – mieliśmy właśnie z hotelowego balkonu. Było to wspaniałe przeżycie – zobaczyć te szczyty skał w zachodzącym słońcu. Niesamowite wrażenie, wręcz trudne do przekazania, do oddania słowami. Po nocnym wypoczynku w hotelu wybraliśmy się z kolegą z grupy wcześnie rano na spacer, by móc podziwiać i utrwalić na fotografiach te wspaniałe szczyty w porannym słońcu.

Po śniadaniu pojechaliśmy autokarem na te położone ponad 500 m n.p.m. szczyty z zespołem prawosławnych klasztorów – monastyrów.

Ale najpierw może trochę słów o powstawaniu tych fantastycznych palczastych skał, położonych na Równinie Tessalskiej między górami Koziaka i Antihasionu. Z tego, co dowiedzieliśmy się, istnieją różne teorie odnośnie tych fenomenów natury. Jednak każda geneza dotycząca ich powstawania stanowi jedynie hipotezę, a nie pewnik. Jedna z nich mówi, że te szaroniebieskie skały zbudowane z warstw piaskowca, zostały ukształtowane przez naturę i stanowią pozostałość koryta rzeki wpadającej do prehistorycznego morza sprzed ponad około 25 mln lat. Powstały one w wyniku działania połączonych sił erozyjnych rzeki Pinos i ruchów tektonicznych, wskutek których powstawały liczne uskoki i szczeliny ciosowe.

Meteory mają obszar około 52 km kwadratowych. Na tym obszarze znajdują się tysiące skał o różnej wielkości, przypominające swoim wyglądem kolosalne stalagmity, wśród których górują 24 monumentalne słupy będące geologiczną atrakcją. Niektórzy podkreślają, że ten wyjątkowy zespół skalny w formie iglic, stożków, grzybów o płaskich powierzchniach „stanowi swoistą „bramę czasu”, zapraszając do wędrówki w odległe czasy średniowiecznej Grecji i wschodniego Kościoła ortodoksyjnego”. Klasztory, które znajdują się na tych skałach, są wielką atrakcją turystyczną i jednocześnie pomnikiem światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Na tych iglastych słupach wybudowano w sumie 24 klasztory – każdy na innej skale. Obecnie tylko sześć klasztorów – cztery męskie i dwa żeńskie – są dostępne do zwiedzania. I są to: klasztor Metamorfozy (Wielki Meteor), Warlama, Świętej Trójcy, Świętego Stefana Męczennika, Rusanu i Świętego Mikołaja Odpoczywającego.

Od XI wieku Meteory są uważane za obraz wielkości Boga. Swoim wyglądem przypominają skalisty las w Grecji. Odosobnienie tych wysokich i niskich skał, panująca cisza, wybudowane na tych szczytach klasztory, tworzą specyficzną atmosferę, wręcz podniosłą, zachęcając do kontemplacji.

Historia klasztorów na Meteorach ma swój początek w IX wieku. Wtedy to pojawili się tutaj pierwsi mnisi i pustelnicy, którzy początkowo osiedlili się na tych skałach i zamieszkali w naturalnych czeluściach i wgłębieniach skalnych. Na takiej wysokości, w otoczeniu wysokich skał, przy panującej ciszy, szukali schronienia, osobistego kontaktu z Bogiem, kontemplacji, medytacji. Spotykali się wspólnie w miejscu, które nazwali „kyriakon” – „pański dom”. Z tego właśnie słowa wywodzi się nazwa cerkiew.

Pierwszy i największy, a także najwyżej położony klasztor – Metamorfozy (Duży Meteor) został wzniesiony na najwyższej skale Meteorów – 613 m n.p.m. w latach 1356 – 1372 r. przez mnicha Atanazego. Serbski arcyksiążę, uczeń Atanazego i późniejszy mnich Joazaf, rozpoczął w r. 1388 jego rozbudowę i uczynił zeń ośrodek wspólnoty klasztornej. Dzięki jego rodzinnym koneksjom klasztor otrzymał liczne dobra ziemskie.

Przy okazji, to mnich Atanazy określił tę nazwę – Meteory – jako „coś zawieszonego między niebem a ziemią”. A więc coś na podobieństwo meteorytów. Kolejne klasztory powstawały w latach 1350 – 1566. Okres największego rozkwitu przypadł na lata 1520 – 1566 za czasów panowania osmańskiego sułtana Sulejmana Wspaniałego. W tym okresie monastyry posiadały ogromne skarby, czerpiąc zyski z posiadłości ziemskich w Tesalii, Wołoszczyźnie i Mołdawii. Upływający czas pozostawił swoje ślady na stanie technicznym klasztorów, a inne czynniki, w tym ekonomiczne, spowodowały utratę majątków ziemskich. Do tego należy dodać i kryzys życia zakonnego. Doprowadziło to do stanu zubożenia klasztorów i upadku większości z nich. Obecnie, jak wspomniałem wyżej, funkcjonuje 6 klasztorów, z których cztery są wyłącznie muzeami i zabytkami historii narodowej Grecji, a pozostałe dwa są w dalszym ciągu ośrodkami ascetycznego życia zakonnego – klasztor Świętej Trójcy i Świętego Stefana.

W skład klasztorów wchodzą również kamienne budowle w stylu bizantyjskim, które zostały pokryte czerwoną dachówką. Ta jej czerwień powoduje, że w promieniach słońca – a przecież ono dominuje w Grecji przez większą część roku – surowe, monumentalne skały Meteorów ożywają i wydają się tętnić swoim życiem.

Interesującym może wydać się fakt, że na początku wszystkie materiały potrzebne do budowy klasztorów oraz życia mnichów były dostarczane za pomocą konopnych lin nawijanych na kołowrót. Również odwiedzający mogli dostać się tam wyciągani w sieci przymocowanej do liny. Warto przytoczyć legendę opowiadaną przez przewodników o pewnym podróżnym z tego okresu, który po wciągnięciu na górę zapytał, jak często jest wymieniana lina. Na to pytanie otrzymał odpowiedź – „Gdy dobry Bóg każe jej się przerwać”. Innym sposobem było przedostanie się na szczyt za pomocą drabin o długości 30 metrów przymocowanych do skały. Obecnie dla wygody odwiedzających zostały wybudowane schody wykute w skałach i pomosty.

Magia tych miejsc, światowy rozgłos, spowodowały, iż w latach siedemdziesiątych XX wieku zaczęło przybywać na Meteory coraz więcej pielgrzymów i turystów, wśród których duży procent stanowią Polacy. Dochody z tej turystycznej działalności monastyrów stanowią obecnie główne źródło ich utrzymania.

Na zakończenie tej części wspomnień zadałem sobie pytanie – co dla mnie było piękniejsze – czy widoki tych niesamowitych szczytów podziwianych w porannym słońcu z położonej poniżej Meteorów Kalambaki, przepiękne krajobrazy skał i pejzaże położonego w dole miasta, czy też wnętrza zwiedzanych monastyrów pełne bizantyjskiego malarstwa, ikon pochodzących z XIV – XVI wieku, przepięknych ściennych fresków, ręcznie rzeźbionych ikonostasów. I sam nie mogłem się zdecydować, co powinienem wybrać w swojej skali wartościowania piękna.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here