Łotewskie reminiscencje. Czapajew traci na popularności, Rosjanie „go home?”

0
(S. Jołkin, 2014).

 Najliczniejsza nadal na Łotwie mniejszość narodowa, to Rosjanie; liczy ok. 490 tys. co stanowi prawie 25 proc z blisko dwumilionowej społeczności Łotyszy. Ta topniejąca grupa obywateli rosyjskich, zamieszkałych nad Dougavą (Dźwiną), może się wkrótce zmniejszyć o kolejne 5-6 tysięcy osób, o tych, którzy nie przystąpili do wymaganego przez tamtejszy MSW egzaminu z języka łotewskiego. Zdaniem Ingmarsa Lidaka, szefa komisji ds. migracji w łotewskim parlamencie, „są to osoby, które nie wyraziły żadnej chęci ani zdawać egzamin, ani żeby otrzymać pozwolenie na pobyt czasowy”[1]. Komunikat brzmi mało zrozumiale dla nas, najczęściej nie zorientowanych w problemach etniczno-demograficznych Łotwy. Jeszcze bardziej gmatwa zrozumienie istoty rzeczy jego rozwinięcie ze wskazaniem na nowe, po 2022 roku prawo imigracyjne, dotyczące głównie osób, „które miały w przeszłości obywatelstwo łotewskie albo posiadały status „nie-obywateli”, następnie otrzymały obywatelstwo Rosji, a obecnie mają pozwolenie na stały pobyt na Łotwie…”[2]. Możemy się wszakże domyślać, że obecne posunięcia rządu w Rydze związane są z polityką pozbywania się grup mniejszości rosyjskojęzycznych „postrzeganych przez pryzmat ich nostalgii za ZSRR i popierania polityki Kremla (…) oraz podejrzewanych o akceptację i wspieranie inwazji Rosji na Ukrainę”[3].

 Sprawa zatem nie jest prosta i chodzi nie tylko o aktualny status członka mniejszości narodowej tej grupy obywateli rosyjskich, którzy pod koniec istnienia ZSRR na swój sposób dominowali na Łotwie, stanowiąc klasę wręcz uprzywilejowanych – za sprawą Kremla – obywateli Łotewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Obecnie, tym którzy pozostali na Łotwie, grozi niższa emerytura[4], zakaz retransmisji rosyjskich stacji telewizyjnych, a także ograniczanie języka rosyjskiego w szkolnictwie. Proces ten (zniechęcania mniejszości do zamieszkiwania na terenie Łotwy bez wyraźnego potwierdzenia lojalności wobec państwa), trwa od lat, i nasilił się po 2021 roku, co w części daje się uzasadnić racją stanu i koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego Łotwy.

 

  1.  

