Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. II

0

Nowoczesny budynek szkoły podstawowej i gimnazjum, wzniesiony przez fundację Civitas Dei – Opus Magnum niedaleko południowej, administracyjnej granicy miasta, pysznił się nowoczesną bryłą, wznoszącą się ponad dachy koślawych, okolicznych budynków. Nikt nie interesował się, dlaczego szkoła nie zaszczyciła swoją obecnością śródmieścia, tylko wybrała tak odległe miejsce. No cóż, widocznie było to zgodne z założeniami twórców owego przedsięwzięcia, którzy z pełnym wyrachowaniem wybrali peryferie. Jeśli dobrze zastanowić się nad umiejscowieniem szkoły z dala od centrum, to trzeba przyznać założycielom fundacji, że doskonale wiedzieli, co robią. Czasy niespokojne, dziś taka władza, jutro inna, łaska polityków, bez względu na opcje, na pstrych koniach bryka, więc rozwaga jest na wagę złota. Żeby formować młode umysły zgodnie z założeniami fundacji, niepotrzebne są światła rampy ani rozgłos, tylko skuteczność. Sukces wymaga cierpliwości, na spijanie śmietanki przyjdzie czas.
Krzyś do szkoły jeździł rowerem, lato czy zima, codziennie dwa kilometry tam i dwa kilometry z powrotem.
Miejscowa, zaściankowa społeczność zadowolona była, że edukacja ich dzieci spoczywa z małymi wyjątkami w błogosławionych rękach nauczycieli w sutannach. „No przecież lepiej być nie może”. Zdecydowana większość tłumaczyła mniejszości, a właściwie nielicznym, korzyści w prosty sposób: „Przecież wszyscy chodzimy do kościoła, uczestniczymy w mszach świętych, przyjmujemy Ciało Chrystusa w komunii świętej, spowiadamy się i korzystamy ze wsparcia moralnego tych samych duchownych, którzy uczą nasze dzieci. Ludzie, to przecież układ idealny! Dlatego ci nauczyciele, znaczy księża, to gwarancja prawdy i czystości. Która szkoła może uczynić coś więcej?
Żadna!”.
Pierwszy dzień marca wbrew logice kalendarza, następujących po sobie pór roku, przywitał mieszkańców peryferyjnej dzielnicy słońcem i ciepłem pasującym zdecydowanie do obyczajów maja, nie końca zimy. Chociaż tyle dobrego, pomyślał Krzyś i szybciej zakręcił pedałami roweru. Na szkolnym podwórku, jak zwykle przed lekcjami i podczas dużej przerwy, zgiełk. Dzięki Bogu fundacja zadecydowała o koedukacyjnym profilu szkoły, dzięki czemu męczarnie przyswajania wiedzy umilało na przerwach flirtowanie z koleżankami w granatowych spódniczkach i białych bluzkach. Dzięki męsko-damskiej wspólnocie szkoła pękała w szwach, a razem z nią pęczniało konto fundacji, mającej w planach budowę liceum i wiele innych trzymanych w tajemnicy instytucji.
Krzyś ustawił rower w stojaku parkingowym, założył na koło blokadę i wmieszał się w uczniowski tłum. Dzisiejsze zajęcia będą miały inny niż zwykle, bardziej uroczysty charakter. Za kilka minut w sali gimnastycznej i zarazem szkolnej auli rozpocznie się uroczysty apel ku czci żołnierzy wyklętych, a potem uczniowie wrócą do swoich klas. Zajęcia mieli uatrakcyjnić goście, głównie potomkowie żołnierzy Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Punktualnie o godzinie dziewiątej rozległ się głośny dzwonek, a z głośnika przemówił do młodzieży ksiądz dyrektor, zapraszając wszystkich obecnych do auli. Uczniowie, jak na placu manewrowym, ustawili się klasami w równe szeregi, uciszyli się i karnie czekali na rozpoczęcie uroczystości. Ksiądz dyrektor odchrząknął.
– Jak co roku, rozpoczniemy ten ważny dzień pamię-ci o żołnierzach wyklętych modlitwą księdza biskupa Henryka Strąkowskiego, spoczywającego na cmentarzu w Lublinie – ksiądz jeszcze raz odchrząknął, po czym rozpoczął modlitwę, a za nim wszyscy zebrani w auli: – Panie Boże wszechmogący, daj nam siłę i moc wytrwania w walce o Polskę, której poświęcamy nasze życie – ksiądz dyrektor splótł dłonie w żarliwej modlitwie. Opuszczał głowę, to znów unosił i wydawało się, że próbuje wzrokiem przeniknąć strop auli i poszybować w niebiosa, ale za chwilę przymknął oczy, oparł brodę na splecionych dłoniach i zakończył modlitwę – by wkrótce u stóp Jasnej Góry zatrzepotały polskie sztandary z orłem białym i Twym wizerunkiem. Amen.
Po zakończeniu modlitwy przeżegnał się, potem przez kilka minut opowiadał o bohaterstwie i bezprzykładnym poświęceniu żołnierzy wyklętych, o ich ofierze krwi dla ukochanej ojczyzny zasługującej na wieczną pamięć. Po tych słowach, jak zwykł czynić przy takich okazjach, na chwilę umilkł, ustępując miejsca teatralnej ciszy.
– A teraz, moi drodzy, zapraszam do klas, gdzie spo-tkacie się z potomkami naszych bohaterów, a oni opowiedzą wam swoje historie.
Krzyś westchnął i powlókł się do klasy. Każdego dnia przygryzał wargi, idąc do szkoły, żeby tylko nie prysnąć na wagary, nie mnożyć niepotrzebnych kłopotów. Dusił się w atmosferze przypominającej bardziej klasztor niż szkołę pełną młodych ludzi. Nie mógł znieść nienaturalnego dla ich wieku modlitewnego skupienia i rozmów półgłosem, jak życzył sobie ksiądz dyrektor. Zdecydowanym odstępstwem od surowych reguł były lekcje wychowania fizycznego i duża przerwa, z możliwością wyjścia przed szkołę. Na tym koniec luzu. Modlitwa na rozpoczęcie dnia, modlitwa na koniec lekcji, modlitwa na stołówce i dodatkowe modlitwy z okazji rocznicy pontyfikatu papieża Polaka, w dniu urodzin księdza dyrektora, z okazji dnia nauczyciela i stu jeszcze innych, wartych modlitwy okazji.
Do klasy Krzysia gościa przyprowadził jeden z uczniów, Kuba, chłopak pewny siebie aż do przesady. Właściwie bezczelny, na dodatek starał się podporządkować sobie klasę. Mimo wielu skarg szanowny ksiądz dyrektor nie palił się, żeby utemperować Kubę, bo jego zachowanie jakoś mu nie przeszkadzało. A dzisiaj Kuba dumnie wkroczył do klasy w towarzystwie swojego taty, wysokiego, barczystego mężczyzny o mocno różowych policzkach i wodnistych oczach.
– Moi drodzy, przywitajcie tatę Kuby, chciałby podzie-lić się z wami bardzo ciekawą historią o bohaterach, którym poświęcone są nasze dzisiejsze lekcje. – Ksiądz dyrektor zaprosił gestem dłoni, aby gość zajął miejsce przy stoliku nauczycielskim, a sam usiadł w wolnej ławce obok okna.
