Emigracja – dramat naszego narodu

2

Szwajcaria winnicaJestem właśnie za granicą, a dokładnie w Holandii. Siedzę oparty o ścianę w starym, choć nie urągającym ludzkiej godności mieszkaniu. W kubku ziębnie już zaparzona kawa, którą przywiozłem z Polski, dlatego co chwilę przerywam pisanie, by złapać ostatnie łyki ciepła. Nie ma jeszcze człowieka, który jest odpowiedzialny za wszystkie formalności związane z moją pracą. Czekam już drugi dzień – ma się pojawić wieczorem. Prawdopodobnie jutro podpiszę umowę z pracodawcą, by w najbliższych dniach rozpocząć pracę. Nie znam tu nikogo, choć mieszkam z samymi Polakami. We wzroku moich współlokatorów, tuż za zewnętrzną warstwą szczerej uprzejmości, można dostrzec wilcze spojrzenie. Boją się, bym nie odebrał im tak cennych tutaj godzin pracy.

                 Nie jest to fragment książki, a jedynie moje wspomnienie. To moje życie. Moje i nie tylko moje. To życie wielu, wielu Polaków. O problemie emigracji za chlebem mogę mówić z własnego doświadczenia. Dwukrotnie zbierałem truskawki w Niemczech, jeden raz pracowałem  w rolnictwie i jeden raz w chłodni. Teraz Szwajcaria. Życie. Sporo widziałem przez ten czas. Spotkałem wielu ludzi – prostych i wykształconych, starszych i młodych, zdemoralizowanych i prawych, mądrych i głupich. Spotkałem Polaków z urodzenia oraz Polaków, którzy oprócz paszportu mieli też polskie serce. Podczas długich, a niekiedy monotonnych prac miałem wiele okazji, by zastanowić się nad problemem (niewątpliwie tak należy ująć to zagadnienie) emigracji Polaków. Mieliśmy wracać do kraju, który w nikomu nieznany sposób miał się przeobrazić w Irlandię. Lotniska miały być całkowicie zapchane, a ruch lądowy i żegluga morska wręcz sparaliżowane. Nie udało się. Nie wracamy, a raczej ciągle wyjeżdżamy.  Dlaczego uciekamy z kraju? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna i niekoniecznie związana z pieniędzmi, choć ten argument zdecydowanie dominuje. Najważniejszym powodem emigracji,  oprócz pragnienia poprawy statusu materialnego, a co za tym idzie podniesienia standardu życia, jest chęć doskonalenia umiejętności i zdolności, a więc ogólnie rzecz ujmując – rozwój.

                Myślę, że Polaków pracujących za granicą można podzielić na dwie grupy. Jedną z nich stanowią ludzie wykształceni, posiadający konkretny fach w ręku, poświadczające to dokumenty oraz znajomość języka obcego. Ta grupa z pewnością może liczyć na większy szacunek i akceptację, nie mówiąc już o wyższych zarobkach. W drugiej grupie znajduje się zdecydowana większość  naszych rodaków, w tym także ja. Mówimy tutaj o ludziach, którzy poza siłą swoich mięśni oraz determinacją mają niewiele więcej do zaoferowania. Zresztą pracodawca poszukujący takich ludzi niczego więcej od nich nie oczekuje – jedynie ciężkiej, fizycznej pracy, którą jego rodacy nie chcą się już parać, lub zatrudnienie do jej wykonywania rodzimych pracowników pociągało by za sobą zbyt duże koszty. Tutaj zarobki są o wiele niższe.

                W takich dwóch grupach należy sklasyfikować naszych rodaków wyjeżdżających za granicę w celu podjęcia pracy. Schemat ten z pewnością nie jest nienaruszalny i całkowicie szczelny, ale stanowi podstawowy szkielet w tym wątku problemu emigracji. Pracownicy grupy pierwszej mogą liczyć na zarobki od 10 000 zł wzwyż, zaś pracownicy grupy drugiej 4 000 – 10 000 zł. Najbardziej lukratywne umowy o pracę można podpisać w Norwegii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. Mało opłacalnymi kierunkami wyjazdów są już dzisiaj kraje, które najlepsze czasy mają za sobą: Włochy, Grecja, Hiszpania.

                Ponoć czasy niewolnictwa minęły. Ponoć. A ja myślę, że nie minęły, zaś samo niewolnictwo jedynie wyewoluowało i przyjmuje dziś nieco karykaturalną postać. Określiłbym je mianem niewolnictwa ekonomicznego. Dlaczego karykaturalna postać? Bo to dziwne, że niewolnik podejmuje się niewolniczej pracy z własnej woli. Dzisiaj nad niewolnikiem nie musi stać strażnik z pejczem w ręku. Wystarczą realia ekonomiczne. Wystarczy, by dać mu tylko nieco więcej, niż może zarobić w swoim kraju i wystarczy, by przyjąć akordowy system pracy. Co można otrzymać? Niesamowitą wydajność za niską cenę.

                Gdybym miał jednym słowem oddać moje odczucia, kiedy pracuję za granicą, to zamknęłyby się one w stwierdzeniu „upokorzenie”. Swoją pracę wykonujesz o połowę szybciej niż rodzimy pracownik, a dostajesz za nią o połowę niższe wynagrodzenie. Cieszysz się, bo gdzie w Polsce zarobisz pięć tysięcy miesięcznie, a z drugiej strony czujesz jakąś niesprawiedliwość. Wiesz, że pracodawca więcej wydaje na cukierki niż na Twoją pensję. Do tego ten wzrok spacerujących pań i panów Niemców, kiedy ty ubabrany w błocie w sobotnie popołudnie pracujesz na polu. Wzrok, w którym można odczytać coś pomiędzy pogardą, a podziwem. W Twoim sercu pojawia się wtedy pytanie, które chcesz schować za zasłoną patriotyzmu ale ono co chwilę powraca. Pytanie, które wstyd przytaczać – „kurcze, dlaczego nie jestem Niemcem lub Holendrem”. Zawsze wstydzę się tego pytania i gaszę je gdy tylko się pojawi. Myślę, że to pytanie wielu Polaków. To pytanie tak naprawdę jest dramatem. Przypomina mi się fragment jednego z moich ulubionych wierszy patriotycznych „…byle Cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać”. Może i Polska nie jest bogata, może nie daje zbyt wielu perspektyw, ale to moja Polska, mój dom który kocham.

                Rozstania. Długie nieobecności w domu mężów i ojców. Owszem, chleb to też miłość, ale on nie zaspokaja wszystkich potrzeb. Dramat naszego społeczeństwa. Ile to ja sam widziałem już podeptanych obrączek ślubnych, a przecież weteranem zagranicznych wypraw nie jestem. Kiepski materiał, to kiepski dom, a osłabiona rodzina to słabe społeczeństwo.

                W czasie jednego z moich wyjazdów poznałem wspaniałych ludzi. Małżeństwo, które mieszka za granicą od wielu lat. Bez żadnej korzyści troszczą się o wszystkich naszych rodaków, którzy przyjeżdżają za chlebem. Mają mnóstwo swoich obowiązków, a w tym wszystkim znajdują czas, by pomóc w znalezieniu pracy, przetłumaczyć dokumenty, kupić najpotrzebniejsze rzeczy czy poczęstować kolacją. Można się do nich zwrócić z każdym problemem i zawsze liczyć na pomocną dłoń. Robią to zupełnie bezinteresownie. Dzielą się tym, co mają. Dzięki nim odzyskuję wiarę w coś, co nazywamy solidarnością. Tak, to są prawdziwi Polacy.

                Oczywiście wyjazdy zagraniczne mają też swoje pozytywy, poszerzają horyzonty, pokazują nowe rozwiązania, uzupełniają życiowy bagaż doświadczeń. Wolałbym jednak, aby miały one częściej charakter rodzinnych, wspólnych wakacji niż bolesnych rozłąk i ciężkiej pracy na korzyść obcych państw.

                Ten artykuł o nieco osobistym zabarwieniu zakończę chyba zaskakującym pytaniem. Może już czas, by w końcu wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć uczciwie płacić podatki. Może już czas, by przestać kombinować, jeśli tylko nadarza się okazja. Może już czas, by przestać rozkradać nasz kraj i może już czas, by przestali to robić inni. Wszyscy chcemy, by Polska nam coś dała. A co Ty dajesz Polsce? Jeśli to pytanie Cię zirytowało, to znaczy, że możesz Jej dać jeszcze więcej. Mnie ono irytuje cały czas…

Poprzedni artykuł[Zdjęcia] Celebracja prezydencji Grecji – Pałac Chojnata, Biała Rawska
Następny artykułCzy to już koniec Stronnictwa Demokratycznego?
Grzegorz Przeszło
Grzegorz Przeszło to pochodzący z Brzuski student teologii. Obecnie mieszka w Birczy. Prócz tematów związanych ze sferą sacrum interesuje się historią oraz polityką. Jak sam mówi, autorytetem politycznym był i jest dla niego śp. Prezydent RP Lech Kaczyński. Jego pasją jest pisanie, a zwłaszcza tworzenie poezji. Dwukrotnie wyróżniony w konkursie na wiersz patriotyczny im. Władysławy Milczarek, zorganizowanym przez Polish American Poets Academy z siedzibą w Wallington w USA. Publikował poezję w prasie studenckiej, lokalnej, polonijnej, a także na kilku portalach internetowych - krajowych oraz polonijnych. Jest stałym współpracownikiem organizacji Polonia Semper Fidelis, a także lokalnego czasopisma wydawanego przez Klub Gazety Polskiej w New Mexico. W wolnych chwilach...zapatruje się w jedną z gwiazd, oddaje się książce, uprawia sport, m.in. piłkę nożną. Jego hobby to dobre kino z przesłaniem. Życiowe motto dla niego stanowią słowa św. Tomasza z Akwinu - „Licz na tych, którzy nie zawiodą: pierwszym jest Bóg, drugim - ty sam.”

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here