Kontynuuję opowieść o Bronisławie Wilimowskiej, dziś poprzez wspomnienia o Niej Magdaleny Czejarek, Tadeusza Gadziny i Wiesława Ochmana

1

O tym, Kim była Bronisława Wilimowska (po II mężu Wilimowska-Szlekys), będzie książka mojego autorstwa (we współpracy z prof. Elżbietą Gajewską) poświęcona życiu i twórczości tej WIELKIEJ ARTYSTKI I PATRIOTKI, urodzonej w Petersburgu, choć Jej korzenie wywodzą się z Gruzji, dla której jedyną ojczyzną stała się Polska.

Malowała przepiękne pejzaże i kwiaty (ilustrowane przed tekstem obrazy będą umieszczone na awersie i rewersie okładki książki).

Dokonania artystyczne Bronisławy Wilimowskiej prezentowane były w warszawskiej Zachęcie i w wielu miastach naszego kraju, a także za granicą, m. in. w Berlinie, Moskwie, Ałma-Acie czy obu Amerykach, wzbudzając wszędzie duże zainteresowanie.

Ulubionymi tematami Jej twórczości były: „Warszawa”, kwiaty i portrety.

Ale również „militaria”, ponieważ w ten sposób oddawała hołd swemu pierwszemu mężowi, ppłk. Stanisławowi Wilimowskiemu, który zginął już w 4. dniu wojny z Niemcami w 1939r. w obronie Lublińca. Jest tam pochowany (wraz z poległymi w latach okupacji w walce o Polskę żołnierzami AK, a także powstańcami śląskimi) na Cmentarzu Wojskowym.

Dziś Osobowość Artystki przybliżyć chciałbym wspomnieniami osób, którzy dla potrzeb książki napisali o Niej osobiste wspomnienia, m.in. moja żona – Magdalena, mąż p. prof. Gajewskiej – prof. Tadeusz Gadzina oraz znany, światowej sławy artysta operowy – Wiesław Ochman. A oto, co napisali…

Magdalena Czejarek:

„Poznałyśmy się w 1981 roku. Wcześniej oczywiście słyszałam od Karola, że muszę koniecznie Ją poznać, bo jest to Osoba wyjątkowa, a przede wszystkim świetna malarka.

Zaprosiliśmy więc Bronisławę Wilimowską do domu.

Przygotowałam kolację i czekałam na to spotkanie mocno podekscytowana. Tak naprawdę, wcześniej nie wiedziałam o Niej prawie nic.

Ale już po krótkim powitaniu, byłam przekonana, że…zostanie moją Przyjaciółką.

Była pogodna, uśmiechnięta, bezpośrednia i serdeczna.

Miała wtedy 75 lat, ja 37.

W naszym domu od zawsze panuje taki zwyczaj, że z zaproszonymi gośćmi od razu jesteśmy na „Ty”, i taką propozycję Bronia przyjęła z wielką radością.

Spotkanie było bardzo udane i nie trwało krótko, jak by nakazywał „kanon pierwszej wizyty”.

Po niedługim czasie zaprosiła nas do siebie, chcąc pochwalić się swoim mieszkaniem. Często mówiła o nim żartobliwie:

„to moja willa na dachu!”.

Ale cóż to była za willa?

Piąte, ostatnie piętro (przez mieszkańców nazywane „jaskółką”), bez windy, w kamienicy na Starym Mieście. Jeden pokój (bez okien) z maleńką wnęką kuchenną, z której wejście prowadziło do równie maleńkiej łazienki.

Z pokoju można było wejść po stromych schodach na antresolę, gdzie znajdowały się dwa okna (tuż przy podłodze), oświetlające pośrednio również pokój na dole.

Dopiero stąd można było podziwiać przepiękny widok – z jednej strony na Wisłę i Pragę, zaś z drugiej – Rynek Starego Miasta.