– Na pewno słyszeliście wiele dobrego o działalności żołnierzy wyklętych. Poświęcili swoje życie dla nas, żebyśmy mogli rozwijać się w wolnej od komunistycznej przemocy ojczyźnie. – Po tym wstępie tato Kuby rozpoczął wzruszającą opowieść o swoim dziadku o jego walce przeciw niemieckim najeźdźcom w kampanii wrześniowej w szeregach wojska polskiego aż do kapitulacji obu armii – „Poznań” i „Pomorze”. Potem wspomniał o niewoli, tułaczce dziadka, próbie przedostania się na Zachód, aż w końcu o partyzantce z finałem w oddziale Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Opowieść taty Kuby stawała się coraz bardziej płomienna, pełna dramatycznych szczegółów, aż padły nazwy wsi: Wólka Wygonowska, Puchały Stare i Zaleszany, wtedy Krzyś nie wytrzymał.
– Chwileczkę! – przerwał bezceremonialnie. – Przed chwilą wymienił pan Zaleszany. Tak? – patrzył spod ściągniętych brwi na rozgrzanego emocjami opowiadacza.
– Owszem, wymieniłem…
– No właśnie, miałem pradziadka, który także opo-wiadał mi o Zaleszanach, tylko mniej tam było o bohaterstwie oddziału Burego, a więcej, a właściwie głównie o jego zbrodniach! O bestialstwie, o…
– Bój się Boga, chłopcze, opanuj emocje i racz uszano-wać gościa! – ksiądz dyrektor zerwał się z ławki, żegnając się zamaszyście.
– Trudno opanować emocje, porównując dzisiejszą opowieść o patriotyzmie z tym, co usłyszałem od pradziadka. Tam, w Zaleszanach, bohaterowie Burego spalili żywcem jego dziewczynę i zastrzelili wielu Bogu ducha winnych mieszkańców wioski, bo nie chcieli wspierać tej armii aniołów. To wszystko! Aha, jeszcze jedno, rzygać mi się chce, jak ksiądz modli się za tych zbirów, a nie za ich ofiary!
– Wynocha! – ksiądz dyrektor, purpurowy na twarzy, wyskoczył z ławki. – I nie pokazuj mi się w szkole bez rodziców!
Krzyś zatrzymał się z ręką na klamce i zanim wyszedł, głośno powiedział:
– Jedno wielkie oszustwo. Masakra!
Słysząc to, Kuba zerwał się i chciał pobiec za Krzysiem, ale tato powstrzymał go.
– Zostaw go, synu, niech ochłonie, ktoś mu bzdur na-opowiadał, więc miał prawo się zdenerwować. Ale mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno – tato Kuby pochylił głowę i uśmiechnął się do księdza dyrektora – żeby wasz kolega dzięki tej zacnej szkole poznał całą prawdę o tamtych czasach, o bohaterstwie i cierpieniu żołnierzy wyklętych.
– Święte słowa, święte słowa – ksiądz pokiwał głową, po czym przerwana niespodziewanie opowieść potoczyła się już bez zakłóceń.
Krzyś niemal biegiem ruszył głównym korytarzem parteru do wyjścia. Po obu jego stronach usytuowane były klasy. W czasie lekcji w całym budynku panowała cisza, tylko od czasu do czasu zza drzwi dochodziły głośno wypowiadane słowa, szuranie krzesłami, a nawet śmiech, jednak bez przesady, pod kontrolą. Nie to, co w miejskich szkołach, gdzie rozwydrzona młodzież nie poddawała się pedagogicznej musztrze. Krzyś pchnął przeszklone drzwi głównego wejścia i zbiegł po szerokich schodach na podwórze. Budynek szkoły wznosił się na środku rozległej działki pełnej rododendronów, ogrodzonej siatką z posadzonymi wzdłuż niej tujami i poprzecinanej alejkami z mnóstwem ławek dla uczniów. Na zewnątrz, wzdłuż ogrodzenia, ciągnęła się uliczka z miejscami parkingowymi dla grona pedagogicznego i odwiedzających szkołę. Po drugiej stronie ulicy, odseparowane od niej gęstym żywopłotem, znajdowało się boisko szkolne z tartanową bieżnią. Co kilkanaście metrów ustawione były po trzy, cztery ławki dla publiczności. Trzeba przyznać, że warunki do uprawiania sportu idealne. Stadion i pozostałe szkolne cuda to, jak wieść niesie, efekt „tacy”. Wierzyć się nie chce, ale też nikt nie protestował przeciw takim cudom. Bo i z jakiej racji?
Przeszedł przez ulicę parkingową i poszedł wzdłuż żywopłotu kończącego się w brzozowym zagajniku, uczniowskiej palarni. W miejscu ukrytym przed wzrokiem księdza dyrektora i reszty szkolnej załogi stały dwie ławki oblegane na długich przerwach przez palaczy nawet w czasie zimy. Krzyś usiadł i wyprostował nogi. Nareszcie jest sam i nie słyszy nic, oprócz ciszy. Wspaniałe uczucie. Wyobraził sobie, że jest jedynym mieszkańcem Ziemi. Przymknął powieki i starał się nazwać wszystkie wspaniałości, jakie byłyby mu dane na wyłączność. A co z dziadkiem? Przecież to jasne, musi zostać! A skoro dziadek, to dlaczego nie rodzice. Jacy są, tacy są, ale moi…
Nagle gdzieś niedaleko rozskrzeczała się sroka i Krzyś dałby sobie głowę uciąć, że usłyszał skrzekliwe, ale wyraźne pytanie: „Kumpli zamieniłbyś na gówniany spokój, ryju wredny?! ”.
– A co, miałbym w nieskończoność tolerować tych chamowatych gnojków? Niedoczekanie! Porąbany świat! – Krzyś rozglądał się, czy nie leży koło ławki kamyk, albo patyk, którym mógłby przegonić wrzaskliwą srokę, lecz zamiast tego zobaczył biegnących w jego stronę kilku kolesi z klasy, na czele z Kubą.
– Tu jesteś, zasrańcu! Co ty odpierdalasz przy moim starym? Sie znawca tematu znalazł! A jak twój pradziadzio, Casanowa mlecznych barów, laski nie upilnował, to jego brocha! Czaisz, śmieciu?!
– Spadaj na bambus, debilu! – poniosło Krzysia, cham-stwo za chamstwo.
– O, ty szmaciarzu! Fikasz? Jak ci nochal przeflancu-ję, to od razu będziesz grzeczniejszy! – Kuba huknął go pięścią prosto w nos. Chciał jeszcze zafundować mu dokładkę, ale Krzyś zalał się krwią. – Chłopaki, spadamy! – krzyknął i kolesie pobiegli z powrotem do szkoły.
Krzyś na kilka sekund stracił kontakt z rzeczywistością. Koszula lepiła się od krwi, w głowie mu szumiało, a nos puchł w błyskawicznym tempie. „Nie mogę w takim stanie pokazać się w domu”. Delikatnie dotykał obolałej twarzy i jednocześnie zastanawiał się, jak zemścić się na klasowym zbóju.
– Jeszcze trafisz, gnoju, na silniejszego! – krzyknął i od razu poczuł się lepiej. Wstał z ławki, okraszonej kilkunastoma wielkimi kroplami krwi, i tak szybko, jak mu pozwalało bolesne dudnienie w głowie, wrócił na szkolny dziedziniec po rower. Zdjął blokadę, wskoczył na siodełko, nacisnął pedały i już go nie było. Nawet furty zwieńczonej strzelistym łukiem wykonanym z kutego płaskownika, z krzyżem na szczycie, nie zamknął…
Krzyś chwilę zastanawiał się, czy jechać do domu i nie daj Boże wpaść na ojca, który zadręczy go pytaniami o rozbity nos, czy jechać do dziadka, gdzie w spokoju doprowadzi się do porządku, umyje twarz i spierze krew z koszuli, a w przepastnych szafach na pewno znajdzie się coś, co będzie na niego pasowało. Nic lepszego nie wymyśli, pojechał do dziadka.
– Witaj, bojowniku! Widzę, że masz za sobą jakieś po-ważne starcie. Może mi zdradzisz tajemnicę, jakich broniłeś ideałów? – dziadek uścisnął mu dłoń i poprosił, żeby zdjął zakrwawioną koszulę. – To o co w końcu poszło…
Krzyś opowiedział o uroczystym apelu ku czci żołnierzy wyklętych, o wizycie w klasie taty kolegi, który z dumą mówił o swoim dziadku, jednym z żołnierzy Burego. Wtedy Krzyś nie wytrzymał i opowiedział dramatyczną historię swojego pradziadka, o spaleniu jego dziewczyny, i na koniec relacji przyznał się dziadkowi, że objechał księdza dyrektora za niechrześcijańską postawę polegającą na wychwalaniu pod niebiosa żołnierzy splamionych krwią niewinnych ludzi. Tak to mniej więcej wyglądało. Ksiądz za te słowa wyrzucił go z klasy, a koleś, który przyprowadził ojca, dopadł Krzysia z kumplami na szkolnym boisku i rozkwasił mu nos za obrazę rodziny.
– No cóż… – dziadek Artur spoważniał. – Zachowałeś się honorowo, jak prawdziwy facet. Jestem z ciebie dumny – po czym westchnął jakoś tak żałośnie i powiedział: – Coraz bardziej martwi mnie twoja szkoła. Na szczęście pozostał ci już tylko rok, a potem brykniesz stąd do jakiegoś porządnego liceum. Jeśli do tego czasu nie znikną takowe z powierzchni ziemi.
– Pewnie nie znikną, ale obawiam się, że rodzice nie zgodzą się na szkołę w mieście, bo to za daleko. Pół dnia będę marnował na dojazdy, a ich nie stać, żeby mnie wozili tam i z powrotem. Nie mogą zrozumieć, że bez żadnych dojazdów marnuję całe dnie w tej nieszczęsnej szkole, ale to im nie przeszkadza. Dziadku, oni chcą mieć po prostu święty spokój, dlatego mają moje skargi w dupie!
– Nie denerwuj się, Krzysiu, to tylko ludzie, tacy sami jak ty, tylko starsi. Chcą mieć spokój, żeby ratować resztę czasu, jaki im pozostał. Są zachłanni na ten luksus, ponieważ zbyt wiele roztrwonili z tego bogactwa, dlatego teraz odsuwają od siebie twoje problemy, bo są zbyt czasochłonne.
– Ja rozumiem, że oni pragną spokoju, tylko że w ich życiu nic się nie zmieniło, w dalszym ciągu marnują czas! Dosłownie przecieka im między palcami. Przecież nie robią nic ważnego. Szczególnie mama. Normalna paranoja!
– Tu bym ich bronił, Krzysiu, bo sprawa z czasem jest skomplikowana i szalenie subiektywna. Popatrz, dla ciebie czas spędzony w szkole to dramatyczne marnotrawstwo, a z kolei dla księdza dyrektora to czas przybliżający go do świętości. Ty masz swoją rację, a on swoją. Twoja mama też ma swoją rację, choć prawdę mówiąc, sama siebie oszukuje, ale dzięki temu na swój sposób jest szczęśliwa. Bezustannie przeżywa cudowną młodość, a ponieważ wie, że już nic piękniejszego jej nie czeka, marnotrawi resztę czasu na uporczywym rozpamiętywaniu i trwaniu w przeszłości. W tej nieustającej retrospekcji pomagają jej nalewki, bez których nie byłoby tak pięknie jak jest, ale na to już nic nie poradzisz. Nic… I tak to jest, mój drogi, z gospodarowaniem czasem…
– A ty, dziadku, jak nim gospodarujesz? Marnotrawisz czy nie?
– Sam nie wiem, ale jednego jestem pewny – każ-dy czas, który jest nam dany, w dużej części przemija niespożytkowany, ponieważ natura wyposażyła nas we właściwości, nad którymi nikt nie jest w stanie w pełni zapanować.
– Czyli nad czym…
– No, choćby nad snem. Przesypiamy jedną trzecią życia, czyli marnotrawimy czas, przez co cierpi nasza kreatywność, ponieważ nie można jednocześnie spać i tworzyć, pracować i rozmyślać. A! Lepiej dajmy spokój, bo i tak nasza dyskusja w niczym nam nie pomoże.
– Czyżbyś chciał mi powiedzieć, dziadku, że każda na-sza czynność to marnotrawienie czasu?
– Tak myślę, chociaż może za dużo w tym filozofii, mimo to coś jest na rzeczy. Problem zawiera się w ograniczeniach, w selektywnym podejmowaniu decyzji, co jest dla nas w tej chwili ważne, a co nie. Jak już zdecydujemy, poświęcamy temu czemuś najbardziej reglamentowany towar, jaki posiadamy, czyli czas. A potem, z perspektywy kilku godzin, następnego dnia, a może tygodnia, żałujemy, że pochłonęło nas coś, co w efekcie nie wydaje się być warte funta kłaków. Tu jest ten filozoficzny pies pogrzebany. Dlatego nie miotam się, nie kręcę w kółko, nie gonię własnego ogona. Ot, co!
– To znaczy, że ze mną jest podobnie?
– Ujmując rzecz jak najkrócej, niech czas przecieka ci między palcami, ale wyłącznie za twoją zgodą. Nikt nie ma prawa decydować za ciebie, skoro sam ma z tym poważne problemy, w domu czy w szkole, wszystko jedno.
– To co, w takim razie, robisz przez cały dzień?
– Mnóstwo rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia ani wpływu nawet na to, co dzieje się za płotem, ale dobrze mi z tym i to jest najważniejsze.
– A mógłbyś mi opowiedzieć choćby o jednej rzeczy, którą się zajmujesz? Dziadek przekrzywił głowę i z dobrotliwym uśmiechem przyglądał się wnuczkowi.
Krzyś chwycił go za obie dłonie. – Dziadku, nie daj się prosić! Opowiedz, bo nie będę mógł dzisiaj zasnąć. Czuję, że masz jakąś tajemnicę.
