Nie mogę o sobie powiedzieć, że w końcowym roku II wojny światowej 1939-1945 i w pierwszym roku po II wojnie światowej byłem z moich ówczesnych wyborów ideowo-politycznych bardzo zadowolony. Miałem co prawda wtedy zaledwie 13 i 14 lat ale byłem chłopcem dość dojrzałym. Jednak jednocześnie dość głęboko zagubionym w ówczesnej, dramatycznej rzeczywiści społeczno-politycznej naszej ojczyzny i całego ówczesnego świata. Do niewielkiej miejscowości Końskie należącej tradycyjnie na ziemi kieleckiej udało mi się uciec ówcześnie z spod władztwa kozienickiego gestapo latem 1944 r. tylko dlatego, że liczono, że wypuszczając mnie z gestapo i przyprawiając mi gestapowski „ogon” doprowadzę tutejszą przyfrontową niemiecką służbę bezpieczeństwa do radzieckiej radiostacji o którym istnieniu i funkcjonowaniu doniosła ich kozienickiej placówce która więziła mnie razem z ojcem tutejsza żydowska agentka gestapo Klara Leszczyńska (1). Udało mi się jednak opuścić Kozienice całkowicie gubiąc gestapowski „ogon” udając się razem z końmi transportowanymi do Rzeszy niemieckiej via stacja kolejowa Bąkowiec a potem Radom podróżując razem z transportowanymi końmi i po części udając się w stronę Rzeszy niemieckiej skutecznie skrywając się za wspomniani końmi. W Radomiu „pożegnałem się” ze wspomnianymi zaprzyjaźnionymi końmi i nie wiedzącym o mnie ich strażnikami aby już całkowicie innymi środkami transportu ,ale całkowicie samodzielnie dotrzeć do kochającej mnie babci (matki mojej matki) w Końskich, gdzie dożyłem końca okupacji hitlerowskiej oraz przeżyłem pierwsze lata po II wojnie światowej Po pierwszym powojennym roku zagubienia, w którym pomogło mi przeżyć rodzeństwo mojej wcześniej zmarłej matki, a zwłaszcza jej siostra zapalona przed II wojną działająca na Śląsku Cieszyńskim harcerka, tym razem żyjąca w gospodarstwie swoich rodziców, moja ciotka Gienia oraz jej brat, który wrócił zaraz po II wojnie światowej z hitlerowskiego obozu – wujek Franek – jeszcze raz zatrudniony zaraz po powrocie na tym samym stanowisku miejscowego kierownika szkoły podstawowej ,które sprawował przed II wojną światową. Moje natomiast drogi społeczno-polityczne szybko się jednak i na zawsze się z nimi rozeszły i to na długo jeszcze zanim trafiłem do szkoły oficerskiej a potem na studia wyższe i do realizacji codziennego niemal kontaktu z słynnym już wówczas prof. Adamem Schaffem czołowym, ówczesnym filozofem-marksistą działającym ówcześnie w mojej ojczyźnie.
Rozpoczynające się wykłady akademickie prof. dr hab. Adama Schaffa (2) z filozofii marksistowskiej wygłaszane w uczelni, w której podjąłem wtedy studia. zaledwie w kilka lat po II wojnie światowej, wyraźnie oraz mocno mnie zainteresowały. One nie tylko mnie zainteresowały, one mnie wręcz zafascynowały i byłem nimi od początków ich uważnego słuchania bardzo zachwycony. Byłem nimi od początku wręcz niebywale nie tylko zachwycony, ale długo pozostawałem pod ich wielkim i dość jednostronnym niebywałym urokiem. Wręcz stanowiły one podstawę dokonywującego się ówcześnie przełomu w mojej młodej kształtującej się dopiero osobowości. Ten urok nie w pełni minął u mnie aż do dnia dzisiejszego, choć obecnie posiada on inny, bardziej dojrzały i zweryfikowany przez późniejsze wydarzenia charakter oraz specyficzną nie pozbawioną krytyki mego mistrza treść . Miały miejsce te wykłady w znamiennym 1949 roku. W lutym tego roku skończyłem 18 lat. Zostałem kilka miesięcy wcześniej studentem pierwszego roku wspomnianej Akademii Nauk Politycznych (ówczesnej uczelni państwowej) i to na jej Wydziale Dyplomatyczno – Konsularnym. Natomiast jeszcze niedawno byłem młodziutkim podchorążym Oficerskiej Szkoły Wojsk Technicznych Lotnictwa. Wręcz szybko zostałem jej prymusem zarówno w zakresie nauk technicznych (będących podstawą tutejszej edukacji), jak też przedmiotów matematyczno- przyrodniczych, będących jej ważną częścią, ale zwłaszcza wiedzy społeczno- politycznej, której we wspomnianej szkole poświęcono wiele uwagi. Byłem jednym z najmłodszych, najdrobniejszym pod względem budowy fizycznej podchorążym wspomnianej szkoły. Miałem wtedy zaledwie 17 lat .Natomiast posiadałem okupacyjne dokumenty mocno mnie postarzające. Zima roku 1978/1979 była bardzo sroga, a dla mnie natomiast wyjątkowo bardzo ciężka. Silne mrozy dokuczały wtedy wszystkim, w tym też podchorążym wspomnianej szkoły, ulokowanej w budynkach na przedmieściach Warszawy w miasteczku Bernerów, który jeszcze nie był dzielnicą ówczesnej stolicy, tylko miejscowością położoną na jej ówczesnych peryferiach. Trafiłem do tej szkoły już jako pełny sierota. Matka popełniła samobójstwo, gdy miałem kilka lat nie mogąc przeżyć tego, że mój ojciec zostawił ją samotną, aby zamieszkać z nową swoją wybranką życiową, nie rozwodząc się z moją matką, z którą miał ważny ślub rzymsko-katolicki. Nie satysfakcjonowało ją natomiast to, że nadal hojnie łożył pokaźne sumy na nasze utrzymanie. Z nową oblubienicą mój ojciec wziął tym razem ślub prawosławny i zamieszkał z nią w nowo wybudowanej ich rezydencji w Aninie koło Warszawy. Ojciec pochodził z prostej wiejskiej rodziny żyjącej na ziemi lubelskiej. Jego matka prowadziła średniej wielkości rolne gospodarstwo, a ojciec piękne ogrody księcia Lubomirskiego i jego rodziny. Ojciec matki był natomiast mistrzem murarskim, a matka prowadziła mu dom. Po samobójstwie mojej matki zostałem zabrany do pięknej rezydencji mego ojca i jego kochanki w Aninie, który nie tylko skończył Szkołę Główną Handlową w Warszawie, ale był jej prymusem oraz szybko awansował, uzyskując wielkie i wysokopłatne stanowisko w kapitalistycznym koncernie „Węgloblok”, monopolizującym w ówczesnej Polsce handel zwłaszcza zagraniczny węglem i koksem, zarówno na rynku krajowym, jak i zwłaszcza zagranicznym. Ponadto ojciec miał własne (wspólne z niemieckim jego wspólnikiem) przedsiębiorstwo handlu drewnem pozyskiwanym na Wołyniu, to znaczy ziemi obecnie ukraińskiej, należącej wtedy do Polski. Całymi tygodniami ojciec był nieobecny w swoim domu w Aninie, a ja byłem nie tylko bity, ale wręcz katowany przez moją macochę oraz jej matkę, uznającą się za arystokratkę byłego rosyjskiego dworu carskiego funkcjonującą w ówczesnej strukturze społeczno- gospodarczej rosyjskiego narodu, aż do słynnej bolszewickiej rewolucji w październiku 1917 r. W wieku 8 lat postanowiłem podlać benzyną i spalić rodzinny dom w Aninie (oczywiście z macochą jej córeczką i matką), ale rozmyśliłem się i ograniczyłem do ucieczki do moich dziadków ze strony matki. Wówczas sąd odebrał mojemu ojcu prawa rodzicielskie po obdukcji mojego ciała. Początek wojny przeżyłem natomiast u dziadków mojej mamy w Końskich, a końcówkę wraz ze spiskujących wobec hitlerowców ojcem. W końcówce wojny byłem aresztowany przez niemieckie gestapo razem z ojcem, który na zlecenie swoich angielskich mocodawców wywiadowczo współpracował z Rosjanami, a ściśle z ich armią, która zatrzymała się na linii Wisły, zaledwie kilka kilometrów od Kozienic, gdzie ówcześnie mieszkaliśmy a gdzie mój ojciec pracował w niemieckiej firmie wymieniającej jaja i miód za cukier. Mimo wydania ojca i jego organizacji Gestapo i aresztowania ojca wraz ze mną, na skutek denucjacji żydowskiej agentki gestapo nie wydałem ani mojego ojca, ani