Całe mieszkanie było tak skromne, że z trudem wyobrażałam sobie codzienne w nim życie. Ale… Bronia była tu szczęśliwa, zwłaszcza gdy przychodzili do Niej znajomi i przyjaciele.

Co prawda, miała jeszcze w pobliżu (przy ul Świętojańskiej 7) dość dużą i piękną pracownię, ale znów na czwartym piętrze (też bez windy oczywiście), z dodatkowo z krętymi, bardzo niewygodnymi schodami. Za to warunki do pracy – wymarzone.

Podziwiałam Artystkę od chwili poznania, szczególnie za Jej pogodny charakter

i że potrafiła, jak nikt inny, cieszyć się naprawdę wszystkim.

Nigdy nie słyszałam od Niej utyskiwań „na los” ani słów krytyki pod adresem znajomych czy artystów ze swego środowiska. Zawsze potrafiła docenić ich talent i pracowitość.

Uczucie zazdrości czy wręcz zawiści było Jej całkowicie obce.

Kiedy „wpadało się” do Broni na kawę (pyszną!), można było porozmawiać na każdy temat.

Była niezwykle oczytana, potrafiła długo i ciekawie mówić na każdy temat.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak bogaty ma życiorys, z iloma ludźmi znała się przed wojną.

Zatem powoli poznawałam i „wchodziłam” w Jej świat, a Ona tak pięknie wracała do swoich wspomnień, opowiadając historie znajomości, m.in. z Ignacym Paderewskim i Jego żoną.

Ile znanych i wybitnych osób przewinęło się przez Jej życie…

Z wielką czułością wspominała swoją rodzinę, tę najbliższą i dalszą, rozproszoną niemal po całym świecie.

Najwdzięczniejszym jednak tematem wszystkich rozmów była Jej Mama – Stano Gai, również wielka Artystka, wspaniała malarka.

Opowieści o Niej były „ilustrowane” wiszącymi na ścianach pracowni Jej obrazami. Bardzo stonowane, w kolorystyce błękitno-szaro-srebrnej, urzekające pięknem portretowanych postaci. Swoich obrazów Bronia nie eksponowała w pracowni.

Co mnie najbardziej urzekło w osobowości i charakterze Broni?

Nie lubiła narzekać!

Kiedyś przyjechałam do Niej i „babskim” zwyczajem już w progu powiedziałam, że miałam w pracy kiepski dzień i boli mnie głowa.

Zdecydowanie odpowiedziała:

„nie narzekaj, nie narzekaj!”.

To nauczyło mnie pewnej pokory; błahych niepowodzeń nie należy wyolbrzymiać, bo one naprawdę w życiu nie są ważne. Każdy je ma, więc nie ścigajmy się, kto ma ich więcej.

To ważna maksyma: Nie narzekaj i nie użalaj się nad sobą! Pozostała mi po Niej do dzisiaj i przynajmniej staram się o tym pamiętać.

Po drugie: Bronia nie zazdrościła nikomu i niczego!

To jest tak piękna cecha, że trochę trudno o bardziej szczegółowy komentarz.

Nie miała też marzeń dotyczących dóbr materialnych i była absolutnie zadowolona z tego co miała.

Całe życie poświęciła sztuce i w tym świecie czuła się najlepiej.

Po trzecie:

Uwielbiała spotkania z przyjaciółmi, dla których potrafiła sama ugotować przepyszny bigos

(był jej popisowym daniem). A pamiętajmy, że nie miała prawej ręki. Jak Ona to robiła?

Kolejne magiczne słowa, które dla Niej szczególnie wiele znaczyły – to przyjaźń i patriotyzm.

Była dumna ze swojego kraju i bez zbędnego patosu mówiła o tym głośno.

Kiedy po tylu latach wracam myślami do naszych spotkań i wspomnień – mogę powiedzieć, że Jej patriotyzm nigdy nie był „na pokaz” i potrafiła wielokrotnie dać temu świadectwo.

