Język Baracka Obamy (cz. 4): The American Promise

6

Barack Obama to bardzo sprytny mówca. Wykorzystuje wiele zabiegów, by jego przemowy były bardziej wiarygodne i by „porwały” tłum. Czy są skuteczne? Sama popularność polityka wskazuje na to, że tak. 

Przeczytaj również poprzednie wpisy na ten temat:

Język Baracka Obamy cz. 1: http://www.przegladdziennikarski.pl/jezyki-obce/jezyk-baracka-obamy-cz-1-the-american-promise/

Język Baracka Obamy cz. 2: http://www.przegladdziennikarski.pl/jezyki-obce/jezyk-baracka-obamy-cz-2-the-american-promise/

Język Baracka Obamy cz. 3: http://www.przegladdziennikarski.pl/jezyki-obce/jezyk-baracka-obamy-cz-3-the-american-promise/

            Prócz stosowania techniki kaznodziei, polegającej na wyznaczaniu wspólnych celów danego zgromadzenia, Obama sprytnie wykorzystuje efekt zwany 3 razy „tak”. Najłatwiej zauważyć go, gdy pominiemy kilka słów ze środka wypowiedzi: To obietnica, której musimy dotrzymać. To zmiana, której potrzebujemy. Więc (…) zostanę prezydentem (ang. That’s the promise we need to keep. That’s the change we need right now. So (…) I am President[1]). Bardziej dynamiczne 3 razy „tak” można zauważyć przy opisie złej sytuacji kraju: Nasz naród jest w stanie wojny, naszą gospodarkę dręczą zawirowania, a amerykańska obietnica ponownie stanęła pod znakiem zapytania (ang. our nation is at war, our economy is in turmoil, and the American promise has been threatened once more). Innym interesującym przykładem jest użycie wyrazu spróbuj, które Obama wykorzystuje do zniechęcenia do głosowania na swojego przeciwnika – McCaina: Rozumiecie, że w tych wyborach największym dla nas zagrożeniem jest spróbowanie tej samej, starej polityki, z tymi samymi, starymi graczami i oczekiwanie od nich innych niż dotychczasowych rezultatów (ang. You understand that in this election, the greatest risk we can take is to try the same old politics with the same old players and expect a different result). Ponadto, działając bardzo podobnie do schematu zachowania większości polityków, kandydat na prezydenta używał metody przypodobania się i szczodrze prawił komplementy wyborcom. Kiedy zaś wspomniał o swoim przeciwniku, zacytował jego rzekome słowa, że Amerykanie to naród mięczaków (ang. a nation of whiners). Tuż potem, przy wykorzystaniu elementu techniki współczucia, uznał, iż podziela wzburzenie swojej widowni: Naród mięczaków? (…) Oni nie są mięczakami. Pracują ciężko i trwają w tym bez słowa skargi. To są Amerykanie, których znam. (ang. A nation of whiners? (…) These are not whiners. They work hard and give back and keep going without complaint. These are the Americans that I know)[2].

            Dalsza manipulacja elektoratem opiera się na technice przyjaciół: Niech Bóg was błogosławi (ang. God bless you) i podkreśla wyraźny, emocjonalny związek mówcy z tłumem. Jak już było wspomniane, Barack Obama od samego początku kreował swój wizerunek jako charyzmatycznego lidera. Główną zasadą metody charyzmy jest zaś stanowcze odrzucenie biurokracji i zanegowanie przynależności do grona bogatych i „ciasnych umysłowo” urzędników. Mówiąc o senatorze McCainie, Obama stwierdził:

Od ponad dwóch dekad McCain wyznaje starą, wątpliwą, republikańską filozofię – trzeba wciąż dawać więcej i więcej tym, którzy są najbogatsi i mieć nadzieję, że dobrobyt sam rozprzestrzeni się na uboższe warstwy społeczeństwa. W Waszyngtonie nazywają to społeczeństwem własności, ale oznacza to nic innego, jak to, że jesteście zdani sami na siebie. Jesteście bez pracy? Szkoda. Służba zdrowia nie działa? Rynek sam to naprawi. Urodziliście się w biedzie? Jesteście zdani sami na siebie.

(ang. For over two decades, he’s subscribed to that old, discredited Republican philosophy – give more and more to those with the most and hope that prosperity trickles down to everyone else. In Washington, they call this the Ownership Society, but what it really means is – you’re on your own. Out of work? Tough luck. No health care? The market will fix it. Born into poverty? (…) You’re on your own).

Następnie, posługując się metodą kontrastu, omawiany kandydat na prezydenta powiedział: W przeciwieństwie do Johna McCaina, zatrzymam proceder przyznawania ulg podatkowych firmom, które przenoszą produkcję za granicę. Zacznę za to wspomagać te przedsiębiorstwa, które tworzą miejsca pracy w Ameryce. (ang. Unlike John McCain, I will stop giving tax breaks to corporations that ship jobs overseas, and I will start giving them to companies that create good jobs right here in America). W mistrzowski sposób przeszedł też od pochwały McCaina za jego dotychczasowe dokonania do zganienia go za przynależność do „tych na górze”. Operując znaną w programowaniu neurolingwistycznym techniką obrazu wroga, w bardzo skuteczny sposób wykorzystał bliskość McCaina z elitami Waszyngtonu[3]: Wszyscy pokazaliście, czego nas uczy historia – że w określonych chwilach takich jak ta, zmiana, której potrzebujemy nie pochodzi z Waszyngtonu. Ona przychodzi do Waszyngtonu. Zmiana pojawia się, ponieważ sami Amerykanie się jej domagają. (ang. You have shown what history teaches us – that at defining moments like this one, the change we need doesn’t come from Washington. Change comes to Washington. Change happens because the American people demand it)[4].



[1] Pominięta część zdania lekko modyfikuje jego sens, choć dla umysłowego id nie ma to żadnego znaczenia. Gwoli ścisłości pełne zdanie brzmiało: So let me spell out exactly what that change would mean if I am President.

[2] http://www.huffingtonpost.com/2008/08/28/barack-obama-democratic-c_n_122224.html, 23.03.2011.

[3] Samo utożsamianie Johna McCaina z Waszyngtonem to dobrze wykorzystane zarządzanie wrażeniem, oparte na ludzkiej oszczędności poznawczej.

[4]http://www.youtube.com/watch?v=cZ0gxF869NE&feature=player_embedded, 24.03.2011.

6 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here