Moje „przygody” zdrowotne (w tym samochodowa) oraz, że… Biden jest OK! Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXXVII

2
Zdj. Karol Czejarek - prowadzenia nie oddam już do mety

Dlaczego Biden jest OK? Gdyż, gdy piszę te słowa, prezydent Biden akurat przemawia 21 lutego 2023 roku w Warszawie, dając każdemu człowiekowi miłującemu pokój nadzieję, że… NATO nie dopuści już NIGDY do tego, aby  jakiekolwiek państwo rozstrzygało  swoje spory z innym  w drodze wojny.

Przeżywając obecne wydarzenia w Ukrainie, wciąż „na nowo” wraca do mnie trauma moich własnych przeżyć „wojennych” (przypomnę, że urodziłem się 11 sierpnia 1939r.), przeżyłem wojnę jako dziecko i na pewno do końca swego życia nie zapomnę głodu, poniewierki, przesiedleń i wypędzenia.

Tego nie da się zapomnieć!

Stąd ta nadzieja związana z wizytą amerykańskiego prezydenta Joe Bidena w Warszawie, jak też z obecnymi poczynaniami USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i oczywiście Polski, ale przede wszystkim państw NATO i Unii Europejskiej w dążeniu do zakończenia obecnej wojny i udzielania pomocy militarnej Ukrainie tak długo, aż rosyjska ekspansja zostanie pokonana!   

A… gdyby tak – wzorem UE – powstały jeszcze inne regionalne „Unie”, które współpracowałyby ze sobą, zwielokrotniając w ten sposób gwarancję POKOJU, DEMOKRACJI I PRAWORZĄDNOŚCI NA ŚWIECIE?

Bowiem ONZ – moim zdaniem – już temu wyzwaniu nie podoła, tak jak nie podołała przed rokiem 1939 Liga Narodów. Dopiero zjednoczenie się państw (w latach drugiej wojny światowej) spowodowało utworzenie skutecznego bloku antyhitlerowskiego, zmuszając III Rzeszę do bezwarunkowej kapitulacji.

W obecnym konflikcie wojennym Rosja powinna zostać zmuszona do zawarcia pokoju, lecz na warunkach zwycięskiej Ukrainy i w oparciu o wolę całego WOLNEGO ŚWIATA! A piszę o tym dlatego, aby dać wyraz swemu stanowisku w sprawie toczącej się wojny w Ukrainie.  

Ale nie o tym  będzie mój dzisiejszy odcinek autobiografii,

 a – zgodnie z tytułem –

o moich kłopotach zdrowotnych, jakie mi się przytrafiły  w moim dotychczasowym życiu.

Aby nikt nie pomyślał (przeczytawszy wszystkie poprzednie odcinki), że moje życie upłynęło bez tego rodzaju przygód. Nic bardziej złudnego.

Już w dzieciństwie potrącił mnie samochód i na szczęście – tylko potrącił, a nie przejechał.

Kiedy byłem kolarzem miałem dwa groźne wypadki, a w zasadzie trzy.

Dwa pierwsze w czasie wyścigów: jeden na torze, a drugi – podczas „Szosowego kryterium asów juniorów w Stargardzie”  (wtedy jeszcze Stargardzie Szczecińskim).

Wywróciłem się na jednym z wiraży

(zdjęcie przed tekstem pochodzi właśnie z tego wyścigu),

ale po szalonym pościgu udało mi się dogonić czołówkę i… wygrać (m.in. przed Wadeckim, późniejszym czołowym torowym kolarzem świata, a w pokonanym polu pozostawić też wielu moich odwiecznych krajowych, a przede wszystkim lokalnych rywali,

m.in. Konickiego, Olszewskiego, Czugalińskiego i Grzegorza Wiśniewskiego.

Drugi wypadek zdarzył mi się podczas zawodów „na torze”,  gdy jadąc w wyścigu „amerykańskim parami” (wtedy z Mąkowskim, mistrzem Polski na średnich dystansach), na wirażu znalazłem się po zmianie na tzw. „ścianie” i nagle „eksplodowała” moja opona w przednim kole, a ja …

zjechałem po betonie w dół (wtedy nie było jeszcze torów „drewnianych”).

Niewiele skóry pozostało na mnie, zwłaszcza na prawym boku i na „plecach”…

Gdy zobaczyłem krwawiącą „aż do kości” ranę, zemdlałem.

Na szczęście, po kilku tygodniach znów mogłem  się ścigać, choć leczenie było skomplikowane, a rany długo bolesne. Ale „kolarze” (o czym z pewnością wiedzą ci, którzy oglądają wyścigi) to twardy „naród”.

Trzeci poważny „wypadek” zdarzył mi się, gdy odbywałem ustawowy (wówczas) obowiązek czynnej  służby wojskowej.

Podczas prac żniwnych w jednym z podszczecińskich PGR-ów (w Barkowie, jak pamiętam – wtedy wojsko jeździło na żniwa i wykopki pomagać PGR-om), zerwałem mięśnie stabilizujące kręgosłup. Po tym wypadku dość długo leżałem w Szpitalu Wojskowym w Szczecinie przy ul. Piotra Skargi.

Wtedy jednym z „moich” lekarzy sportowych był dr Wincenty Szczebel – daleki kuzyn ze strony rodziny mojego Ojca. Był on w tym czasie lekarzem drużyny piłkarskiej szczecińskiej „Pogoni”, sprawując także opiekę nad kolarzami „Arkonii” – klubu, w barwach którego się ścigałem.
Zresztą Wicek towarzyszył mi niemal do końca mojej kariery sportowej jako mój „OSOBISTY” (nieformalnie oczywiście) lekarz. Bardzo wiele mi pomógł.

Pracował także na jakiejś ważnej funkcji w Wojewódzkiej Przychodni Sportowo-Lekarskiej w Szczecnie i w szpitalu na Golęcinie, w którym też kiedyś „ratował” moje zdrowie.

Tyle, że Wicek (już po zakończeniu mojej kariery sportowej) pewnego dnia, wyjechawszy z piłkarską „Pogonią” Szczecin (która była wówczas, podobnie jak i  dziś – BARDZO DOBRA) na mecz do Wiednia i  nie wrócił z tego wyjazdu do kraju.

Nielegalnie wyemigrował do Niemiec, gdzie mieszkało dwóch jego starszych braci.

I więcej go w życiu nie widziałem!

Ale Wicku kochany, jeśli jeszcze żyjesz i ew. czytasz te słowa (byłeś o 10 lat starszy ode mnie) SERDECZNIE CI ZA TAMTE WSZYSTKIE CHWILE, kiedy udzielałeś mi swojej pomocy medycznej – DZIĘKUJĘ!

Twój starszy brat – Janek kupił mi pierwszy w życiu rower… i  wtedy, w latach pięćdziesiątych ub. wieku, zaczęła się ta moja (opisana już wcześniej w jednym z rozdziałów) SZCZEGÓLNA miłość do kolarstwa.

Nie muszę w tym momencie udawać, że nie miałem z tego tytułu (nielegalnej emigracji Wicka)  kłopotów.

Owszem miałem! Co w konsekwencji oznaczało, że paszportu na tzw. Zachód (aby odwiedzić matkę i siostrę w Niemczech) nie dostawałem.

Zdarzyło mi się, że nawet jako kolarz nie pojechałem na wyścig do NRD, nie mówiąc o udziale w wyścigach w innych krajach zachodnich.

To w dużym stopniu wpływało negatywnie na moją karierę zawodową i w końcu przyczyniło się do wycofania z czynnego uprawiania sportu, choć o Wicku piszę w autobiografii po raz pierwszy.

Wicek był „klasycznym” przykładem Ślązaka, który nie godząc się z powojenną polityką władz wobec Śląska (i Ślązaków), wolał ostatecznie zostać Niemcem. A ponieważ miał trudności z legalnym wyjazdem do Niemiec, wybrał (jak zresztą wtedy wielu innych Polaków) ucieczkę z kraju

(choć oczywiście nie usprawiedliwiam go za to!).

Matka Wicka, dla mnie „Ciocia Jadzia”, albo „Tante Hedwig”, do końca swego życia opowiadała się za Polską, zaś jej mąż – Josef Stebel – zawsze deklarował się jako Niemiec.

Ale znałem też autentycznego Niemca, pana Wilhelma Rudka (ogrodnika z Zabrza), który nie dał się wyrzucić w 1945r. z Polski, gdyż czuł się zdeklarowanym Polakiem…

Podobnie, jak Bernard Gwóźdź (piłkarz II ligowego – kiedyś – Chemika Kędzierzyn), też daleki mój krewny, w ramach akcji łączenia rodzin w latach siedemdziesiątych „za Gierka” – wyjechał (legalnie) z rodziną do Niemiec (choć potem bardzo tęsknił za Polską!), również nie godząc się z ówczesną polityką władz wobec Ślązaków. Tak po prostu było!

Przez całe swoje życie ocierałem się o tego rodzaju „historie”, szanując w tym względzie indywidualne decyzje każdego Ślązaka.

 Ja – co chciałbym podkreślić jeszcze raz –

pochodzę (ze strony Ojca) z rodziny, która brała udział w powstaniach w walce o polskość Śląska! I nigdy nie żałowałem, że poszedłem śladami swego Ojca, wybierając na swoją jedyną Ojczyznę  POLSKĘ.

Ale wracam do …lekarzy, którzy skutecznie PODTRZYMYWALI moje zdrowie. A byli nimi (już po zamieszkaniu w Warszawie), m.in.  

Pan doktor Tadeusz Mendel, Pani doktor Ałła Graban i dr Jacek Kuśnierz.

Do tej „trójki” z czasem doszli dalsi wspaniali specjaliści w osobach:

pana dr. Jacka Pachlewskiego, dr. Piotra Orzeszko i pani dr Anny Wiączek.

Bardzo dziękuję również pani doktor Zofii Tyszkiewicz, lekarce „rodzinnej” (a jednocześnie wspaniałej poetce!) za niebywałą życzliwość i udzielane – w razie potrzeby – skuteczne porady lekarskie  całej mojej rodzinie.

I jeszcze (na zakończenie) o moich obecnych dolegliwościach powstałych po fatalnym upadku (na spacerze), który miał miejsce w lutym tego roku (2023) w Parku przy ulicy Żwirki Wigury w Warszawie.

Fatalnie poślizgnąłem się na lodzie pokrywającym dość grubą warstwą parkową alejkę i  upadając, zwichnąłem bark.

Długo nie mogłem się podnieść, na szczęście pomogli mi dwaj przypadkowi przechodnie. I mimo, że odczuwałem ogromny ból, pogotowie odmówiło przyjazdu (bo byłem przytomny, nie krwawiłem, choć kroku żadnego w jakąkolwiek stronę wtedy nie mogłem zrobić).

Na szczęście do szpitala dostałem się wezwaną taksówką, a jej kierowca (p. Sebastian) „zaopiekował się” mną, jak profesjonalny ratownik medyczny, doprowadzając mnie pod drzwi gabinetu lekarskiego. Zwichnięty bark, „nastawił” mi  młody, sprawny i kompetentny lekarz, który był akurat „na ostrym  dyżurze” (9 lutego 2023) w Szpitalu Chirurgii Urazowej przy ul. Barskiej w Warszawie. Dzięki p. kierowcy taksówki (z Sebastian TAXI) spotkałem się w szpitalu z niezwykle życzliwymi ludźmi, którzy pomogli mi przetrwać najtrudniejsze chwile po tym „nieszczęsnym upadku”.

I wtedy przypomniało mi się, że w roku 1987, podobną pomoc otrzymałem od lekarzy pogotowia (w Szpitalu na ul. Hożej w Warszawie), którzy uratowali mi życie po ciężkim wypadku samochodowym, na

skrzyżowaniu ul. Marchlewskiego (obecnie Jana Pawła II) z ul. Grzybowską.

Wpadłem w poślizg prosto pod nadjeżdżający tramwaj!

Stąd – korzystając z okazji – wszystkim ówczesnym lekarzom, ratownikom, pielęgniarkom Szpitala na Hożej z całego serca DZIĘKUJĘ!

Po ostatnim, lutowym wypadku w parku, kolejny raz w życiu „dochodzę” do siebie…

Wciąż myślę, jak w ogóle do tego doszło? Wszystko działo się tak szybko i… gdyby – nie pomoc ludzi „z zewnątrz”, nie podniósłbym się.  I tak sprawdziło się stare polskie przysłowie: ”CZŁOWIEK NIE ZNA DNIA ANI GODZINY”.

A TERAZ, BĘDZIESZ MUSIAŁ KAROLU BARDZIEJ UWAŻAĆ NA SIEBIE! (dodałem sam sobie w myślach w tamtym momencie).

PS.

Tym bardziej, że mamy z żoną różne plany na tegoroczne lato i jesień. JESZCZE RAZ odwiedzić Ahrbergen k. Hildesheim, zapalić znicz pamięci na grobach mojej śp. Mamy i Siostry oraz Jej męża. W ogóle jeszcze raz spojrzeć na „stare kąty”, w których spędziłem wiele czasu w latach swego dzieciństwa.

Chciałbym też pojechać z żoną i SZWAGROSTWEM (Elą i Mirkiem) do naszej ulubionej Opinogóry, przepięknego tam Muzeum Polskiego Romantyzmu, do odbudowanego Zamku Książąt Mazowieckich w Ciechanowie, jak również do Szczecina na grób Ojca, a także na znajdujące się tam groby naszych przyjaciół i znajomych – w tym

Jasia Szyrockiego, Karola Koczego, Jasia Bajdy, państwa Polaków, Łyczywków, Welterów, Ojca Mirka Górnego i innych! Na pewno też jeszcze nie raz  pojedziemy do Nidzicy na grób moich teściów – Józefa i Jadwigi oraz Hani Bartosiak.

 

C.d. nastąpi i będzie miał tytuł

 

Wojciech Żukrowski, Albin Henryk Tomaszewski, Józef Barański, Eugeniusz Eibisch, Józef Szajna, Michał Misiorny,  Erna Rosenstein,  Zbigniew Lengren, Lucjan Kydryński, Henryk Huber

 CZYLI WSPOMNIENIE OSÓB, KTÓRE W MOIM ŻYCIU TAKŻE BYŁY BARDZO WAŻNE!

Poprzedni artykułRealizacja praw człowieka w kontekście konfrontacji Północ-Południe
Następny artykułKsiążki, które mogą zainteresować…
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS. Rok 2024 owocował w dalsze dokonania twórcze Karola Czejarka. Oprócz 30 opublikowanych w PD artkułów, recenzji książkowych, pożegnań i rozmów, również wydanie dwóch publikacji książkowych: przekładu (z j. niemieckiego na polski) Hansa-Gerda Warmanna „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” (TSKŻ, Szczecin 2024) oraz „Autobiografii. Moja droga przez życie” (Biblioteka Świętokrzyska, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2024). W kwietniu 2025 ukazała się monografia autora o życiu i twórczości Bronisławy Wilimowskiej „Wszystko było dla niej malarstwem” (w Wydawnictwie ASPRA-JR).

2 KOMENTARZE

  1. Byłem naprawdę szczęśliwy, że wyszukałem ten artykuł. Wielu osobom wydaje się, że mają rzetelną wiedzę na opisywany temat, ale niestety tak nie jest. Stąd też moje zaskoczenie. Czuję, że powinienem wyrazić uznanie za Twój trud. Będę rekomendował to miejsce i regularnie wpadał, aby zobaczyć nowe artykuły.

  2. Raczej pół felieton i to nader osobisty, co można usprawiedliwić piękną, osobistą konwencją wspomnień Karola i jego wczesną zdolnością do latania ponad kierownicą…
    Kanikuła w pełni; dziś goręcej niż zwykle (w Szczecinie już 30 stopni) i tylko ożywczy powiew wiatru mógłby ostudzić mój zapał do żartu. A taki właśnie mnie nachodzi po przeczytaniu XXXVII odcinka wspomnień Karola Czejarka, w dzień po wygraniu przez Kwiatkowskiego 13. etapu Tour de France – było co oglądać. W przeszłości trenowałem w kilku dziedzinach sportu (były i medale), ale w żadnej z takimi sukcesami i zacięciem jak Karol. Bo jak już jeździł, to na całego – „pełna gębą”. Stąd nieuchronna Jego wypadkowość. No i pamięć dzięki temu zachował wyjątkową. Świat z wysokości roweru zdaje się taki niezwykły, i nie przez to, że jakoś tak po bokach migający, bo Karol mimo to wszystko widział i zdaje z tego sprawozdanie. Znany nam Wielki Mistrz Kierownicy, z którym red. D. z TVP przeprowadzał wywiad, na pytanie: „i co pan zapamiętał, mistrzu, z tego ścigania się po całym świecie, co panu utkwiło w pamięci?” – odpowiedział kpiarsko: „przednie koło i kierownica”, czym wprowadził red. D. w traumatyczną konsternację. (Red. D. to ten, co w uniesieniu sprawozdawczym nazwał Szozdę „cudownym dzieckiem dwóch pedałów”.
    Zatem, czytałem kolejny odcinek wspomnień Karola Czejarka z dużym zainteresowaniem, bo jak zwykle pisze ze swadą, sensownie i egzemplifikuje swe skojarzenia jak rasowy dokumentalista, ale ja dziś – przy tej temperaturze, gdy za oknem już ponad 30 stopni – wracam na rower. Aż mnie ciarki przechodzą, gdy pomyślę jak bardzo boli każdy kolarski upadek z roweru; a uparty był ten Karol i odporny jednocześnie, no a poza tym miał i zachował szczęście do dobrych lekarzy, czego dowodem było niedawne udane nastawienie wybitego barku. Innymi słowy, gdy czytam te wspomnienia zaczynam wierzyć w moc medycyny i… szlachetnej wyobraźni oraz w to, że każdy upadek może utwardzać w nas charakter.
    PS
    Przepraszam, Karolu, za ten wakacyjny żart o kierownicy i przednim kole; on tak wyraziście określa wyrafinowaną inteligencję Szurkowskiego, jak i poziom patetycznych uniesień red. D., że nie mogłem się powstrzymać od przytoczenia tamtego dialogu, który zapadł mi w pamięć chyba przez skojarzenia, gdy wyobrażałem Twoje karkołomne katapultowania i upadki. Byłeś i jesteś DZIELNY.
    ZK

Skomentuj Photopolis Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj