Lewica w niewoli u liberałów

0

„O socjalizmie możemy zawsze porozmawiać na wesoło, nie jesteśmy w końcu rzeźnikami. Zauważył Pan, że większość ludzi przez całe swoje życie nie wie, że są w niewoli? Na ogół uważa się, że skoro władza panuje, to znaczy, że panuje. Jest jednak inaczej. Decydujące jest to, że panuje nie tylko władza, ale panują także jej poglądy. Władza ma do tego środki. Ma na przykład wpływ na prasę. A ludzie? Jeśli nawet coś podejrzewają, nie mają zbytnich możliwości, żeby ciągle sprawdzać twierdzenia władzy”.  

                                                        Bertolt Brecht, ROZMOWY UCHODŹCÓW

Niewola języka

Na początku poniższego wywodu trzeba zauważyć, że lewica po roku 1990 sama wyrzekła się swego „komunistycznego” języka i przyjęła do opisywania świata język liberałów. Trzeba jednak powiedzieć, że ów zaniechany dość lekko „komunistyczny język” był tak naprawdę historycznym językiem światowej lewicy, a zaczął sie on kształtować jeszcze w latach 70. XIX wieku.

         To osierocenie własnego języka można nawet zrozumieć. Zmasowany atak chadeków, liberałów, konserwatystów i wszelkiej maści narodowców na spadkobierców „komuny” sprawił, że po 1990 roku większość obserwatorów polskiego życia politycznego nie dawała lewicy najmniejszych szans na przeżycie.

         W tej sytuacji –  bądźmy też sprawiedliwi –  być może właśnie ta mimikra uratowała lewicę. Od momentu bowiem, gdy dawni członkowie PZPR zaczęli opisywać świat i stawiać społeczne diagnozy językiem uznawanym za „demokratyczny”  w oczach wielu zyskali nowe oblicze – ludzkie i jak najbardziej demokratyczne.

         Teoretycznie lewica mogła zacząć mówić językiem narodowców i konserwatystów. Ale to tylko teoria, bo język Olszewskiego, Kaczyńskich i Macierewicza  był jednak dla lewicy nie do przyjęcia – zbudowany był bowiem dla bezwzględnego pognębienia lewicy, jako głównego wroga, tak historycznego, jak bieżącego. Pozostał zatem lewicy język liberałów – formacji dynamicznej i w teorii reformatorskiej.

         Patrząc jednak na tamten czas z perspektywy prawie ćwierćwiecza, można powiedzieć po staropolsku – „Tu ich czekali”. Bo dzisiejsza polska lewica jest w głębokiej niewoli u liberałów.

         Poza wymienionymi wcześniej, złożyły się na to jeszcze dwa zjawiska. Pierwsze – ci, którzy zakładali SdRP a potem SLD po prostu zestarzeli się i boją się powrotu do prawdziwego języka lewicy, a może imponuje im bycie „nowoczesnymi”. Drugie – młodzież, która stara się przejmować ster rządów w SLD przyjmuje powszechnie panujący w Polsce liberalny język za rzecz naturalną i oczywistą.

         Nie chodzi tu jednak o odnotowywanie smutnego stanu rzeczy. Bardziej martwi to, że brak własnego języka lewicy jest oczywistym dowodem jej ideowej słabości.

        

W niewoli liberalnych mediów

Pamiętajmy, że jeżeli chcemy opanować ludzi, uczynić ich poddanymi, najpierw trzeba opanować ludzkie umysły, zmusić ich aby operowali naszymi pojęciami. I to się polskim liberałom w stosunku do polskiej lewicy udało.

         Zauważmy, że liberalne media – tak elektroniczne, jak tradycyjne –  a takich jest w kraju ogromna większość, narzucają ton i styl wypowiedzi publicznych. Po pierwsze – pracujący w nich dziennikarze mówią językiem „postępu i modernizacji” czyli językiem liberalnym. Po drugie – dokonują takiego doboru własnych gości, ekspertów i celebrytów, że nikt z nich nie zakłóca obranego kursu językowego.

         Owszem, czasem pojawiają się w mediach politycy lewicy, ale najczęściej w rolach podejrzanych, a wywiady z nimi przypominają bardziej przesłuchania niż rozmowę.

         Poza tym – większość polityków lewicy odpowiada jedynie na zadane pytania, ma ustosunkować się do konkretnego wąskiego tematu. Można więc nawet  zrozumieć, że w takich kilkudziesięciosekundowych „wejściach” trudno jest politykom lewicy odnieść się szerzej do zjawisk, nie mówiąc już o sięganiu do przyczyn zjawisk i stawianiu głębszych diagnoz. Tym samym mamy sytuację, w których politycy lewicy co prawda mówią, ale nie do końca to, co mogliby i chcieliby powiedzieć.

         Z dłuższych wypowiedzi polityków lewicy – które sporadycznie zdarzają się –  nie wynika jednak, że mają jakąś alternatywę wobec liberalnej rzeczywistości. Gorzej – z tych wypowiedzi wynika, że liberalna władza popełnia błędy, niekiedy grube, ale w sumie, w generaliach inaczej być nie może.

         Zwróćmy uwagę i na to, że same liberalne media podejmują niekiedy krytykę działań rządu, ale jest to krytyka matczyno-ojcowska. Taka, jaką podejmują rodzice wobec dziecka, któremu coś tam się przydarzyło, które zapomniało się i nagrzeszyło, ale które przecież się kocha, bo własne.

Niewola myśli

Spośród wielu postaci niewoli, w jaką mogą popaść pojedynczy ludzie, całe narody i społeczeństwa, najbardziej przykrą – bo zwykle nieuświadamianą – jest niewola myśli. Co prawda całe pokolenia pisarzy powtarzają, że nawet w więzieniu możemy być wolni, bo prawdziwa wolność jest wolnością umysłu, ale są to jednak przypadki literackie, czyli fikcyjne.

         Obserwując dzisiejszą scenę polityczną w Polsce, można stwierdzić, że liberałowie (dla niepoznaki zwący się teraz neoliberałami) opanowali już serca i umysły większości osobników zajmujących się polityką; zajmujących się nią biernie, jak czynnie. Dotyczy to również większości polityków polskiej lewicy, nie pomijając sztandarowych działaczy SLD.

         Kłopot z tożsamością polskiej lewicy pojawił się już na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Ekonomicznemu upadkowi realnego socjalizmu towarzyszył bowiem spadek wiary (czy też siły przekonań) ówczesnych państwowych elit w socjalizm. Nadto wśród ówczesnych partyjnych elit rodził się właśnie nasz polski biedny konsumpcjonizm. W latach osiemdziesiątych szeregi PZPR coraz tłumniej zasilali osobnicy, dla których własny domek, samochodzik, daczeńka były ideałami życia. Pryncypializm ideowy zaczął ograniczać się do principium własnych korzyści materialnych. Przypomnijmy, że to właśnie wtedy wśród partyjnych elit zaczęto przebąkiwać o konieczności istnienia małego strukturalnego bezrobocia.

         Można zatem powiedzieć, że realny socjalizm umierał długo i mało elegancko, bez szlochu i rozpaczy jego etatowych działaczy.

Lewica społeczna czy lewica światopoglądowa

Mówiąc o polskiej lewicy mam na uwadze głównie ludzi SLD. Gwoli prawdy muszę jednak odnotować, że jest wśród Polaków spora grupa osób nie należąca do żadnej partii, mająca jednak głębokie lewicowe przekonania. To oni stanowią potencjalny elektorat partii lewicowych, i to o ich głosy toczyli niegdyś walkę Janusz Palikot z Leszkiem Millerem.

         Co do Palikota i Twojego Ruchu – mamy tu do czynienia z formacją nie tyle lewicową, co libertyńską. Palikot i jego koledzy wybrali drogę o tyle łatwą, że antyklerykalizm ma w Polsce długą, choć nie zawsze jawną, historię. Tym samym atakowanie pozycji Kościoła może przynosić realne korzyści polityczne mierzone w liczbie głosów przy urnach.

         Jednakże Janusz Palikot, i wspierający go okresowo (jak wysychające i odżywające rzeki afrykańskie) w okresie jego szczytu popularności były prezydent Aleksander Kwaśniewski, są jak najdalsi od istotnych ideałów lewicy. Pomijam już to, że ojcami libertynizmu w oświeceniowej  Europie byli znudzeni dyktatem Kościoła (tak ekonomicznym jak politycznym) ludzie ówczesnych elit. Ważniejsze jest to, że J. Palikot i wspierający go polityczni celebryci akceptują liberalny porządek świata i generalną zasadę, że państwo musi wymierać, oddając wszystko, co się da, w ręce prywatne.

         Ludzie Palikota (a wówczas takim człowiekiem stał się – niestety – również A. Kwaśniewski) uważają, że z biedą, bezrobociem nie ma co walczyć, bo jest to walka z góry porzegrana. Czy wierzą oni w liberalny mit, że bogactwo elit przełoży się z czasem na znośny byt mas – tego nie wiemy. Jak ognia bowiem unikają oni wypowiadania się w kwestiach ekonomii społecznej. Jedyne, co wiemy, to to, że chcą znów wejść do Parlamentu niesieni przez hasła wolności od Kościoła, swobód obyczajowych i legalizacji narkotyków.

         Nie odmawiam palikotowcom prawa do takich poglądów, jednakże nie mają one  nic wspólnego z lewicowością.

Skryci liberałowie

Co do liberalizmu, to panują wokół niego spore niedomówienia. Były premier Donald Tusk zawsze przedstawiał się jako prosty człowiek, który po prostu chciał sprawnie rządzić. Nie wspomniał nigdy, czy ma jakieś poglądy, a w każdym razie nigdy ich dotychczas  w sposób zborny nie przedstawił. Ba, robił wiele, żeby go nikt nigdy o posiadanie jakichkolwiek poglądów nie posądził.

    Niemniej Donald Tusk i jego partia mają nie tylko poglądy, oni mają nawet ideały. I w imię realizacji tych ideałów rządzili 8 lat, wprowadzając je w życie. Przyjrzyjmy się zatem ideowym podstawom liberalizmu…

Liberalizm

Jedyną kategorią pozwalającą rozumieć gospodarkę i politykę jest kategoria interesu. Być może dlatego posiadający kapitał lub sprawujący w ich imieniu władzę nigdy o tym nie mówią. Natomiast chętnie i często mówią o wartościach najwyższych: prawie do konkurencyjności, demokracji, wolności, prawach obywatela.

    Nie wchodząc tutaj w przyczyny końca realnego socjalizmu, można powiedzieć, że jego naczelnym interesem była budowa społeczeństwa egalitarnego. A co jest naczelnym interesem liberalnego kapitalizmu? Zysk jednostki, który w teorii ma być podstawą powszechnego dobrobytu, albowiem bogaci kapitaliści mają stwarzać miejsca pracy a co za tym idzie pomnażać pieniądze dla pracobiorców. Niestety, w praktyce liberalny kapitalizm coraz bardziej się wyobcowuje, skupiając się jedynie na zysku właściciela kapitału, mnożąc narzędzia służące jego pomnażaniu, a coraz bardziej zapominając o łaskach, jakie miały spływać również na tych, którzy kapitałów nie mają.

Skąd wziął się liberalizm

Liberalnych źródeł duchowych i filozoficznych współczesnego kapitalizmu upatrywać należy w purytanizmie i jego przekonaniu, że człowiek musi radzić sobie sam, że nie jest obowiązkiem społecznym jakakolwiek opieka nad słabszymi. Purytanie stawiali konkurencję ponad działaniami wspólnotowymi. Byli przekonani, że ubóstwo i nędza są wynikiem woli Boga, są niejako boskim piętnem. Z kolei bogactwo i wysoka pozycja społeczna jednostki, są wynikiem bożego błogosławieństwa. Jeszcze dzisiaj w USA wielu pastorów głosi takie teorie, spotykając się ze zrozumieniem i aprobatą wiernych. Można przyjąć, że liberalizm ma zatem podłoże religijne, zbudowane w ortodoksyjnych wspólnotach szkockich, angielskich a potem amerykańskich: wielu bowiem purytan osiedlało się w Nowym Świecie, chcąc uniknąć prześladowań w ojczyźnie.

    Liberalizm jest zatem ideologią skrajnie konserwatywną, odrzucającą wspólnotowe interesy grup społecznych, a nawet narodów. Purytański indywidualizm wyraża się we współczesnym liberalizmie głębokim przekonaniem, niemal mistyczną wiarą w to, że bogactwo silnych jednostek będzie błogosławieństwem dla większości (niekochanej przez Boga, słabej i nieutalentowanej). Liberałowie wierzą, że jednostki przewodnie gromadząc kapitały stwarzają miejsca pracy, a tym samym przyczyniają się do wzrostu zamożności ogółu.

    Szkopuł jednak w tym, że globalizacja produkcji, jej dyslokacja w rejony o najtańszej sile roboczej powoduje, że nadzieja na wzrost zamożności upada, a zwiększeniu produktywności nie towarzyszy wzrost zamożności społeczeństw. Gorzej, bo z dziesięciolecia na dziesięciolecie rośnie (także w Europie) ilość bezrobotnych i biednych.

    W Meksyku w przygranicznej strefie z USA, gdzie amerykańskie koncerny (poszukując tańszej siły roboczej), wybudowały wiele fabryk (m.in. odzieży i obuwia) znacząco spadły zarobki robotników. Owszem, zwiększyło się zatrudnienie, ale średnia płaca zatrudnionego spadła nawet o 20%. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że rząd Meksyku zwolnił amerykańskich inwestorów z podatków, to muszą pojawić się pytania – w czyim interesie były te inwestycje oraz kto komu powinien być wdzięczny?

    Na zarzut, że nie ma ani jednego państwa na świecie, w którym panujący liberalizm przyniósłby realne i trwałe korzyści, liberałowie odpowiadają, że dzieje się tak skutkiem łamania zasad, że niepotrzebne interwencje państwa w rynek przynoszą jedynie szkody.

    Powtórzmy tłumaczenia liberałów: nie wiemy jak funkcjonowałyby społeczeństwa, jak bardzo byłyby bogate, bo nigdzie jeszcze nie udało się zrealizować ideału. W ten sposób liberałowie (świadomie lub nie) stają się ideowymi kuzynami Pol Pota, któremu też nie pozwolono zrealizować raju na Ziemi.

    Wybitny amerykański ekonomista Joseph Stiglitz, laureat Nagrody Nobla z 2001 roku, pisał w roku 2008, a zatem jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu, że od upadku Związku Radzieckiego realne dochody amerykańskiej rodziny zmniejszyły się o 15 procent. Natomiast majątek 900 najbogatszych rodzin amerykańskich zwiększył się właśnie o kwoty równe sumarycznie tym, jakie stracili zwykli amerykanie przez te 15 lat. Stiglitz widzi w tym brutalną reakcję kapitalistów na brak zagrożenia ze strony ZSRR (choćby ułudnego) w jakim żyli „właściciele świata” przez lat kilkadziesiąt. Dzisiaj do 10% najbogatszych amerykanów trafia 40% dochodu narodowego USA. Przed epoką neoliberalizmu te 40% tortu trafiało do 30% Amerykanów. Wstrząsające jest i to, że 1% najbogatszych posiada aż 40% wszystkich nieruchomości i inwestycji finansowych.

Państwo

Państwo – zdaniem konserwatystów i chadeków, nie mówiąc już o narodowcach, jest największą świętością i mistycznym dobrem. Można by się z tym zgodzić – jak z wieloma innymi podniosłymi choć mało odpowiedzialnymi twierdzeniami, gdyby nie fakt, że dla człowieka lewicy przy haśle państwo pojawia się natychmiast krótkie pytanie: jakie państwo, w czyim głównie interesie działające?

    Zmarły premier Tadeusz Mazowiecki często powtarzał, że gdyby wiedział, iż bezrobocie sięgnie w Polsce 18 % nie zgodziłby się na kierunek reform Balcerowicza. Tak jest, ta myśl byłego premiera jest cenna, jednak jego dorobek wątpliwy.

    Zastanówmy się, jak to się stało, i dlaczego stało się tak, że funkcjonujący całkiem nieźle w XIX i XX wieku kapitalizm, właśnie na przełomie XX i XXI wieku stał się tak bezwzględny i nieroztropny – aż do głupoty.

    Najprecyzyjniejszej odpowiedzi udziela Benjamin Barber, amerykański politolog, który pisze: Dzisiejszy problem polega na tym, że kapitalizm wymknął się spod kurateli państwa narodowego. Państwo poddawało kapitalizm demokratycznej kontroli i regulacjom, w ramach państwa temperowały go związki zawodowe. Dziś jednak kapitalizm się zglobalizował, a demokracja nie. Zglobalizowały się rynki, a demokratyczne instytucje i prawa, które mogłyby sprawować nad nimi nadzór nie istnieją. Pozwoliliśmy kapitalizmowi wyrwać się z demokratycznych ram, w których trzymaliśmy go przez 150 lat. I oto na nowo zafundowaliśmy sobie kapitalizm w najdzikszej i najbardziej brutalnej postaci – na dodatek w wymiarze globalnym.

    Oczywiście w ramach państw narodowych wciąż istnieją pewne mechanizmy kontroli. Jednak na poziomie planetarnym kapitalizm pozostaje zupełnie sam – bez nadzoru, bez przejrzystości, bez regulacji. I to jest bardzo niebezpieczne.

    Jest wiele rodzajów wolności. Wolność indywidualna, wolność działania na rynku… Obie stanowią wartość. Ale jeszcze większą wartością, najważniejszą, jest wolność obywateli – to wszystko co nazywamy dobrem publicznym. Powiem więcej: wolność indywidualna i gospodarcza  nie przetrwają bez wolności obywatelskich. Poddanie kapitalizmu nadzorowi i kontroli instytucji demokratycznych nie oznacza wcale przehandlowania wolności za coś innego. To jedynie postulat równowagi między dobrem publicznym i wolnością nas jako obywateli z jednej strony, a z drugiej – wolnością nas jako osób prywatnych, np. jako przedsiębiorców działających na rynku.

    Wierzę, że wolne rządy i wolni ludzie potrzebują zarówno wolności gospodarczej, jak i wolności w przestrzeni publicznej, wolności obywatelskich. To zaś prowadzi do jakiejś formy demokratycznego nadzoru i ograniczenia wolności czysto prywatnej.

    Jesteśmy dziwnymi stworzeniami. Gdy żyjemy pod rządami dyktatorskimi, pragniemy wolności. Gdy stajemy się wolni, szybko zapominamy o jej cenie i zmieniamy się w konsumentów – dopóki wolność znowu nie będzie zagrożona. Problemem dzisiejszego świata jest to, że zagrożenia dla wolności nie zawsze są widoczne. Gdy jakiś sekretarz w Moskwie podejmował decyzję w sprawie tego, co miało zdarzyć się w Warszawie, widać było jak na dłoni, że wolność w Polsce była ograniczona. Gdy dziś zarządca korporacji Disneya czy McDonald’s podejmuje decyzję, która dotyczy ludzi w Polsce ludzie zazwyczaj nie widzą w tym zagrożenia, a nawet wydaje im się, że mają więcej wolności. Łatwiej dostrzec przymus pochodzący z góry niż niewidoczny przymus istniejący w nowych społeczeństwach rynkowych pochodzący z dołu. Czasem chętnie sami zakładamy sobie kajdany.

    W istocie z wybuchem obecnego kryzysu mnożą się opisy nieprawnych działań amerykańskich (i nie tylko) instytucji finansowych, których niepohamowana chęć zysku wpędziła świat w dzisiejsze kłopoty. Niemniej bardzo niewielu „opisywaczy systemu”  przyznaje, że osiągnięcie zysku za wszelką cenę jest w istocie rzeczy podstawą, jądrem kapitalizmu.

    Zdziwienie „opisywaczy” budzi fakt, że współczesna giełda przypomina bardziej kasyno niż szacowną niegdyś instytucję służącą znajdowaniu kapitałów na nowe przedsięwzięcia produkcyjne i handlowe. Świat zatrząsł się z oburzenia, dowiadując się po niewczasie, że w pogoni za zyskiem maklerzy przyjmowali zakłady w istocie hazardowe – na wzrost lub spadek koniunktury, akcji, itp. Świat uległ zdziwieniu, że banki udzielały pożyczek osobom i instytucjom, co do których wiedziały, że nigdy ich nie spłacą. Banki czyniły tak, albowiem ich zysk obliczany był od sumy udzielanych pożyczek, nie od sumy ich zwrotu. Gorzej – banki wiedziały, że w przypadku tarapatów rządy przejmą ich długi. Albowiem dzisiejsze rządy są zakładnikami banków.

          Mając już za świadków dwa wielkie autorytety, co do ideowej istoty i sposobów działania dzisiejszych liberałów, wróćmy teraz do problemu głównego tego artykułu, czyli liberalnej niewoli lewicy. A jest to niewola iście Babilońska, tyle, że z Babilonu Żydzi powrócili, a to czy lewica wróci do własnego rozumu jest wielce niepewne.

Słowa i desygnaty

Problem dania rzeczy odpowiedniego miana jest stary, ale dzisiaj, gdy na naszych oczach dokonują się wielkie społeczne przemiany, gdy w powszechny użytek wchodzą nowe techniki i technologie (w tym również technologie komunikacji społecznej) zawirowanie pojęciowe jest bardzo wielkie. A czyż można skutecznie działać, także w sferze społecznej, gdy nie umiemy odpowiednio nazwać serwera – serwerem lub portalu – portalem? Postępowi technologicznemu towarzyszy inflacja techniki –  bo to co pięć lat temu było krzykiem techniki komputerowej, dzisiaj jest niechętnie zbierane z ulic przez złomiarzy.

         A co dzisiaj znaczy globalizm, skoro po dziesięciu latach zostaje wypierany skutecznie przez alterglobalizm? A ilu z nas wie naprawdę czym ów alterglobalizm jest naprawdę? W tym zawirowaniu i zamęcie pojęć również ruchy społeczne (i ich nazwy) podlegają nieustannym przewartościowaniom. Na naszych oczach umierają (po krótkim błyskotliwym życiu) pojęcia, których nie zdążyliśmy zdefiniować i rodzą się nowe – których definiować nie chcemy, bo nie wiemy czy pożyją wszystkiego dwa lub trzy miesiące.

         Jeżeli dodamy do tego jeszcze nowych szamanów politycznych, którzy wznosząc wymyślone przez siebie hasła robią na nich błyskotliwą karierę, starych wyjadaczy, którzy reanimują stare nazwy, podszywając pod nie nowe treści i pełnych nawiedzenia dziwaków, dla których polityka jest lekarstwem na ich własne obsesje i nerwice – obraz wirówki pojęć, idei i polityków może przyprawiać o omdlenie. I jeżeli sympatycy lewicy sądzą, że ta szalona polityczna menażeria opanowała jedynie prawą stronę sceny politycznej – są w błędzie.

Fałszywa liryka słówek

Dawni (a ciągle żywi i aktywni) członkowie SLD zadają sobie pytanie o istotę i potrzebę socjalizmu. Zapewne większość z nich kieruje się nie tylko przyzwyczajeniem, ale prawdziwą potrzebą ideową. Ale jest też spora grupa osób, która z przyczyn, nazwijmy to „towarzyskich” pozostała w szeregach partii, mających lewicowość wpisaną w nazwy. Jest także faktem, że wielu z dawnych członków partii, rządzących niegdyś w krajach socjalistycznych, jest dzisiaj biznesmenami lub osobami odpowiedzialnymi za duże przedsiębiorstwa kapitalistyczne.

         Wszyscy oni czują się emocjonalnie związani z socjalizmem; niezwykle często to podkreślają, czują się dobrze w gronie deklarujących podobne wartości – obawiam się jednak, że „socjalizm” w gronie osób, o których mowa powyżej jest pojęciem mocno mglistym i raczej odwołującym się do uczuć niż rozumu i chłodnej logiki.

         Prawdopodobnie dlatego dzisiejsi „socjaliści” tak często urządzają bale dobroczynne, charytatywne zbiórki darów dla ubogich, przy organizacji których ulegają jeszcze głębokim wzruszeniom. U podłoża tych wzruszeń jest zawsze poczucie dobrze spełnionego społecznego obowiązku.

         Jeżeli dodamy do tego liczne seminaria i konferencje zwoływane przez „ludzi lewicy” (tym terminem nader chętnie określają się sami) a poświęcone „pochylaniu się nad biedą”, „społecznym wykluczeniem” i „negatywnym skutkom przekształceń społecznych” otrzymujemy materiał, który dobremu satyrykowi może posłużyć za świetny materiał do komedii społecznych pomyłek.

Nowe słowa dla nowego pokolenia

Mamy też do czynienia na lewicy z nowym pokoleniem. Są to najczęściej ludzie, którzy w realnym socjalizmie byli dziećmi, a swoją lewicowość budują w oparciu o niezgodę na świat, w którym żyją. Ci młodzi zapełniają liczne, choć małe i niewielką mające siłę partie i stowarzyszenia. Są wśród nich zwolennicy nowej rewolucji proletariackiej, trockiści, antyglobaliści i ekolodzy oraz wyznawcy wielu, wielu innych idei, którzy dla swej potrzeby działania szukają nie tylko adekwatnego terenu, ale przede wszystkim nazwy. A właśnie z nazwami lewica ma dzisiaj największy problem.

Słowa męczące

Przyjmijmy –  dla potrzeb dalszego myślenia nad sprawą – że pojawia się w naszym kręgu młody człowiek, który zgłasza chęć działania wśród ludzi lewicy. Przyjmijmy to, przyjmując jednocześnie, że sami mieścimy się w normie. Wysłuchujemy zatem młodego człowieka, notując w pamięci, że:

  • że poraża go powszechna bieda panująca w Polsce,
  • że nie jest szczęśliwy z faktu, że poseł X jeździ maybachem, bo hummer mu się już opatrzył i stoi w garażu, a bogaty biznesmen wycofuje swe akcje z kolejnej spółki,
  • że coś trzeba zrobić, by młodzież po dwóch fakultetach nie wyjeżdżała do Anglii sprzątać puby,
  • że zastanawia go dlaczego w 2011 roku 1000 najbogatszych Amerykanów zwiększyło swe konta o bilion dolarów,

         I załóżmy jeszcze, że ów młody człowiek pyta nas, co mu radzimy – do jakiej partii ma wstąpić ze swym bagażem pytań. Jeżeli tylko będziemy uczciwi wobec młodego człowieka i samych siebie, na pewno będziemy w dużym kłopocie.

Młodzi

W istocie problem młodego człowieka w dzisiejszej Polsce jest problemem dwustopniowym. Po pierwsze – powinien zdać sobie sprawę z tego w jakim społeczeństwie żyje. Po drugie – powinien się zdecydować, czy zgadza się na zastany stan spraw.

         Jeżeli się zgadzapowinien zacząć przymierzać się do robienia kariery, wybierając oczywiście drogę łatwą i szybką, najlepiej na prawicy – biorąc pod uwagę obecne sondaże wyborcze. Pomocne mu w tym będzie związanie się z własną parafią, udział w manifestacjach potępiających Okrągły Stół, afirmujących zaś urodziny Marszałka. Dobrze mu się też przysłuży pogonienie słowem i pięścią uczestniczek manify i zapalenie świeczek pod domem Wojciecha Jaruzelskiegio 13 grudnia. Gwarantuje mu to zostanie zrazu doradcą wójta, potem ministra a nawet, jeżeli będzie wierny protektorom, samodzielny byt polityczny w Sejmie.

         Jeżeli zaś młody człowiek upiera się przy lewicowości sprawy komplikują się bardzo. W dającej się bowiem przewidzieć przyszłości lewica w Polsce nie wybije się na samodzielne rządzenie. Może jedynie być ważną (jeżeli będzie silna) opozycją. Może i sięgnie po władzę, ale w koalicji z centrum politycznym, na którym dzisiaj mocno usadowiły się Platforma Obywatelska i Nowoczesna. Kariery zatem przed młodym człowiekiem lewicy nie widzimy. Raczej czekają go rozczarowania co do stanu rzeczy powszechnych, zdrady wewnątrzpartyjne (na lewicy, na lewicy!), małość partyjnych kolegów i chwiejna zmienności haseł jego partii. O tym wszystkim powinniśmy uczciwie młodemu koledze powiedzieć.

         Jeżeli z nierozsądku czy też z pryncypialności ideowej upierał się będzie przy działaniu na lewicy, pozostaje nam zalecić mu studia nad ideami socjalizmu i ćwiczenia woli.

Młodzi na lewicy

Niestety, wśród większości młodych polityków lewicy, których słuchamy i oglądamy w mediach, można dostrzec pewien dominujący typ. Jest to człowiek „wygadany”, mówiący szybko, dynamicznie i nawet z pasją. Niekiedy przeżywa chwile uniesień – wtedy publicznie targa własny krawat, zdejmuje marynarkę i radośnie nią wywija. Ma z tego pójść w świat przekaz, że młody polityk jest silny i zdrowy, gotów do ciężkiej pracy.

         Widać, że pracownie public relation, kształtujące osobowość medialną polityka nie biorą pieniędzy darmo. Ten idealnie dopracowany typ wie jak trzymać dłonie, kiedy uśmiechać się, kiedy przybrać minę marsową a kiedy wreszcie zatroskać się nad stanem rzeczy.

         Jeżeli jest prawdą amerykańskie porzekadło, że polityka sprzedaje się tak samo jak pastę do zębów, to w polskim przypadku mamy już multum past politycznych, które same wchodzą do tubki.

         Jeżeli jednak przyjdzie nam ochota  poddać analizie, to co ten typowy młody działacz lewicy mówi – mamy kłopot, a nawet od razu kilka.

         Przede wszystkim typowy młody polityk lewicy wierzy, że sukces jego i jego partii jest jedynie kwestią zabiegów socjotechnicznych, tabelek i sprawnego manewrowania liczbami.

         Poza tym młody polityk ma potworne braki w zakresie wiedzy humanistycznej. Mało co czytał a jeszcze mniej zapamiętał. W dodatku jest przekonany, że świat zaczął się wraz z jego narodzeniem a z jego śmiercią niechybnie się skończy.

         Ów młody typowy polityk nie ma pojęcia, kim był Marks, Kautski, Limanowski a nawet kim był i jaki miał dorobek intelektualny założyciel socjaldemokracji Ferdynand Lassall. Nie zna także – co oczywiste – współczesnych myślicieli społecznych. Oczywiście coś tam jednak czyta – ale są to teksty pojawiające się głównie na facebooku.

         Znajomość historii idei jest wśród młodych bliska zeru. Żyją chwilą bieżącą. Od jednek partyjnej akcji do drugiej. Od komentowania jednej afery w rządzie do czasu, gdy przyjdzie czas na nowy komentarz.

         Na szczęście na lewicy są nie tylko ci „typowi”. Są też ludzie oczytani i myślący, ale tych jest boleśnie niewielu.

         Powiedzmy to wprost: w polityce nie ma sensownego działania bez uprzedniego sformułowania myśli, a tej z kolei nie będzie bez rzetelnej wiedzy o historii myśli społecznej.

            Gdyby któremuś z młodych lewicowców wpadł przypadkiem do ręki ten artykuł, na wszelki wypadek informuję, że do głównych wartości socjaldemokracji można zaliczyć:

  • ochronę praw pracowniczych (w tym umożliwianie funkcjonowania związkom zawodowym) i konsumenckich;
  • w miarę równomierny rozkład dochodu narodowego, np. poprzez opodatkowanie progresywne;
  • ideę wolności, pojmowaną jako ochrona i znajomość praw,
  • równouprawnienie wszystkich klas społecznych,
  • ideę demokracji uczestniczącej, w rozumieniu zwiększonego wpływu obywateli na władzę,
  • zapewnioną przez państwo bezpłatną opiekę zdrowotną i edukację oraz opiekę socjalną;
  • większy wpływ pracowników na przedsiębiorstwo (samorządność pracownicza);
  • interwencjonizm państwowy i udział sektora społecznego (głównie spółdzielni);
  • aktywną politykę państwa na rynku pracy.

Oglądanie słów

Świat najpiękniejszy jest gdy oglądamy go z okna samolotu, poza tym „Świat jest świnią” jak stwierdził wybitny pisarz i krytyk literatury Andrzej Kijowski. Są dwie metody zrozumienia świata – rozumowa i intuicyjna. Kijowski zastosował zapewne intuicyjną, przy dużym jednak udziale własnego życiowego doświadczenia.

         My jednak oprzyjmy się na metodzie mniej bolesnej, ale równie sprawdzalnej. Oto jak wygląda poziom życia najbiedniejszych w krajach Unii Europejskiej:

Średnie wynagrodzenie miesięczne w wybranych krajach europejskich:

KRAJ W USD netto
Szwajcaria 5600
Luksemburg 4230
Francja 2845
Niemcy 2826
Włochy 2368
Wielka Brytania 2303
Chorwacja 959
Polska 842
Rosja 841
Litwa 640
Czarnogóra 618
Bułgaria 414
Albania 264

       Jeśli porównamy biedę w Polsce i w innych krajach, okaże się, że ludzie ubodzy na całym świecie borykają się z podobnymi problemami. Zgodnie z kryteriami stosowanymi przez Bank Światowy, z biedą mamy do czynienia wtedy, gdy dziennie na osobę przypada mniej niż 4,3 USD. Tyle pieniędzy nie ma w Polsce około 18% społeczeństwa, czyli ponad 6,85 mln ludzi. Ponad połowa Polaków (57%) żyje poniżej minimum socjalnego.

       Aż 9,5% Polaków żyje w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. Osoby, które cierpią skrajną biedę, mają do dyspozycji niespełna 340 zł miesięcznie, jeśli żyją samotnie, i 913 zł jeśli żyją w rodzinach czteroosobowych. Na swoje dzienne utrzymanie mają około 2,5 USD. U naszych sąsiadów w Czechach ubóstwa prawie nie ma (1%).

       Powszechna nędza i wysoka koncentracja bogactwa nie mogą współistnieć ze sobą w demokracji – pisał dwa wieki temu autor Deklaracji Niepodległości i prezydent Stanów Zjednoczonych, Thomas Jefferson, wbrew współczesnym apologetom neoliberalizmu upatrującym w bogaceniu się najbogatszych główny sens istnienia i jedyną możliwą drogę rozwoju cywilizacyjnego.

         Właściwe pytanie dla polskiego socjalisty, po zapoznaniu go z powyższą tabelką, brzmi: co nam taka sytuacja gwarantuje? Czy społeczeństwo przy tym poziomie pauperyzacji może liczyć na spadek przestępczości a wzrost wykształcenia? Czy kraj w którym minimum socjalne nie gwarantuje niczego poza wegetacją jest na ścieżce rozwoju? I jak się ma poziom życia do wzrostu gospodarczego?

         Czytamy ciągle o nowych firmach, które inwestują w Polsce, głównie z powodu niskich płac, za jakie mogą wynająć pracowników. Jeżeli jednak przenoszą do nas produkcję firmy, (np. Philips) które w Irlandii płaciły miesięcznie średnio 5.000 euro a w Polsce płacą 500 euro, to narzuca się pytanie – co my (kraj i obywatele) z tego mamy? I jak ma się rozwój społeczny do wzrostu gospodarczego? Inaczej mówiąc – w czyim interesie leżą te inwestycje?

         Żeby dojść do istoty socjalizmu w kapitalizmie trzeba najpierw zrozumieć istotę kapitalizmu. W tym celu jednak musimy przywołać słowa, ostatnio, zakazane.

Słowa zakazane

  1. Wyzysk. Prawdziwym nieszczęściem, jakie mogłoby spotkać dawne kraje demokracji socjalistycznej byłoby przyzwyczajenie się ich obywateli do tego jak jest, pogodzenie się z myślą, że lepiej nie będzie, że jesteśmy skazani na byle jakie bytowanie większości.

         A że może tak być dowodzą dobitnie przykłady z Ameryki Łacińskiej i Południowej. Są tam kraje, jak choćby Boliwia, gdzie ponad 98 procent bogactwa tego kraju należy do 0,5 procenta obywateli. I dlatego dominującym w obu Amerykach stanem ducha jest stan apatii i beznadziei. Owszem pojawiają się tam ruchy partyzanckie, ale spotyka ich zgodne potępienie ze strony kleru i kapitału. Jak zawsze w imię zasady poszanowania „świętego prawa własności”. Na marginesie – kto i kiedy uchwalił takie prawo? I dlaczego ma ono niby być prawem naturalnym?

  1. Najemnik. Czymże mógłby być socjalizm w kapitalizmie współczesnym? Przede wszystkim powinien być ruchem mentalnym – ruchem społecznej niezgody na zawłaszczanie wartości dodanej, wypracowywanej przez siłę najemną. To jest aksjomat, bez którego niczego na lepsze się nie zmieni. Każdy społeczny ruch najpierw musi powstać w mentalności jego uczestników.
  1. Społecznik. Następnie ten ruch powinien przyjąć formy organizacyjne i obejmować związki zawodowe, stowarzyszenia i partie. W tej kolejności, nie odwrotnie. Ten społeczny socjalistyczny ruch powinien również wrócić do prawdziwych źródeł socjalizmu – a jednym z nich była spółdzielczość. To, że współcześni socjaliści nie podejmują walki z kapitalizmem na gruncie socjalnym: nie zakładają spółdzielni spożywców, spółdzielni mieszkaniowych i spółdzielni pracy dowodzi ich słabości. A raczej tego, że etatowi socjaliści w partiach lewicowych myślą głównie o własnych interesach (obecnie zwanych biznesami). Zresztą – nie sądzę, żeby obecny aparat wszystkich partii lewicowych w Polsce chciał czegokolwiek innego, niż zwycięstwa w następnych wyborach.
  1. Ucisk. Osobnym pytaniem jest i to, czy można mocą ducha jedynie zmienić cokolwiek, jeśli nie ma realnych, ekonomicznych podstaw ruchu, jeśli masy społeczne nie są na tyle zdeterminowane, by ruch poprzeć?

         Obecna sytuacja w świecie walki o prawa pracowników najemnych charakteryzuje się pewną niewiarą wyzyskiwanych w lepsze jutro. Po upadku państw bloku wschodniego nie ma bowiem na kapitalistów prawdziwego straszaka. I z jednej strony daje się wyraźnie zauważyć pewną niewiarę w działania na rzecz pokrzywdzonych w procesie podziału dóbr. Z drugie zaś strony kapitalizm przesadza – jak zawsze – i dąży do bezwzględnej maksymalizacji zysków. Tym samym, można w to wierzyć, w pewnym momencie nastąpi taki wzrost bezczelności właścicieli środków produkcji, a zatem i właścicieli państw, że nastąpi wybuch. Są już znaki – takie jak niedawny wybuch Ruchu Oburzonych – że ciśnienie w kotle podnosi się do granic bezpieczeństwa.

         Widocznie tak ma być – żeby pracobiorca mógł żyć godziwie, musi pracodawcy pieniądze wydrzeć z gardła. A na pytanie – dlaczego pracodawca woli zakładać fundacje dobroczynne, niż podnosić pensje, odpowiedź brzmi: bo to mu się bardziej opłaca.

         Nacisk, presja i żądania –  to główna broń socjalistów dawniej i dzisiaj. Kapitaliści nie mają bowiem nic do stracenia, poza własnymi pieniędzmi – jak pisał nieoceniony Bertolt Brecht.

Resume

Tym, którzy obawialiby się posądzenia o marksizm i „betonizm” w partii socjaldemokratycznej, przypominamy, że to Ferdynand Lassalle stwierdził: Własność równa się grabież.

      Lassalle – twórca socjaldemokracji – odrzucał rewolucję, ale to on uważał, że robotnicy (łamiąc opór klas posiadających) powinni wymóc przeprowadzenie reform socjalnych i doprowadzić do uformowania się nowoczesnego narodu zbudowanego na zasadach solidaryzmu. Organizowanie przy pomocy państwa, robotniczych zrzeszeń wytwórczych, które stopniowo zastąpiłyby przedsiębiorstwa kapitalistyczne, było według Lassalle’a najlepszym sposobem na polepszenie warunków życia robotników i stworzeniem im szansy na kulturowy awans.

      Lewica (w tym również SLD) musi wrócić do klasycznych wartości i tradycyjnego języka lewicy. Muszą przyjąć, że konflikt: kapitał – praca, właściciel lokalu – najemca lokalu, właściciel fabryki – robotnik istniał, istnieje i będzie istniał. I dlatego mówienie o różnicach społecznych interesów jest obowiązkiem ludzi lewicy.

      Mit jedności społecznej jest groźny, bo utrwala dominację kapitału nad pracą i nie prowadzi do wyrównywania szans warstw społecznie upośledzonych. Lewica nie ma opisywać świata, ona ma go zmieniać.

      Lewica musi opowiedzieć się za rozwojem spółdzielczości producenckiej, mieszkaniowej i handlowej, która w Polsce powstała dzięki socjalistom i jest prawdziwą alternatywą dla globalizmu.

      Spółdzielczość to także spółdzielczość rolników, którzy złączeni (między innymi) w grupy producenckie mogliby skutecznie konkurować z międzynarodowymi korporacjami. Co prawda, są już ustawy teoretycznie wspierające takie działania, ale praktyka rządowa skutecznie zniechęca rolników do wspólnych przedsięwzięć.

      W sferze rozumienia i opisywania świata lewica musi sięgać do klasycznego języka lewicy. Dzisiaj nie wystarczą już paramedyczne zaklęcia typu: Każdy ma serce po lewej stronie. Zadaniem partii lewicowej nie jest przecież zastępowanie organizacji pomocy społecznej. Partia lewicowa musi dążyć do zmiany stosunków społecznych, poprzez taką zmianę prawa, by służyło one jak największej rzeszy ludzkiej.

      Musimy przywrócić lewicowy, pierwotny sens takim pojęciom jak:

  • kapitalizm, kapitał, klasy posiadające
  • praca, praca najemna, robotnik
  • zawłaszczanie dochodu narodowego
  • spekulacja
  • bogactwo, bieda i nędza

      Również kultura wymaga w Polsce uspołecznienia. Dotowanie przez państwo filmów, filharmonii i zawodowych teatrów przyjęto za normę. Tymczasem państwo powinno wspierać także, a może przede wszystkim, amatorskie zespoły artystyczne: chóry, orkiestry, zespoły folklorystyczne. Bo właśnie w takich zespołach tworzą się trwałe i nie obarczone interesem związki międzyludzkie. I to właśnie znajomość drugiego człowieka, połączonego z innymi pasją, jest podstawą zdrowego społeczeństwa. W Polsce ciągle mamy zbyt mało ludzi, którzy się wzajemnie akceptują, a nawet lubią.

      Przyczyn tego, że współcześni Polacy są społeczeństwem aż tak  zatomizowanym, a nawet wzajemnie sobie wrodzy, że tak trudno u nas o porozumienie ponadpartyjne, należy upatrywać w fakcie zaniku kolektywizmu społecznego.

     Pojęcie nowoczesnej lewicy kamufluje jedynie bezsiłę współczesnych partii lewicowych. Są one, co prawda, poddawane przemożnemu dyktatowi myśli liberalnej, naciskom obskuranckich mediów a skutkiem tego każdy powrót do źródeł lewicowości oceniany jest jako wstecznictwo i anachronizm, ale realizacja lewicowych idei jest obowiązkiem partii, podających się właśnie za lewicowe.

         Jest, na koniec, sens postawienia takiego pytania: Czy w ewentualnej koalicji (po wyborach) koalicja PO i SLD miałaby jakikolwiek sens dla lewicy? Chyba nie. Nie wierzę bowiem, żeby liberałowie zechcieli realizować lewicowe postulaty. Platforma Obywatelska to partia twardej doktryny. Obawiam sie, że w takiej sytuacji SLD musiałby założyć liberalną maskę i stałby się już 100 procentowym niewolnikiem, który owszem, czyni gesty mające zwrócić uwagę na jego wolność, ale na gestach by się skończyło. A w kolejnych wyborach skończyłoby się na poparciu od 3 do 4%.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here