radiotelegrafistki radzieckiej przekazującej dalej partnerom zza Wisły wywiadowcze informacje zebrane przez ojca i jego siatkę szpiegowską (choć wiedziałem gdzie się ukrywa). Po mojej ucieczce z Kozienic znowu trafiłem już kolejny do dziadków rodziców mojej matki i tu doczekałem się wyzwolenia mnie przez Armię Radziecką. Wyłącznie z własnej inicjatywy i bez jakiejkolwiek inspiracji ojca, który zostawił mi w tej sprawie wolną rękę. We wspomnianych Końskich, wstąpiłem do lewicowego Związku Walki Młodych (ZWM), a potem do PPR oraz aktywnie włączyłem się jako uczeń gimnazjum i przewodniczący Związku Walki Młodych w tej szkole do ówczesnych przeobrażeń ustrojowych. Dzięki protekcji mojego kuzyna pułkownika Jana Wiśniewskiego (szefa Informacji Warszawskiego Okręgu Wojskowego) po wyborach ze stycznia 1947 roku, znalazłem się na początku w Oficerskiej Szkole Wojsk Lotniczych w Dęblinie, a potem jako nie spełniający fizycznych warunków zastania pilotem, we wspomnianym Bernerowie, gdzie kształciłem się na elektrotechnika obsługi wyposażenia samolotów. Z inicjatywy tegoż samego kuzyna, jako niedoszły prymus wspomnianej szkoły oficerskiej, ( przed awansem oficerskim) zostałem skierowany do Kompanii Akademickiej Wojska Polskiego, w której zgromadzono wojskowych podejmujących na zlecenia ówczesnej armii studia na uczelniach cywilnych stacjonując na Cytadeli Warszawskiej. Z wyboru mojego ,wspomnianego kuzyna miałem podjąć studia w Politechnice Warszawskiej i to na jej Wydziale Lotniczym, ale w wyniku mojej, samodzielnej inicjatywy, znalazłem się ostatecznie jako student we wspomnianej Akademii Nauk Politycznych. Już w Końskich z uporem samodzielnie obok mojej aktywności społeczno-politycznej na rzecz nowego ustroju sięgałem często do literatury z zakresu marksizmu z trudnością przedzierając się nie tylko przez publikacje obu klasyków marksizmu w tym zwłaszcza przez „Manifest komunistyczny”, ale też choćby fundamentalną publikacje F. Engelsa „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” i wiele innych prac z tego zakresu. Połączone to było jednak z trudnościami nie do przebycia w zakresie zwłaszcza pełnego zrozumienia ich treści. Ale początki w tym zakresie zostały już przeze mnie wtedy zrobione. Nie tylko zrobione, ale ze wstępnymi w tym zakresie sukcesami. Dlatego oficerowie polityczni moi wykładowcy ze wspomnianej szkoły, używali mnie dość często do wygłaszania pogadanek społeczno-politycznych dla moich kolegów podchorążych na społeczno-polityczne tematy.
Gdy więc w potężnej sali wykładowej na ulicy Wawelskiej w Warszawie, zajmując wywalczone wcześniej siedzące miejsce wysłuchiwałem w najwyższym skupieniu na początku roku akademickiego we wspomnianej uczelni wykładów prof. A. Schaffa, nie byłem w tej problematyce którą podejmował wspomniany uczony całkowitym, mało zorientowanym debiutantem Byłem już wcześniej ich treścią głęboko zafascynowany. Jednak co innego było fragmentaryczne poznanie przez samouka problemów z tej dziedziny wiedzy, a co innego zetknięcie się w tej sprawie z jej profesjonalnym, wykładem i to realizowanych przez najwyższej klasy fachowca w tym zakresie mojej ówczesnej ojczyzny. A takim był niewątpliwie wspomniany prof. Adam Schaff. Dlatego też na salę przy ulicy Wawelskiej przychodziłem z reguły na długo przed godzinami rozpoczęcia wspomnianych wykładów gdy na korytarzu uczelni, a nawet przed budynkiem, gromadziły się już tłumy przyszłych słuchaczy a w czasie rozpoczętych jego wykładów nie było na sali gdzie się odbywały żadnego wolnego, siedzącego miejsca. Wiedziałem o tym doskonale i gdy tylko studenci z zakresu innych kierunków studiów i nauczanych przedmiotów opuszczali zajętą dotąd salę, starałem się zająć w niej siedzące miejsce. Gorliwie oczekując na wykłady fascynującego mnie profesora. Przy tym warto zwrócić uwagę, że byłem wśród studentów tej uczelni albo najmłodszym wiekiem , albo należałem do grupy najmłodszych wiekiem. Obok studentów w cywilnych ubraniach na sali wykładowej na krótko przed wykładami, agresywnie zajmowały wolne miejsce też liczne osoby zakonne i księża, którzy też chcieli wysłuchać swoistego „antychrysta” z ich punktu widzenia. Ostatecznie jednak udawało mi się z reguły zająć siedzące miejsce, aby z uwagą wysłuchać wykładu wspomnianego uczonego-heretyka. A rzeczywiście jego wizja pracy i życia w mojej ojczyźnie zapowiadała nadchodzące czasy niezwykłe. Polki i Polacy tak jak wcześniej Rosjanie ,Ukraińcy i Białorusini oraz Kozacy czy mieszkańcy Armenii, oraz wielu innych narodowości ZSSR w wyniku zabiegów nowej komunistycznej władzy, na wielkich obszarach państwa radzieckiego mieli zacząć się stawać się i podobno się stawali się w wyniku przyswojonej i realizowanej przekonywująco wizji marksizmu zupełnie innymi ludźmi niż miało to dotąd miejsce w poprzednim kapitalistycznym czy feudalno-kapitalistycznym ustroju. Istota tych zmian w stosunku do stanu poprzedniego polegać miała na ich wyzwoleniu się z kapitalistycznej czy to kapitalistyczno- feudalnej niewoli klasowego ucisku i nie tylko lepszego zrozumienia otaczającego ich świata ale też ich wejście na drogę dynamicznego nieograniczonego rozwoju człowieczego. Dokonywanego zarówno w wymiarze indywidualnym ale też w poszczególnych grupach społecznych ludzi pracy, jak i narodach, które wkroczyły na nową drogę rozwoju socjalistycznego. Prelegent nie ukrywał, że wszystko to niezależnie gdzie ma miejsce odbywa się w ostrej walce i sporze klasowym z tymi, którym ustrój feudalno-kapitalistyczny czy kapitalistyczny zapewniał dotąd w społeczeństwie dominującą i uprzywilejowaną korzystną role i sprawowanie władzy nad innymi ludźmi którzy teraz w nowym ustroju musieli pogodzić z tym, że zostają pozbawieni nie tylko klasowych przywilejów, ale też klasowego panowania nad ludźmi pracy swoich narodów. I co najważniejsze pozbawieni zostali dochodów zrodzonych z klasowego wyzysku i klasowej eksploatacji. Sala wyjątkowo cicho, wręcz wyjątkowym milczeniem wysłuchiwała tej precyzyjnie nakreślonej i atrakcyjnie przedstawionej nadchodzącej wizji ówczesnego polskiego społeczeństwa i walki o egzotyczną dla słuchaczy zagrodzonych na sali wizji nadchodzących dopiero czasów w naszej ówczesnej ojczyźnie mających nastąpić w wyniku realizowanych też w Polsce wizji zapowiadanych w wykładzie przemian ustrojowych. A przecież na wspomnianej sali a przynajmniej w dużej jej części znajdowali się tacy, którzy w przeciwieństwie do mnie o tej wizji dowiadywali się z tego wykładu po raz pierwszy i chcieli, czy nie chcieli musieli przyznać, że była to wizja atrakcyjna oraz wręcz fascynująca. Przynajmniej dla wielu ludzi pracy i tych którzy mieli dopiero nimi zostać. Niektóre natomiast siostry zakonne i obecni na tych wykładach liczni księża, nie wytrzymywały jednak głuchego milczenia tej sali i nachylając się nad sąsiednimi siostrami czy przybyłymi na wykład księżmi, cichuteńko do ich ucha szeptali zapewne do nich przeznaczone swoje liczne zastrzeżenia do przedstawionej treści wykładu proroka nowego myślenia, którym niewątpliwie w tym wykładzie był prof. Adam Schaff. Wykładowca nowych nieznanych, ale też dla większości dotąd mało znanych ale bardzo zastanawiających treści wspomnianych wykładów prof. A. Schaffa.