 Zapamiętałem Łotwę z dwóch podróży w latach 80-tych. Nie znając języka łotewskiego, posługiwałem się w Rydze najpierw rosyjskim, a potem coraz częściej językiem niemieckim. Znajomość tego drugiego zjednywała mi sympatię rozmówców, zwłaszcza w kręgach inteligenckich. Rosyjski już wtedy, wzbudzał odczuwalną niechęć, zagadnięci przechodnie udawali, że mnie nie rozumieją, patrzyli wrogo, a zdarzało się, że zamiast jasnej odpowiedzieć na pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”, rzucali nieznaną mi metaforę: „pisties…”, czy jakoś tak podobnie, co ze względu na ton i wrogie spojrzenie, nie zachęcało do podtrzymania konwersacji. U nas w Polsce stojący wówczas w kolejkach, zawsze udzielali bardzo rzeczowych informacji („mięso rzucili!”), i w nieco innym tonie. Zapytałem później w wydawnictwie Avots, jak zrozumieć owe słowo, na co młodziutka redaktorka spąsowiała i zaniemówiła. Szef edytorów poradził, żebym nie rozmawiał z przygodnymi, a stojącymi w ogonkach mężczyznami, bo mogę sobie napytać biedy i im też. Na pytanie; „to znaczy komu miałbym napytać biedy, tym z kolejki, czy też wydawnictwu?” – szef nie odpowiedział. W meritum sprawy wprowadził mnie Czesław Szklennik, przydzielony mi tłumacz, który stał się też moim cicerone po Rydze i okolicach. Z nim mogłem rozmawiać po polsku. Po czasie pojąłem za czym stoją te najdłuższe kolejki w Rydze, i we wszystkich innych, zwiedzanych na Łotwie miejscowościach. Najokazalsze były przed trzynastą. „Za powieścią Czapajewa!” – akcentował po wielekroć Czesław. Pomyślałem, że my Polacy chyba nie doceniliśmy tego bolszewickiego bohatera, który nie wyglądał na intelektualistę nawet w powieści o nim autorstwa D,A. Furmanowa, a tu nad Dougavą wszyscy się dobijają najnowszego wydania książki śmiałego watażki. Zrozumiałe, bo tacy artyści, zwłaszcza ci na sowieckich „taczankach”, nie tylko pili, w boju szkicowali konspekty swoich przyszłych arcydzieł, głównie tak pośmiertnych, jak to w przypadku popularnego teraz na Łotwie Czapajewa. Cholera! Zmarkotniałem, malały szanse na wydanie którejś z moich powieści; tu na Łotwie wszyscy czekają przecież, i przede wszystkim, na kolejną i następne książki wielkiego mistrza formy. Gdzie mi do Czapajewa? Trzeba się ustawić zatem w kolejce, nabyć w końcu jedno z arcydzieł i czytając kombinować, jakby tu wejść w czapajewską konwencję kreowania szczęśliwego porządku rzeczy. Ten otaczający mnie wówczas świat postrzegałem z transcendentną klarownością; zdawał się absurdalny i mroczny, ukrywający szereg dramatów, przykrywanych dla niepoznaki, humorem, kpieniem z jego ideologiczno-socjalistycznej osnowy. By łatwiej było egzystować? Musiałem zgłębić ten problem.

 

  1.  

 Zatoka oglądana z Półwyspu Jurmala – z wysokiego piętra domu zbudowanego przez władzę dbającą o dobre samopoczucie twórców Związku Radzieckiego i z ościennych „demoludów” – mamiła przestrzenią otwartą ku wolnemu morzu. Ale dlaczego tak tu pusto? – pytałem naszych opiekunów z Wydawnictwa „Avots”. Zdawało się, że nie rozumieli o co pytam. Kiedy wieczorem, po upalnym dniu, rozebrany do kąpielówek , próbowałem z ręcznikiem pod pachą wyjść z owego przybytku na plażę, gość w liberii zastopował mnie słowami: „nie lzja!”. Paczemu? – spytałem zdziwiony. Facet rozejrzał się, nikt nas nie słuchał, więc szczerze oznajmił jakoś tak bardziej po ludzku: Patamu, czto tam maguczyj syf! Co on bredzi? – gorączkowo zbierałem myśli. Jaki syf? Boi się, że z plaży wpław nawieję do wolnego świata? Przecież, tam dalej, zaczyna się gdzieś Estonia tak samo wabiąca wolnością, jak promieniejąca nią Łotwa. Wyszedłem mimo przestrogi na plażę i dopiero wtedy zrozumiałem słowa portiera. Wokół nikt się nie kąpał. Ludzie maszerowali brzegiem, jednak nie było amatorów moczenia choćby stóp w wodach Zatoki Ryskiej. Zaczerpnąłem wodę dłonią, przybliżyłem do twarzy. Śmierdziała. Wiar spychał od morza i układał na brzegu skłębioną, brudną pianę.

