Jeden skarb w Koszycach, stolicy wschodniej Słowacji, jest bardzo znany, drugi jest starannie ukryty. Jeden żywo błyszczy złotem, drugi umarł. Pierwszy tkwi w sejfie w piwnicy – tak jak powinien być schowany każdy porządny skarb. Drugi zakończył życie w USA.
Aby zobaczyć pierwszy skarb, należy w centrum Koszyc (Košice – po słowacku) wejść do wielkiej urody budynku. Mieści on Muzeum Wschodniosłowackie. Budynek o barokowej symetrii – widać od razu – powstał „za austriackich czasów“. Piękny pałac o sporym gabarycie. Na fasadzie, wysoko na którymś piętrze wyczytuję 4 słowa wyryte po węgiersku (sic!), co świadczy o przeszłej administracji tych terenów przez wieki sprzed roku 1918. Te słowa to „épiteszet-szobraszat-festészet-regeszet“, co znaczy „architektura-rzeźba-malarstwo-archeologia”. Dziwię się Słowakom, bardzo wrażliwym na punkcie swej narodowości, iż nie zatarli tych wielkich widocznych z ulicy węgierskich majuskuł. Tyle wieków mieli problemy z Węgrami! A tego ostentacyjnego napisu tak wysoko umieszczonego nie „wygumowali”. Zbyt drogo?
Przykładowo we Wrocławiu nie widziałem nigdzie pozostawionych napisów po niemiecku. Gdy byłem we Lwowie w 2008 roku, na próżno szukałem śladów napisów polskich. Zatarto je konsekwentnie w ramach ustanowienia nowych władz ukraińskich po 1945…
MS – MS
Wchodzę do budynku słowackiego muzeum z węgierską fasadą. A tam w piwnicy cud! To jest ten pierwszy skarb. Jest on rozreklamowany wszędzie dla turystów. Jest to „the must” – obowiązkowa wizyta w piwnicy-sejfie tego gmachu – za parę turystycznych euro. Tam na dole w małym piwnicznym pokoiku pod ziemią bez okien za witrynami kuloodpornymi jest wystawa mocno oświetlonych pięknych monet. Nie trzeba ich oświetlać. Same płoną swym złotym światłem. One są wszystkie – 2920 sztuk! – ze złota, pochodząc głównie z Węgier, Niderlandów, Anglii, Francji i Włoch. Dla numizmatyków rajski skarb naukowych dociekań (datowanie, pochodzenie, wytłoczone napisy, awers, rewers oraz pisanie dysertacji na ich temat), a dla turystów cenny (w podwójnym sensie) moment do zapamiętania z podróży do Słowacji!
Kto był właścicielem tych średniowiecznych XVI- i XVII-wiecznych monet? Ba, każdy to chciałby wiedzieć! Znaleziono je w roku 1935 przy robieniu wykopu pod nowy budynek przy „Hlavná ulica 68”. Któżby dziś dociekł, kto i dlaczego ukrył ten skarb w prymitywnej blaszanej misce z wiekiem? Wyglądało to nieciekawie – zakurzony garnek z pogniecioną wytartą blachą. A w środku „poklad”! Tak po słowacku nazywa się wyraz „skarb”. Przesuwam się powoli „po pokładzie” wzdłuż witryn: monety, dukaty, medale oraz kunsztowny naszyjnik o długości 214 cm! Coś wspaniałego! Wąż złota! Podziwiam rozreklamowany dla turystów skarb z XVII w. a potem inne eksponaty na kilku piętrach. Na piętrach króluje złotem sztuka malarstwa i rzeźby.