Z wykładów tych wynikało ,że nowy ustrój propagowany przez wspomnianego profesora –realizowany na podstawie popularyzowanej przez niego filozofii otwierał nową epokę. w rozwoju człowieka, która się dopiero zaczynała, a której istotę przed tymi wykładami tylko częściowo rozumiałem. Jej istota sprowadza się do tego, że po raz pierwszy miała ona otwierać czas , w której robotnicy, chłopi zwłaszcza mało i średnio rolni oraz inteligencja mieli przestać być przedmiotem wyzysku i panowania klas posiadających w naszym polskim społeczeństwie, w tym szczególnie panowania nad nimi kapitalistów i obszarników. Oczywiście nie była to dla mnie orientacja nowa, bowiem faktycznie na głoszeniu takich tez oparta była cała kampania referendalna 1946 roku, a potem wyborcza ze stycznia 1947 roku, w której aktywnie uczestniczyłem i znałem tym samym założenia wyborcze nowej władzy, ale teraz po raz pierwszy miałem okazję zapoznać się z założeniami nowego ustroju, już opartymi na pełniejszych naukowych podstawach i przedstawionych przez tak wybitnego uczonego jakim niewątpliwie był prof. dr hab. Adam Schaff, dość powszechnie wtedy uznawany za najważniejszego reprezentanta intelektualnego nowego ustroju. na dodatek prezentujący wspomniany nadchodzący ustrój przez wspomnianego uczonego nie tylko w wymiarach społeczno – politycznych, ale głównie filozoficzno – naukowych. Z jego wykładów wyłaniał się dla mnie znacznie bardziej pogłębiony obraz już realizowanej, ale wyłaniającej się dopiero rzeczywistości, która miała o wiele większe i poważniejsze naukowe podstawy, niż wiedziałem o tym dotąd. Była sprawa ważna jeszcze z tego punktu widzenia, że nie szło w tych wykładach tylko o przedstawienie wizji dokonujących się przeobrażeń realnych, ale zwłaszcza o zaprezentowanie ich naukowych podstawa które miały być w naszej ojczyźnie realizowane w nie odległej wizji przyszłościowej. Była to dla mnie ówcześnie perspektywa nie tylko fascynująca, ale do tego stopnia przekonywująca, iż poczułem się częścią składową realizatorów wielkiego przeobrażenia ustrojowego, które miało wyprowadzić nasz kraj nie tylko z powszechnego analfabetyzmu przełożonego na powszechne wykształcenie, nie tylko elementarnego, ale też wyższych rodzajów, ale też miała oznaczać radykalną poprawą poprawę bytu materialnego ludności, zwłaszcza tej najbiedniejszej, (szczególnie tej dotąd żyjącej w trudnych i bardzo trudnych warunkach materialnych ) połączonej z powszechnym zapewnieniem jej wzrastającej podmiotowości społeczno-politycznej naszej ojczyźnie i to w niedługiej perspektywie nadchodzących czasów.
Nie ukrywam, że byłem taką polską wizją narodową nie tylko zafascynowany, ale i wręcz oczarowany, co znacznie zwiększało to, że obok wysłuchania wykładów, zostałem zachęcony przez mego mistrza naukowego do gruntowanego przestudiowania dzieł wielu jego naukowych poprzedników, którzy w czasach ubiegłych marzyli o takim ustroju dla mojej ojczyzny, który też przyszło nam teraz jako narodowi polskiemu realizować, a którego istotę i perspektywy tak przekonywującą przedstawiał w swoich wykładach wygłaszanych w Akademii Nauk Politycznych ale też w rozmowach ze mną, ale też z innymi ówczesnymi swoimi słuchaczami mój nowy wielki mistrz naukowy. A takich rozmów i odpowiedzi mistrza było wiele po każdym wykładzie. Podobnie jak pytań po każdy wykładzie wspomniany mistrz miał wiele.
Dla mnie ten nowy okres życia tak realizowany i tak bogaty w spotykane nowe treści, był też taką nowością tym bardziej, że stawałem się zupełnie innym niż dotąd człowiekiem. Wręcz można powiedzieć, że chłonąłem jego słowo po słowie, zdanie po zdaniu, coraz bardzie zdziwiony, że ze znanych mi ułamków wiedzy na temat wizji człowieka i społeczeństwa przyszłości, można skonstruować taką fundamentalną i atrakcyjną projekcję jego generalnej pomyślności oraz zarazem jego szans rozwojowych w nowym ustrojowym systemie społeczno- gospodarczym. Mimo wczesnego otarcia się o tę problematykę, jej obecne przedstawienie przez prof. A. Schaffa w jego swoistej syntezie, było dla mnie całkowitą nowością i to nowością osobiście mnie mocno fascynującą. Nie ukrywam, że cieszyłem się, iż z kilku znanych mi możliwości ustrojowych, o których dowiadywałem się choćby z ust mojego ojca, który w sprawach wyborów w tej dziedzinie nie zajmował ostatecznego stanowiska, dzięki znalezieniu się na tej sali, miałem bezpośrednią możliwość zaspokojenia swojego zainteresowania wizją ustroju który dopiero nadchodził i wieść o nim które były dla mnie zaledwie muzyką dopiero nadchodzącej przyszłości. Osobiście już wcześniej utożsamiałem się jedną z takich wizji przyszłości. A słuchane wykłady zwiększały te uczucia tożsamości które kierowałem w stronę tego ustroju, który teraz dzięki tym wykładom prof. A. Schaffa przedstawiały się mi jako najbardziej atrakcyjna szansa dla mojego narodu, który tak jeszcze nie tak dawno stał w obliczu bytu i niebytu realizowanego przez hitlerowskich okupantów. W przeciwieństwie do licznych mniej czy bardziej agresywnych w tych sprawach sióstr zakonnych i księży z tej sali wykładowej , ale też licznych innych osób w cywilnych ubraniach z trudem się identyfikujących z moim nowym mistrzem , nie śmiałem na początku zadawać profesorowi jakichkolwiek pytań i dopiero po pewnym ośmieleniu zarówno prostowałem krytyczne uwagi tych, którzy głosili rzekomo nie tylko swoje zastrzeżenia, ale też licznych odnoszących się do wątpliwości wszystkich i każdego, jak i tych, którzy tymi wykładami nie tylko nie byli zafascynowani, ale nie ukrywali w tych sprawach licznych wątpliwości. Profesor zostawiał po każdym wykładzie sporo czasu na pytania i odpowiedzi a jego słuchacze chętnie z tego czasu korzystali Z sali wykładowej, i jej katedry płynęły do mnie i do całej sali słowa mojego nowego idola układające się w zdania, które syntetyzowały tylko rozdrobnioną u mnie i nie tylko u mnie wiedzę na różne filozoficzne tematy dotyczące człowieka, jego teraźniejszości i przyszłości oraz dróg i sposobu jego rozwoju w nadchodzących rzeczywiście burzliwych już istniejących ale zwłaszcza nadchodzących dopiero czasach.
Nie mogę powiedzieć o sobie, że na tych wykładach nie miałem żadnych lub zbyt wiele wątpliwości ale ich konstrukcja, sposób wykładu, użyta argumentacja, bardziej budziły moją fascynację i identyfikacje, niż jakikolwiek odruch krytyczny. Zwłaszcza fascynowała mnie w nich wizja zastępowania w nadchodzących czasach i nie tylko występującego w mojej ojczyźnie dość powszechnego w świecie wyzysku klasowego człowieka przez człowieka, a ściśle ludzi pracy przez kapitalistów i obszarników oraz wizje likwidacji takiego wyzysku. Niewątpliwie identyfikowałem się ze swojej strony z wizją kreacji społeczeństwa, w którym przytłaczająca większość jednostek ludzkich zazna nie tylko poprawy swego bytu materialnego, ale też uzyska szanse stania się podmiotem wszystkich ważniejszych rozwiązań szczególnie modelowych, które wcielać będą w niełatwym, ale fascynującym czekających ich życiu. Gdy więc zaledwie parę tygodni po rozpoczętych zajęciach we wspomnianej Akademii w wędrówce po okazałym budynku mojej fascynującej nowej uczelni, spotkałem na jej korytarzach ogłoszenie jej Katedry Materializmu Dialektycznego i Historycznego dotyczące konkursu na pracowników naukowych tej katedry, to nie mogłem długo odejść od tego ogłoszenia. Z jednej strony dobrze wiedziałem, że mam zaledwie 18 lat, rozumiałem ,że jestem studentem zaledwie I roku tej akademii i zamiast długoletniego przygotowywania się do matury, uzyskałem wstęp na tą uczelnię przez skrócone studium wstępne realizowanych kursów zapewniających mi możliwość studiowania na wyższych uczelniach. Natomiast z drugiej strony moja wiedza na temat wymogów które trzeba spełniać w pracy na tym stanowisku na które organizowano konkurs ówcześnie posiadana przeze mnie była bardzo ograniczona i wręcz marniutka. Natomiast miałem niewątpliwą chęć pracowania z takim profesorem o tak wielkim autorytecie jaki posiadał już wtedy prof. Adam Schaff, a propozycja bezpośredniej pracy z nim była tak fascynacja, że trudno mi było odrzucić z góry możliwość starania się o szanse codziennego naukowego obcowania z nim.