– No dobrze, ale może w końcu usiądziemy. – Dziadek Artur milczał chwilę, zastanawiał się, czy może zwierzyć się wnukowi z postępków wymagających, żeby je zrozumieć, głębokiej wrażliwości i nietuzinkowej wyobraźni, ale pomyślał, że Krzysiowi raczej jej nie brakuje. – Niech się dzieje wola nieba – dziadek westchnął głęboko i poprawił się na krześle. – Otóż, mój drogi chłopcze, jak nie mam do zrobienia nic niecierpiącego zwłoki, idę do Stumilowego Lasu z leżakiem. Rozstawiam go między choinami i czytam na głos moje ulubione powieści. Muszę w tym miejscu dodać, co jest niezmiernie ważne dla tych przedziwnych wydarzeń, że kilka dni wcześniej zakopuję pomiędzy korzeniami te książki, które potem czytam. Robię tak, ponieważ mam po kilka różnych wydań ulubionych tytułów. Dlatego za każdym razem, kiedy idę do lasu, zabieram składaną saperkę. Mam nadzieję, że wiesz, co to za przedmiot.
– Tak, dziadku, wiem – Krzyś potwierdził, nie gubiąc głębokiego skupienia z twarzy. – Ale dlaczego to robisz, znaczy – czytasz na głos, i po co wcześniej zagrzebujesz w lesie książki? Czy ty czasem nie kpisz ze mnie? – Krzyś zmarszczył brwi, z uwagą obserwując dziadka.
– No, co ty! Gdybym w takim momencie zakpił z cie-bie, nie byłbym godzien twoich uczuć. A Stumilowy Las, odziedziczony po mojej żonie, a twojej babce, której nie miałeś okazji poznać, jest moim azylem, schronieniem przed oszalałą współczesnością, przed ludźmi, którzy roznoszą swoje szaleństwa, jak nie przymierzając trędowaci zabójcze bakterie.
– Ale skąd pomysł, żeby zakopywać książki? To prze-cież rodzaj pochówku.
– Otóż kilka tygodni temu miałem nieprzyjemny sen. Śnili mi się jacyś dziwni, milczący ludzie plądrujący moje mieszkanie, ale zabierali tylko książki. Wyszedłem za nimi na drogę, a oni wrzucali je na skrzynię ciężarowego samochodu wypełnionego po brzegi książkami zagrabionymi najpewniej w okolicznych domach. Obudziłem się przerażony, ale zanim sen prysł na dobre, usłyszałem jeszcze słowa: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale zanim tak się stanie, będą chcieli odebrać ci pamięć, wolną wolę i zawartą w książkach wiedzę o tobie samym, dlatego zakop je w Stumilowym Lesie. Kiedyś do nich dołączysz, ale żeby tak się stało, musisz chronić swoją duszę. Ratuj ją, my ci pomożemy”.
– Ale numer! Zupełnie jakbym słuchał Dana Brow-na. A mógłbym pójść z tobą, kiedy znowu będziesz czytał drzewom?
– Oczywiście, myślę, że twoja obecność ucieszy leśny ludek.
– A kiedy masz zamiar odwiedzić Stumilowy Las? – Krzyś z wrażenia nie zwrócił uwagi na określenie „leśny ludek”.
– Jeśli nie masz nic ważnego do roboty, to możemy się wybrać jeszcze dziś wieczorem. Tylko ubierz się ciepło.
– Super! – Krzyś podskoczył do dziadka i ucałował go w policzek. – A rodzicom powiem, że śpię u ciebie, bo pomagasz mi przygotować się do lekcji o patriotyzmie. To nie bajer, ja naprawdę muszę znaleźć jakiś dobry wiersz na ten temat. I jeszcze nauczyć się na pamięć! No to do wieczora! – Krzyś wskoczył na rower, zapominając o rozbitym nosie i upokorzeniu, jakiego doświadczył. Oczy błysnęły mu podnieceniem, a usta rozciągnął uśmiech. – Ale jazda! Nareszcie coś się dzieje! Dziadek, jesteś super! – ale okrzyk zachwytu nie dotarł już do uszu adresata.
W błyskawicznym tempie pokonał drogę do domu rodziców. Oparł rower o ścianę ganku i drżącą z emocji ręką usiłował trafić kluczem w mniejszą niż zazwyczaj dziurkę. Nie zdążył jeszcze zamknąć za sobą drzwi, a już krzyczał na cały głos.
– Tato, mamo! Nocuję dzisiaj u dziadka! – Kurtka wy-lądowała na podłodze pod wieszakiem razem z lewym butem, bo drugi stawiał opór, więc Krzyś popędził schodami na piętro, dudniąc niemiłosiernie prawym, opornym butem. – Tato, ma…
– Ciszej… – drzwi pracowni uchyliły się i stanął w nich ojciec z palcem na ustach. – Ciszej… – powtórzył. – Mama śpi, nie trzeba jej budzić. A w ogóle co się dzieje?
– Nie, nic się nie stało – Krzyś usiłował zachować spokój. – Chcę tylko powiedzieć, że będę dzisiaj spał u dziadka. Potrzebuję jego pomocy, bo mam ważną lekcję o patriotyzmie i powinienem przygotować jakiś wiersz, a dziadek jest w tym dobry, więc…
– Dobrze już, dobrze, tylko po co tyle hałasu. Waż-ne, że mnie uprzedziłeś i sprawa załatwiona. Cieszy mnie, że w końcu przejąłeś się szkołą. Tylko zjedz coś, zanim pójdziesz. Aha, i zapytaj dziadka, czy nie zgodziłby się chodzić do szkoły na wywiadówki w naszym zastępstwie. Oczywiście tylko jakiś czas… – ojciec wykonał nieokreślony gest ręką i zniknął za drzwiami pracowni.
– Już to z dziadkiem załatwiłem – Krzyś poszedł do swojego pokoju po sweter i ciepłe skarpety. W lesie, wieczorem, może być naprawdę zimno. Chwilę rozglądał się co by się jeszcze mogło przydać podczas leśnej wyprawy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Usiadł za biurkiem i zasłuchał się w wypełniającą dom ciszę. Zadumał się nad układami rodzinnymi, aż w pewnej chwili usłyszał własny głos: „Dlaczego w moich wspomnieniach nieobecne są przygody z udziałem ojca? Choćby weekendowe wycieczki z namiotem na ryby, albo grzyby, ewentualnie tylko po to, żeby rozpalić ognisko, upiec kiełbaski, zapatrzyć się w ogień i czuć bliskość taty, kumpla i przewodnika”.
– No cóż – westchnął – ale przynajmniej nie jest upierdliwy, nie gdera z byle powodu. Tylko czy to nie znaczy, że ja go nie obchodzę…? Trudno powiedzieć. – Wzruszył ramionami, wpakował sweter i skarpety do małego plecaka, a po namyśle dopakował jeszcze flanelową koszulę.
A teraz do kuchni coś zjeść i czym prędzej do dziadka. Ostatni kęs kanapki z szynką kończył gryźć, wskakując na rower. Prawdę mówiąc, nie musiał nic jeść, bo nie czuł głodu, na dodatek szynka pozbawiona była smaku. Nie czuł nawet bólu rozbitego nosa, liczyła się tylko tajemnica wieczornego czytania iglastym słuchaczom. Musiała kryć się za tym jakaś niebywała tajemnica, ponieważ dziadek, poważny mężczyzna, nie musi włóczyć się po lesie, żeby czytać ulubione książki. Tego był absolutnie pewny. W takim razie, o co tu chodzi? Krzyś mocniej nacisnął na pedały.
Nie zdążył nawet złapać zadyszki, a już był przed samochodowym dworkiem dziadka. Nacisnął dwa razy guzik dzwonka i niemalże w tym samym momencie szczęknęła w zamku blokująca zapadka. Furtka ustąpiła.
– Cześć, dziadku, jestem! – Krzyś promieniał. – Nie masz pojęcia, jak jestem nakręcony!
– Nie dziwię się – dziadek zaśmiał się. – Ale do wieczo-ra mamy jeszcze trochę czasu, więc na razie wytłumacz, o co chodzi z tym wierszem na lekcję o patriotyzmie. Musisz starać się, żeby nikt nie zarzucał ci, że lekceważysz nauczycieli, nawet jeśli nie zasługują na nic innego. No to mów, co masz przygotować.
– Ksiądz wymyślił, że każde z nas musi nauczyć się na pamięć fragmentu jakiegoś poematu, albo wiersza lub patriotyczną modlitwę za ojczyznę. Jestem pewny, że większość klasowych wazeliniarzy wynajdzie jakieś bogoojczyźniane cudactwa, byle tylko zadowolić ciężkawy gust księdza dyrektora. A ja nie chcę, dlatego szukam czegoś odmiennego, krytycznego wobec patriotyzmu, który w naszej szkole jest mieszaniną nacjonalizmu i homofobii, z elementami zaściankowości i sarmackiej ciemnoty. Tak się ma mój problem. – Krzyś westchnął i wykrzywił twarz..
– Kochany, to żaden problem – dziadek zatarł ręce. – Mam dla ciebie taki wiersz, że jeśli zdołasz go wydeklamować choć w połowie, wszystkim bez wyjątku pospadają kapcie z wrażenia. – Podszedł do regału wypełnionego tekturowymi teczkami pełnymi przeróżnych papierzysk. Chwilę w nich grzebał, przekładał z miejsca na miejsce, szeleścił kartkami, aż zapachniało w pokoju kurzem. – Jest! – dziadek trzymał w dłoni kilka pożółkłych kartek połączonych zszywką. – Proszę, mistrzu. Nie wiem, czy twój pryncypał pozwoli ci dobrnąć do połowy tej rymowanej perełki, ale spróbuj, twoja szkoła zasługuje na taki hymn.
Krzyś czytał wiersz, a im dłużej czytał, tym coraz radośniejszy uśmiech rozjaśniał jego twarz.
– Dziadku, to jest arcydzieło, niepodważalna prawda o stanie umysłów szkolnych patriotów. Kto to napisał?
– Niejaki Kazimierz Przerwa-Tetmajer. A wiesz kiedy? W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym roku! Wyobrażasz sobie?! Prawie sto trzydzieści lat temu!
– A pasuje do naszych czasów jak ulał. Niesamowite i jednocześnie przykre…
– Niestety, mój drogi chłopcze, łatwiej pokryć kraj siecią autostrad, a niebo satelitami, niż zmienić mentalność. Szczególnie tak skostniałą jak nasza. Wiersz jest świetny, ale proponuję skrócić go o kilka zwrotek, bo będziesz miał kłopoty z wydeklamowaniem go w całości. Już widzę te oburzone twarze, ale też wiem, że o to właśnie ci chodzi. Mam rację?
– Tak, dziadku! O to mi chodzi. Do tej pory nikogo nie interesowało co myślę, jakie są moje przekonania i w co tak naprawdę wierzę. A dzisiaj, jak zaprotestowałem przeciw wciskaniu nam na wydrę półprawdy o żołnierzach wyklętych, zmanipulowanego kitu, to mam za to rozbity nos. Ale właśnie dlatego będę mówił głośno, co naprawdę myślę.
– Mam nadzieję, że ten zapał nigdy ci nie minie.
– Na pewno nie minie. Tym bardziej, że kiedy zapro-testowałem w obecności ojca Kuby i księdza dyrektora przeciw wypaczaniu historii, wyczułem w milczeniu klasy, oznaczającym zazwyczaj najzwyklejsze znudzenie, coś co skojarzyło mi się ze wstrzymaniem oddechu przed czymś tak ważnym, jak ogłoszenie wyroku. To było milczenie ukazujące, że nie wszystko jest stracone… – Krzysiu, ile tak naprawdę masz lat?
– Prawie czternaście. A dlaczego pytasz?
– Bo miło z tobą porozmawiać. Twojej wrażliwości może ci pozazdrościć wielu dorosłych. Rozpiera mnie duma! Ale na razie dajmy temu spokój, jeszcze o tym pogadamy. A teraz znikaj w sypialni i naucz się tych pięciu zwrotek, które zaznaczyłem.
Stało się, jak zaproponował dziadek. Krzyś z wierszem Tetmajera zniknął w sypialni, tymczasem on zastanawiał się, jaka książka byłby odpowiednia na dzisiejszy wieczór. Musi wziąć pod uwagę siłę ukrytych w lesie mocy i trudne do przewidzenia reakcje Krzysia na to, czego w żaden sposób nie może się spodziewać. Przecież to, co zobaczy, nie mieści się w najobszerniejszym nawet katalogu powszednich zdarzeń. „Mam nadzieję, że jakoś sobie z tym poradzi” – pomyślał dziadek, przewracając strony wybranej książki i uśmiechnął się na myśl o spotkaniu z jej wspaniałym bohaterem.
Początek marca. Zmierzch zaczyna zapadać jeszcze przed wczesną kolacją. Na dworze mocno poszarzało, kiedy w drzwiach sypialni stanął Krzyś.
– Posłuchaj dziadku! – głośno odchrząknął i zaczął deklamować.
Rozum, wiedza, talent, praca U nas bratku nie popłaca!
Postęp i cywilizacja
W kąt, gdy do gry wchodzi nacya!
Przy każdej nowej zwrotce Krzyś powstrzymywał napady śmiechu, a kiedy skończył, odetchnął głęboko i pokiwał z uznaniem głową. – Pojadę po bandzie z tym tekstem, ale zasługują na to ci szkolni patrioci z nieświeżych snów.
– Chciałbym być przy tym, jak będziesz recytował „Patryotę”, ale potrafię sobie wyobrazić efekt twojego występu. Aha! I pamiętaj, że jakby co, to ja ci wybrałem i zareklamowałem ten wiersz. Krzysiu, na razie koniec z poezją. Ubierz się, czas na spacer do lasu. Bierzemy dwa leżaki i tę torbę ze świecami, i latarki. Oczywiście idziemy piechotą. To co, gotowy?
Krzyś kiwnął głową i wziął pod pachę jeden z leżaków.
Od lasu dzieliło ich około trzystu metrów piaszczystej drogi. Obaj milczeli, ale Krzyś co rusz spoglądał na dziadka, widocznie spodziewał się, że po drodze usłyszy coś ważnego, może chociaż częściowe wyjaśnienie, o co chodzi, tak naprawdę, z tym leśnym czytaniem. Mniej więcej w połowie drogi dziadek zatrzymał się i zwrócił do wnuka.
– Krzysiu, widzę że jesteś mocno pobudzony. Rozu-miem to, ale musisz nad sobą zapanować. Spróbuj pomyśleć o czymś mało ważnym, rozluźnij się, oddychaj spokojnie i patrz tylko na piasek pod stopami, a w myślach powtarzaj: jest cicho, jest spokojnie… Od tej chwili już nic nie mówimy.
Ruszyli dalej, skupieni na otaczającej ich ciszy. Wkrótce napotkali nieduże sosenki samosiejki, ale z każdym metrem las tężał, wchodzili miedzy solidne, grube pnie wznoszące się na wysokość kilkunastu metrów. Korony sosen i świerków, pomieszane gdzieniegdzie z wiekowymi dębami i bukami, tworzyły zwarte, ciemnozielone sklepienie niedopuszczające promieni słonecznych do swoich leśnych tajemnic, dzięki czemu poszycie z wysokimi paprociami, jeżynami i jagodzinami, wymieszane z leżącymi dookoła przegniłymi gałęziami i spróchniałymi pniakami, okryte było dusznym, pachnącym grzybami mrokiem. Las o tej porze tonął w ciemnościach tak gęstych, że trudno było zrobić nawet mały krok bez badania otoczenia wyciągniętymi rękami.
– Idź za mną. – Dziadek włączył latarkę. Snop ledowe-go światła, podrygujący w takt kroków, ożywiał złowrogie, dziwaczne cienie przeskakujące między pniami choin. Wyglądało to tak, jakby wokół czaiły się gotowe do skoku tajemnicze stwory, utrzymywane na dystans jasnym światłem. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby nagle latarka odmówiła posłuszeństwa.
– Wystarczy, dalej nie idziemy – dziadek Artur oparł swój leżak o najbliższą sosnę. – Zapal świeczki i ustaw je na tym ściętym pniu. We wskazanym miejscu widać było ślady poprzednich wizyt. Świadczyły o tym resztki świec. Kiedy już Krzyś ustawił i zapalił trzy grube świece, dziadek rozstawił leżaki i gestem reki zaprosił wnuka, żeby usiadł. Po chwili milczenia i wpatrywania się w czarnozielony mrok odezwał się przyciszonym głosem:
– Sam nie wiem, jak to się stało i jakie kryją się za tym siły, ale to co zobaczysz, to nie żadna sztuczka z mojej strony… Mogę za to zaręczyć honorem – dziadek miał tak poważną minę, że trudno było nie uwierzyć w jego zapewnienie. – Wszystko zaczęło się po tym bardzo nieprzyjemnym śnie, już ci o nim wspominałem, w którym banda oprychów wdarła się do mojej warowni i zarekwirowała wszystkie książki. A wkrótce dołączyły lęki na jawie. Czytając jakiś czas temu, nie pamiętam już którą powieść, poczułem wzbierające, teoretycznie bez żadnego powodu, uczucie niepokoju. Przewracając strony książki, ogarnął mnie niewytłumaczalny, wręcz absurdalny lęk, że za chwilę ciemne indywidua ze snu z hukiem wywalą drzwi i odbiorą mi resztkę wolności. Zapanują nad myślami, opróżnią pamięć ze wszystkich przeczytanych książek, zapamiętanych wierszy i piosenek, a potem znikną z całym księgozbiorem, pozostawiając mnie z potworną, nieogarnioną pustką w głowie, pośród której z trudem będę odnajdował własne imię – dziadek wzdrygnął się. – Wtedy wybiegłem z domu z książką ukrytą za pazuchą i popędziłem do Stumilowego Lasu. Ukryłem się w zaroślach, w najciemniejszym kącie. Przesiedziałem tam godzinę, dwie, może nawet całą noc. Nie wiem, bo straciłem rachubę czasu. To dlatego zacząłem zakopywać książki, nawet jeden z egzemplarzy Biblli – dziadek głęboko odetchnął.
– Ale kim były te ciemne indywidua? To jakieś kon-kretne typki?
– To były raczej spersonifikowane w takiej postaci wszystkie przeszłe lęki, żale i frustracje związane z moim życiem zawodowym i towarzyskim. Nie pamiętam, czy ci kiedyś opowiadałem, twoja babcia, a moja cudowna żona Liwia, była kobietą na wskroś wyzwoloną – Wzbudzała tym wielkie emocje. Mężczyźni uwielbiali ją, próbowali uwieść, jeśli wiesz, co to słowo oznacza, nie bacząc na to, że stanowiliśmy grupę dobrych znajomych.
Kobiety natomiast nie cierpiały jej za to, jak się nosiła i kim była. Twoja babcia traktowała wszystkich z przymrużeniem oka, czasami wręcz lekceważąco, szczególnie nachalnych adoratorów. Ich podchody kwitowała oświadczeniem, że ma w domu intelektualistę i mężczyznę w jednym, któremu nikt nie jest w stanie dorównać, więc nie ma zamiaru zniżać się do poziomu, który co najwyżej może wywołać mdłości.
W ten sposób nie Liwia, tylko ja stałem się wrogiem publicznym numer jeden. Oczywiście wśród mężczyzn. Oprócz tego miałem niewzruszone przekonania i nie zmieniałem zdania dla doraźnych interesów. Czytałem nie te książki, co inni, słuchałem innej muzyki, a programy telewizyjne nie były jedynym źródłem mojej wiedzy o świecie i problemach współczesności. No i na koniec, mój drogi Krzysiu, miałem powodzenie u kobiet. Przekonasz się kiedyś, jaki to kapitał, a ten zawsze budzi zazdrość. Wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, jeździłem starym rowerem, jeśli zdarzało mi się bywać gdzieś bez babci, natomiast napuszeni faceci przyjeżdżali wypasionymi furami, jak nazywacie dzisiaj samochody za ciężkie pieniądze. Ale czy to był teatr, wernisaż w jakiejś galerii, koncert, czy spotkania towarzyskie i podobne wieczory, kobiety kleiły się do mnie i mojego roweru. Faceci nie mogli mi tego wybaczyć, mimo że nie było w tym mojej winy. Z jakiegoś powodu, podobnie jak Liwia, kobiety miały mnie za ciekawego, wartego znajomości mężczyznę. A ponieważ w sprawach politycznych zawsze miałem swoje zdanie i nigdy nie ściszałem głosu do szeptu, chcąc je wyrazić, zostałem również bezczelnym wichrzycielem, przeciwnikiem panującej władzy. Niechęć do mnie tliła się w sercach „serdecznych znajomych” długie lata. Na koniec, nie bez ich udziału, zostałem wylany z pracy. Jak by tego było jeszcze mało, doświadczyłem wielokrotnych nalotów milicji, a potem policji, i przeszukiwań pod byle pretekstem.
Specjalistom od rewizji mówiłem ze śmiechem:
– „Nigdy, panowie, nie znajdziecie tego, co chcieliby-ście znaleźć, ponieważ niczego nie chowam ani w bieliźniarce, ani pod podłogą”.
– „Nam się nie spieszy” – odpowiadali. – „Wcześniej czy później na pewno coś znajdziemy”.
– „No, to musielibyście otworzyć mi czaszkę, jedy-ny schowek, jaki mam na swoje skarby. Tylko co wam po czymś, czego i tak nie zrozumiecie”.
– Teraz wiesz, co miałem na myśli, mówiąc: ciemne indywidua – dziadek pokiwał głową i spojrzał na wnuka, ale on nie słuchał go już od dobrej chwili, wpatrzony w podrygujące cienie i złote odbicia płomieni świec wplecione w pierzaste liście paproci.
– Co dalej robimy? – Krzyś kręcił się niespokojnie. – Dziwnie tu i trochę straszno…
– Dlatego przymknij powieki i nie rozpraszaj się, a ja zaczynam czytać. Pewnie nie znasz przygód Szwejka, ale myślę, że na pewno go polubisz. Proszę, żebyś mi nie przerywał, pytania zostaw na później. No to jedziemy – dziadek odkaszlnął i zaczął czytać:
– A to nam zabili Ferdynanda – rzekła posługacz-ka do pana Szwejka, który, opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował. Prócz tego zajęcia dotknięty był reumatyzmem i właśnie nacierał sobie kolana opodeldokiem.
– Którego Ferdynanda, pani Müllerowo? – zapytał Szwejk nie przestając masować kolan. – Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.
– Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.
– Jezus Maria! – zawołał Szwejk. – A to dobre! A gdzie też to się panu arcyksięciu przytrafiło?
– Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan…
Artur Niewiadomy, dziadek Krzysia, czytał z coraz większym zapałem o arcyzabawnych wspomnieniach i życiowej filozofii Szwejka, aż dotarł do wydarzeń w jego ulubionej gospodzie.
W gospodzie „Pod Kielichem” siedział tylko jeden gość. Był to wywiadowca Bretschneider będący na służbie policji państwowej. Gospodarz Palivec zmywał podstawki, a Bretschneider daremnie usiłował wciągnąć go na poważną rozmowę.
Palivec był znany grubianin i co drugie jego słowo było „dupa” albo „gówno”. Ale jednocześnie był oczytany i zalecał każdemu, aby sobie przeczytał, co o tym drugim słowie napisał Wiktor Hugo, przytaczając ostatnią odpowiedź napoleońskiej gwardii, daną Anglikom w bitwie pod Waterloo.
– Ładne mamy lato – rozpoczął Bretschneider swoją poważną rozmowę.
– Wszystko to gówno warte – odpowiedział Palivec układając podstawki w kredensie.
– A to nam nawarzyli piwa w tym Sarajewie – ozwał się Bretschneider, tracąc nadzieję.
– W jakim Sarajewie? – zapytał Palivec. – W nusel-skiej winiarni? Tam się co dzień za łby wodzą. Wiadomo, przedmieście.
– W bośniackim Sarajewie, panie gospodarzu. Zastrze-lili tam pana arcyksięcia Ferdynanda. Co pan na to powie? – Ja się do takich rzeczy nie mieszam, z tym niech mnie każdy pocałuje w dupę – grzecznie odpowiedział Palivec, zapalając fajkę. Do takich rzeczy mieszać się nie warto, bo można grubo oberwać. Mam swój handelek, i tyle. Gdy kto przychodzi i każe sobie podać piwa, to mu podam, ale jakieś Sarajewo, polityka albo nieboszczyk pan arcyksiążę to nie dla nas, bo można się dostać za kraty na Pankrac.
Bretschneider zamilkł i pełen rozczarowania rozglądał się po pustym szynku.
– Tutaj wisiał niegdyś obraz najjaśniejszego pana – ozwał się znów po chwili – akurat tam, gdzie teraz wisi lustro.
– A tak, ma pan rację – odpowiedział Palivec – wisiał tam, ale obsrywały go muchy, więc zaniosłem go na strych. Wiadomo, jak to bywa? Jeszcze by kto zrobił głupią uwagę i miałby człowiek kram. Potrzebne mi to?
Dziadek przerwał czytanie, zmarszczył brwi i wbił wzrok w ciemnoozieloną ścianę lasu. Coś tam zachrzęściło, trzasnęła jedna, potem druga gałązka i z ciemności wytoczył się, kołysząc na boki, wózek inwalidzki.
– Pani Müllerowo, czy widzi pani to, co i ja widzę? – zapytał siedzący na nim nie kto inny, jak sam dobry wojak Szwejk, wskazując palcem Artura Niewiadomego.
– Niech pan lepiej sam powie, co takiego ciekawe-go widać, bo moje oczy to już tylko domowe sprzęty rozpoznają.
– A panowie skąd, jeśli można spytać, i co tu robią tak po ciemku? – zagadnął, dobrodusznie się uśmiechając, Szwejk.
– My spod Lublina – odpowiedział dziadek Artur. – Przyszliśmy, żeby poczytać w lesie książki.
– Jeśli spod Lublina, to zapewne panowie są Polakami.
Zgadza się?
– Zgadza się, nie inaczej.
– Dobry Boże – pokręciła siwą głową mocno zatro-skana pani Müllerowa. – Polacy w lesie czytają książki, proszę pana, to nie wróży nic dobrego. Wracajmy lepiej do domu.
– Nie ma się kogo obawiać, moja pani Müllerowo. Znałem kiedyś małżonków Zenka i Janeczkę Paterków, Polaków, wynajmowali pokój w kamienicy koło kościoła świętego Michała w Pradze, na Podolu. Dziwna to była para. On, zapalony komunista, nie często bywał w domu. Podobno jeździł po okolicy i agitował spokojnych obywateli do nieposłuszeństwa wobec legalnej władzy. W końcu go chwycili, co było do przewidzenia, i osadzili w więzieniu na Pankracu. Ale długo biedak nie pociągnął, bo życia nie mógł sobie ułożyć bez agitacji, a w celi więziennej to nie takie proste. Janeczka Paterek opłakiwała męża komunistę, klęcząc całymi dniami przed ołtarzem w kościele świętego Michała, prosząc Pana Boga o litość dla jej męża, mimo że był komunistą, ale ona nie miała na niego wpływu. Biedaczką zaopiekował się kościelny i nie trzeba było długo czekać, jak z tej opieki na świat przyszedł mały Vaśek, a że kościelny już dużo wcześniej zaopiekował się inną kobietą, Vaśek został przy nazwisku Paterek. Powiem jeszcze tylko, pani Müllerowo, że jak chłopaczek zaczął dorastać, coś mu się w łepetynie pokręciło, bo ciągle tylko by się w księdza bawił, w nic innego! Ganiał za chłopakami i namawiał, żeby urządzili kościółek w opuszczonym garażu po nieżyjącym szwagrze pana kościelnego, ale miejscowi bezbożnicy woleli ganiać za piłką, a okropnie namolnemu Vaśkowi razu pewnego obili gębę i wymazali krowim gówienkiem, a potem przegonili z łąki, gdzie grywali w piłkę – Szwejk uśmiechnął się dobrodusznie i pomachał ręką dziadkowi i Krzysiowi.
– Co się potem z tymi Polakami stało?
– Nie wiem, droga pani Müllerowo, mówię tylko, że nie ma co się Polaków bać. Oprócz tego, że są marudni w sprawach religii i polityki, podobnie jak Vaśek i Zenek Paterkowie, to prawdę mówiąc – dobrzy z nich ludzie.
– Lepiej chodźmy z tego lasu, proszę pana, strzeżone-go Pan Bóg strzeże.
– Ano chodźmy, bo zaczyna mnie w kolanach łamać, no i pieski trzeba by nakarmić. Szczęścia życzę, panowie spod Lublina – Szwejk z gracją skłonił głowę i powiedział głośno do pani Müllerowej: – No to jedziemy, w domu czekają na mnie serdelki od rzeźnika Szimeczka!
Pani Müllerowa z niemałym wysiłkiem obróciła wózek obciążony Szwejkiem i postękując całkiem głośno, popychała go krok za krokiem, aż zniknęli w ciemnym gąszczu, z którego kilka minut wcześniej wychynęli.
– Dziadku! Co to było?! – Krzyś miał oczy tak szero-ko otwarte, że wydawały się pozbawione powiek. – Jak to zrobiłeś? – trzymał się kurczowo jego ręki. – Ten pan Szwejk był bardzo dziwny, tragiczny i niedorzeczny. A ta pani Müllerowa… Wyglądali oboje jak aktorzy Kantora, których zdjęcia kiedyś mi pokazałeś. Nie z tej epoki, ale niezłe luzaki.
– To prawda, dobry wojak Szwejk to postać literacka z czasów pierwszej wojny światowej. Powinieneś, Krzysiu, przeczytać tę książkę. Przekonasz się, że jeśli chodzi o przeciętną mentalność, to w ciągu stu lat niewiele się zmieniło. Dlatego w twojej szkole dzieje się to, co się dzieje. Słyszałeś, co sympatyczny wojak powiedział o Polakach?
– Tak, słyszałem. Ale lepiej mi powiedz, dziadku, jak to się dzieje, że czytasz i pojawiają się wyczytane przez ciebie postacie?
– Proste pytanie – westchnął głośno. – Sam chciałbym wiedzieć, nawet nie dlaczego tak się dzieje, tylko czemu akurat mnie to spotyka!
– Może dlatego, że jesteś wrażliwy…
– No cóż… Dzieje się, jak się dzieje, z jakiejś, mam na-dzieję, ważnej przyczyny. Tylko dlaczego ja jestem punktem odniesienia dla tego tajemniczego zdarzenia? Nie mam zielonego pojęcia.
– A ty wierzysz, dziadku, w inteligencję istot zielonych?
– Istoty! Masz rację, dobrze je nazwałeś. Drzewa to przede wszystkim żywe istoty. One potrafią nie gorzej niż ludzie dbać o potomstwo i słabszych sąsiadów. Są na swój sposób empatyczne. Komunikują się miedzy sobą, dzielą się zasobami wody i czynią wiele innego dobra, współpracując z rozmaitymi przedstawicielami leśnej społeczności, choćby grzybami, mchami i z całą złożoną strukturą poszycia. A potężny układ korzeni setek drzew, spleciony na dziesiątkach hektarów, jest super mózgiem, biokomputerem, umiejętnie wykorzystującym wspólną mądrość. Drzewa nie prowadzą krwawych wojen i nie wyrzynają się w pień dla własnych interesów. To jest wyłącznie ludzka domena, więc… – Dziadek Artur przerwał i podrapał się po głowie. – To wszystko jest prostsze, niż znalezienie odpowiedzi na pytanie: dlaczego akurat ja?
– A od dzisiaj także ja. Prawda?
– Tak, mój drogi, i powiem ci, że dzięki temu lżej mi na sercu.
Po tych słowach obaj zamilkli, wpatrzeni w ciemnozielone kłębowisko, w którym rozpłynęli się Szwejk z panią Müllerową. Przez moment Krzysiowi wydawało się, że z ciemności spogląda na nich ze spokojnym zainteresowaniem tłum milczących postaci. Dobry kwadrans siedzieli na leżakach, zadumani, milczący, aż w końcu zaczął szczypać ich policzki chłód, wtedy obaj jak na komendę wstali, złożyli sprzęt, ale zanim zdmuchnęli świece, dziadek chwycił saperkę i postękując, wykopał w leśnym poszyciu dołek głęboki na około czterdzieści centymetrów. Wykopałby głębszy, gdyby z każdym sztychem łopatki nie natrafiał na coraz gęściej splecione korzenie.
– Wystarczy – otarł pot z czoła, po czym złożył w wykopanej jamie trzy książki, zasypał leśną próchnicą, energicznie przydeptał i zarzucił z wierzchu igliwiem i kawałkami mchu. – Polecam niezniszczalnej pamięci – powiedział półgłosem i na tym zakończyło się spotkanie z tajemnicą milczącego lasu.
W drodze powrotnej Krzyś zapytał:
– Właściwie dlaczego zakopujesz książki? Pamiętam, co opowiadałeś o złym śnie i przeczuciach, ale przecież…
– Otóż to, mój drogi, słowo przecież, które właśnie wypowiedziałeś, może być racjonalną wątpliwością, lecz także potwierdzeniem. Przecież widziałeś na własne oczy. Kieruje mną intuicja podpowiadająca, że mam rację. Czas pokaże, jak jest naprawdę. Zobaczymy… – zatrzymali się przed domem dziadka. – Na dzisiaj wystarczy, czas wracać. Miałeś u mnie nocować, ale we własnym łóżku będzie ci wygodniej. Na razie powtórz wiersz, a jutro postaraj się wyrecytować tę perełkę w całości. I nie daj sobie przeszkodzić! No, mój drogi, to do jutra – dziadek Artur zniknął za ogrodzeniem, a Krzyś wskoczył na rower i popedałował w stronę domu.
Przywitała go jak zwykle cisza i nieokreślony zapach, który zostanie mu w nozdrzach do końca życia. Rodzinny
dom…
Długo nie mógł zasnąć. Wyobrażał sobie, że pod jego stopami, w gęstwinie korzeni, rodzą się uczucia tak silne jak ludzkie. Pomyślał również, że potrafią generować wielką energię i są w stanie wykorzystywać ją do porozumiewania się z ludźmi, gdyby ci byli na to gotowi, patrzyli nieco dalej niż czubek własnego nosa. Przecież spotkanie z dobrym wojakiem Szwejkiem było właśnie wyciągnięciem ręki żyjącej obok nas zielonej cywilizacji. To była wizualizacja wyobrażeń zakodowanych w tekście zakopanych książek… Ale czy możliwe jest odcyfrowanie… Czy las jest w stanie przetrawić druk, zbiór umownych znaków… zapis, który… to niemożliwe… a jeśli jest… możliwe… to…
Krzyś w końcu zasnął, ale nie był to sen spokojny. Po raz drugi, tym razem we śnie, przeżywał leśną przygodę, spotkanie z tajemniczą formą inteligencji.
Mimo silnych wzruszeń dnia poprzedniego i bardzo niespokojnej nocy, obudził się rześki i wypoczęty. Spojrzał na zegar wiszący nad łóżkiem i krzyknął: o w kiche! Zerwał się i w minutę gotowy był do wyjścia… bez śniadania.
Reszta domu, jak zwykle o tej porze, pogrążona była w głębokim śnie. Krzyś na palcach zbiegł na parter, założył kurtkę i cicho zamknął za sobą drzwi. A rower? No, coś podobnego! Takie zapominalstwo jeszcze mu się nie zdarzyło.

Poprzedni artykułMoja (mam nadzieję, że nie ostatnia) podróż do Ahrbergen. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XL
Następny artykułOd zmierzchu do świtu. Rozdział II: W oparach szarości
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj