Jaka naprawdę była PRL

0

Znajdujemy się w takim dziwnym momencie historycznym, w którym obecnie urzędujący prezydent RP, doktor praw Uniwersytetu Jagiellońskiego, powiada, że Zamek Królewski w Warszawie „odbudowali patrioci wbrew oporowi stawianemu przez komunistów”. Wicepremier, też z Krakowa, występuje z „genialnym” pomysłem, by rodzice mogli głosować w imieniu swoich możliwie licznych, nieletnich dziatek, a premier rządu oświadczył, że w ogóle Polski przez 45 lat nie było! Gdyby doliczyć do tego okres niemieckiej okupacji, to do trwających obecnie obchodów 100-lecia niepodległości brakuje nam połowy!

Jest to więc szczególny moment, aby odnośnie do okresu Polski Ludowej o kilku kwestiach przypomnieć. Również dlatego, iż – jak celnie ujął to Robert Walenciak we wstępie do swej ważnej książki Modzelewski-Werbian Polska Ludowa: rozmawiamy o Polsce, której już nie ma, ale które głęboko tkwi w każdym z nas.

Zacznę zatem od odwołania się do obowiązującej ciągle, wbrew różnym wysiłkom, ustawy zasadniczej, a mam do tego szczególne prawo, bo w pracach Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, które przygotowywała jej projekt uczestniczyłem przez cztery
lata (1998-1997). I oto już w artykule pierwszym stwierdza ona, że „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli” – jest to z jej 243 artykułów (pomijając preambułę) według mnie zdanie kluczowe.

Pytanie, czy ten artykuł jest realizowany, pozostaje jednak otwarte i otwiera się coraz szerzej. Gdy spojrzeć na te ukazane wyżej przykłady, to być może okaże się, że głównym wyzwaniem, z którym się dziś borykamy, jest arogancja połączona z ignorancją. Kiedyś ignorancji się ludzie wstydzili, dziś tego rodzaju zachowania na ogół służą celowym, politycznie ukierunkowanym łgarstwom. i nikt się ich nie wstydzi. Przynajmniej tego po sobie nie pokazuje.

Przedmiotem naszych rozważań jest więc historia. Tu przytoczę wyjątkowo celne stwierdzenie stosunkowo mało znanego słoweńskiego pisarza i reżysera filmowego Żarko Petana, że „historyk to kosmetyk przeszłości”, choć w tym przypadku „kosmetyk” jest określeniem zdecydowanie zbyt łagodnym. Trzeba by mówić co najmniej o karykaturyzowaniu bądź wprost o wypaczaniu dziejów. Inne zdanie sformułowane przez wybitnego orientalistę, historyka religii i literata Ernesta Renana głosi, że „Talent historyka polega na stworzenIu prawdziwego obrazu z faktów w połowie fałszywych”. I tu zawsze pojawia się spór, które z minionych „faktów” są prawdziwe, a które fałszywe? Ja jestem absolwentem wydziału Chemii Politechniki Warszawskiej, ale choć potem zbłądziłem na bezdroża nauk społecznych, zwykłem trzymać się ścisłych danych.

Na początek przyjrzyjmy się temu, co jest dziś przedmiotem sporów – kategorii suwerenności, niepodległości i demokracji w okresie PRL. Polska Ludowa była bez wątpienia niepodległa – miała swoje barwy, wojsko, sejm, sądownictwo, szkolnictwo postawione na wysokim poziomie, znane w świecie dokonania naukowe, choć dziś są tacy, co i to kwestionują.

PRL nie była na pewno suwerenna – na skutek układów jałtańsko-poczdamskich. Zresztą poza „wielką trójką” i może jeszcze Francją, Szwajcarią, czy dwoma-trzema państwami skandynawskimi nie było w Europie państw par excellence suwerennych. Wszystkie były w mniejszym lub większym stopniu uzależnione od wielkich mocarstw. Obecnie też „suwerenność” ma nieco inny sens i kategorie te w polityce państw powinno w wielu przypadkach raczej zastąpić pojęcie „współzależności”. Dziś suwerennych w klasycznym sensie jest tylko dziewięć państw posiadających broń nuklearną, może z wyjątkiem KRLD, która i tak w praktyce musi się konsultować z Chinami. W Polsce wojska radzieckie stacjonowały do 1992 roku, w Austrii tylko do 1955, a w Niemczech Amerykanie są obecni do dziś.

Pewnym wyrazem ograniczonej, ale przecież autentycznej suwerenności był np. plan Rapackiego z 1957 roku, a potem plan Gomułki dotyczący strefy bezatomowej w Europie, w pierwotnej wersji nie konsultowany z ZSRR. W warunkach dyskrecji wobec „wielkiego brata” toczyły się rozmowy, które doprowadziły do uznania granicy na Odrze i Nysie przez rząd Brandta w 1970 r.

Czy PRL była demokratyczna? Nie, na pewno nie była demokratyczna, choć na różnych etapach do demokracji się zbliżała. W większości krajów „obozu socjalistycznego” istniał system jednopartyjny, w Polsce funkcjonował system wielopartyjny z partią hegemonistyczną, co oznacza, że pozostałe partie uznawały „rolę przewodnią PZPR”, choć niekonieczne z własnej, nieprzymuszonej woli obywateli. W Szwecji niegdyś przez 44 lata nieprzerwanie rządziła partia socjaldemokratyczna, ale to był system wielopartyjny z partią dominującą, zaś inne partie zachowywały swą tożsamość polityczną i odrębne cele.

Pozostaje jeszcze określenie „komunizm” używane w ostatnich latach w walce politycznej w jednoznacznie negatywnym sensie, jakże odległym od marksistowskiego ujęcia. Podobnie jak „lewactwo” – obecnie używane przez siły prawicy w istocie jako obelga. W artykule 13. Konstytucji, dość mętnie zresztą napisanym, mówi się o „totalitarnych metodach i praktykach nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Tymczasem, jak wiadomo, KPP została rozwiązana przez Stalina, choć formalnie przez Komintern, 16 sierpnia 1938 r. i spośród jej działaczy przeżyli tylko ci, którzy akurat siedzieli w więzieniach sanacyjnych. Po wojnie w Polsce nigdy otwarcie nie używano w nazwie znaczącego ugrupowania określenia „komunistyczne”. Komunistyczne były partie w ZSRR, Bułgarii, Rumunii czy Czechosłowacji (w Czechach taka partia do dziś odgrywa licząca się rolę).

Czy w Polsce był socjalizm? Też nie, bo zasada socjalizmu to „każdemu wedle pracy”, co w istocie w praktyce nie było realizowane, nie mówiąc już o komunistycznej zasadzie „każdemu wedle potrzeb”.

Czym była zatem przez 45 czy 44 lata Polska Ludowa? Bez wątpienia jej dzieje były pokawałkowane, nie czarno-białe, jak dziś się często twierdzi, powikłane. Od innych krajów „obozu socjalistycznego” różniła nas przede wszystkim prywatna własność ziemi, potem szczególna pozycja Kościoła rzymskokatolickiego, która miała różny charakter w różnych okresach, ale po roku 1956 obowiązywała zasada pokojowej kohabitacji. Biskupi mieli, w przeciwieństwie do szerokich rzesz obywateli, stałe paszporty, gwarantujące ważne przywileje paszporty dyplomatyczne, a takiego boomu budowy kościołów, jak w Polsce po 1970 roku nie było chyba nigdzie na świecie.

I trzecia specyficzna cecha polska, to relatywnie duże otwarcie na świat. Oczywiście, pewna grupa opozycjonistów nie otrzymywała paszportów i nie mogła wyjechać, ale do tzw. KDL-ów (kraje demokracji ludowej) jeździło się masowo. Ciągle wraca historia o tym, jak to Polacy zmuszani byli do prowadzenia „plecakowego eksportu”, bo wyjeżdżając za granicę mogli sobie kupić tylko 5 dolarów. Ale za Gierka to było już 100 dolarów, a potem nawet 130. Brak wymienialności polskiej waluty to nie tylko wina „komunistów”, ale też funkcjonowania przez blisko ćwierćwiecze „żelaznej kurtyny” także w kwestiach ekonomicznych. Warto wreszcie pamiętać o dużej aktywności gospodarczej polskich przedsiębiorstw i polskich obywateli w krajach tzw. Trzeciego Świata, w tym szczególnie w krajach arabskich. W wielu zakątkach świata Polacy budowali fabryki chemiczne czy cukrownia, w Libii drogi: infrastrukturę, polskim dziełem był też generalny plan Bagdadu!

Gdy spoglądamy na periodyzację dziejów PRL, to rzuca się w oczy, że najsłabiej opracowany, mimo starań IPN, jest okres do 1953 i potem do 1956 roku. Czymś zupełnie innym był dość dobrze znany okres „małej stabilizacji” po 1956 roku. Potem okres „realnego socjalizmu” czy lata 80. – też różne w okresie stanu wojennego i po jego zawieszeniu, a potem po odwołaniu.

Ważny był rok 1968. Pisałem o tym w „Przeglądzie”, w maju 2018 w tekście Annus mirabilis, choć nadal musi zdumiewać cały ciąg wydarzeń: od Praskiej Wiosny, przez Niemcy, paryski Maj’68 czy wreszcie całą serię zaburzeń w USA, głównie na uniwersytetach, ale nie tylko tam. Nawet w Meksyku. Polski Marzec’68 miał inny charakter, ale tamtym wydarzeniom bliższe były raczej polityczne zmagania w Polsce lat 1980-81.

Gdy odnosimy się do stanu wojennego, to często używa się po raz pierwszy zastosowanego do polityki 500 lat temu przez Niccolo Machiaveilego włoskiego pojęcia lo malo minore, czyli mniejsze zło. Warto przypomnieć, że w Konstytucji PRL z 1952 roku nie było zapisu „stanu wyjątkowego”; teraz mamy takiego „stanu wyjątkowego” aż trzy rodzaje.

Jest chyba oczywiste, że wkroczenie do Polski wojsk radzieckich wspomaganych przez oddziały niemieckie (z NRD) i czechosłowackie, byłoby złem „większym” i nie ulega wątpliwości, że polska armia by walczyła. Taki Annus mirabilis to w warunkach polskich rok 1989, oczywiście „podprowadzony” wcześniej w latach ’87 i ’88. Ale co się musiało stać, by doszło do rozmów „okrągłego stołu” i łagodnej transformacji, która później w jakiejś mierze otwarła drogę do przemian w Europie Środkowo-Wschodniej, procesu zjednoczenia Niemiec, a pośrednio rozpadu ZSRR oraz zakończenia zimnej wojny?

Zdecydowały trzy zjawiska – po pierwsze, ukształtowanie się demokratycznej opozycji, która oczywiście istniała już wcześniej, ale była słaba i pozbawiona oparcia w tym, co za lewicową tradycją nazywamy „masami”. Drugie, co najmniej równie ważne, to nurt reformistyczny w PZPR, obecny już w 1956 roku, który jednak umocnił się dopiero na przełomie lat 70 i 80. Ale to wszystko było za mało.

Lech Wałęsa, któremu zasług nie można odmawiać, mówi: „ja obaliłem komunizm”. Bez względu na to czy przeskoczył płot, czy został dowieziony do stoczni motorówką, ważną rolę odegrał. Jednak bez fundamentalnych zmian w Związku Radzieckim nie tylko on, ale i Jan Paweł ll oraz opozycja nie zdołaliby uruchomić procesu przemian na taką skalę. To było trzecie, przesądzające zjawisko we wspomnianej triadzie.

Uważni obserwatorzy radzieckiej sceny polityczno-społecznej mogli zauważyć wiele symptomów dziejącego się także i tam ważnego procesu destrukcji systemu. Mogły to być popularne także w Polsce piosenki Wysockiego czy Okudżawy i śpiewane przez nich teksty innych radzieckich dysydentów, a przede wszystkim przegrywana i ostatecznie przegrana wojna w Afganistanie, trwająca niemal całą dekadę, która miała podobne skutki jak wojna rosyjsko-japońska w 1904 r., bo podważyła powszechne dobre samopoczucie i przekonanie o niezwyciężonej sile ZSRR.

Przez wiele lat byłem związany z Radą Europy w Strasburgu i tam poznałem urzędnika w jej Zgromadzeniu Parlamentarnym, który dopiero po wielu latach mi się zwierzył, że pracując w aparacie KPZR pełnił niezwykłą funkcję – sekretarza komitetu pogrzebowego trzech kolejnych sekretarzy generalnych KPZR: Leonida Breżniewa, który zmarł w 1982 r., później
„Jurija Andropowa i wreszcie Konstantina Czernienki. W ciągu dwóch lat zmarło trzech najważniejszych ludzi w ZSRR, nim pojawił się na scenie Michaił Gorbaczow.

Przebywałem krótko kilka razy w Kraju Stawropolskim na Kaukazie, gdzie Gorbaczow był sekretarzem partii w jednym z obecnie 85, jak to się dziś nazywa, „podmiotów federacji”. To tam do ośrodków wypoczynkowych i na leczenie przyjeżdżała cała gerontokracja z Moskwy. Tam Gorbaczow został zauważony i Andropow zaproponował, żeby został on najpierw sekretarzem KC do spraw rolnictwa, potem gospodarki i wreszcie, jako młodą „gwiazdę”, wybrano go w 1985 r. na sekretarza generalnego KC KPZR.

W istocie to nie Gorbaczow był pomysłodawcą czy autorem polityki głasnosti (jawności) i pierestrojki (przebudowy), lecz ekonomista prof. Aleksander Jakowlew, którego przywódca radziecki poznał w trakcie wizyty w Kanadzie jako ambasadora ZSRR (potem pełnił ważne funkcje partyjne). Jednak gdyby nie Gorbaczow, który był kluczowym realizatorem pierestrojki, cały proces przemian mógłby się nie udać, a pamiętać też musimy m.in. o puczu wiceprezydenta Giennadija Janajewa w sierpniu 1991 r., który mógł się udać, co by doprowadziło zapewne do cofnięcia tego procesu, tak w ZSRR, jak i w innych krajach.

Co nam dziś zostało z PRL? Zostają ludzie w mniejszym lub większym stopniu postponowani przez obecny mainstream i rządzących od 3 lat. Pozostaje też pamięć o industrializacji, o reformie rolnej, o walce z analfabetyzmem, o odbudowie kraju po wojnie i zagospodarowaniu Ziem Zachodnich; o tym, że Polska, której terytorium i tak zmniejszyło się o 80 tys. km kwadratowych, była potwornie zrujnowana. Z innych rzeczy – pozostaje stalinizm i destalinizacja, odbudowa Warszawy, Światowy Festiwal Młodzieży, na wzór którego Jan Paweł II zorganizował swoje spotkania młodzieży, Październik 1956, otwarcie na Zachód, mały Fiat czy karnawał „Solidarności”. W pamięci mamy rzeczy przykre i tragiczne – okres stalinizmu, stalinowskie procesy, wyroki l morderstwa sądowe, wydarzenia na Wybrzeżu, stan wojenny itd.

l wreszcie my zostaliśmy jako ludzie, bo my wszyscy w różnym stopniu spełniamy przesłanie zawarte w takim francuskim powiedzeniu, które bardzo lubię: On reviens toujours a ses premiers amours („zawsze się wraca do pierwszych miłości”), bowiem PRL to była dla nas Ojczyzna i volens-nolens pierwsza miłość.

Co ja sam zapamiętałem ze stalinowskiej epoki? Jako dziecko mieszkałem w Piastowie pod Warszawą (dziś to jest już de facto część stolicy) i przechodząc w przyspieszonym trybie jako sześciolatek z klasy pierwszej do drugiej, bo już umiałem czytać i pisać oraz znałem się na zegarze, musiałem zdać egzamin „polityczny”. Pokazano mi na szkolnym korytarzu trzy portrety – rozpoznałem Stalina, Bieruta, ale potknąłem się na Cyrankiewiczu. Skoro jednak rozpoznałem dwóch, to egzamin uznano za zaliczony. Spotkałem się nawet po latach z Józefem Cyrankiewiczem, kiedy był już „tylko” prezesem Ogólnopolskiego Komitetu Obrońców Pokoju i opowiedziałem Mu tę historyjkę. Wtedy też zauważyłem, że na jego łysinie, która przez ponad 20 lat premierowania w PRL była znana niemal całemu światu, odrastają włosy! Czy to był jakiś symbol?

Jak widać, różne rzeczy i rozmaite wspomnienia z czasów Polski Ludowej – tak przecież wewnętrznie zróżnicowanych – niemal każdy z nas może w jakimś stopniu odnosić do dnia dzisiejszego.

***

Na koniec garść uwag z różnych „koszyków”. Być może SLD zaniedbał walkę o historię, ale niech będzie dla lewicy pewnym usprawiedliwieniem fakt, że koncentrowaliśmy się najpierw na wprowadzeniu Polski do NATO, a potem do Unii Europejskiej na możliwie najlepszych warunkach. Trzeba jasno powiedzieć, iż problemem numer jeden dla Polski wciąż pozostaje likwidacja luki cywilizacyjnej, jaka nas dzieli od państw wysoko rozwiniętych, choć znacząco ona w ciągu prawie trzech minionych dekad zmalała. Pomijam w tym miejscu nadal wyraźne zróżnicowania regionalne poziomu wewnętrznego rozwoju.

Ale z porównaniami trzeba zawsze uważać, bo analogie nierzadko zawodzą, a kwestia prezentyzmu obecna w wielu naszych dyskusjach jest bardzo niebezpieczna. Dwadzieścia pięć, może nawet 30 lat temu napisałem, że losy świata rozstrzygną się poza Europą i Stanami Zjednoczonymi. Wtedy to było jeszcze dość oryginalne i świeże. Dziś widać to wyraźnie – niemal wszyscy patrzymy na Azję.

Mawialiśmy przed laty żartobliwie, że Polska Ludowa to „najweselszy barak w obozie socjalizmu”. I rzeczywiście tak było, gdyż tylko nasz kraj i Jugosławia za Tito w pewnych okresach zachowywały pewną, dość daleko idącą niezależność, ale też odrębność mentalną, w porównaniu do takich państw jak Rumunia, Węgry, Bułgaria, Czechosłowacja czy NRD.

I tu pojawia się pytanie, nieco ex post także na tle doświadczeń chińskich ostatnich lat – czy przypadkiem już w epoce Gierka nie rodziła się nad Wisłą koncepcja mająca swoje podłoże w teorii konwergencji ustrojów. A bardzo upraszczając – w relacjach dwóch ustrojów mogą wystąpić trzy główne warianty: 1) albo socjalizm zastąpi kapitalizm (jak działo się to np. przez kilka dekad w Europie Środkowo-Wschodniej) 2) albo kapitalizm – socjalizm, co właśnie od końca „zimnej wojny” oglądamy w naszym regionie 3) albo wreszcie dojdzie do jakiejś syntezy. Pytanie tylko, czy będzie ona polegała na wzięciu najlepszych elementów z obu systemów, czy stanie się sumą cech najgorszych? Jak się wydaje, np. Chiny XXI stulecia zdają się być przykładem konwergencji pozytywnej, gdyż z jednej strony zachowano kontrolę polityczną dziewięćdziesięciomilionowej KP Chin nad społeczeństwem, a zarazem przeprowadzane są głębokie reformy gospodarcze w duchu bardzo kapitalistycznym i wolnorynkowym. Podobnie dzieje się np. w Wietnamie.

Wielu z nas pamięta anegdoty o Radiu Erewań. Z reguły pytania słuchaczy i odpowiedzi radia były purnonsensowe, ale jedna daje do myślenia. Słuchacz pyta: „Jak wyjść z sytuacji bez wyjścia?” A odpowiedź brzmi (w rosyjskim oryginale jest to jeszcze barwniejsza gra słów): „Przepraszamy, drogi słuchaczu, ale nie zajmujemy się tematyką polską”. Otóż w sumie okazało się, że z tamtej, niezwykłe skomplikowanej sytuacji także w aspekcie międzynarodowym, w jakiej znalazła się w swojej finalnej fazie Polska Ludowa – udało się wyjść pokojowo i racjonalnie, zwłaszcza dzięki porozumieniu w obradach Okrągłego Stołu. Czy w obecnej, wewnętrznie nader powikłanej, ale na szczęście nie aż tak dramatycznej naszej sytuacji da się znaleźć równie pozytywne rozwiązanie, to już zupełnie inna kwestia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here