Powiem szczerze, Jego śmierć mnie poraziła, gdyż spędziłem z Nim wiele godzin na treningach i wyścigach, kiedy On był wtedy najlepszym kolarzem szosowym w Polsce. Brylował (po Królaku, a przed Szurkowskim) w Wyścigu Pokoju, dwukrotnie wygrał Wyścig dookoła Polski i lubił też jeździć na torze.
Marzyło nam się wprowadzić Polskę do (popularnych do dziś w Europie) „sześciodniówek kolarskich”, kiedy w Polsce cieszyły się uznaniem tzw. „amerykany” (wyścig parami na torze, który zwykle kończyły tzw. omnia torowe), gdy przed laty istniała w naszym kraju m.in. „torowa liga miast”!
Janek Kudra był SUPER na tzw. dystansach (i lubił tor), a ja miałem zdobywać punkty na finiszach. Niewiele z tego wyszło (przynajmniej z mojej strony), ale to „co było – minęło”.
W każdym razie był kolegą „z wielkim sercem”, niezwykle inteligentnym, oczytanym, z szerokimi horyzontami myślowymi.
Był też doskonały w jednodniowych kryteriach ulicznych („asów”), jakie swego czasu odbywały się m.in. w Łodzi (Dziennika Łódzkiego), w Warszawie (MON-u), Szczecinie (na Wałach Chrobrego i w Stargardzie), w Gdyni (Marynarki Wojennej), Bydgoszczy (100 km ulicami miasta). Oj, było tego sporo, znacznie więcej niż dzisiaj, ale procentowało też sukcesami w późniejszych mistrzostwach świata i w wyścigach olimpijskich. I na tych zawodach KUDRA zdobywał dla nas (dla POLSKI) zaszczytne miejsca.
Szkoda, że w życiu wszystko tak szybko mija.

Zostaje jednak po ludziach pamięć, na którą Janek Kudra stokrotnie zasłużył! I stąd też to moje krótkie i bardzo niepełne osobiste wspomnienie.
I może już tak na marginesie tych wspomnień, chciałbym wywołać pewną refleksję, aby KOLARSTWO w naszym kraju dalej się rozwijało. Szło śladami tych, którzy podobnie, jak Janek Kudra, wykuwali nie tylko talentem, ale przede wszystkim ciężką pracą wielkie sukcesy tej dyscypliny. Tu wspomnę znanych i wielce zasłużonych dla polskiego kolarstwa:
Józefowicza, Zająca, Beka na torze, Wilczewskiego, Hadasika, Piaseckiego, Szozdę, Langa, Majkę czy Kwiatkowskiego na szosie. Mieliśmy też znakomitych przełajowców (np. Polewiaka);
a były lata w Szczecinie (w którym uprawiałem ten „jedyny w swoim rodzaju” cudowny sport, kiedy tamtejszy okręg szczycił się takimi kolarskim tuzami, jak m.in. Drążkowski, Bednarek, Pruski, Rajmund Zieliński, Mąkowski, Hauszczak, Kosseski, Mikołajczyk, Zacharewicz, a Polska chwaliła się Fornalczykiem, Paradowskim, Panckiem, Chtiejem, Halupczokiem, Więckowskim czy Gawliczkiem, Magierą, Ulikiem, Elkiem Grabowskim, czy Zbyszkiem Głowatym. Mógłbym tak długo wymieniać i wymieniać.
Ale KUDRA był KLASĄ SAMĄ W SOBIE i OBY JEGO WSPANIAŁE OSIĄGNIĘCIA (gdy Go już nie ma) STAŁY SIĘ ZACZYNEM NOWEGO FERMENTU, mobilizując młodzież
do pójścia w Jego ślady.
Janku szanowny, przyjacielu sprzed lat, NIE WSZYSTEK UMARŁEŚ!













Smutne że odchodzą nasi przyjaciele. Czasy się zmieniają. Dziś kolarze na szosach są niemile widziani a ścieżki rowerowe tylko dla powolnych turystów.
Jest to wspomnienie z Szosowych Mistrzostw Polski w Rzeszowie w 1960 roku, w których i ja startowałem. Te wspomnienia dedykuję śp. Jaśkowi Kudrze wspaniałemu, niezapomnianemu kolarzowi. Wspaniałemu KOLARZOWI, KTÓRY KOCHAŁ KOLARSTWO, DOBREMU CZŁOWIEKOWI!
Wspomnienie!
Do mety pozostało jeszcze 35 kilometrów. Przez Łańcut przejechaliśmy, jakby huragan przeszedł przez miasto. Znów wzrosło tempo. Widziałem coraz więcej ludzi. Byliśmy już na przedmieściach Rzeszowa. Po obu stronach ulicy nieprzerwany szpaler ludzi. Wszystko zlewało się w jedną smugę. Słyszałem ciągłe okrzyki. Poczułem w sobie nowe siły.
Królak wyszedł na prowadzenie, Gawliczek przez chwilę na drugiej pozycji, a ja na trzeciej. Ale już prawą stroną idzie pociąg. To Chtiej, za nim Wilczewski, Gazda, Widera i Fornalczyk. Tempo zawrotne. Przesuwam się do środka grupy. Po tym ataku, lewą stroną, kolejny atak, to Kudra, Kaczmarczyk, Bednarek, Chwiendacz, Koźlik, Więckowski i Bławdzin: pochyleni nad kierownicami, szli pełnym sprintem. Jak w ekstazie.
Meta wyścigu była na ulicy, a wyścig kończył się pięciokilometrowym kryterium ulicznym.
Przemknęliśmy przez duży plac. Przez chwilę kocie łby wstrząsnęły nami, jak tryby maszyny. Nie zwalniając, skręciłem na skraj ulicy, gdzie było równiej i pociągnąłem za innymi. Minęliśmy następne rondo. Peleton z dużą szybkością zbliżał się do mety. Ścinaliśmy zakręty, „pociągi” przejeżdżały z lewego na prawy skraj ulicy. Ostatnie harce, ostatnie zagrywki przed rozstrzygającym finiszem. Z wielką szybkością, ławą, całą szerokością ulicy pędził peleton na metę. Nisko pochyleni nabierali coraz większego rozpędu. Z peletonu najszybszy okazał się Jan Kudra Gwardia Łódź, drugim o pół długości roweru był Mieczysław Wilczewski z Ruchu Chorzów i trzecim o szprychę – Zygmunt Kaczmarczyk z Gwardii Katowice. Potężne jak grzmoty okrzyki huczały nad całą ulicą. Trzech pierwszych kolarzy uniesiono na rękach. Wiwatom nie było końca. Ja zostałem sklasyfikowany na trzydziestym drugim miejscu, w tym samym czasie, co zwycięzca.
Jan Chruśliński, były kolarz „Czarnych” Szczecin i LZS Busko – Zdrój. emeil:
janchruslinski@wp.pl