W roku 1979, od kilku lat, byłem adiunktem w Instytucie Romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pensja była taka, iż należało energicznie dorabiać, gdzie się tylko dało. Udzielałem korepetycji z języka francuskiego. Jeśli moje oficjalne zarobki na UW przyjąć za 100%, to za korepetycje otrzymywałem „na oko” 140% poborów naukowo-uniwersyteckich. Opłacało się. Starczało na benzynę do malucha.
A poza tym, w roku 1979 wydałem w „Wiedzy Powszechnej” książeczkę pod tytułem „Mini-rozmówki francuskie”. Była to wielka nowość. Nie z powodu samych „rozmówek”, gdyż te były już dawno znane ludzkości, ale ta pozycja przy kupnie oferowała kasetę, na której był nagrany cały tekst. Można było włożyć nowocześnie kasetę z tasiemką brązową wewnątrz (czasem plączącą się, ale wtedy można było ją w skupieniu nawinąć żmudnie ołówkiem) do odtwarzającej szparki. Dzisiaj brzmi to jak dziwaczne przechwalanie się, ale wtedy był to wyczyn edytorski w PRL: podręcznik języka przed oczyma a do tego praktyczna w użyciu kaseta! Coś wspaniałego!
Aby skończyć z „Rozmówkami”: nigdy się potem nimi nie chełpiłem ani nie byłem z nich dumny, mimo że wymyśliłem tam indywidualny system transkrypcji. W przypadku języka francuskiego wymowa to kolosalna sprawa! Ten język zupełnie inaczej się pisze (to co na papierze) a zupełnie inaczej wymawia (to co produkuje język i wargi). Ale powodu do chwały nie było z dwu powodów. Primo książeczka była bardzo nieestetycznie wydana – brudny i marny papier, nieefektowna szata graficzna, żadnych kolorów wewnątrz – coś, co nie pieściło ani oczu ani palców! Oraz secundo – zapłacono mi za to tak marną sumę (a później znikome tantiemy w 7 reedycjach), iż nie przyznawałem się do tego „dziecka”.
Ale „Mini-rozmówki” stały się słynne. Dlaczego? Były pierwszą pozycją z całej długiej serii „Rozmówek” lansowanych przez „Wiedzę Powszechną”. To była swego rodzaju rewolucja: książeczka + kaseta wygodna w użytkowaniu! Tego jeszcze nie było na rynku PRL. Pamiętam, iż następną chronologicznie pozycją z tej długiej serii były „Mini-rozmówki włoskie” (też z kasetą!) autorstwa mojego kolegi-romanisty, potem profesora italianistyki Piotra Salwy – też na Uniwersytecie Warszawskim.
oooooooooo
Dowiedziała się o mym istnieniu słynna dziennikarka z TV, pani Irena Dziedzic. Postanowiła zaprosić premierowego autora serii, młodego (wówczas 32-letniego filologa) Wiesława Piechockiego jako gościa do jej sławnego programu „Tele-Echo”. Tę propozycję programową uwielbiały miliony! Irena Dziedzic zapraszała różnych ludzi, tzw. interesujących podróżników, nietuzinkowych artystów, w miarę krnąbrnych pisarzy, młodych aktorów, niepokornych redaktorów. Starała się jednocześnie o prezentowanie swego jednolitego stylu: dozować mało polityki, czyli propagandy komunizmu, natomiast serwować trochę oddechu intelektualnego. Jej program tchnął pewną wolnością wypowiedzi. Tak to odbierali widzowie. Miliony czekały na następny program: „-Kogo zaprosiła pani Dziedzic? Muszę to koniecznie zobaczyć!”. A sami zaproszeni przez chwileczkę stawali się słynni… Redaktorka I. D. sama twierdziła wiele lat później, iż w studio TV miała 25 tysięcy przepytanych gości. Statystyki bardziej realistyczne twierdzą, iż było ich akurat połowa. No ale 12 500 dialogów to też piękny dziennikarski bilans! Pogratulować systematycznej pracowitości, konsekwencji poczynań i narodowej sławy!
Na ulicę Woronicza pojechałem oczywiście z biciem serca, gdyż nigdy tam nie byłem i nie wiedziałem, co mnie czeka. Jeszcze był to stary budynek, nie ten futuryzm obecnej doby. Pani I. D. przyjęła mnie w swym gabinecie. Była kobieco urocza, kulturalna oraz powabna. Rzeczowo ustaliliśmy scenariusz (tak to nazywała) rozmowy. Oczywiście rządząca partia PZPR bała się występów spontanicznych. Każdy wywiad z obcym gościem był najpierw nagrywany. Nie było żadnych audycji live. Chociaż „Tele-Echo” udawało zgrabnie audycję „na żywo”. Tak mawiali widzowie. W trakcie pierwszej rozmowy omówiliśmy w 96% nasz dialog przed późniejszą kamerą. Potem w nagraniu były minimalne jedynie odchylenia od ustaleń. Pamiętam, iż powiedziała, że powinienem być porządnie ubrany, czyli jednak garnitur (na szczęście miałem ślubny…) i krawat. Dodała (pamiętam to po tylu, tylu latach!), że dla niej horrorem optycznym są mężczyźni, którzy zakładają nogę na nogę i nad tym dyndającym w powietrzu półbutem widać kawałek owłosionej gołej nogi, gdyż skarpetka nie dosięga przynajmniej nogawki. A oko kamery to widzi! Jako młody pracownik naukowy uniwersytetu aluzję pojąłem. Kupiłem z trudem w komisie długie włoskie skarpety…
Kilka dni potem było nagranie. Wielkie, wysokie przestrzenie, bieganina personelu, rażące oświetlenie, nerwy, hałasy, pot, węże kabli, dodanie wacikiem matu do mego świecącego czoła i nosa, potem skupienie, kamery przed człowiekiem. Nagranie trwało kilka minut bez przygód. Jej pytania, moje odpowiedzi. Potem pytali mnie wszyscy znajomi, czy na kamerach były zamocowane pończochy, aby ukryć zmarszczki pani Dziedzic. Nie było ani pończoch ani zmarszczek – powiem dżentelmeńsko. Nie byłem oczywista owego dnia jedynym gościem sławnej dziennikarki. Byli jeszcze inni. Do dziś pamiętam jedynie (chyba był to rok 1980 – ale jaki miesiąc?) młodą aktorkę, lansowaną przez jej ojca, Andrzeja Szczepkowskiego.
Młoda Joanna Szczepkowska stawiała pierwsze kroki. Byliśmy w tyxm samym programie pani Dziedzic. Zasłynęła wiele lat potem przez fakt, iż podała publicznie dokładną datę zgonu komunizmu w PRL: 4 czerwca 1989. Dla niej był to start, preludium w TV u Ireny D. Dla mnie jedyny występ w komunistycznej telewizji mojej ojczyzny… Rok potem zdecydowaliśmy się emigrować…
oooooooooo
O dziwo, nie skończył się mój kontakt z panią Dziedzic! Jakoś tak polubiliśmy się, iż zaproponowała mi współpracę. Zabrzmiało to potężnie i zniewalająco w mej asystenckiej dorabiającej duszy! Okazało się, iż dostrzegła, że mam dość otwarte oczy. Mógłbym „naganiać” jej przecież nie tylko respondentów do „Tele-Echa”, ale również do innych jej dokrętek z dziedziny kultury, powiedzmy. Propozycja nie do odrzucenia… Bardzo chętnie zabrałem się do roboty. Często bywałem na krótkich naradach z nią tam, gdzie dziś stoi świeżo wyremontowany hotel „Warszawa”. Tam była w centrum stolicy redakcja aktualności TV. Podawałem jej moje propozycje osób, problemów, wydarzeń kulturalnych, sporządzałem notatki dla niej. Pamiętam, iż dokrętka w polskiej TV w dzienniku wieczornym o tym, iż dzisiaj Ambasador USA złożył wieniec w Pałacu Kazimierzowskim na terenie Uniwersytetu Warszawskiego ukazała się dzięki mnie. Ona nie wiedziałaby o tym beze mnie. Byłem dobrym kanałem informacyjnym. Niebywale mi imponował fakt, iż jestem dostrzeżony przez tak znakomitą dziennikarkę i doceniony przez jakość mej pracy.
Ta idylla z panią I.D. o nienagannych manierach prawdziwej damy trwała może 2-3 miesiące. Coraz bardziej się okazywało, iż w swym budżecie nie ma ona szufladki tantiem czy honorariów dla Wiesława Piechockiego. Moje aluzje dotyczące honorarium odbijały się od pani redaktor niemym (tele) echem. Nasz kontakt się skończył. Nie zarobiłem u Niej ani grosza, zaniedbując (a) postęp intelektualny w mej pracy uniwersyteckiej, (b) złotówki, zarabiane systematycznie dzięki korepetycjom.
Dlaczego o tym piszę w zimowy wieczór w Wiedniu dnia 12 stycznia 2019? Dlatego, iż dzisiaj podano, iż pani Irena Dziedzic zmarła 5 listopada 2018. Dopiero teraz opublikowano tę smutną wiadomość. Pogrzeb w Laskach koło Warszawy.
Zmarła 93-letnia redaktorka Irena Dziedzic miała swój niezwykły urok, dawała się lubić, była znana. Podobno miała świetne układy na wysokich piętrach PZPR, czyli w Komitecie Centralnym, Biurze Politycznym i jeszcze wyżej. Jej wiek biologiczny i rewolucja polityczna, czyli przemiana PRL w RP przyczyniły się do Jej zmierzchu. Nawet ktoś sobie pozwolił wywlec na jaw fakt, iż zamówiła w sławnej fabryce w Swarzędzu extra garnitur mebli na jej specjalne życzenie. Plotka? Horribile dictu – nie zapłaciła za towar, lub zwlekała z uiszczeniem… Każdy czuł w RP, iż teraz nawet małe kozy już odważają się wskakiwać na dotychczas nieosiągalne drzewo.
A drzewo życia ma swe granice. Konary, gałęzie gdzieś kiedyś się kończą… Dla pewnych ludzi pną się gałęzie w kierunku nieba, dla innych niżej… Pani Ireno, dziękuję za tę miłą przygodę telewizyjną!