W sumie walczyły ówcześnie we mnie i ścierały się w tej sprawie dwie krańcowe orientacje. Chęć codziennej współpracy ze znanym i ulubionym profesorem i własne przekonanie o zbyt ograniczonym przygotowaniu do wykonywania takiej pracy .Ostatecznie nieśmiało i z nie ukrywanym zażenowaniem odwiedziłem biuro wspomnianej katedry, gdzie spotkałem dr Leona Szyfmana i mgr Jerzego Wierzchowskiego, którzy chętnie odpowiadali na liczne zadane im moje pytania na temat wspomnianego konkursu. Najważniejsze, że nie odradzali mi startowania we wspomnianym konkursie, na który zapisało się już wtedy dużo ponad 100 osób w różnym wieku i o różnym stopniu znajomości marksizmu a zwłaszcza jego filozofii. Wróciłem na wspomnianą Cytadelę Warszawską, gdzie w jeden z budynków zajmowała nasza Kampania Akademicka, w której szeregowi, podoficerowie i oficerowie nocowali zanim rozbiegali się codziennie po warszawskich uczelniach, zdobywając w nich cywilne wykształcenie, mające być potem przydatne w ich pracy w wojsku. Miałem tam swoje łózko zlokalizowane na dużej sali niedaleko łóżek grupy studentów -medyków na czele z Leszkiem Czaplickim, późniejszym zresztą profesorem medycyny i wieloletnim komendantem szpitala wojskowego na ulicy Szaserów w Warszawie. Dlatego właśnie jemu jako mojemu prawdziwemu, pierwszemu przyjacielowi opowiedziałem o zadziwiającej wspomnianej, propozycji konkursu na asystenta tak znanego powszechnie profesora filozofii. Wszyscy moi rozmówcy z pobliskich łóżek od łóżka Leszka zaczęli się mnie na ten temat pytać a potem wypowiadać na ten egzotyczny temat. Sam Leszek ale też liczni inni koledzy wyrażanie namawiali mnie, abym wziął udział w ogłoszonym konkursie i zawalczył o możliwość współpracy z tak wielkim ważnym i ciekawym profesorem. Na dodatek z tak istotnej dziedziny wiedzy, jaką była i nabierała znaczenia ówcześnie niewątpliwie filozofia marksistowska. Tylko nieliczni zalecali nie branie udziału w tym egzotycznym konkursie, Nie byłem jednak nadal przekonany w tej sprawie i wahałem. Raz jeszcze więc odwiedziłem L. Szyfmana i J. Wierzchowskiego i upewniłem się, że ani mój młody wiek, ani mój obecny debiut w uczeniu się w szkole wyższej, nie są ani formalną ani jakąkolwiek inną przeszkodą, abym rzeczywiście startował we wspomnianym konkursie. Ostatecznie postanowiłem uczestniczyć w tej największym i najbardziej fascynującym moim przedsięwzięciu w dotychczasowym życiu. To tylko zwiększyło jeszcze bardziej moją uwagę na odwiedzanych regularnie wcześniej wykładach prof. A. Schaffa, ale też wręcz spowodowało, że kilka dni i nocy spędziłem nad jego ówczesną książką „Wstęp do teorii marksizmu”.(3) Natomiast przede mną pozostawał konkurs, który miał ostatecznie zadecydować nie tylko o mojej naukowej przyszłości. Podchodziłem do niego z dużą tremą.
Ostatecznie konkurs podzielono na dwie części, w której części pierwszej, selekcji dokonał dr L. Szyfman i mgr J. Wierzchowski. Natomiast w dalszej części, dobierał kandydatów na swoich asystentów już osobiście sam mistrz prof. A Schaff zrazu z większej 26 osobowej grupy, a potem już niewielkiej bo tylko z grupy 8 osobowej. Z niej miał ostatecznie wybrać sam filozoficzny mistrz trzech swoich przyszłych młodych jego współpracowników naukowych we wspomnianej Akademii Nauk Politycznych Tak się złożyło, że osobiście zdałem z I lokatą cały ten egzamin. Natomiast II lokatę otrzymał mój ówczesny kolega, też student I roku wspomnianej Akademii Nauk Politycznych- Michał Radgowski, który po kilku latach asystentury u wspomnianego prof. A. Schaffa, przeszedł do pracy dziennikarskiej oraz zajął ostatecznie wysokie stanowisko zastępcy redaktora naczelnego tygodnia „Polityka”, z którym ja pozostawałem w antagonistycznych układach, co nie dotyczyło moich stosunków z Michałem Radgowskim. Trzecią osobą wyłonioną z tego asystenckiego konkursu była Cyntia Lidańska, która od początku bardziej legitymowała się niebywałą urodą, niż filozoficznym umysłem. Jednak od początku dzielnie nam towarzyszyła w naszej ,nowej pracy. Na podstawie decyzji naszego nowego pryncypała skupiła się ona bardziej prowadzeniu dokumentów katedry i administrowaniem nią , niż na prowadzeniu zajęć ze studentami. W ten sposób wszyscy razem z dotychczasowymi pracownikami katedry, próbowaliśmy na słynnej ulicy Wawelskiej w naszej ówczesnej stolicy upowszechniać w filozofię marksistowską sami się jej dopiero ucząc. Było mi bardzo trudno, bo łączyłem studia własne z prowadzeniem seminarium po wykładach nauczania przedmiotu mego naukowego mistrza. Natomiast w salach seminaryjnych i wykładowych tej uczelni przez całą moją karierę, w ANP nie spotkałem nikogo młodszego ode mnie. Natomiast od wszystkich studentów tej dzieliła mnie różnica wieku z reguły dotycząca wielu lat. Nie to było jednak najgorsze. W kilka miesięcy po tym konkursie i rozpoczęciu pracy w Katedrze Materializmu Dialektycznego i Historycznego Akademii Nauk Politycznych, nagle okazało się, że L. Szyfman i J. Wierzchowski, a nawet M. Radgowski wyjechali do innych miejscowości na liczne wtedy realizowane kursy filozofii marksistowskiej, a ja zostałem we wspomnianej Katedrze sam na sam ze swoim ulubionym, naukowym mistrzem. Tymczasem mistrz został zaproszony do swego wielkiego przyjaciela Rogera Geraudy (4), u którego podobno w czasie II wojny światowej na terenie ZSRR, zrobić mój wielki filozoficzny mistrz mojej młodości zarówno doktorat z filozofii, jak i habilitację też z tej specjalizacji. Było to związane z jakimś jubileuszem, którego gorliwy uczeń wielkiego mistrza podobno nie mógł opuścić. Nie mógł też opuścić swego wykładu z filozofii albowiem zaproszenie z Paryża przyszło zaledwie kilka dni przed wspomnianym wykładem mego mistrza w macierzystej jego uczelni.. Nie mógł go też zastąpić jego przyjaciel już wtedy słynny Włodzimierz Brus z którym razem prof. Adam Schaff napisał słynne wtedy w pogadanki ekonomiczne,(5) bowiem ówcześnie przebywał poza granicami naszego kraju. Wypadało, że zastąpić go mogę tylko ja. Młodszy asystent, student pierwszego roku studiów we wspomnianej akademii i na dodatek mający skończone dopiero co 18 lat, a tym samym należący do wyjątkowych pod względem wielu, nie tylko studentów, którzy mieli słuchać jego wykładu, ale wszystkich studentów wspomnianej uczelni. Profesor upierał się w tej sprawie, ale ja się upierałem się w moim uporze mającym na celu wymigania się od realizacji tego zadania. Nie chciałem za nic zastępować w takim zajęciu swojego ,naukowego mistrza. Bo nie wyobrażałem sobie siebie w takiej roli. Nic ten upór mi ostatecznie nie pomógł. Musiałem stanąć za katedrą i powiedzieć studentom, iż nie jestem w stanie wygłosić za profesora wykładu, ale mogę im co najwyżej streścić to, co profesor na temat objęty tytułem wykładu napisał i co chciałby powiedzieć na podstawie tego, co mnie o tym poinformował. Stres mój na tym pseudo-wykładzie był tak wielki, że byłem cały mokry i bardzo się jąkałem. Nigdy już więcej na terenie uczelni nie podjąłem się realizacji takiej trudnej funkcji. Natomiast nie mogę jednak stwierdzić, że poza jej terenem nie zastępowałem wielokrotnie swojego, wybitnego profesora i to w realizacji jeszcze trudniejszych zadań niż to do którego realizacji zostałem przez mego, ówczesnego mistrza zmuszony.
