Emigrant prezentuje wspomnienia

0

Od 40 lat jestem emigrantem. Po opuszczeniu Polski, via Norwegia przybyłem do Austrii. Z perspektywy Polski oznacza to meandry  topograficzne typu „lewą ręką za prawe ucho“.

Po 40 latach opublikowałem w sympatycznym wydawnictwie „BORGIS“ własne wspomnienia. To nawet spora książka – typowe dla autora już raczej sędziwego (sporo przeżył), a w Polsce zupełnie nieznanego. Nazwałem swe wspomnienia „Lustro mojego czasu“. Chyba tytuł odpowiada treści, tak w każdym razie zamierzałem. Pragnąłem ogarnąć szersze treści i pokazać w cieniu swej osobowości oraz życiowych zdarzeń inne ogólniejsze problemy polityczno-społeczne owej minionej epoki w PRL. I nie tylko.

 

••••

Przez kilka miesięcy 2021-2022 organizowałem, planowałem prezentacje mojej książki w Polsce. Robiłem to z dala, z Wiednia, gdzie mieszkam. Zadanie trudne, trochę absurdalne, gdyż wiedziałem ciągle symbolicznie i realistycznie, że „nikt mnie w Polsce nie zna“. Wreszcie ustaliłem harmonogram spotkań, daty, miejsca. Pozostał strach: czy w ogóle ktoś przyjdzie na te wieczory, gdzie można usłyszeć mnie oraz żonę Małgorzatę, wykonawczynię ilustracji oraz okładki. Przecież trwa wojna na Ukrainie, przecież nie wygasła pandemia…

Jednych organizatorów znałem, drugich nie.

Okładka? Jest ciekawym pomysłem żony i fachowym wykonaniem graficzki w wydawnictwie „Borgis“. Okładka jest niemal fantazyjnym wizerunkiem sykomory, drzewa znanego i uznawanego w antyku (Egipt). Sykomora jest otoczona nimbem wręcz metaficznych konotacji. Niestety – nie mam akurat tu miejsca na prezentację jej metafizyczności…

 

••••

Kiedy udawałem się na emigrację (czerwiec 1981), nie było tego niemal trójkątnego budynku: Warszawa, Centrum Kultury „PROM“, Saska Kępa, między ulicami Brukselską, Paryską i Wersalską.

Teraz, 10 marca 2022, przybyło do „Promu“ kilkadziesiąt osób na spotkanie ze mną i  ilustratorką książki, moją żoną Małgosią. Cudowna atmosfera. Przybyli znajomi, rodzina oraz nieznajomi. Serdeczność dawno nie widzianych twarzy… Podchodzi do mnie nieznany mi mężczyzna. Przedstawia się i mówi: „Nazywam się Piotr T. Dziś zadzwonił do mnie Romek, nasz wspólny znajomy z Monachium. Powiedział, idź na wieczór z Wieśkiem. Przyszedłem“

Romek jako dobry multiplikator. Globalizacja komunikacji pokazuje swe plusy. Takich spotkań, skomponowanych przez los, było bez liku.

Siedzimy w fotelach na scenie. Pani dyrektor Maria Juszczyk zadbała o dźwięk (świetne mikrofony) i światło (oślepia nas – typowe dla nieprzyzwyczajonych). Przedstawia nas brawurowo: nauczyła się świetnie mego życiorysu na pamięć. A nie ma go w internecie! Prowadzi swój „Prom” pewną ręką od lat. Dalszych sukcesów życzę.

Jakaś pani z pierwszego rzędu pyta o tytuł mojej pracy doktorskiej. Boże, toż to już dla mnie epoka dinozaurów! Chętnie informuję ją o Komunie Paryskiej. To był temat mojej pracy doktorskiej (1974). Romanistyka polityczna.

Drugi wieczór prezentacyjny to kompletny kontrast: Folwark „MILA“ w Krzycku Wielkim. Między Poznaniem a Lesznem. Zmiana paradygmatu. Cisza, spokój, idylla wielkopolskiego świata. Dookoła żyzne pola. Przyszło sporo osób. Wszystkie zaciekawione, słuchają wywodów pana dra Leszka Barszcza, znawcy renesansu wielkopolskiego, czyli skomplikowanych meandrów między rewolucją  protestancką Marcina Lutra a renesansowym charakterem poezji prymasa Polski, Andrzeja Krzyckiego (CRICIUS). Dociekliwy  polonista, pan Barszcz, jeden z organizatorów, wskazuje na braki w mej książce: mało o „Solidarności“. Brakuje iunctim między zwątpieniem  w przyszłość (1981) a decyzją o emigracji.

Organizatorka spotkania (Halina Florek, była prezes koncernu „Werner Kenkel“) zaprasza do stołu. Przedtem wyjawia kulisy prezentacji mojej poprzedniej książki „Okolice“ (Warszawa, 2005). Zrobiła to wtedy  blisko, we Włoszakowicach, słynnych z pałacu Sułkowskich. Zbudowany na planie trójkąta pałac – absolutny rarytas architektoniczny! Symbole masonów arystokratów dookoła aktualne! We Włoszakowicach zaczął swe życie (1785) Karol Kurpiński, twórca opery narodowej! Same atrakcje w pięknej Wielkopolsce! To ziemia wysokiego etosu pracy!

 

● ● ● ●

Następne wieczory to Śląsk Górny. Najpierw w Zabrzu, w Domu Muzyki i Tańca. Budynek potężny. Salka kawiarniana wyznaczona dla nas trochę mniejsza. Sam budynek jest sławny. Charles de Gaulle, premier, generał Francji, właśnie tu powiedział „Zabrze jest najbardziej polskim z polskich miast“. Do dziś tego zdania nie rozumiem. Ale czy należy wszystko w życiu rozumieć? Domyślam się konotacji jednakże…

Biblioteka Miejska w Zabrzu miała koncept kolejnego spotkania z autorem. Organizacja tkwiła w ręku aktywnego Piotra Paczulli. Dzięki! Pan dyr. Paweł Dobrzelecki i pan Henryk Sikora z Miejskiej Biblioteki  wykonali zadanie wzorowo! Pan Henryk zaproponował metamorfozę, czyli zaoferował nam inną koncepcję: wywiad, zaskakiwanie pytaniami na scenie.

To poskutkowało. Zadawał inteligentne pytania, oczekując ciekawych odpowiedzi. Prowadzenie żywe, pełne tempa dla publiczności. Zjechała się z całej aglomeracji śląskiej.

Twarze siedzą wokół podium. Znane i nieznane. O, przyjaciel mego szwagra! Mimo 84 lat, przyjechał z Chorzowa. Wplata anegdoty o innym koledze z Zabrza. Był górnikiem tu w Zabrzu. Wybuchła wojna. Poszedł na front. Musiał bić się za Hitlera. Gdzieś na końcu normalnego świata poszedł do niewoli na Sybir. Wrócił z Syberii po zgonie tow. Stalina. Mówił od tej pory  pociesznym językiem: pokraczną syntezą między niemieckim, rosyjskim, polskim i śląskim. Signum teporis. Śląsk, ta proletariacka ziemia, zaczęła być w 1945 roku po polsku komunistyczna…

 

●●●●

Wreszcie moje rodzinne miasteczko – Pyskowice nad rzeczką Dramą. Między Gliwicami a Toszkiem. Albo między Katowicami i Opolem. Albo między Krakowem a Wrocławiem…

Wchodzę 25 marca 2022 do mojego Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej. Kiedy tu zdawałem maturę 57 lat temu, ulica  nazywała się gen. Świerczewskiego, teraz Stefana kardynała Wyszyńskiego. Zmiany radykalne… Bieg wydarzeń politycznych wyżłobił nowe tory.

Po godzinie 12, czeka na mnie w bibliotece spora grupa młodzieży. Pani wicedyktor LO, Agnieszka Rupacz, przedstawia mnie: „Wiesław Piechocki, u nas tutaj matura 1965, rozpoczął studia romanistyczne w Warszawie. Potem doktorat i…emigracja“.

Ogarnia mnie wzruszenie: siedzą przede mną bardzo młodzi ludzie, mając jeszcze w głowach nieskoordynowane myśli o przyszłości. A ja po tej drugiej stronie. Przyszłość spełniona, dokonana. 

Myślę o kolegach i koleżankach: gdzie Magda, w której kochali się niemal wszyscy chłopcy? A Mietek, pomagający mi w matematyce, czyli na terenie, gdzie byłem bardziej niż zerem?

Gdzie jest Marta, nagle pojawiająca się z dalekich (wówczas) Katowic? A Heniek z Koła (egzotyka Wielkopolski), uczący mnie bez sukcesów gry na gitarze? Gdzie jest Józek spod Strzelec Opolskich, jeden z najlepszych z matematyki w naszej klasie (konkurent Mietka) i mówiący innym dialektem niż my w Pyskowicach? Gdzie jest Teresa, najambitniejsza z nas wszystkich, córka weterynarza? Gdzie jest Wojtek, mający tylko chemię w głowie? Apel bez odpowiedzi, bez echa…

Jak to opowiedzieć młodym twarzom, które nigdy mi się nie przyśniły? One są zbyt młode, wpatrzone w horyzont przyszłości. Ja też istniałem w tych szacownych murach. Ale to było DAWNO.

Po kilku godzinach ponownie Pyskowice, inny adres. Drugie spotkanie, zaaranżowane przez pana Błażeja Kupskiego, nauczyciela, dziennikarza, radnego z tutejszego ratusza, w Miejskiej Bibliotece przy placu J. Piłsudskiego. Zorganizował także to spotkanie w murach liceum.

Wiele twarzy znam. Dwu kuzynów przybyło aż z Cieszyna i Ustronia.

Grad pytań, komentarze pyskowiczan, intermezza, atmosfera miłego spotkania.

Za moich czasów był tu plac 1 Maja, centrum tzw. Osiedla, czyli nowej dzielnicy Pyskowic. Wizytówka architektoniczna stalinizmu. Zmieniono nazwy. Z czasem ubarwiono na szczęście bloki. Dobrze, iż Pyskowice pozostały Pyskowicami…

Do roku 1945 nazywały się zupełnie inaczej: Peiskretscham.

 

●●●●

Te powyżej nader skrótowo opisane sympatyczne spotkania z chętną publicznością, a raczej sama podróż, miały wiele innych aspektów. Pierwszy to był kontekst panującej ciągle pandemii. A zatem wiele odmów przez telefon: „Bardzo chętnie przyjechałabym na spotkanie z tobą, ale nawet w masce boję się pokazywać wśród wielu ludzi. Tak, byłam trzykrotnie szczepiona. Ale sam wiesz! Ci też mogą zachorować. Wiesz, u nas w Polsce nie ma takiej dyscypliny jak w innych krajach. Sukcesów ci życzę!“

Drugi refren to wojna na Ukrainie, wywołana przez prezydenta Rosji, Putina. Wiele osób powiadomiło mnie: „-Przyszedłbym z ochotą na twoją prezentację. Ale nie przyjdę. Przyjęliśmy do domu trzy Ukrainki. Matkę i dwie córki. Muszę im teraz ugotować kolację. One są takie biedne“. Ramy pomocy solidarnościowej w Polsce dla Ukrainy zaskoczyły mnie rozmiarami finansowymi, intensywnością, spontanicznością. Wszędzie na ulicach flagi na gmachach publicznych, sklepach, tramwajach. Polska nagle stała się bezpiecznym portem dla Ukrainy. A na szosach Polski i Czech sam widziałem, jadąc do i z Polski, wielką ilość samochodów z rejestracją „UA”. Jechały do Niemiec i Austrii. A może jeszcze dalej?

Oba opisane aspekty (pandemia i wojna) odbijały się echem na moich wieczorach. Rozpętana wojna na Ukrainie stanowiła vis maior, czyli siłę wyższą. Była niewidzialnym tłem moich peregrynacji książkowych po Polsce. Może gdyby nie było pandemii oraz wojny, przyszłoby więcej osób. Nie wiem.

W Zabrzu pan Henryk Sikora, nasz przewodnik po wieczorze, zadając pytania, napomnknął celnie o konotacji wojny: właśnie dlatego, iż ona jest, wiele osób potrzebuje  odtrutki, zapomnienia choć na chwilę o okrucieństwach Rosjan na Ukrainie. Dlatego pofatygowali się, tu siedzą, słuchają fragmentów książki, zadają pytania. Literatura jako odskocznia, Sezam, inna planeta w czasach zarazy i wojny…

Może w moim „Lustrze…“ przeglądnęły się osoby, przybywszy na spotkania w Warszawie, Krzycku Wielkim, Zabrzu i Pyskowicach i choć na chwilę zapomniały o okrutnej wojnie blisko Polski?

Tak się złożyło, iż aspekt turystyczny tej marcowej wyprawy nabrał i dla mnie niespodziewanych rumieńców. Poznałem wiele miejsc, obiektów, których przedtem nie znałem: cichy Konin, potężny Licheń, świątynie różnych religii w Lesznie (duch Amosa Komenskiego?), zaskakująco śliczny pałac w Rydzynie (myśli się o królu Stanisławie Leszczyńskim, pięknej córce, jego politycznych woltach, o Place Stanislas w Nancy…), barokowe nawy kościoła w Przemęcie, klasztor św. Jadwigi z jej grobem w Trzebnicy, a także nagła wyprawa do Czech: efektowna Ostrawa oraz idylliczny Sztramberk w Czeskich Beskidach.

I jeszcze jeden aspekt: rozwój, rozmach! Polska przeżywa wielką metamorfozę, boom budowlany. Rodzina, znajomi zapraszali nas (żonę ilustratorkę i mnie autora) do swych domów, domostw, ogrodów, posiadłości i garaży. Imponujące, jaki skok gatunkowy dokonał się w Polsce w budownictwie indywidualnym! Rodziny (wiem – nie wszyscy!)  mieszkają godnie i wygodnie, luksusowo, wreszcie dogoniwszy (po stagnacji komunizmu) w tym punkcie standardy światowe. Brawo!

Wiesław PIECHOCKI, Wiedeń, marzec 2022

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here