Drugi skarb jest zupełnie przemilczany (według mnie celowo) przez punkty informacji i foldery dla turystów skuszonych do Koszyc. Nie ma tam słowa o NIM. To prawie mój prywatny skarb… To dom rodzinny pewnego pisarza, którego czczę od lat za jego geniusz literacki. Jazda do Koszyc, ta podróż to moja pielgrzymka, hołd dla kogoś, kto nazywa się Sándor Márai. Wymowa: „SZAN-dor MA-roi”. Wedle reguł węgierskich Márai Sándor [MS]. Sándor – to po węgiersku „Aleksander“. Urodził się 11 kwietnia 1900 roku tu w Koszycach, które wtedy nazywały się po węgiersku Kassa – wymowa plus minus „KOSZ-szo”. Idę pod przygotowany zawczasu przeze mnie adres w centrum: róg ulic „Mäsiarska” i „Bačikova”. Mały placyk, schludny, cichy. Na nim pomnik. Wokół trawa i kwiatki. Stella pionowa jak przy grobie. Przed nią siedzi on, pisarz, chluba węgierskiej literatury, na krześle z brązu. Wyprostowany. Poziom ziemi. Na stelli za nim jego podpis z brązu oraz daty: 1900-1989. Pod nim wieńce z narodowymi barwami Węgier: czerwono-biało-zielone. Na przegubie ręki z brązu ktoś mu przewiązał wstążkę o tych madziarskich kolorach. Rodacy pamiętają Jego oraz jego dzieło. Siedzi tu między niebem a ziemią. Taki tekst napisał, czyli „Niebo i ziemia” („Ég és föld“) w roku 1942, w czasach wojennych zmagań… Boże, wreszcie mogę się Mu pokłonić! Wreszcie stoję u kolebki Jego życia. Węgier Polak dwa bratanki… Tej rymowanki nie popierają Słowacy.
MS – MS
A naprzeciw niego puste krzesło. Zaprasza do chwili oddechu. Nie siadam. Jak tu wszystko – to krzesło też z brązu. Swą pustką zaprasza: „-Siądź, wierny czytelniku Jego dzieł. Popatrz na Niego, obsypanego pamięcią jesiennych liści. Przynajmniej one tulą się do Niego”. Gdyby była śnieżna zima, byłby biały od głowy począwszy. Gdyby otaczała Go kolejna wiosna, na głowie siedziałby złowrogi kruk.
Nie korzystam z zaproszenia. Patrzę na Niego – nie siedząc, lecz stojąc. Mój wzrok przenosi się na jego rodzinny parterowy dom. Niepozorny jak pomnik. Na oknach z dwu stron ulic kraty. Czego one bronią i chronią? Nie ma informacji. Idę od pomnika parę metrów do drzwi, jedynych z trzech stron mieszczańskiego adresu. Ile razy przez nie wychodził na zapasy intelektualne ze światem? Jak głęboko chciał go zrozumieć? Jak przetrawić literacko ogrom przeżyć? Milczący kosmosie, jak można cię kreatywnie opisać?
Chcę zadzwonić, ale nie ma nigdzie dzwonka. Pukam. No tak: jak w banalnym tekście reporterskim, frywolnej powieści kryminalnej albo w trywialnym wierszu – nikt nie odpowiada. Na drzwiach nie ma jakiejkolwiek tabliczki ani informacji. Firanki – za nimi wewnętrzna pustka. Odpowiada nadal zerowe echo w samo południe. Nie wejdę do jego domu – MS powiedziałby: „nincsen rózsa tövis nélkül“, czyli po węgiersku „nie ma róży bez kolców”. Tu już jest koniec mojej pielgrzymki. Odchodząc odwracam się ostatni raz – dostrzegam eleganckie pilastry na żółtej fasadzie. Dodają elegancji samemu budyneczkowi. Jak tu w przyszłości będzie wyglądać muzeum i okolice? Co powie na to w niebie Sándor Károly Henrik Grosschmid de Mára? Tak się oficjalnie nazywał On – MS! Ale postanowił być Węgrem, postawiwszy na jedną kartę patriotyzmu.
Ten konsekwentny patriotyzm wtedy to znak znad Dunaju o tendencjach antysłowackich, antyaustriackich i antylewicowych. Dowody na stronicach tekstów MS.
Przyszłość pamięci MS zależy od stosunków bardzo zawiłych historycznie między Słowakami a Węgrami. Słowakom w pewnym sensie nie zależy na robieniu turystycznego magnesu z domu rodzinnego MS akurat w Koszycach. Podkreślałoby to niepotrzebnie węgierskie dzieje tych terenów. To tak jak Cmentarz Łyczakowski we Lwowie. Grecy w Salonikach też nie akcentują, iż tam urodził się wielki Turek, Kemal Pasza Türk. Słowakom chodzi o wykucie nowych punktów ciężkości ich historiografii. Pragną zapomnieć dawne ciężkie czasy administracji negatywnie przez nich postrzeganych Węgrów.
MS – MS
A Węgrem do szpiku kości był pisarz, emigrant, cierpiący na typowe skazy i kompleksy uchodźstwa XX wieku. Mimo iż był arystokratą o niemieckich korzeniach.
Pierwszy raz wyemigrował MS do Niemiec po komunistycznym puczu Béli Kuna w Budapeszcie. Był rok 1919. Przyszły gigant literatury oddalił się od swego ojca, adwokata i matki nauczycielki gimnazjalnej w Koszycach. Ożenek zmienia jego życie. Razem z Lolą, czyli Iloną Matzner, przeżyje emigracyjnie 63 lata! Przed nimi wiele dramatów. Jedyny syn umiera po 6 tygodniach. Adoptowany syn umiera w wieku 46 lat. Márai tworzy w ojczystym języku od wieku 28 lat, po węgiersku, mimo iż znał tak samo doskonale niemiecki. Mieszka w Neapolu. Spieszy w 1956 roku do Monachium, kiedy dowiaduje się o militarnej interwencji ZSRR na Węgry. Przez Radio Wolna Europa dodaje żarliwie otuchy i odwagi swoim rodakom nad Dunajem. Węgierskie marzenia o wolności. Zdepczemy agresję ZSRR!
Od 1967 do 1980 mieszka na południe od Neapolu, w Salerno. Definitywnie osiedla się w USA, w kalifornijskim San Diego. Parę lat potem umiera jego ociemniała żona na raka oraz młodszy brat, reżyser filmowy, w Budapeszcie.
Miał prawo być pesymistą. Ukochana jego Europa przestała istnieć, a ta rodząca się po 1945 była skazana na konwulsje agonii. Syndrom Stefana Zweiga. Komunizm wygonił liberalizm. Geniusz to przeczuł! Już w 1934 spotykamy te myśli w „Wyznaniach patrycjusza” („Egy polgár vállomásai”) – jak inne dzieła MS kongenialnie przełożone na polski przez Teresę Worowską.
Márai cały czas tworzy. Talent nie opuszcza Go. Jego proza zachwyca wyszukanym intelektem, pozwalającym mu na subtelne niuanse, kiedy opisuje zasiedlenie się komunistów w jego węgierskiej ojczyźnie. Nie mógł tego przeboleć. Upadek. Umiał opisać fazy i rozmiary pajęczyny politycznie patologicznej, oplatającej Węgry przed i po powstaniu 1956. Rozpisał to na partytury powieści oraz sztuk teatralnych. Są to niezapomniane obrazy. Zostają długo w pamięci. Trwałe granitowe obrazy stworzone przez skromne kruche litery – to podstawa wartości literatury. Czytelnik ocierając się o autentyzm i subiektywność opisów, konsumuje owoce niepospolitego talentu i konsekwentnego zapisu Jego świata. Jego „Dzienniki” to tomy genialnych popisów mądrości człowieka, któremu polityka drastycznie zmieniła życie. Emigranci rozumieją Go. Wygnanie to nie kaprys – to konieczność.
Przez lata byłem smutny, iż Sándor (Aleksander) Márai wstrzelił sobie śmiercionośną kulę rewolwerową do głowy 22 lutego 1989 roku. Dla mnie był żelaznym kandydatem do literackiej Nagrody Nobla. A tę daje się żywym pisarzom. Ale ten aspekt mojego smutku znikł. Ta nagroda tak się w ostatnich latach zetliła, zredukowała znaczeniowo na arenie kultury, sczezła, po prostu zdeprecjonowała. Jestem zadowolony, że Wielki Wspaniały Węgier [WWW] nie został jej laureatem. Márai Sándor, kronikarz upadku i rozpadu Europy, absolutny geniusz pióra, ominął tę rafę celnym strzałem w swoją starczą skroń w dalekim San Diego, USA.