Najważniejsze było zastępowanie go na wykładach dla robotników, których wtedy połączona Polska Partia Robotnicza i Polska Partia Socjalistyczna w Polską Zjednoczoną Partie Robotniczą, ustanowiły przygotować do pełnienia funkcji nowych dyrektorów wielu przejętych z rąk kapitalistów zakładów przemysłowych naszej ,ówczesnej ojczyzny. Miałem na jeden z takich kursów dojeżdżać do Łącka,(6) do byłej rezydencji Rydza- Śmigłego, który to pałac wykorzystywano wtedy dla realizacji jednego z takich kursów, na których kształcono robotniczych kandydatów na dyrektorskie stanowiska zwłaszcza w upaństwowionych zakładach przemysłowych naszej ojczyzny. Miałem na te moje wykłady z filozofii marksistowskiej dojeżdżać razem z Władysławem Broniewskim tym razem występującym jak wykładowca historii i współczesności polskiej i światowej literatury. Razem do Łącka miał nas dowodzić specjalny wyznaczony do realizacji tego celu kierowca z przydzielonym mu na ten cel samochodem Ze zdumieniem zapytałem prof. A. Schaffa, dlaczego z wielu historyków literatury nie wybrano jakiegoś wybitnego uczonego, który nie śmiałby odmówić wykonywania takiej ważnej funkcji, a powierzono ją wybitnemu poecie ale profesor żachnął się odpowiadając, że to nietypowe kursy, ale też jesteśmy obaj nietypowymi ich wykładowcami. I tym razem nie pomogły moje starannie abym był zwolniony z tego nietypowego obowiązku. Prowadzenie wykładów w Łącku w osobnych równoległych salach z czołowym polskim poetą nie sprawiało mi większych trudności. Natomiast podjąłem się ich realizacji z ograniczonym entuzjazmem. Natomiast nie mogę powiedzieć, że dużych trudności nie sprawiał mi dojazd i powrót do Warszawy z wybitnym i wesołym czołowym polskim poetą a zwłaszcza powrót z tych wykładów z moim nowym przyjacielem, a zarazem najwybitniejszym poetą polskim powojennych czasów .I to zapewne tak usytuowanym w mojej hierarchii polskich i nie tylko polskich poetów do dnia dzisiejszego. Najgorsze były jednak moje pożegnania z mistrzem, które mój nowy znajomy organizował nam wspólnie już w swoim domu, które odbywały się w warunkach nieobecności jego żony Janiny Broniewskiej oraz córki, ale za to były dość suto zakrapiane alkoholem. Ja wtedy konsekwentnie nie piłem żadnego alkoholu, z wyjątkiem jednak tych pożegnalnych wieczorów na ulicy Dąbrowskiego w Warszawie, na której to ulicy mieszkał Władysław Broniewski, kiedy ja mieszkałem wtedy na dalekim Żoliborzu w dużej odległości od miejsca zamieszkania wspomnianego wielkiego mistrza polskiej literatury. Z trudnością usprawiedliwiało to odległe zamieszkanie moją alkoholową absencje w czasie wspomnianych wizyt w domu mistrza na warszawskim Mokotowie Jednak i tą trudną przygodę udało mi się jakość przeżyć oraz dodatkowo skutecznie połączyć z trudnymi dla mnie obowiązkami doprowadzania wielkiego mistrza do jego pieleszy domowych i odbycia z nim domowego pożegnania. W Akademii Nauk Politycznych na moich seminariach nadrabiałem natomiast skutecznie moje słabe sukces, choćby na polu ograniczonej współpracy z kochanym do dziś przeze mnie najważniejszym poetą mego życia.
Wszystko odbywało się sprawnie i dobrze, aż do chwili, kiedy zostałem poinformowany przez mojego naukowego mistrza, że przechodzę z nim do pracy ze wspomnianej Akademii Nauk Politycznych do Uniwersytetu Warszawskiego , gdzie mistrz otrzymuje stanowisko kierownika Katedry Filozofii Marksistowskiej. Na dodatek bierze mnie jako jedynego z sobą do swej nowej pracy asystenta z jego dotychczasowej Katedry. Niepocieszeni pozostawali i dr Leon Szyfman i mgr. Jerzy Wierzchowski nie mówiąc estetycznej ozdobie naszej katedry w pięknej Cyntii Lidańskiej. Wszystko inne pozostawało po staremu w starym moim miejscu pracy, z wyjątkiem kierownika katedry, na którym to stanowisku zastąpił go wybitny działacz socjalistyczny, a zarazem znany uczony prof. dr hab. Julian Hochfeld. Był ten awans dla mnie wielkim zaszczytem, ale zarazem olbrzymim-jak się szybko miało okazać kłopotem. Skończyłem wtedy zaledwie pierwszy rok Wydziału Dyplomatycznego Akademii Nauk Politycznych i do pracy w Katedrze Filozofii czołowego polskiego uniwersytetu nie miałem żadnych, ale zwłaszcza formalnych kwalifikacji. Uczciwie zwróciłem na to uwagę mojemu pryncypałowi, który pocieszył mnie, że to żadna sprawa albowiem mogę zarówno szybko dokończyć studia na dotychczasowej uczelni, jak i je uzupełnić na Wydziale Filozoficznym UW. Nie byłem jednak tego tak całkiem pewien. Postanowiłem natomiast, że póki co będę młodszym asystentem w nowej dla mnie uczelni, ale powinienem, aby pokonać piętrzące się przed moją osobą trudności szybko zwolnić się z armii, uważając ,że mój mistrz naukowy załatwi mi szybko i sprawnie (zgodnie z jego solenną obietnicą)pokój w akademiku dla asystentów profesorów uczelni wyższych i będę mógł spokojnie skończyć studia w obu uczelniach, ale też skutecznie sprawdzić się w nowej katedrze. I to tym razem nie w peryferyjnej uczelni a w czołowym ,polskim uniwersytecie. Nie powiem, że nie byłem dumny z takiego obrotu sprawy w zakresie mojej nowej perspektywy naukowej. Szybko zwolniłem się z wojska tracąc stałą pensję i zagwarantowane miejsce do spania, a uzyskanie miejsca w bursie asystenckiej nie okazało się takie proste, jak mojemu mistrzowi się wydawało. Na dodatek nie wykazał on zbytniej gorliwości w załatwianiu tej dramatycznej dla sprawy dla niego nie będącej priorytetową. Natomiast nie mogę powiedzieć, że wszyscy pracownicy nowej katedry przyjęli mnie równie sympatycznie, jak moi starzy mistrzowie naukowi dr.Leon Szyfman i mgr .Jerzy Wierzchowski. Przyjął mnie z sympatią a nawet wylewnością prof. dr hab. Emil Adler z Wydziału Germanistyki UW, który zasilił nową Katedrę Filozofii Marksistowskiej w Uniwersytecie Warszawskim. Inną osobą, która odniosła się do mnie przyjaźnie był ówczesny dr Leszek Kołakowski, który po opublikowaniu swoich szkiców z zakresu religioznawstwa, przerzucił się na stałe w swoich zainteresowaniach naukowych na podstawowe problemy filozoficzne i dość życzliwie odnosił się do mojej młodej osoby, która nie stanowiła dla niego ani żadnego zagrożenia, ani nie miał żadnego powodu do rozwiniętej niechęci wobec mnie. Próbował też różnych odmian życzliwości okazywanej wobec mnie ówczesny świeżo obroniony mgr. filozofii Tadeusz Jaroszewski (późniejszy dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk i wieloletni mój późniejszy przyjaciel), który wtedy świeżo obronił pracę magisterską z zakresu filozofii i ostro szykował się do szybkiego napisania pracy doktorskiej z zakresu aktualnej filozofii. Inaczej było z natomiast z trójką młodych asystentów prof. A. Schaffa. Ale też większość osób z nowej katedry odniosło się do mnie z niekrywaną wrogością .Miało to miejsce zanim mnie bliżej poznali, Czołówkę z nich stanowił agresywny zarozumiały, nie kryjący swego poczucia wyższości wobec mnie już wtedy doktor filozofii Henryk Holland. Był nieco starszy od pozostałej braci asystenckiej naszej Katedry powołanej świeżo w UW, ale też z o wiele większym poczuciem wyższości nad wszystkimi innymi kolegami z katedry, niż można było odnotować u kogokolwiek innego z zatrudnionych tu osób łącze z takimi tutejszymi takimi „gwiazdami” jak dr Leszek Kołakowski. Szczególnie negatywnie odnosiła się do też mnie, a nawet usłyszałem jego zwierzenia na ten temat do osoby z grupy ludzi mi niechętnych ,ważna w nowej Katedrze osoba w postaci socjologa Aliny Osiadacz, która równie jak H. Holland na każdym kroku starała się podkreślić swoją pogardliwą niechęć do swoistej „przybłędy”, która jej zdaniem przypadkowo i przynosząc więcej szkody niż pożytku trafiła do nowo tworzonej katedry w Uniwersytecie Warszawskim w postaci mojej osoby. Licytowała się z nim w tym procederze z Romanem Zimandem który też nie krył swojego negatywnego agresywnego stosunku do mnie. Następnymi osobą z tej grupy agresywnie zachowujących się wobec mnie osób ale nieco łagodniej niż wymienione wcześniej osoby byli Adam Sikora, Jacek Kupski oraz Tadeusz Mrówczyński. Wszyscy młodzi filozofowie, którzy od chwili mojego pojawienia się w katedrze UW uznawali mnie za swoisty, nieodpowiedzialny wybryk naszego ówczesnego, wspólnego naukowego mistrza, którego bałwochwalstwo z ich strony przekształcało się w swoisty wobec krytycyzm wyrażający się w uznawaniu mnie za nie tylko zwykły błąd, ale za pozbawiony sensu wybryk kochanego ówcześnie przez nich szefa. Na dodatek zakłócający dość jednolity skład narodowościowy tutejszej katedry .Zarazem początków mojej współpracy w nią. Traktując mnie jako swoistego dziwoląga który nie pasującej do ich dość jednolitego pod względem ideowo-politycznym grona osób scementowanych pod też swoistą ich więzią narodowościową. Zachowywał natomiast pewną odrębność od reszty w stosunku do mnie od pierwszej mojej wizyty w nowej katedrze Tadeusz Jaroszewski ale konspirując wobec reszty członków wspomnianej katedry swoje przyjazne zachowanie wobec mnie, ale z reguły realizowane poza wspomnianą katedrą z reguły na innym terenie niż teren wspomnianej Katedry.
Na dodatek był to czas gdy na specjalnym zebraniu, gdy wszyscy pracownicy nowej katedry filozofii deklarowali generalną treść swojej przyszłej pracy doktorskiej, a zwłaszcza jej temat który chcieli napisać. Oczywiście nie ominęło też to mojej osoby. Natomiast ja zadeklarowałem, że chcę nadpisać pracę poświęconą polskiemu filozofowi prof. dr hab. Henrykowi Struwe(7), wybitnemu polskiemu filozofowi. Natychmiast wywołało to ostry szok u moich nowych kolegów z budowanej dopiero Katedry Filozofii UW. Wspomniana grupa pracowników wspomnianej katedry zaczęła mnie ostro egzaminować z takiego wyboru. Moje tłumaczenia, że chciałem na tej podstawie przeanalizować swoisty kształt tradycji filozoficznej występujący w naszym narodzie w czasach nowożytnych, nie tylko nie przypadł im do ich gustów ale wywołał w tym gronie powszechne kpiny z tak projektowanego wyboru tematu mojej pracy doktorskiej .Ich deklarowanym celem nie miała być analiza poglądów osoby danego filozofa czy nurtu filozoficznego a walka z konkretnym innym niż marksistowski kierunkiem filozoficznym. Takie definiowanie tematów ówczesnych, projektowanych było praktyką nagminną w ówczesnych środowiskach marksistowskich Przybrała ona charakter powszechny kontynuowana szczególnie w tym gronie połączona z powszechnym tu przekonaniem, że tradycja filozoficzna myśli burżuazyjna nie jest godna zainteresowania współczesnej marksistowskiej myśli filozoficznej Może z wyjątkiem aktualnych jej przedstawicieli czego dobry przykład miał dawać Henryk Holland (8)próbujący nie tyle dokonać swoistego krytycznego obrachunku z logiką i filozofią Tadeusza Kotarbińskiego ale którego analiza prowadziła do odrzucenia innego niż marksistowski punkt widzenia na dany problem co znajdywało wyraz w krytycznym, totalnym odrzuceniu poglądów prof. Tadeusz Kotarbińskiego na rozpatrywane przez niego problemy. Wyraźnie uznano ostatecznie w tym gronie, że jestem niegodny uczestnictwa w pracach w tej katedrze i stanowię wręcz jej swoisty niegodny element wymagający z niej eliminacji. Zakłócający tutejszą internacjonalistyczną orientację, jakąś dziwną orientacją narodową, pachnącą rzekomo na odległość polskim nacjonalizmem. Ostro broniłem się zwłaszcza przed antypolskimi wulgaryzmami Henryka Hollanda, który bez żadnych podstaw jednoznacznie kreował mnie na głupiego polskiego nacjonalistę. Ale nic nie było w stanie mnie obrazić. Nawet to, że-zgodnie z najważniejszymi swoimi cechami i właściwościami dr Henryk Holland nie tyle krytykował moją propozycje tematu pracy doktorskiej co na odpowiednim posiedzeniu Katedry Filozofii UW po prostu naubliżał mi przy tej okazji od polskich nacjonalistów czego wystarczającą podstawą miało być to, że chce pisać prace doktorską o filozofie będącym polskim reprezentantem tej dziedziny wiedzy, a który nie był marksistom nie pytając mnie nawet co i jak chce napisać na te tematy. Inni z zaprezentowanego tego grona bezkrytycznie popierali natomiast jego ogólnikowe i insynuacyjne oskarżenia na ten temat dotyczące mojej osoby. Sam mój wielki mistrz prof. dr hab. Adam Schaffa zażądał ode mnie złożenia samokrytyki dotyczącej wysunięcie takiej propozycji tematu mojej projektowanej pracy doktorskiej. I zarazem uznania wspomnianego profesora któremu chciałem poświęcić swój doktorat za rzeczywistą wielkość naukową mimo idealistycznego charakteru jego filozofii Natomiast ja nie widziałem w tym nie tylko nic złego ale wręcz uważałem i do dziś uważam, że wszystkie nurty filozofii powinny być traktowane jako mogące wnieść do dziejów myśli filozoficznej danego narodu znaczący i doniosły wkład. Do sprawy tej jeszcze powrócę w innych częściach tej publikacji. Teraz ją tylko sygnalizuje jako ważny element mojej sytuacji na początku mojej drogo życiowej w Katedrze Filozofii Marksistowskiej Uniwersytetu Warszawskiego
Zwróćmy uwagę wszystko to odbywało się w czasach w których szybko odchodziły w przeszłość czasy Gomułki, a brutalnie nadchodziły czasy Bermana .Zapanowywała natomiast faktycznie krótka, ale specyficzna i brutalna „epoka Bermana” i po części też Bieruta której ze mną i takimi jak ja rządzącym i ich gorliwym pomocnikom było jednoznacznie nie po drodze. W dalszej części tej publikacji wrócę do tych moich poszukiwań ówczesnego swojego miejsca w mojej ojczyźnie ale zwłaszcza w ówczesnym, trudnym otaczającym mnie ale bardzo drapieżnym, świecie. Był to czas dla mnie bardzo trudny, wręcz najtrudniejszy z trudnych w całym moim dotychczasowym życiu. Ze wschodzącej „gwiazdeczki” filozoficznej nabierającej wielkiego znaczenia w filozofii marksistowskiej naszej ojczyzny zostałem szybko i brutalnie zdegradowany do pozycji bardzo peryferyjnej osoby na „dworze” mojego ówczesnego naukowego mistrza. Zepchnięty potem wręcz na całkowity margines jej kształtowania w mojej ojczyźnie po 1948 r. Działo się w nowej sytuacji, w której Bierut i Berman (pod względem znaczenia w ówczesnych czasach powinni być wymieniani w odwrotnej kolejność) odsunęli całkowicie i skutecznie od władzy Gomułkę ostatecznie osadzając go ówcześnie w więzieniu. W tym czasie ostry, specyficzny dualizm sprawowania władzy w Polsce przez komunistów polskiego i żydowskiego pochodzenia lat 1944 -1957, został prawie całkowicie zastąpiony przez jednostronną dominacje kadry żydowskiej przejmującej całokształt władzy w ówczesnej Polsce. Na ten okres też przypada sprzedawanie też ZSSR polskiego węgla za 20 % jego cen na rynkach światowych co nie występowało wcześniej, ale też konsekwentnie nie występowało też później. W procesie ówczesnej wymiany kadr pracowników polskich nauk społecznych na czele z filozofią nowo powołana Katedra Filozofii Marksistowskiej w UW prof. Adama Schaffa miała spełniać role dominującą i to nie tylko w zakresie filozofii, ale ówczesnego całokształtu ówczesnych nauk społecznych. Polegać to miało na podjętych próbach brutalnego wyrzucenia na śmietnik historii całej dotychczasowej filozofii i innych nauk społecznych oraz zastąpienie ich marksizmem coraz bardziej z wewnętrznymi elementami karykaturalnymi, polegające na dogmatycznie pojmowanym ,ówczesnym marksizmem .Pozostawało to w ostrym dysonansie dotyczącym mojej obecności w tym środowisku z moją rozwiniętą i nie ukrywaną specjalnie identyfikacją narodową. I dlatego dość szybko uporano się z tym „kadrowym błędem” mego naukowego mistrza brutalnie pozbywając się mojej osoby ze wspomnianej katedry. Mój ówczesny mistrz specjalnie nie przeciwstawiał się natomiast specjalnie tej operacji ,łatwo poświęcając mnie nadrzędnym celom przygotowywania specyficznej generalnej wymiany dotychczasowych kadr w zakresie filozofii i innych nauk społecznych naszego kraju. Natomiast dla mnie stanowiło to prawdziwą klęskę życiową. Przypominam- byłem sierotom przebywającą w Warszawie, gdzie od początku studiów mieszkałem w koszarach wojskowych oraz byłem na całkowitym utrzymaniu ówczesnej polskiej armii. Pokój natomiast w bursie asystenckiej gwarantowany przy przenoszeniu mnie do pracy w nowej uczelni był raczej czczą obietnicą mojego naukowego mistrza niż podstawą podjęcia w tym zakresie przez niego rzeczywistych realnych starań w tym zakresie wręcz ratującą mi życie. Dla czołowego organizatora przesilenia dogmatycznego w filozofii i w polskich naukach społecznych okazałem się bowiem ostatecznie raczej mało znaczącym pionkiem, niż ważną ,przyszłościow figurą szachową. Natomiast prezentowane poglądy prof. Adama Schaffa we wcześniejszych wykładach tak bardzo ówcześnie cenione przez moją skromną osobę, raczej świadczyły o realizowanej przez niego strategii pozyskiwania zdolności i talentów dla nowej władzy z wszystkich środowisk niż były połączone z rzeczywistą próbą realizacji takiej polityki w rzeczywistości, która stwarzała przynajmniej równe szanse tutejszej młodzieży zróżnicowanej narodowościowo .Okazały się ostatecznie jedynie pustymi deklaracjami dla mnie w omawianym zakresie. Innymi słowy zostałem ostatecznie pozostawiony przez swojego mistrza na „swoistym lodzie”. I wtedy przypomniałem sobie deklaracje towarzyszki Marii Dłuskiej, że mam szanse podjąć prace w Wydziale Nauki i Oświaty KC PRPR w którym ona była zastępcą kierownika wspomnianego wydziału. Naiwnie wierzyłem w jej deklaracje w tym zakresie i postanowiłem nawiązać teraz z nią kontakt oraz wrócić do tej jej propozycji. Towarzyszka Różańska -ówczesny zastępca Kierownika Wydziału Kadr KC PRPR- żona członka ówczesnej kadry kierowniczej Ministerstwa Bezpieczeństwa, będącego członkiem kierowniczych kadr śledczych tego resortu zasłynął z tego, że w ramach prowadzonych śledztw osobiście przypalał kobitom piersi ostatecznie w dużej mierze decydowała o moich ówczesnych losach. Czyniła to na podstawie swojej generalnej niechęci narodowościowej torpedując wniosek swojej koleżanki z innego Wydziału ówczesnego KC PZPR dotyczący zatrudnienia mnie w tej instytucji. Złożyła natomiast propozycje przesłuchania mnie przez jej męża na okoliczność kilku szczegółów życiorysu mego ojca Natomiast wszystko skończyło się wspólną propozycją obu towarzyszek .Dłuskiej i Różańskiej zatrudnienia przeze mnie na mało znaczącej funkcji cenzora w Głównym Urzędzie do spraw kontroli prasy, książek i widowisk z zaoferowanym mi miejscem do spania w noclegowym pokoju tego urzędu. Od śmierci głodowej i wszelakiej innej zostałem wtedy co prawda uratowany, ale moja możliwość dynamicznego rozwoju naukowego całkowicie i konsekwentnie zostały wykluczone na dłuższy okres czasu(9). Dopiero po dłuższej przerwie coraz bardziej otwierały się szanse powrotu do uprawiania nauk społecznych ale odbywało się powoli i z ogromnymi trudnościami dla mojej osoby w ówczesnych warunkach ustrojowych. Tak rodziła się w naszej ojczyźnie nowa szansa narodzin i rozwoju człowieka w nadchodzących czasach zupełni innego kształtu niż człowiek dotychczasowy. Ale to już inny temat do którego szerzej postaram się wrócić w następnych częściach tych publikacji oraz w przyszłej książce na te tematy na którą złożą się wcześniej publikowane jej części w „Przeglądzie Dziennikarski” .Natomiast –mimo późniejszych sporadycznych choć minimalnych moich kontaktów z prof. Adamem Schaffem było pewne i przesądzone, że nasze drogi ideowe i naukowe na stałe rozeszły się od czasów, gdy pożegnałem się z jego Katedrą Filozofii Marksistowskiej Uniwersytetu Warszawskiego.
Mojemu dawnemu mistrzowi prof. Adamowi Schaffowi faktycznie nie po drodze było z unicestwieniem w Polsce w październiku 1956r.kródkotwałego imperium Bermana i Bieruta ale dlatego długo jeszcze po tych przeobrażeniach szukał dla siebie i swych dawnych „towarzyszy broni” specyficznego miejsca w naszej ówczesnej ojczyźnie. Przekształcona została w tym procesie jego Katedra Filozofii Marksistowskiej UW z bardzo rozszerzoną bazą w nowo powstały Instytut Kształcenia Kadr Naukowych, a potem Instytut Nauk Społecznych przy KC PZPR Natomiast w ciągu dalszym ciągu o specyficznym wymiarze zadań polegających na tym aby już nie tylko w Uniwersytecie Warszawskim, ale w całym, ówczesnym polskim szkolnictwie wyższym i nie tylko w filozofii, a w całokształcie ówczesnych nauk społecznych dokonać wymiany kadr niemarksistowskich a zwłaszcza antymarksistowskich na kadry marksistowskie pracujące i specjalizujące się w problematyce filozofii i innych nauk społecznych czemu nadal -choć mniej już jawnie- miała towarzyszyć częściowa ale mimo to ukrywana bardzo znaczna zmiana narodowościowego składu kadr filozofii i całokształtu ówczesnych polskich nauk społecznych Przekształcając ten instytut potem w Instytut Kształcenia Kadr Naukowych też przy KC PZPR a jeszcze potem w Instytut Nauk Społecznych praktycznie nadal skutecznie próbowano pod kierownictwem prof. A. Schaffa realizować wymienione zadania dalej urzeczywistniając je pod kierownictwem mego dawnego naukowego mistrza. Miałem się okazje o przekonać w nowej placówce pracującej pod kierownictwem mojego dawnego mistrz realizowane te zadania gdy prof.dr.hab. Weronika Gostyńska zaproponowała mi prace właśnie w Instytucie Nauk Społecznych przy KC PZPR dalej kierowanego przez mojego byłego naukowego mistrza. Tym razem nie miałem być przygotowywany do zastępowani innych uczonych z zakresu filozofii i innych nauk społecznych nie tylko niedostatecznie opierających się o marksizmie, a często marksizmowi przeciwstawnych ale miałem podjąć badania naukowe w Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych dokonując kwerendy znajdujących się tam dokumentów dotyczących stosunków polsko-radzieckich. Jeśli z samym moim zatrudnieniem w takim charakterze nie było kłopotów to gorzej było z moim przeniesieniem do tutejszej organizacji PZPR .Tow. Andrzej Kutz, ówczesny I sekretarz organizacji wspomnianej organizacji partyjnej próbował mi to uniemożliwić stwierdzając, że przekazując informacje wolskiej konferencji PZPR o wielkich sumach wydanych z partyjnych pieniędzy przez ówczesnego szefa warszawskiej organizacji PZPR na remont jego prywatnego mieszkania nie tyle kierowałem się troską o interesy PZPR ile rzekomo motywacją antysemicką potwierdzoną tym, że dotyczyły te moje zarzuty Stefana Staszewskiego ówczesnego I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR, osoby pochodzenia żydowskiego. Nie pomogły moje argumenty, że na tej podstawie rzeczywiście wspomniany Stanisław Staszewski jako I Sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR nie tylko nie został wybrany na Konferencje Warszawską PZPR ale został odwołany z funkcji I Sekretarza KW PZPR w Warszawie. A więc wysunięte zarzuty nie tylko przez moją osobę zostały w pełni potwierdzone. Mimo to wspomniany Andrzej Kutz dalej upierał się, w swojej decyzji twierdząc że podejmując tą decyzje kierowałem się motywacją polegającą na uleganiu antysemityzmowi (10). A dla osoby o takich poglądach –uważał w rozmowie ze mną -nie ma miejsca w naszej organizacji partyjnej którą on ówcześnie kierował. Tym bardziej ,że podobno –twierdził Andrzej Kutz już wcześniej w Katedrze Filozofii UW też miałem rzekomo konflikty z osobami narodowości żydowskiej ,co miało potwierdzać mój antysemityzm Wykazując na dodatek na rzekome przejawy antysemityzmu występujące w mojej krótkiej prac w Katedrze Filozofii Marksistowskiej próbowałem je podobno realizować mimo, że wspomniany mentor tak wiele dla mnie jako sieroty dobrego zrobił. Przyjmując mnie do pracy w katedrach naukowych przez siebie kierowanych
Miało to wszystko razem nie przestało być podstawą wspomnianej decyzji tow. Andrzeja Kutza dotyczącej nie wyrażania przez niego zgody na przyjęcie przeniesienia partyjnego mojej osoby do organizacji partyjnej przy Komitecie Warszawskim PZPR do organizacji partyjnej wspomnianego Instytutu Nauk Społecznych przy KC PZPR. W takich to okolicznościach moja nowa szefowa prof. dr hab. Weronika Gostyńska –sama będąc osobą narodowości żydowskiej co jasno i wyraźnie wielokrotnie demonstrowała przez całe swoje życie w tym też takie jego karty które miałem okazje bezpośrednio obserwować do czego wrócę w tych wspomnieniach postanowiła, że nie tylko nie zgodzi się na taką krzywdzącą mnie decyzją A. Kutza ale razem ze mną postanowiła, że odwoła się w tej sprawie do całego gremium POP PZPR we wspomnianym Instytucie Nauk Społecznych przy KC PZPR. Tak też się stało i wspomniana POP PZPR podjęła decyzje o przyjęciu mnie w szeregi członków PZPR wspomnianej organizacji partyjnej.
Natomiast potem w naszych kontaktach z prof. A. Schaffem była długa przerwa i dopiero w marcu 1968 r. zadzwonił telefonicznie do mnie sam prof. dr hab. Adam Schaff i zaprosił mnie do swego mieszkania przy Placu Unii w Warszawie na kolacje. Mieszkał pan profesor blisko mego ówczesnego domu i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kolacja była suta i upływała w przyjacielskiej atmosferze, choć byliśmy na niej sami. Ale ciągle nie rozumiałem motywacji zaproszenia mnie po tak długiej przerwie w naszych kontaktach. Profesor opowiadał mi nad czym pracuje naukowo (nowej wersji jego dzieła: marksizm a jednostka ludzka). Ja opowiadałem mu o moich sukcesach w redagowanym przeze mnie tygodniku „Wychowanie” który osiągnął wielki nakład i pozyskiwał coraz większe znaczenie w naszej ojczyźnie . Pod koniec rozmowy zostałem poproszony abym możliwie szybko nawiązał kontakt z ówczesnym ministrem Spraw Wewnętrznych Mieczysławem Moczarem i poprosił go aby wspomniane ministerstwo zdjęła z zakresu swych operacyjnych zainteresowań jego osobę. On ze swej strony zobowiązuje się zaniechać wszelakiej działalności społeczno-politycznej. Bezpośrednio po tej rozmowie udałem się na pobliską ulice Rakowiecką i przekazałem wspomnianą prośbę bezpośrednio Mieczysławowi Moczarowi. Otrzymałem odpowiedź, że MSW jest poinformowane o takiej decyzji Pana profesora i przestała zajmować się zajmować jego osobą. Wróciłem do pobliskiego domu profesora i przekazałem otrzymaną informacje Pana ministra. W tej części rozmowy z Adamem Schaffem dostałem propozycje przeniesienia się do Wiednia i zastania zastępcą Pana profesora w kierowanym przez niego naukowym centrum badawczym UNESCO. Przypomniałem Panu profesorowi moją słabość w zakresie posługiwania się językami obcymi. Usłyszałem w rezultacie komplement, że przy moich zdolnościach to sprawa łatwa do likwidacji w ciągu kilku miesięcy. Dowiedziałem się też, że mogę otrzymać zarobki w nowej pracy stanowiące wielokrotność moich dotychczasowych. Czy specjalnych poświęceń będzie ta praca ode mnie wymagała –spytałem bez skrepowania. Na pytanie jakich poświęceń będzie wymagała z mojej strony taka zmiana w dotychczasowy moim życiu usłyszałem, że może mi to wyjaśnić mój wieloletni przyjaciel prof. dr hab. Władysław Markiewicz. Nigdy nie zapytałem o to mego przyjaciela Władka. Propozycji pana profesora nie przyjąłem Było to jedno z ostatnich naszych spotkań z prof. A. Schaffem. Wolałem samodzielnie kroczyć własną drogą. niż pod jego skrzydłami. Zasada ta pozostała główną zasadą całego. mojego życia. Aby informacja o osobowości prof. A. Schaffa była pełna muszę na zakończenie tej prezentacji, a ściśle jej pierwszej ważnej w moim życiu części ,szczególnie ważnej dla rozwoju mojej osobowości musze dodać, że mój wielki mistrz pod koniec swego życia postanowił pogodzić swój marksizm z katolicyzmem (11), która to operacja ideologiczno-światopoglądowa wykraczała wtedy i wykracza nadal poza moją zdolność do podążania za jego ewolucjami ideowymi ,światopoglądowymi i osobowościowymi. Mnie osobiście bliższy był i pozostanie mój były wielki mistrz jako toczący z przedstawicielami różnych religii rzeczywisty spór o światopoglądowy kształt człowieka przyszłości. Tym bardziej, że ja nie tylko dalej jestem ateistą ale toczę swój spór merytoryczny, światopoglądowy z reprezentantami wszelakich religii nie mówiąc już o różnorodnych zwolennikach klerykalizmu
Na długiej liście osobowości, które miały wpływ na moją osobę prof. dr, hab. Adam Schaff zajmuje znaczące miejsce –choć jak wynika z tego posumowania, w naszych wzajemnych kontaktach i współpracy –kontakty te i współpraca oraz wzajemne związki miały bardzo różnorodny i dość zróżnicowany charakter. Jak to często bywa w realnym życiu.
—
Przypisy:
1.Klara Leszczyńska wysłana została niedługo po jej wykryciu i aresztowaniu w PRL po II wojnie światowej do Izraela jako agentka II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Moje sprzeciwy w tej sprawie zgłoszone już po jej wspomnianym wyjeździe wręcz spowodowały groźby pod moim adresem ówczesnych władz wojskowych które ten wyjazd spowodowały mimo posiadanej informacji o jej roli w czasie hitlerowskiej okupacji w Polsce.
2.Był to rok akademicki 1948/1949 r .Uczelnią tą była ówczesna Akademia Nauk Politycznych- państwowa szkoła wyższa posiadająca dwa kierunki studiów, dyplomatyczno-konsularny i społeczno-polityczny. Mieściła się w Warszawie przy ulicy Wawelskiej, który to budynek funkcjonuje do współczesnych czasów.
3.Por.Najważniejsze ówczesne dzieło Adama Schaff a to „Wstęp do teorii marksizmu” Wydawnictwo „Książka”1947 r.
4.Roger Garaudy był wtedy rzeczywiście członkiem kierownictwa Francuskiej Partii Komunistycznej o barwnej historii jego drogi życiowej prowadzącej go ostatecznie od tej funkcji do działania na rzecz arabskich ekstremistów. Wątpliwy jest natomiast jego pobyt w ZSRR w czasie II wojny światowej i rola w kreacji kariery naukowej Adama Schaffa.
5.Obok wielu znaczących prac ekonomicznych wtedy powstałych „Pogadanki ekonomiczne” to wspólnie napisana broszura z profesorem A. Schafem dziełko zawierające pierwszy systemowy wykład marksistowskiej teorii wiedzy o gospodarce wydane w pierwszych latach w powojennej Polsce.
6.Rezydencja ta mieści się w niewielkiej miejscowości położnej koło większego miasta którym był i jest Płock.
7.Prof. .dr hab. Henryk Struwe to jeden z najbardziej wybitnych polskich filozofów zajmujący się głównie logiką i teorią poznania .żyjący i działający w latach 1840-1912 r. Jego najważniejszym dziełem naukowym była praca naukowo-badawcza „Wstęp krytyczny do filozofii” wydana w 1896 r. oraz w 1906
8.Dr Henryk Holland dość długo był traktowany zwłaszcza po przewrocie ustrojowym dokonanym w Polsce w 1989 r .pod przemożnym wspólnym wpływem G. Sorosa i A Michnika jako ofiara reżimowej służby bezpieczeństwa zwłaszcza kierowanej przez Mieczysława Moczara . Natomiast ostatecznie ustalono, że popełnił on samobójstwo złapany przez wspomnianą służbę bezpieczeństwa na handlu tajnymi informacjami z ówczesnego życie społeczno-polityczni związanymi szczególnie z przebiegiem obrad XX Zjazdu KPZR.
9.Nie należy zapominać ,że za udział w kampanii wyborczej w powicie koneckim skończonych wyborami parlamentarnymi w styczniu 1947 r otrzymałem wyróżnienie podpisane osobiście przez Władysława Gomułkę. Takie wyróżnienie nie wróżyło mi nic dobrego w ówczesnych warunkach.
10.W walce która toczył się po 1956 r w PZPR argument antysemityzmu danej osoby była częstym argumentem którym posługiwała się „grupa puławska” w PZPR kierowana głównie przez Romana Zambrowskiego –długoletniego członka Biura Politycznego i Sekretarza KCPZPR
11, Adam Schaff „Humanizm ekumeniczny” Wydawnictwo .Kto jest Kim” Warszawa 2012 r.