 Następnego dnia jechałem samochodem szosą równoległą do wybrzeża. Po lewej, tuż przed wjazdem do Rygi, zauważyłem niewielką marinę a w niej kolebiących się kilka jachtów na uwięzi. Jeden z nich sylwetką przypominał jakby „Spaniela II”. Jasne, skojarzyłem, przecież po sukcesie Kuby na OSTAR’80, zamiast wykorzystać dobrą koniunkturę na kolejne zwycięstwa w regatach międzynarodowych, PZŻ wystawił jacht na sprzedaż najpierw w USA, i po długich pertraktacjach jednostkę przekazano w końcu jakiemuś wschodniemu armatorowi; pewnie z Rygi. Czy możemy zatrzymać się obok nabrzeża – poprosiłem Czesława Szklennika. Wyszliśmy z samochodu, kierowca w nim pozostał. „Spaniel II” prezentował się nadal, jak rasowy, wyścigowy chart. Zadbany, z doskonałym klarem na pokładzie, a że była to sobota, raził tylko nieobecnością załogi. Na innych jachtach, glansowanych z mozołem i obsadzonych starszymi mężczyznami z nadwagą, nie dostrzegłem zauważalnej zwykle przedrejsowej gorączki. Poruszona przepływającym holownikiem fala zachybotała łódkami. „Spaniel II” wdzięcznie pokłonił się gościowi ze Szczecina, który raz jeden miał okazję gładzić jego pokład i wtedy zauważyłem gęstą bryję otaczającą jachty. Białe burty, poruszając się na tym niewielkim zafalowaniu, z każdym ruchem zanurzenia i wyjścia ponad taflę, ociekały czymś brunatnym. No, tak pomyślałem, to ten syf, o którym mówił portier.

 – Dlaczego w zatoce jest tak brudna woda? – spytałem Czesława.

 – Jakby to ująć – zaczął, kierując się ku samochodowi – to sprawa właściwie polityczna. Może kiedy indziej o tym pogadamy…

 Było sobotnie południe. W mieście niewielki ruch pozwalał obserwować mijane budynki, skwery, pomniki i ludzi. Znowu zauważyłem ogromną kolejkę przed jednym ze sklepów.

 – Za czym oni stoją?

 – Za książką Czapajewa, to miłośnicy mocnej literatury – usłyszałem odpowiedź. – Stoisko z książkami u nas otwierają dopiero od 13-tej, więc stoją – ironizował Czesław.

 – Czapajew wychodzi u was w ograniczonym nakładzie? – dziwiłem się, przyswajając rozpoznaną konwencję.

 – No, nie, ale jest reglamentowany, co podnosi jego wartość w całym Związku Radzieckim.

 Po spotkaniu z szefostwem „Avotsa”, wymianie uprzejmości, rozmowach o współpracy oraz złożeniu dyrektorom ryskiego wydawnictwa propozycji rewizyty w szczecińskim „Globie”, już po wyjściu, a w czasie oglądania co ciekawszych zabytków Rygi, zaprosiłem Czesława do jurmalskiego Domu Pracy Twórczej, w którym zażywałem ograniczonej, bo bez dostępu do morza, swobody.

 – Przywiozłem ze Szczecina kilka unikalnych wydań Czapajewa, wpadnij, poczytamy wspólnie gdzieś na plaży… – zachęcałem, choć nie musiałem, bo Czesław wyraźnie miał na te białe kruki ochotę.

 W Domu Pracy Twórczej nad zatoką zapoznałem Czesława z naszymi wydawniczymi planami oraz złożyłem mu propozycję kilku tłumaczeń. On zaś wyciągnął jakieś maszynopisy z wierszami i powiedział, że ma już przetłumaczone interesujące bajki dla dzieci. Zmarszczyłem brwi, bo na cholerę nam bajki, rzuciłem jednak wzrok na tekst i zbaraniałem , bo tych wierszy z zsyłki i tiurmy, Achmatowa nie pisała dla dzieci. Czesław nie patrzył mi w oczy, lecz w żyrandol, palcem celował po obrazach, uniósł obie ręce w górę gestem bezradności i zrozumiałem wtedy, że wspólną lekturę Czapajewa czas zacząć, ale nie w tym pokoju. Zabrałem dwa egzemplarze dzieł wybranych, harcersko-myśliwski podręczny komplet do zbierania kropel rosy, włożyłem zgromadzone naprędce bogactwo naszych na ten wieczór nadziei do podręcznej, a darowanej w „Avotsie” torby na książki (z klasyczno-edukacyjnym logo i napisem: „socjalistyczna literatura na każdą okazję”), i poszliśmy w las. Pod sosny Rajnisa, ukochanego wieszcza Łotyszów, który właśnie tam pisał swe wiersze, patrząc na otwarte morze. Jeśli nie napisał był „Liryków ryskich” (na wzór subtelnych „Liryków lozańskich” Mickiewicza; swego współbrata w konwencjach), to tylko dlatego, że kierowany romantyczną intuicją, przeczuwał czym wkrótce nasiąknie zatoka.

 Pierwszy rozdział wypiliśmy za nasze spotkanie. Drugi – byśmy zdrowi byli, i nasze kobiety też. Dopiero przy trzecim zapytałem, dlaczego od morza aż po sosny ciągnie czymś raczej, no, wiesz, jakby to powiedzieć…

 – Smrodem – ułatwił Czesław konwersację. – Ale dzięki temu zachowujemy jako taką równowagę etniczną, narodowościową właściwie.

 – Nie rozumiem – zmartwiłem się śliniąc palec do przełożenia następnych stron.

 – Nikt z przybyszów tego nie rozumie i nie dostrzega. Nas Łotyszy jest tu coraz mniej. Łotwę w ponad 50 procentach zamieszkują przybysze z innych republik, głównie Rosjanie. Łotysze nie są już u siebie. Nie kręć głową, wiem co chcesz powiedzieć, że nawet gdyby nas tu było z 95 procent, to i tak nie bylibyśmy teraz u siebie w sensie politycznym.

 – Właśnie. I jaki z ciebie Łotysz, urodzony w polskiej rodzinie we Lwowie?

 – Emocjonalnie jestem teraz Łotyszem o polskich korzeniach.

 – W porządku… Co to ma jednak wspólnego z poziomem smrodu emanującym z zatoki?

 – Rosjanie przed laty postanowili, że olimpijskie dyscypliny w sportach wodnych, odbywać się będą tutaj, na zatoce. W nagrodę dla dzielnej i pracowitej klasy robotniczej Łotwy. Dostaniecie oczyszczalnie ścieków, zatkamy rury zrzucające przemysłowe odpady do morza, zbudujemy nowoczesną infrastrukturę, porty jachtowe, pływalnie, nabrzeża, i Bóg wie co…, obiecywali. Olimpiada w roku 1980 w części żeglarsko-morskiej miała się rozgrywać na tych wodach, nie w Tallinie, o czym zdecydowano dopiero po odmowie naszych władz. Wyobrażasz sobie? Pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Łotwy przekonał Moskwę, żeby nie robić u nas olimpiady. Nie wiem, jakich użył argumentów, ale do dziś mu to pamiętamy. On też wiedział, że każda darowana przez Moskwę inwestycja przyciąga z głębi Związku tysiące nowych robotników, Rosjan, którzy tu zastają na stałe, jako potencjalni „Łotysze” z duszą niełotewską. Przecież po II wojnie na Łotwie mieszkało blisko 88 procent Łotyszów. Obecnie jest nas 48 procent. Stanowimy tu mniejszość. Dlatego śmierdzi. Wolimy smród zatoki, niż zanieczyszczenie narodu.

 Ostatnie zdania Czesław wręcz wykrzyczał. Następnie sięgnął do swojej torby, wyjął okropnie duży róg jakiegoś bydlęcia, napełnił go napitkiem ze swojego egzemplarza (opisującego, jak Czapajew spieprzał przed białogwardzistami), i wygłosił gruziński toast. Słuchałem oczarowany. Szkoda, że nie zanotowałem tej poezji, warta tego była. Ważniejsze, że na łotewskiej ziemi, Łotysz ze Lwowa i Polak z Monasterzysk, wypili za przyjaźń z gruzińskiego rogu, stającego do dziś na mojej półce z książkami. Nagle od zatoki zaczęła się unosić patriotyczna woń przebiegłego, a skutecznego sprzeciwu narodu mniej licznego od mieszkańców szczecińskiego województwa, a sam Czapajew rechotał na wspomnienie, że kiedyś uznawano go za bolszewika; jego – symbol obecnej wolności i radości życia.

 Powiedziałem Czesławowi, że wydrukuję jego tłumaczenia Achmatowej w „Między Innymi”; piśmie któremu szefuję. Ucieszył się. U nich jeszcze nie pora na takie publikacje, ale jak już przyjdzie, to on ma pod ręką i inne zakazane „bajki”. Później powiedział w sekrecie, czym chcą mnie jutro pożegnać wydawcy „Avotsa”, zainteresowani ponoć, by wydać jedną z moich nagrodzonych książek.

 – Przestraszyli się „Gnilca”, a w „W pętli” ich zmroziło. Takich książek się u nas nie wydaje. Nie będą ryzykować. U was więcej wolności.

 – Wysłałem im tylko te dwie powieści.

 – Nie zdziw się, jak wymienią jedną z twoich książek żeglarskich. Ta problematyka wydaje bezpieczniejsza.

 – Szkoda. Jednak się mylą, bo żegluga u mnie staje się symbolem wolności niczym nie ograniczonej.

 – Widziałeś jachty w porcie? One nie wypływają, one tam cumują. Żeglują od czasu do czasu jedynie notable partyjni. I to z asekuracją, bo kiedyś jakiś nawiał do Szwecji. Waszego „Spaniela” kupiono właśnie dla tych bardziej zasłużonych; pewniaków.

 Czesław nie mylił się. W „Avotsie” zdecydowali tłumaczyć i wydać książkę, którą do dziś uważam za ważną w swoich dokonaniach i tak stałem się w 1988 roku łotewskim niemal pisarzem: Zbignevsem Kosjorovskisem, autorem „13 balles pec Boforta”. Sądziłem, że za honorarium wykupię w Rydze cały nakład dzieł wybranych Czapajewa, zaproszę Czesława, jego przyjaciół i pożeglujemy na wyczarterowanym na taką okazję „Spanielem II” na zatokę pachnącą nadal naszą kontestacją spod sosen Rajnisa. Korespondowałem z Czesławem, i jak obiecałem, wydrukowałem w „Między Innymi” jego tłumaczenia nieznanych wówczas w Polsce więziennych poezji Achmatowej, ale już nigdy nie zasiedliśmy do wspólnej lektury. Zaprosiłem Czesława do Szczecina i cieszyłem się na jego przyjazd. Czekałem bezskutecznie, aż poznany w Rydze poeta-wydawca, Joseps Osmanis, (Łotysz o polskich korzeniach), napisał że Czesław Szklennik nie przyjedzie, bo nie żyje…

 I tak się kończyła tamta historia, wyrwana z głębszych kontekstów etniczno-narodowych, ale ilustrująca pewne postawy wobec Wielkiego Brata, którego możliwości narzucania swej woli Łotyszom (i nie tylko), wypracowane przez dziesięciolecia wdrażania socjalistycznego porządku rzeczy, wydawały się nienaruszalne. Nawet wtedy, gdy ironizowaliśmy z jego bohaterskiego idola Czapajewa. De facto kpiliśmy z ZSRR, bo jedynie tak dawało się Łotyszom zdrowiej przetrwać tamto zniewolenie. Tego właśnie dotyczyła moja ostatnia rozmowa z Czesławem Szklennikiem. Już na dworcu kolejowym w Rydze. W restauracji, w której po znajomości wzmocniono nam herbatę świeżo wyrwaną stroną z wybranych arcydzieł Czapajewa.

 Dziś tamtą przypomnianą wyprawę z 1987 roku należy koniecznie doposażyć w ów wspomniany, ledwie tknięty kontekst etniczny, związany z mniejszościami narodowymi. Zwłaszcza, że obecnie – po agresji Rosji na Ukrainę – nabiera on dodatkowej wagi.

 

  1.  

 W roku 1918, gdy Łotwa proklamowała niepodległość, Rosjanie stanowili 7-8 proc. jej mieszkańców. Ich liczba w roku 1935 urosła do ok. 10 proc. W wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow (1939) Łotwa znalazła się w sowieckiej strefie wpływów, a następnie od sierpnia 1940 r. stała się Łotewską Socjalistyczną Republiką Radziecką. Od tego czasu aż do maja 1990 roku, kiedy Łotwa ogłosiła deklarację niepodległości, rokrocznie zwiększała się liczba Rosjan przyjeżdżających na Łotwę z innych republik i osiedlających się tam na

prawach obywatela ŁSRR. W latach 80-tych Rosjanie stanowili już ok. 36 proc. wszystkich obywateli Łotwy, zaś ok. roku 1987 rdzenni Łotysze z przerażeniem stwierdzili, że grozi im status „mniejszości narodowej”, bo ogólna liczba obywateli, zaliczanych do owych mniejszości (więc Rosjan, Białorusinów, Ukraińców, Litwinów, Polaków i innych nacji), zbliża się do 50 proc.

 Wprowadzone po 1991 roku dość kontrowersyjne prawo nie przyznawało obywatelstwa łotewskiego wszystkim Rosjanom osiedlonym tam w czasach ZSRR, a nawet ich potomkom – tam urodzonym. O obywatelstwo mogli starać dopiero po zdaniu egzaminu z języka łotewskiego, którego na ogół nie znali. W referendum w lutym 2012 roku Łotysze zdecydowali, że jedynym językiem urzędowym będzie odtąd język łotewski, odrzucając możliwość nadania językowi rosyjskiemu statusu drugiego języka urzędowego. Od tego czasu zaczęła dość gwałtownie maleć liczba Rosjan mieszkających na Łotwie. I nie tylko ich, bo represyjne (niestety) przepisy objęły wszystkie mniejszości narodowe na Łotwie. W tym również Polaków.

 Wiesław Rymajdo, analizujący w roku 2018 sytuację polskiej mniejszości na Łotwie, zwrócił uwagę, że większość tamtejszej ludności polskiej posługuje się językiem rosyjskim, co wiązał z trwającą pół wieku rusyfikacją oraz zamieszkiwaniem obszarów Łotwy, gdzie dominował język rosyjski (Ryga i tereny południowe kraju; Łatgalia). Ludność starszego pokolenia bardzo często również nie znała języka łotewskiego. Osoby nie posiadające znajomości tego języka urzędowego „nie uzyskały obywatelstwa łotewskiego, a w konsekwencji nie posiadają prawa wyborczego, prawa do nabywania ziemi i zajmowania stanowisk w administracji państwowej. Ustawa o obywatelstwie z 1994 roku przewidywała bowiem, że obywatelami Łotwy są tylko te osoby i ich potomkowie, które posiadały obywatelstwo łotewskie w 1940 roku, a osoby nie spełniające tego kryterium, mogły ubiegać się o nadanie obywatelstwa przy spełnieniu szeregu wymogów, jednym z których była znajomość języka łotewskiego, potwierdzona zdanym egzaminem”[5].

 Innym problemem tej grupy polskiej mniejszości to słaba znajomość języka polskiego. Badacz sygnalizował ponadto, że w bliższej perspektywie pod znakiem zapytania stoi przyszłość szkolnictwa polskiego na Łotwie, choć tę sferę edukacji od lat wspierają polskie władze. „Duża część dzieci i młodzieży pochodzenia polskiego – pisze Rymajdo – nie uczęszcza do szkół polskich, wybierając rosyjskie. Przyczyną jest prawdopodobnie, właśnie brak znajomości języka polskiego”. Zagrożenia takie wcześniej (2012) zgłaszał w polskim Sejmie, w interpelacji do ministra spraw zagranicznych RP, poseł Artur Górski, informując, że „ponad 12 tys. Polaków żyjących na Łotwie ma status bezpaństwowca, a zatem nie posiada praw publicznych”[6] i domagał się m.in. zwiększonej, konkretnej pomocy dla Związku Polaków na Łotwie.

 Rzecz jasna, powyższe problemy związane polską mniejszością narodową nawarstwiały się przez lata. Pisze o nich m.in. Katarzyna Leśniewska, zajmująca się głównie aktywnością edukacyjną i społeczno-kulturalną Polaków na Łotwie. Gros miejsca w swoich analizach poświęca działalności Związku Polaków na Łotwie i Centrum Kultury Polskiej w Dyneburgu, dla których głównymi celami „stały się: integracja Polaków na Łotwie, odrodzenia szkolnictwa polskiego, odnowa życia religijnego oraz ochrona polskiego dziedzictwa na Łotwie”[7].

 Leśniewska wspomina o Icie Kozakiewicz, którą poznałem w Rydze w 1987 roku w wydawnictwie Avots. Była wówczas tłumaczką z kilku języków europejskich na łotewski, później stała się wyróżniającą, bardzo aktywną działaczką Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Łotwie (1988). Podczas pierwszego Zjazdu Polaków na Łotwie, kiedy przekształcono SSKPŁ w Związek Polaków na Łotwie (1990), delegaci wybrali ją na prezeską Związku. W marcu 1990 roku weszła w skład Rady Najwyższej ŁSRR, a 4 maja 1990 roku opowiedziała się w głosowaniu parlamentarnym za niepodległością kraju i uniezależnieniem od ZSRR. We wrześniu 1990 roku przyjechała do Szczecina z delegacją przedstawicieli władz Rygi. Gościłem ją w Wydawnictwie GLOB, omówiliśmy kilka jej projektów tłumaczeń, a na drogę do domu wyposażyliśmy w kilkaset egzemplarzy książek polskich autorów z przeznaczeniem dla mieszkających na Łotwie rodaków. Kontaktowaliśmy się listownie, odpowiadała na każde z pism (które miały wówczas charakter głównie urzędowy, była wszak parlamentarzystką, przewodniczyła Komisji Praw Człowieka i Spraw Narodowych), ale na ostatni mój list, nie odpisała. Z doniesień prasowych dowiedziałem się, że utonęła w wodach Morza Tyreńskiego, podczas kąpieli. „Cóż za przypadek? – pomyślałem; podczas kąpieli? Ona?”. Na studiach, o czym z nią rozmawiałem, trenowała pływanie, zdobywała medale… Pojechała do Włoch (późny październik 1990) jako przewodnicząca delegacji polskiej mniejszości narodowej, uczestniczyła w konferencji „Kraj-Emigracja”, w której Polacy (wszak jeszcze z republik radzieckich), spotkali się z Polakami z innych stron świata. Podczas obrad, co wiem z relacji J. Osmanisa, dopominała się niepodległości nie tylko dla Łotwy. Jej wystąpienie spotkało się z burzliwym aplauzem, czekała ją (prawdopodobnie) reprymenda po powrocie do Rygi. Dla odświeżenia poszła się wykąpać. Cóż za pech!

 Zbierając przed kilkoma laty rozproszone zapiski o swoich spotkaniach z Łotyszami, zwłaszcza te nigdzie nie publikowane, postanowiłem ponownie nawiązać z nimi kontakt. Po głowie chodził mi nawet pomysł wyjazdu do Rygi, pobyt na półwyspie Jurmała. Poprzestałem na korespondencji. Znani mi przed laty wydawcy, gdzieś się, niestety, zawieruszyli, osoby przyjazne pomarły, Avots zlikwidowany, poznane w latach 80-tych tłumaczki, nie odpowiadały na listy (pewnie mam nieaktualne adresy). Napisałem (23.07.2018 r.) do Ambasady Republiki Łotewskiej RP w Warszawie (ul. Aldony 19). Liczyłem na pomoc w kontakcie z polską mniejszością, zorganizowaną przy Związku Polaków na Łotwie. Ekscelencji, panu ambasadorowi Edgarsowi Bondarsowi, załączyłem do listu m.in. wydaną po łotewsku swoją książkę. Sądziłem, że odpowiedź otrzymam z Biura Prasowego ambasady, ale nie doczekałem się jakiejkolwiek reakcji. Przed dwoma laty postanowiłem w tej samej sprawie zwrócić się o pomoc do Centrum Kultury Polskiej w Dyneburgu i do Związku Polaków na Łotwie. Również i te moje listy pozostały bez odpowiedzi. Nie podejrzewam, żeby ten brak reakcji świadczył o zamierającej aktywności ZPŁ, bo gdyby akurat tak było, to potwierdzałyby się smutne i pesymistyczne przypuszczenia cytowanych w tym tekście badaczy, o grożącej polskiej mniejszości narodowej nie tylko dezintegracji i rozpadzie, ale i zaniku. Agresja Rosji na Ukrainę bez wątpienia ma wpływ na przyspieszenie takich procesów. Państwa buforowe, sąsiadujące z agresorem, podejmują szereg działań, które bez wątpienia ograniczają dotychczasowe funkcjonowanie mniejszości, zwłaszcza rosyjskojęzycznych. Przepisy imigracyjne (o czym była już tu mowa) stały się bardziej represyjne, a pojawiające się nie tylko na Łotwie hasło: „Rosjanie go home” uderza i w inne nacje. Co z rosyjskojęzycznymi „bezpaństwowcami” z polskiej mniejszości narodowej, która maleje, tracąc swe poczucie Lotysza-Polaka? Wiatr historii wkrótce pozbawi Łotwę tej jakby niechcianej tam grupy obywateli, nieprzystosowanych do aktualnych warunków. Bo kto się za nimi ujmie? Toż to zupełnie niepolityczne, żeby upominać się o taki „gorszy sort”. Po prostu mają pecha.

[1] Łotwa wydali Rosjan, [w:] https://wiadomości.wp.pl, [dostęp 10.08.2023]

[2] Tamże.

[3] Mniejszości rosyjskojęzyczne w państwach bałtyckich a agresja Rosji na Ukrainę, [w:] https://ies.lublin.pl, [dostęp 10.08.2023 r.]

[4] Tamże; na Łotwie ok. 20 tysięcy osób otrzymuje rosyjską emeryturę. Jeśli dany bank w Rosji został objęty sankcjami, to nie będzie mógł dokonać przelewu na konta w Łotwie. Poza tym drastycznie spada wartość rubla.

[5] W. Rymajdo, Polacy we współczesnej Republice Łotewskiej. [w:] „Studia Podlaskie”. Tom XXVI, Białystok 2018.

[6] A. Górski, Interpelacja nr 5541 do ministra spraw zagranicznych z dn. 12.06.2012 r. [w:] https://www.sejm.gow.pl , [dostęp 12.08.2023 r.].

[7] K. Leśniewska, Współczesna sytuacja mniejszości polskiej na Łotwie, „Acta Universitatis Lodziensis”, 2014. [w:] https://bibliotekanauki.pl , oraz file:///c:/Users/kocze/Downloads , [dostęp 12.08.2023 r.].

Poprzedni artykułBundesliga: BVB i Union powalczą o to co najlepsze
Następny artykułOd zmierzchu do świtu. Rozdział I: Dramatyczny wrzesień
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj