Moja (mam nadzieję, że nie ostatnia) podróż do Ahrbergen
To była podróż marzeń, której nie sposób nie utrwalić w swojej autobiografii. Ale…
gdyby nie zaproszenie i pomoc „na ten wypad” ze strony naszego, mieszkającego w Szczecinie szwagrostwa – Eli i Mirka Górnych, sam, po zwichnięciu barku, na początku tego roku, nie dałbym rady przejechać z żoną tak długiej trasy. Bardzo ucieszyliśmy się więc, gdy „Mirkowie” zaproponowali nam ten wyjazd wspólnie z nimi.
Zaczynam więc od podziękowań dla Nich:
Elżbiety (młodszej siostry mojej żony) i Jej męża – Mirka, którzy podejmując się organizacji tego wyjazdu i wioząc nas swoim samochodem we wszystkie wymienione miejsca, spełnili nasze skryte marzenia. Dotyczyły one odwiedzenia w Niemczech, po kilkunastu latach, grobów mojej Mamy, Siostry i Jej męża – Helmuta.
Zatem „Mirkom” jeszcze raz naprawdę WIEKIE DZIĘKI za umożliwienie nam tego! Tym większe, że pojechali w tę podróż razem z nami, chcąc także odwiedzić groby naszych najbliższych, z którymi za ich życia byli w żywym, „rodzinnym” i bardzo przyjacielskim kontakcie.
Nasza wspólna podróż miała miejsce w dniach od 1 do 10 lipca b. roku i trwała łącznie z naszym przejazdem pociągiem – do i ze Szczecina – 10 dni. W każdym razie takiego urlopu nie mieliśmy dawno!
Pierwsze dwa dni spędziliśmy wspólnie w Szczecinie, następne 3 dni – w Świnoujściu, gdzie byliśmy umówieni z przebywającą tam w sanatorium, moją kuzynką z rodziny „Czejarków” – Brygidą Gwosdz, na stałe mieszkającą od wielu lat w Dortmundzie, do którego wyjechała z Zabrza wraz z mężem w latach 50. ub. wieku.
(Po roku 1945 – bardzo dużo Ślązaków wyjeżdżało do Niemiec; wówczas władze PRL-u nawet do tego zachęcały). Także moja Matka (z moją młodszą, niepełnoletnią jeszcze wtedy siostrą) wyjechała w 1957r. do Niemiec, w ramach „akcji łączenia rodzin”. Choć w Jej przypadku powodem wyjazdu były przede wszystkim upokorzenia, jakich doznawała w Szczecinie „jako Niemka”, po śmierci mojego Ojca, w listopadzie 1953 roku.
Ze Świnoujścia nasza droga wiodła przez Szczecin już bezpośrednio do Ahrbergen (miasteczka leżącego między Hildesheim a Hanowerem). Chcieliśmy jeszcze raz stanąć przy mogiłach naszych Najbliższych, zapalić im znicze, położyć kwiaty i oddać się wspomnieniom o minionych latach.
A przy okazji jeszcze raz odwiedzić miejsca, w których mieszkali, również Ich sąsiadów, znajomych i przyjaciół. Niestety, już nie pozostało ich wielu…
Planując w Niemczech dzień przerwy „na odpoczynek” przed powrotną, długą drogą do Szczecina (w hotelu „Ernst” w Groß Förste, leżącym w pobliżu Ahrbergen), postanowiliśmy zwiedzić pobliski, historyczny zamek „Marienburg” i… zajrzeć do Hameln, miasta słynącego przede wszystkim z zachowanej przepięknej renesansowej zabudowy.
Ale po kolei.
Zacznę od Świnoujścia i spotkania w nim z Brygidą, wdową po moim kuzynie Bernardzie, nieżyjącym już od ponad 10 lat. Jego brat – Jerzyk – był moim niezapomnianym kompanem w latach wojny. W tych tragicznych czasach opiekowała się nim moja Mama! Ale potem (jeszcze przed zakończeniem wojny) – los nas rozdzielił i… spotkaliśmy się ponownie dopiero w latach 90. Wcześniej, Bernard z Brygidą, odwiedzając swój rodzinny Śląsk, odszukali także nas, mieszkających wówczas w Warszawie, aby ponownie nawiązać przerwane w latach wojennych kontakty rodzinne! Odwiedziliśmy ich w Dortmundzie w 1996 roku, również wspomnianego Jerzyka z rodziną.
Dlatego chyba nie muszę podkreślać, jak wzruszające było to obecne spotkanie z Brygidą w Świnoujściu. Radość mieszała się ze smutnymi wspomnieniami sprzed…80 lat, o ciągłych „wojennych wędrówkach” w poszukiwaniu schronienia u rodziny, albo po prostu u znajomych. To świnoujskie spotkanie było dla nas swego rodzaju wydarzeniem, ale i niemałym zaskoczeniem, bowiem Brygida, mając 91 lat (!) okazała się być piękną kobietą, w doskonałej formie fizycznej – uśmiechnięta, dowcipna, radosna, pełna energii. Na pytanie o swoje zdrowie, odpowiedziała: w porządku, na nic nie narzekam! Oby tak dalej!
Co dzień przemierzała kilometry po przepięknych nadmorskich promenadach Świnoujścia (są aż trzy i chyba najpiękniejsze w Polsce), a my wszyscy patrzyliśmy na Nią z podziwem i niedowierzaniem. Typowa (pomyślałem sobie) Ślązaczka… twarda i nieustępliwa.
Z radością przyjęła propozycję Mirka, aby przejechać samochodem przez nowo otwarty tunel. Cieszyła się jak dziecko, że będzie mogła po powrocie do domu pochwalić się tym sąsiadkom.
Przywiozła mi jednocześnie przepiękną, dużą fotografię moich ukochanych Dziadków (ze strony Ojca): Agnieszkę i Karola Czejarków! Takich, jakich ich zapamiętałem w Zabrzu!
Po 2 dniach w Świnoujściu wyruszyliśmy via Szczecin do Ahrbergen (miejscowości, w której urodziła się moja Matka).
Po przybyciu, gdy tylko zakwaterowaliśmy się we wspomnianym już hotelu „U Ernsta” w Groß Förste (w którym nawet nie zażądano od nas dokumentów tożsamości, „gdyż przyjaciół – jak nam w recepcji oświadczono – u nas się nie kontroluje”) – udaliśmy się na cmentarz w Ahrbergen, na groby mojej Mamy, Siostry i Jej męża – Helmuta.
Pobieżnie uporządkowawszy je, zapaliliśmy lampki, a potem bardzo długo staliśmy nad nimi w milczeniu i głębokiej zadumie.
Trochę żal, że na tablicy nagrobnej Matki, umieszczone jest tylko Jej imię i nazwisko po drugim mężu – Dierks, bez „primo voto” CZEJAREK.
Dziwny los spotkał też i moją młodszą siostrę Annemarie, która na tym samym cmentarzu leży „samotnie”, ani w grobie matki, ani też w mogile swego męża – Helmuta Müllera. A w ogóle na tym niewielkim parafialnym cmentarzu przynajmniej połowa grobów, do niedawna uporządkowanych i odwiedzanych, została zlikwidowana. Natomiast są zachowane groby, m.in. Polaka i trzech Rosjan (z 1943 roku) oraz jednego Rosjanina (z 1918 roku). Wszystkie zadbane, nawet z posadzonymi kwiatkami.
Przejechaliśmy przez całe miasteczko, piękne jak dawniej, ale jakby trochę nam obce. Dom, w którym mieszkała Mama wygląda nadal pięknie, ale inaczej. Nie spotkaliśmy w pobliżu nikogo…
Z dawnych znajomych tylko udało nam się zastać w domu państwa Franza-Josefa i Ursulę Bertram. Byli niezwykle serdeczni. Są dziś ludźmi mocno starszymi, ale poznali nas po tylu latach, chociaż z pewnym trudem. Ucieszyli się z naszej, z konieczności bardzo krótkiej wizyty, wspominając przy okazji swych najlepszych przyjaciół – moją siostrę Anię i Helmuta.
Osobiście, stojąc nad grobami swych bliskich, „w duszy” ponownie przysiągłem sobie, że będę nadal czynił wszystko, aby pamiętając o tragicznej przeszłości, można było wspólnie z Niemcami budować pokojową przyszłość naszych narodów i krajów w ramach UE, bez żadnych uprzedzeń!
W tym miejscu, ponownie wspomnę moich dziadków, których fotografię przywiozła nam na pamiątkę Brygida i wręczyła podczas spotkania w Świnoujściu. Byli oni uczestnikami Powstań Śląskich i mieli polsko brzmiące nazwiska: dziadek – Karol Czejarek, babcia – Agnieszka, z domu Widera.
Ten portret wisi teraz w naszym warszawskim mieszkaniu, wśród najcenniejszych pamiątek rodzinnych, będących przykładem patriotyzmu tych wspaniałych i bliskich memu sercu ludzi.
W dniu wyjazdu z Ahrbergen jeszcze raz odwiedziliśmy cmentarz. W ciągu naszego dwudniowego pobytu, doznaliśmy wiele wzruszeń, było sporo łez, a przeżycia te trudno mi opisać słowami.
Mając przed sobą jeszcze kilka „wolnych” godzin, pojechaliśmy do zamku „Marienburg” i do zabytkowego miasta Hameln.
„Marienburg” – to dziś nadal prywatna siedziba książąt hanowerskich, ale duża jego część została obecnie przekształcona w muzeum, z bardzo ciekawymi zbiorami mebli i z bogatym wyposażeniem tego typu budowli.
A leżący nieco dalej Hameln – to do dziś niemal w 100 procentach zachowane średniowieczne renesansowe miasto, dodatkowo słynące z pięknej legendy „o Szczurołapie” (na pewno warto je odwiedzić). Stamtąd wracaliśmy już do Szczecina, ale zupełnie inna trasą, przez Hamburg, i wstąpiliśmy do maleńkiego miasteczka Bobitz, w którym Mirkowie mają od lat wspaniałych przyjaciół, Helgę i Horsta Walterów. On – były burmistrz tego miasta, wybrany na to stanowisko już po zjednoczeniu Niemiec, sprawował swoją funkcję przez 12 lat.
Tak się złożyło, że przed kilkunastoma laty, z Helgą Walter przekładaliśmy na niemiecki wiersze p. Moniki Maciejczyk do Jej „Antologii pokoju”, będącej zbiorem poetyckich wyznań trzech poetek: Niemki Moniki Taubitz, Czeszki Very Kopeckiej i wspomnianej już Polki – Moniki Maciejczyk! (Książka ukazała się w roku 2018 w kieleckim wydawnictwie „STON 2”). A wspominam o tym dlatego, iż do takich „dobrych Niemców” (o których pisałem niedawno, recenzując książkę Macieja Zarębskiego o Prof. Andrzeju Tyszce) na pewno zaliczyć można Helgę i Horsta WALTERÓW!
Stąd było celowe, aby wracając do Szczecina, pojechać nieco dalszą trasą, by zatrzymać się w Bobitz (leżącym niedaleko Wismaru), robiąc przerwę na kawę i ciasto u Walterów, których osobiście z żoną wcześniej nie poznaliśmy.
Horst wraz z całą rodziną (żoną, dwiema córkami i ich mężami przywitał nas „po polsku” słowami
SERDECZNIE WITAMY!
Godnym podkreślenia jest fakt, iż znajomość „Mirków” z „Walterami” trwa blisko 50 lat i została przez nich opisana w książce (pod moją, Krzysztofa Garczewskiego i Tomasza G. Pszczółkowskiego oraz Anny Warakomskiej redakcją) – Biografie polsko-niemieckie. ”Historia pamięcią pisana” (wydanej przez Akademię Humanistyczną w Pułtusku w 2014r).
Helga Walter swoje wspomnienie w tej publikacji zatytułowała „Goldbergowskie wariacje”, a Horst Walter swój artykuł nazwał „Goldbergowskie impresje”, natomiast Mirek Górny swoje wspomnienie zatytułował: „Od babci Emmy do… „Fairplay Towage Reederei”.
W sumie jest w tych wspomnieniach „historia”, kiedy Horst Walter w 1945r. musiał opuścić swój Goldberg i osiedlić się w Wismarze – na terenie b. NRD, gdzie w 1964r. ożenił się Helgą Hold; zaś Mirosław Górny, który urodził się w Złotoryi na Dolnym Śląsku, opisał powojenne losy swojej rodziny, która zamieszkała właśnie w tym mieście.
Obie rodziny żyją ze sobą w serdecznej przyjaźni, czego dowodem były nasze w Bobitz odwiedziny, kończące podróż do Ahrbergen. Cóż można do tego dodać?
Może to, że choćby na przykładzie tego spotkania możemy być pewni, że Polacy i Niemcy mogą żyć ze sobą nie tylko w zgodzie, ale i w wielkiej przyjaźni.
Nie muszę podkreślać, że wszyscy: ja z żoną, Mirkowie, jak i Walterowie – byli z tego spotkania bardzo zadowoleni.
A to, że udział w nim brały też córki Walterów ze swoimi mężami, jest niemal gwarancją podtrzymania tej przyjaźni zarówno przez syna Mirków – Alberta, jak i przez nasze dzieci – Anię i Huberta. Ostatni dzień naszego wyjazdu do Ahrbergen spędziliśmy z naszym szwagrostwem w Szczecinie i na pewno nie powiem tu nic odkrywczego:
Szczecin – to przepiękne miasto!
Mirkowie, ile razy jesteśmy w Szczecinie, zawsze pokazują nam „nowości”, jakie powstały w czasie naszej nieobecności w tym pięknym, portowym i bogatym w wydarzenia kulturalne mieście (w którym i myśmy przez wiele lat mieszkali i pracowali, nim los skierował nas do Warszawy).
Tym razem gratulujemy Szczecinowi przede wszystkim:
– pięknego Dworca Głównego (będącego wciąż w przebudowie i modernizacji), ale warto nadal czekać!
Gratulujemy też:
– widocznej w całym mieście nowoczesnej architektury, jak i licznych (ciągle jeszcze odrestaurowywanych) starych, przedwojennych kamienic,
– przebudowy ul. Wojska Polskiego w „deptak handlowo – gastronomiczny”,
– niezmiennie wspaniałych Wałów Chrobrego, Zamku Książąt Pomorskich i rozciągającej się wokół niego pięknej części „Starego Miasta”,
– urokliwego i nurzającego się w zieleni Osiedla Pogodno, jak i odbudowanego osiedla Łękno, z Willą Lentza na czele, czy
– niedawno otwartego, cieszącego się ogromnym zainteresowaniem odwiedzających – „Morskiego Centrum Nauki”! Kto wie, czy nie warto od razu z dworca udać się na jego zwiedzanie,
– wciąż imponującego, nowoczesnego gmachu Filharmonii Szczecińskiej im. Mieczysława Karłowicza (choć znamy ją od 9 lat z wcześniejszych wizyt w Szczecinie), czy też
– zjawiskowo pięknej „RÓŻANKI”, czyli parku wypełnionego tysiącami róż, z bardzo funkcjonalną sceną koncertową.
Marzeniem byłoby postawienie tu pomnika Jana Szyrockiego, legendarnego dyrygenta i twórcy popularnego, znanego w Europie i na świecie Chóru Akademickiego Politechniki Szczecińskiej”, dziś Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Szczecińskiego, twórcy i inicjatora powstania wielu innych chórów i zespołów śpiewaczych w Szczecinie (Chóru chłopięcego „Słowiki”, Zespołu dziewczęcego „Berżeretki”, Chóru „Collegium Maiorum” czy Zespołu dziecięcego „Don Diri Don”).
Zajrzeliśmy też na stadion piłkarski POGONI SZCZECIN. WSPANIAŁY! Gratulujemy!
Zaimponował nam też
– wciąż nowoczesny i piękny Teatr Lalek „Pleciuga”, jak również
– „nowy” Teatr Polski, w pięknym, przebudowanym kształcie (mogliśmy podziwiać jedynie z zewnątrz). Uroczyste otwarcie – już wkrótce, a my już teraz żałujemy, że nie będzie nam dane uczestniczyć w pierwszej po remoncie premierze.
Podziwiam też działania władz miasta, by uczynić Cmentarz Centralny (na którym spoczywa mój śp. Ojciec i wielu moich przyjaciół) w Park Centralny!
Kończąc dzisiejszy odcinek autobiografii,
RAZ JESZCZE dziękujemy Wam Elu i Mirku za WSZYSTKO,
co wspólnie przez te ostatnie 10 dni – przeżyliśmy.
Trawestując słowa znanej kiedyś piosenki: To były piękne dni, naprawdę piękne dni, więc może warto je kiedyś powtórzyć?…
Cd. nastąpi i będzie miał tytuł:
„Czy stereotypy nadal przysłaniają rzeczywisty obraz Polaków i Niemców?
oraz
przypomnienie Egona Bahra, który był w roku 1970 wśród tych polityków Niemiec, którzy w Warszawie uznali już wtedy granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej za ostateczną!










Niezwykłe i fascynujące wspomnienia – tak współczesne i dzisiejsze. Czytałem z poczuciem tej rzadkiej umiejętności wprowadzania czytającego w atmosferę i osobisty udział w przedsięwzięciu.
I bardzo mocno podzielam i popieram potrzebę miejsca pamięci dla Jana Szyrockiego. To twórca i artysta jeden z największych polskich artystów. W tym roku można wspomnieć 70 lecie kultury studenckiej. W 1954 roku STS dał pierwszy spektakl „To idzie młodość”. Wspominamy dzisiaj tych legendarnych twórców kultury studenckiej – Bogusława Litwińca, Krzysztofa Jasińskiego, Wojciecha Młynarskiego, Stanisława Leszczyńskiego, Ewę Demarczyk i twórcę nowej ekspresji scenicznej dużych i wspaniałych zespołów czyli Chóru Politechniki Szczecińskiej JANA SZYROCKIEGO.
Eugeniusz Mielcarek