Drogie Panie, ustąpcie mężczyznom nieco (ta część ludzkości też się liczy), a ocalicie godność, prestiż i wdzięk, tracony przez forsowanie feminatywów na siłę, wbrew naturze języka i względom praktycznym. O tytułach urzędowych już pisałem: te dobrze służą na równi obu rodzajom i powinny być konstytucyjne, bo gdyby uwzględnić w niej formy oboczne, to zostałaby ośmieszona. Też dla zachowania jednej dla wszystkich godności w służbie Rzeczypospolitej. Ale jest jeszcze druga kategoria: wyodrębnionych grup społecznych. Niech więc pozostanie obyczaj: wszyscy wierni, wszyscy czytelnicy, wszyscy żołnierze, Związek Pisarzy Polskich, Zrzeszenie Studentów Polskich i Związek Weteranów. Osobną grupę stanowią wyrażenia orzecznikowe, które powinny zostać takie, jakie język wykształcił: ‘pani jest naszym gościem’ (a nie ‘gościnią’) , ‘skarbem’ (a nie ‘skarbnicą’ albo ‘skarbonką’), ‘chlubym wyjątkiem’ (a nie ‘wyjątką’), ‘wzorem’ (a nie ‘wzornicą’). I odwrotnie – nie maskulinizujemy: ,pan jest istną wyżymaczką’ (a nie ‘wyżymaczkiem’), ,pociechą’ (a nie ‘pociechem’), ‘ciamajdą’ (a nie ‘ciamajdem’). Natomiast w użyciach potocznych i osobistych używajmy nazw żeńskich ile się tylko da: tytularnie „profesor uniwersytecki” – i między studentami: „popatrz, moja profesorka dała mi dwóję, taka ze mnie oferma”. W Europie chrześcijańskiej mówcy od dawna zwracają się do audytorium: „Szanowne Panie, Szanowni Panowie”. Ale wystarczy: „Drodzy Goście”, i nie ma tu powodu do urazy.
Wiem, że proponując taki językowy obyczaj, zyskam też sympatię dużego grona pań, które w swojej powadze nie obawiają się językowego zrównania z mężczyznami, bycia ministrem, a nie ministrą.
Ratujmy polszczyznę przed pretensjonalnymi dziwolągami! I kobieta i mężczyzna są człowiekiem. Skłonna do tworzenia rzeczownikowych form żeńskich łacina też pozostawiła nienaruszoną najgodniejszą nazwę: „homo”.
Andrzej Lam













Ma Pan absolutnie rację. Jestem wieloletnim dziennikarzem radiowym i razi mnie, wręcz boli używanie denerwujących określeń „goscini”, ministra itp. Niestety najwięcej złego robią pseudo- prezenterzy telewizyjni dla których to norma a nie dziwoląg językowy. W ich programach roi się od : dnia dzisiejszego, dzisiej, stoją w miejscu, i innych takich niby-inteligenckich zwrotów. Kiedyś, było to nie do pomyślenia. Istniała „karta mikrofonowa” i ona załatwiała sporo problemów. Nieodżałowany profesor Młynarczyk pogoniłby z hukiem tę bandę nieuków, lanserów i sepleniąco-szeleszczacych gwiazdeczek.