Od Broni uczyłam się cierpliwości, odpowiedzialności za słowo, miłości i szacunku do drugiego człowieka.

Była osobą piękną wewnętrznie, emanował z Niej nieopisany spokój, a przede wszystkim przeogromna radość tworzenia. Kochała to, co robiła, czyli malować. Często powtarzała:

„człowiek szczęśliwy, to człowiek zadowolony ze swojej pracy, w której poświęca co najmniej połowę swego życia”.

Nigdy nie oczekiwała dla siebie nadzwyczajnych względów, ale w towarzystwie– to Ona skupiała na sobie całą uwagę.

W ostatnich latach widzieliśmy, jak z coraz większym wielkim trudem pokonuje codziennie dziesiątki schodów do swego mieszkania i do pracowni.

Ostatni raz spotkałam się z Nią w Jej pracowni w 1997 roku.

Wtedy przyjechała z Rzymu do Warszawy Jej ukochana siostra – Alusia. Postanowiła zabrać Bronię do siebie, zamykając tym samym „warszawski” etap Jej życia w Polsce.

Wiedziałam, że to ostatnie z Nimi spotkanie.

Wyjechały kilka dni później, a wokół nas powstała jakaś pustka, trudna do zniesienia i do wypełnienia. I tak naprawdę – trwa ona do dziś!

Przyjaźniłyśmy się 16 lat. Tylko tyle i aż tyle.

To była przyjaźń wyjątkowa, piękna, bezinteresowna, pełna wzajemnego zaufania.

Dodam tylko, że z mojej strony wzmocniona wielkim uznaniem i podziwem dla dokonań wielkiej Artystki, ale jeszcze bardziej szacunkiem dla

WYJĄTKOWO DOBREGO I MĄDREGO CZŁOWIEKA! Z tej przyjaźni jestem wyjątkowo dumna”.

***

A oto drugie wspomnienie: Tadeusz Gadzina „O Cioci” – (Tadeusz – długoletni prymariusz KWARTETU WILANÓW, mąż wybitnej flecistki Elżbiety prof. Gajewskiej-Gadziny, bratanicy Bronisławy Wilimowskiej, prof. tytularny UMFC).

„…Gdy poznałem, będąc studentem klasy skrzypiec, Elżbietę Gajewską, znakomitą flecistkę (także studentkę), koncertmistrza grupy fletów w orkiestrze symfonicznej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, byłem tak odurzony miłością do Niej, że mimo

późniejszego, stopniowego poznawania Jej Rodziny, w najśmielszych marzeniach nie mogłem przewidzieć do jakiego „Klanu” wielkich ludzi kultury, sztuki, medycyny i nauki będę miał zaszczyt w przyszłości należeć.

Moje radosne przebywanie z Elą, zwaną w rodzinie TUNIĄ, trwające przez cztery lata studiów, ukoronowane zostało zawarciem małżeństwa w roku 1969.

Do tego momentu, w sposób zrozumiały, cała rodzina Elżbiety zaintrygowana była Jej wyborem i pozwalała mi przy okazji odwiedzin na stopniowe poznawanie kolejnych postaci tej wspaniałej i bogatej w skarby Wysokiej Kultury oraz Tradycję Patriotyczną rodziny, a przede wszystkim

BRONISŁAWY WILMOWSKIEJ-SZLEKYS.

Poczułem się zaakceptowany przez Nią szczególnie wtedy, kiedy jako młodemu, bezdomnemu małżeństwu, Ciocia Bronia i Jej mąż Olgierd Szlekys (znany w całym kraju architekt wnętrz) zaproponowali nam

zamieszkanie w słynnej Ich pracowni malarskiej przy ulicy Świętojańskiej 7/8….!

Czas spędzony w tej Oazie tradycji patriotycznych oraz szeroko pojętej Kultury Narodowej –

to lata 1969 – 1973, przebogate w wydarzenia i niezapomniane!

Przez cały ten okres doświadczałem dobroci, ciepła i mądrości życia przekazywanej mi przez Ciocię Bronię i Jej męża. Rewanżowałem się drobnymi „usługami”, jak na przykład

dostarczaniem ze stolarni do pracowni drewnianych ram,

przygotowywaniem blejtramów pod obrazy oraz

fotografowaniem nowo powstających dzieł malarskich wychodzących spod pędzla Broni.

Chłonąłem Jej Sztukę malowania, a drogą synestezji – zamieniałem kolory na dźwięki.

Za pozwoleniem Cioci, w tej pracowni wielokrotnie odbywały się próby prowadzonego

przeze mnie smyczkowego „KWARTETU WILANÓW” . Także wielokrotnie koncertował (na prośbę Broni) dla zapraszanych przez Nią gości, przedstawicieli świata kultury,

nauki oraz wielu znanych i wybitnych postaci naszego kraju.

Poznawanie tak wspaniałego grona przyjaciół Cioci Broni, ich akceptacja naszej sztuki wykonawczej, pozwalały i mnie, i członkom kwartetu (Paweł Łosakiewicz, Ryszard Duź i Marian

Wasiółka) na utwierdzanie się w potrzebie naszego istnienia, które po wielu już latach wspólnego koncertowania przybrało znamię „powołania”.

Mimo uzyskania z Elą własnego mieszkania, nasze kontakty z Pracownią nie tylko się nie urwały, ale potęgowały wciąż pragnienie przebywania w atmosferze, jaka do dnia dzisiejszego pozwala nam w niej kochać Sztukę „bardziej”. Pielęgnujemy w PRACOWNI naszą obecność, wspominając wszystkie cudowne chwile spędzone z Ciocia Bronią, Jej siostrą Alą, Wujkiem Olgierdem, portretami przodków oraz nie milknącymi tam dźwiękami wykonywanych przez nas wspaniałych dzieł muzyki wszystkich stylów, od wczesnego baroku po muzykę współczesną.

A kiedy Ciocia Bronia odeszła powołana przez Wszechmogącego, nieutulony w żalu dostąpiłem zaszczytu niesienia Jej Prochów na Cmentarz Powązkowski, gdzie spoczywa w kwaterze Wybitnych Polskich Postaci.

Gdy obecnie wracam myślą do chwili, kiedy zamieszkaliśmy z Elusią w pracowni, przy ul. Świętojańskiej 7, zdaję sobie sprawę, że nie liczyłem się w pełni z tym, że natknę się na nowy, prawie nieznany mi świat, pełen artystycznego piękna obrazów namalowanych przez Matkę Broni – Stano-Gai oraz przez Nią samą, a także na wspaniałą architekturę wnętrz, reprezentowaną przez sławnego architekta i malarza Olgierda Szlekysa.

Stałe przebywanie w pracowni obfitowało w kontakty z nimi, które dotyczyły (w przewadze) dnia codziennego, ale ten „dzień codzienny” zawsze głęboko tkwił w problematyce naszych zawodów i związanych z nimi planów.

Wspominałem już o „rewanżowaniu się” naszym darczyńcom drobnymi usługami, takimi jak: dostarczanie ram do blejtramów (od ramiarza zamieszkałego blisko w „Dziekance” na Krakowskim Przedmieściu), nabijanie ich płótnem, gruntowaniem klejem stolarskim i oczywiście potem starannym malowaniem na biało!

Technik tych nauczył nas wujek Olgierd, od którego nauczyłem się wiele bezcennych rzeczy dotyczących majsterkowania, które zawsze traktowałem jako radosną odskocznię od przygniatających nas zawsze zobowiązań zawodowych.

Wśród tych „usług” nie brakowało czynnego udziału w przygotowaniach dotyczących sławnych „Przyjęć Na Świętojańskiej”, na których poznawałem całe środowisko wspaniałych postaci otaczających Bronię i Olgierda.

Dumą napawała mnie zawsze możliwość zapraszania do tego cudownego miejsca czołowych Polskich Kompozytorów i przeprowadzania prób z ich utworami.

Wśród Nich pracownia gościła m. in. : W. Lutosławskiego, K. Meyera, K. Pendereckiego, W. Słowińskiego, Z. Bargielskiego, M. Stachowskiego, K. Moszumańską-Nazar i wielu innych, także zagranicznych, wspaniałych muzyków.

„Kwartet Wilanów” parokrotnie wzbogacał swym udziałem wernisaże Cioci Broni, szczególnie te w warszawskiej „Zachęcie”.

Zdarzało mi się również zawozić samochodem Ciocię Bronię na wernisaże Jej obrazów do innych miast w Polsce.

 Często też w mojej obecności Wujek Olgierd, na prośbę Cioci, odważnie podejmował się oceny Jej nowo powstającego dzieła malarskiego.

Słysząc Jego wyważone opinie o szczegółach, które kolejno wymieniał i podziwiał, chwalił lub delikatnie negował, fascynowałem się nie tylko „meritum” uwag, ale przede wszystkim nomenklaturą przynależną profesjonałom malarstwa i architektury.

Nie muszę zaznaczać, jak bardzo używane tu słowa do złudzenia przypominały mi, że dotyczą one bezpośrednio wszelkich niuansów werbalnych, używanych u nas w działalności pedagogicznej. Z jaką radością i wspaniałym skutkiem stosowałem je później w kształtowaniu myślenia o frazie muzycznej u moich studentów, nie tylko na Uniwersytecie Chopina w Warszawie, ale także w brzmieniach obcojęzycznych, na międzynarodowych kursach interpretacji na całym świecie.

Najczęściej Olgierd nie powstrzymywał się od swego krytycznego stosunku do traktowania przez Bronię architektury pejzaży miejskich.

Nazywana (nie tylko w swoim środowisku) Malarką Warszawy, była wyczulona na te uwagi, w większości z wdziękiem je ignorując i odwołując do zmysłu wyobraźni odbiorcy, a nie do jego potrzeb kultu szczegółów. Bezcenne to były chwile uniwersalizujące bogactwo naszych możliwości ujmowania Wielkiej Sztuki s ł o w a m i..!!!

Mnie dosyć często także prosiła o przekazanie mojego wrażenia odnośnie obrazu na kolejnym etapie jego powstawania. Były to chwile, w których najczęściej miałem skrzypce w rękach, pracując nad kolejnym programem konkursowym lub koncertowym. Odkładałem instrument i kierując swe kroki ku schodkom prowadzącym na „balkon sztalugowy”, w panice przypominającej tremę wykonawcy na estradzie, szykowałem się do sformułowania swych wrażeń podczas oglądania świeżo namalowanego obrazu.

Pragnąłem być odważnie szczery, by tym samym przeegzaminować samego siebie w tej arcytrudnej roli. W przeciwieństwie do Olgierda, ale nie ze strachu, nigdy nie zdarzyło mi się mieć jakiejkolwiek uwagi dotyczącej architektury miejskiej, za to kolorystyka – tak bliska w

powiązaniu z dźwiękami – pozwalała mi na skonkretyzowanie mojej uwagi co do efektu na płótnie Cioci, w słowach określających tonację harmoniki muzycznej…:

„Ciociu kochana…to tło osobiście słyszę bardziej w tonacji C – dur a nie w fis – moll”.

Reakcja Broni była następująca:

„podejdź do fortepianu i przedstaw mi brzmienie tych dwóch klimatów”..

Potem następowało zadumanie się Cioci i uśmiech na twarzy akceptujący moją uwagę lub oceniający ją, jako niekoniecznie słuszną.

Do dzisiaj nie jestem pewien, czy chodziło Jej o „uwagę”, czy tylko mnie testowała jako malarza frazy muzycznej?!

Osobną dziedziną mojej wspólnoty artystycznej z Jej bohaterami była fotografia.

Rozpasjonowany robieniem zdjęć, ich osobistym wywoływaniem, katalogowaniem i gromadzeniem w albumach, notowałem na negatywach fotograficznych „wszystkich i wszystko”. Do najbardziej godnych uwagi zaliczyć należy zdjęcia obrazów, tych ustawionych w składziku, tych wiszących na ścianie i tych powstających na bieżąco.

Utrwaliłem także meble i mebelki Olgierda Szlekysa, a wśród nich cztery krzesła specjalnie skonstruowane dla Kwartetu Wilanów!

***

A oto, co napisał Wiesław Ochman o Broni, którą ten wielki Artysta-Śpiewak bardzo cenił (również jako malarz-hobbysta).

Z Bronisławą Wilimowską byliśmy zaprzyjaźnieni od tak dawna, że nawet nie pamiętam daty. Wydaje mi się, że znaliśmy się od zawsze.

Zaczęło się od obrazu Jej autorstwa, który kupiłem w Desie Pod Arkadami (między Placem Konstytucji a Placem Zbawiciela). Mam go do dziś i patrzę na niego z przyjemnością, bo jest świetnie zharmonizowany i ciekawy pod względem formy.

Przedstawia fragment budowy i powstał w okresie socrealizmu.

Wielu malarzy w owym czasie obowiązkowo malowało obrazy zgodne z założeniami socrealizmu, ale nierzadko omijali tę ideologię twórczą na korzyść jakości malarskiej. I tak np.

Czesław Rzepiński namalował obraz pt. „Jesień w Nowej Hucie”, aby zadośćuczynić ówczesnym wymaganiom i nie rezygnować z czysto artystycznych rozwiązań twórczych.

Podobnie jest z obrazem Bronisławy Wilimowskiej.

Przedstawia budowę jako temat socrealizmu, ale nie jest pozbawiony walorów malarskich, które są obecne w całej twórczości Artystki.

Następnie kupiliśmy obraz „Nowy Świat”, opracowany w perłowej tonacji i impresjonistycznym spojrzeniem na temat.

Wtedy też moja żona Krystyna i ja spotkaliśmy się z Bronisławą Wilimowską w Jej pracowni na ulicy Świętojańskiej pod numerem 7 w Warszawie.

Tam, na najwyższym piętrze pod numerem 8, znajdowała się pracownia Broni, obszerna, z dobrym światłem.

Na ścianie pracowni wisiały prace Stano Gai – Matki Broni, zdolnej malarki, która miała niezwykły talent, ale też i niezwykłych pedagogów, u których studiowała. Zarówno Riepin jak i Kuindźi – to wspaniali artyści.

Bronia okazała się być osobą niezwykle serdeczną i otwartą.

Malowała lewą ręką, ponieważ straciła prawą w czasie okupacji.

Zawsze podczas kolejnych wizyt, czy to w Jej pracowni, czy też w domu Broni i jej męża Olgierda Szlekysa na Rynku Starego Miasta, udzielał nam się niezwykły optymizm, z jakim Bronia mówiła o codzienności i o sztuce.

Z rozmów z Nią wyniosłem wiele wiedzy na temat procesu twórczego.

Obserwowanie Jej przy pracy, kiedy sprawnie i arbitralnie decyduje o kolorze i formie, budziło mój podziw…

Zarówno Krystyna, jak i ja, pozowaliśmy Broni do naszych portretów i były to spotkania, które na zawsze pozostały w naszej pamięci.

Zapraszałem Bronię i Olgierda do Teatru Wielkiego na przedstawienia, w których brałem udział. Śpiewałem partię Edgarda w operze Gaetana Donizettiego „Lucia di Lammermoor”.

Już na drugi dzień zadzwoniła z wiadomością, że musi namalować mój portret w kostiumie Edgarda.

Pozowałem chętnie i było to fascynujące zajęcie, bo Bronia malowała szybko.

Można było odnieść wrażenie, że cały portret ma już namalowany w myślach i teraz tylko realizuje ten zamysł na płótnie.

Jej prace batalistyczne były, tak myślę, hołdem złożonym swemu mężowi, ppłk. dr Stanisławowi Wilimowskiemu, który zginął w 1939 roku.

Bronia często wracała w naszych rozmowach do tego tematu.

Prace te nie mają charakteru kronikarskiego. Są malarską refleksją na temat zdarzeń z pól bitewnych Oręża Polskiego.

Myślę, że oprócz wiedzy akademickiej, miała coś niezwykle cennego w twórczości malarza, a mianowicie instynkt, który pozwalał Jej zdecydować, jaki element jest istotny w budowie obrazu. Stąd też Jej prace mają atrakcyjną, uproszczoną formę z pominięciem szczegółów, ale jednocześnie doskonale określającą kształt elementów pejzażu, martwej natury oraz portretu. Koloryt, to najczęściej ciepłe skojarzenia barwne, w których króluje ochra, czerwień i brązy, a także czerń, błękity i „ciężkie” zielenie.

Dzięki takiej ciekawej, dosyć ascetycznej gamie barwnej oraz zdefiniowanej przez czytelny, ale ukryty pod materią malarską rysunek, te prace są rozpoznawalne. Wśród współczesnej ilości różnych kierunków, „izmów”, itd. Jej malarstwo wyróżnia się już na pierwszy rzut oka.

Narracja malarska Broni stała się Jej znakiem rozpoznawczym.

Nie ma w tej twórczości żadnych zapożyczeń.

To malarstwo w każdym calu jest Jej własnym przeżyciem i dokonaniem.

Obrazy Broni nie wymagają sygnatury, bo artystka podpisała się swoim talentem, wiedzą i własnym językiem malarskim na całym płótnie, a nie jedynie w prawym lub lewym rogu.

Na każdej zbiorowej wystawie, w której uczestniczyła, Jej prace wyróżniały się jako osobne i osobiste wypowiedzi twórcze.

Pojawiają się też w tych pracach elementy niemalże abstrakcyjne, ale zawsze te barwne plamy służą konstrukcji obrazu i zapewniają równowagę kolorystyczną i formalną.

Bronia zawsze z ogromnym wzruszeniem mówiła o rodzinie.

U Niej w pracowni, poznaliśmy Jej bratanicę Elżbietę Gajewską – Gadzinę, wybitną flecistkę i jej znakomitego skrzypka Tadeusza Gadzinę .

Później, kiedy w Rzymie śpiewałem „Te Deum” Krzysztofa Pendereckiego, miałem okazję poznać Alicję, przyrodnią siostrę Broni, a także bardzo miłego jej mężą – Armanda.

Wówczas widziałem się z Bronią ostatni raz. Korespondowaliśmy.

Adres pisała Alicja, a Bronia swoim charakterystycznym pismem przesyłała nam życzenia z okazji Świąt czy Nowego Roku.

My też wysyłaliśmy listy na via del Serafico 159. Jednak brak nam było osobistych spotkań z Bronią, choć z Jej sztuką żyjemy na co dzień.

Jej wielką miłością była też Polska, a patriotyzm Broni był głęboki i szczery.

W życiu spotkałem wiele artystek i artystów malarzy.

Jedni zostawili ślad w pamięci, inni zapisali się trwalej.

Bronia jest jedną z artystek, która swoją osobowością, talentem i życzliwym stosunkiem do ludzi zapisała się w naszej pamięci na zawsze. Mimo, że maluje już w zaświatach, to codziennie towarzyszy nam swoją sztuką, która pozwala nam patrzeć na świat z optymizmem, którym sama promieniowała.

Cd. nastąpi

Będzie to moja rozmowa ze współautorką książki p. prof. Elżbietą Gajewską-Gadziną – TUNIĄ.

Poprzedni artykułO p. Dziekan prof. Kalinie Bartnickiej i o nadzwyczajnym dorobku prof. Andrzeja Lama! Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXXVI
Następny artykułKsiążki, które mogą zainteresować
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS. Rok 2024 owocował w dalsze dokonania twórcze Karola Czejarka. Oprócz 30 opublikowanych w PD artkułów, recenzji książkowych, pożegnań i rozmów, również wydanie dwóch publikacji książkowych: przekładu (z j. niemieckiego na polski) Hansa-Gerda Warmanna „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” (TSKŻ, Szczecin 2024) oraz „Autobiografii. Moja droga przez życie” (Biblioteka Świętokrzyska, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2024). W kwietniu 2025 ukazała się monografia autora o życiu i twórczości Bronisławy Wilimowskiej „Wszystko było dla niej malarstwem” (w Wydawnictwie ASPRA-JR).

1 KOMENTARZ

  1. Drogi Karolu,

    przeczytałem kolejny odcinek Twoich wspomnień o ludziach wybitnych. Przywołanie przez Twoją Małżonkę malarki, pani Wilimowskiej, jej miejsca pracy i zamieszkania przypomniało mi o szczególnie bliskim także mnie warszawskim Starym Mieście. Mieszkałem z rodzicami przy ul. Piwnej 45/47, a dwa piętra ponad nami na ostatnim piętrze mieszkał i tworzył również wybitny artysta-plastyk Waldemar Świerzy (jego żona zmarła kilka dni temu), z którym nie raz rozmawiali moi nieżyjący już rodzice. Na Starówce, przy ul. Brzozowej, mieszkanie miał też Zbigniew Lengren, rysownik, twórca uroczego profesora Filutka, z którego córką Katarzyną chodziłem trzy lata do szkoły podstawowej (przed moim wyjazdem z rodzicami do NRD), a którego w latach 70. poznałem osobiście jako współpracownik Biura Współpracy z Zagranicą dawnego Radiokomitetu. Telewizja NRD kręciła wówczas film o postaci prof. Filutka, w którą wcielił się Marek Kondrat, wówczas student III roku PWST, a ja byłem tłumaczem na planie tego filmu. Na Starówce mieszkał też znany nam wszystkim reżyser Andrzej Strzelecki, również mój szkolny kolega. Krótko mówiąc, wspomnienie o p. Bronisławie Wilimowskiej, pomijając bardzo pięknie poruszone kwestie estetyczne i patriotyczne, przywołały w mojej pamięci okres dzieciństwa i wczesnej młodości.

    Jestem pod wrażeniem opisów Twoich licznych kontaktów z niezwykłymi ludźmi, także ten z Wiesławem Ochmanem, naszym wspaniałym śpiewakiem operowym. Gdzie te czasy, kiedy do Teatru Wielkiego chodziło się nie tylko dla rozkoszowania się piękną muzyką, ale także na przedstawienia pełne przepychu na scenie, z cudowną scenografią także Twojego przyjaciela (i przyjaciela moich zmarłych już przyjaciół) Andrzeja Majewskiego! Nie chodzę już od lat do warszawskiej opery, bo pozostało z nich tylko piękne wnętrze. Obecne ubóstwo inscenizacyjne, problem zresztą nie tylko polski, to koszmar i poczucie „raju utraconego”. I niech mi ktoś powie, że w czasach PRL nie było wspaniałej sztuki!

    Piękne są Twoje opinie także o innych postaciach, o których piszesz. Szkoda tylko, że to przede wszystkim nasze pokolenia ludzi po siedemdziesiątce doznają wzruszeń, czytając takie teksty. Bo młodzież tych czasów nie zna, a średnie pokolenie żyje problemami dnia codziennego (zawodowego i prywatnego). Ale pamiętajmy o tym, co było piękne i godne zapamiętania…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj