„Czerajek”. Moi rodzice. Autobiografia Karola Czejarka, cz. 3

4

Matka moja była rodowitą Niemką. Urodziła się w 1912 roku w Ahrbergen, natomiast ojciec urodził się w 1913 roku i pochodził z Zabrza – najbardziej POLSKIEGO śląskiego miasta, jak kiedyś wyraził się o nim b. prezydent Francji gen. De Gaulle.

Ahrbergen było wtedy jeszcze „wielką” wsią, z gospodarstwami rolnymi, brukowanymi ulicami, rozległymi wokół polami, na których rosło zboże i pasły się krowy. Za to „szczyciło się” dużą piekarnią, należącą do ojca mojej matki i słynęła różnego rodzaju wypiekami na całą okolicę, od… Hildesheim po Hanower.

Zabrze (a wówczas Hindenburg) zawsze było kolebką polskości i miastem o dużych możliwościach rozwojowych i takim pozostało do dziś. Jego dumą była zawsze „walka” o polskość Ślązaków, ale i …oczywiście „Górnik Zabrze”; dziś szczyci się także dorobkiem śp. prof. Religi, z jego kliniką chorób serca.

Współczesny Ahrbergen jest bardzo ładnym małym miasteczkiem, z dwoma kościołami katolickimi (starym i nowym) oraz jednym ewangelicznym. Leży nad dwoma, wcale nie tak małymi jeziorkami, nad którymi można wypocząć, łowić ryby, a nawet popływać łódką. Po piekarni mojego niemieckiego dziadka nie pozostał żaden ślad. Na tym miejscu stoi nowy okazały dom, niemający nic wspólnego ze „starym” Ahrbergen.

Do Hildesheim z Ahrbergen jest 12 km, a do Hanoweru niecałe 20. „Po drodze” jest jeszcze kilka innych interesujących miasteczek: Giesen, Sarstedt, Laatzen; jest też autostrada prowadząca na lotnisko hanowerskie, a przede wszystkim na rozległe tereny TARGOWE, na których było kiedyś wspaniałe EXPO 2000! Ale i dziś wiele się na tym „obszarze” dzieje.

Obecnie Ahrbergen odwiedzam rzadko, jedynie po to, aby oddać hołd szczątkom swoich przodków ze strony matki; częściej jadę z żoną „na Groby” do Zabrza, czyli moich „polskich” przodków, także by spotkać się tam od czasu do czasu z potomkami rodzin ze strony ojca: Mleczków, Gwoździów, Golemców, którzy po wojnie postanowili żyć dalej w Polsce, gdyż zawsze czuli się Polakami.

Do Ahrbergen jeździliśmy dopóki żyła tam moja matka i siostra, a głównie dlatego, iż tam w pobliskim Hildesheim – na dworcu kolejowym – poznali się moi rodzice!

Mama w tym dniu (kiedy rodzice się poznali) sprzedawała akurat na dworcu produkty „ichniej” piekarni. Mój ojciec podszedł do stoiska, które obsługiwała i zapytał o drogę do kopalni w Giesen. Miał skierowanie do pracy w tamtejszej kopalni, po relegowaniu go z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie.

 „Niedługo będę tam wracać”, odpowiedziała mu i… zabrała ojca swym samochodem dostawczym do miasteczka leżącego rzeczywiście niecałe 5 km od Ahrbergen. …I tak zaczęła się ich znajomość!

Wkrótce w Ahrbergen odbył się ich ślub i wesele (patrz zdjęcie)! A w kilka miesięcy później – już ja pojawiłem się na tym świecie, tyle że w Berlinie, do którego moi rodzice (jak się domyślam, z pomocą dziadka), z powrotem się przenieśli, a ojca ponownie przyjęto do pracy, jako wykładowcę na uniwersytecie. Czym dokładnie się zajmował na uczelni i jakie prowadził zajęcia – nie wiem i nie mam dokumentów. (Nie zdążył mi o tym opowiedzieć, a ja wtedy, kiedy jeszcze żył, nie interesowałem się tą sprawą).

Dodam, że dzisiejsze Ahrbergen traktowane jest jako „sypialnia” dla ludzi pracujących przede wszystkim w Hanowerze czy Hidesheim. Na tej zasadzie zostali w nim także przed laty mój szwagier i siostra, budując tam dom, tuż nad jednym ze wspomnianych wcześniej jezior. Po ich śmierci, synowie – Roman i Dirk – sprzedali go i wyprowadzili się do Goettingen oraz Sarstedt, a my – „Warszawiacy” (Ihr Warschauer) – jak nas nazywali, z różnych powodów, nie podtrzymujemy z nimi obecnie kontaktu.

Co się stało z całym przepięknym wyposażeniem tego domu? – nie wiemy. Po Annemarie i Helmucie nie pozostała dla nas choćby najdrobniejsza pamiątka!

Mama była „z pokolenia na pokolenie” mieszkanką Ahrbergen, zaś Annemarie i Helmut (moja siostra i jej mąż) osobami zadomowionymi w tym miasteczku poprzez swoje długoletnie w nim zamieszkanie. Także śpiewanie w miejscowym chórze i branie aktywnego udziału w życiu społeczno-towarzyskim miejscowego środowiska. (Sami poznaliśmy wiele ciekawych ludzi i zaprzyjaźnili się z nimi, gdy jeszcze jeździliśmy do „mamy”, a potem – po jej śmierci – już tylko „siostry”).

Nie mogę jednak pojąć, dlaczego Annemarie, czyli moja siostra nie trafiła do mogiły swego męża, czy choćby matki, która leży razem ze swym drugim mężem na tym samym cmentarzu. A ksiądz odprawiający uroczystość pogrzebową, jak i wcześniej miejscowy proboszcz chowający kilkanaście lat wcześniej moją matkę, ani słowem nie wspomnieli w swojej homilii, że na ich pogrzeb przyjechała także rodzina z Polski?! A w przypadku matki, że jej PIERWSZYM mężem był Polak?!

Zwyczaj, jaki z Ahrbergen przeniósłbym do Polski, to tzw. „Stammtische”, formę niedzielnych spotkań towarzyskich zawsze tej samej grupy – liczącej ok. 10 – 12 osób znajomych sobie ludzi (za każdym razem u kogoś innego w domu). W każdej chwili – jak zauważyłem – gotowych do wzajemnej pomocy. Często też ci ludzie wspólnie spędzają ze sobą także urlopy, organizują wycieczki i podejmują różne lokalne inicjatywy służące szerszemu ogółowi! Z czasem „ich integracja” staje się czymś niezwykle trwałym!

Kopalnia w Giesen (w której przez jakiś czas pracował mój ojciec), widoczna jest z Ahrbergen (ale też „z daleka,” gdy jedzie się szosą z Peine w kierunku Hildesheim), poprzez okazałą „białą górę”, będącą hałdą odpadów surowca wydobywanego ongiś z tego dużego zakładu pracy (który w czasie wojny – podobno – produkował dla wojska także broń i amunicję).

Ciekawostką, o której chcę jeszcze wspomnieć jest to, że na cmentarzu, na którym leży moja rodzina ze strony matki – znajduje się także – do dziś pielęgnowany grób polskiego robotnika przymusowego, zmarłego w 1943roku?! A na wielu grobach znajdują się polskie – z brzmienia – nazwiska! Gdybym miał czas, na pewno zbadałbym, czy są to groby polskich emigrantów po naszych nieudanych powstaniach czy zgermanizowani na przestrzeni wieków Polacy (Słowianie), zamieszkujący te tereny.

Ale wracając do mojego ojca; zaraz po maturze wyjechał on z Zabrza, aby studiować językoznawstwo. Doskonale opanował aż 6 języków i pracował – po studiach w kilku renomowanych „zachodnich” uczelniach – jako wykładowca na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie.

Do dzisiaj przechowuję z ogromnym pietyzmem jego wizytówkę, z ręcznie pisanym „pozdrowieniem” dla kogoś, komu widocznie ją przekazał, wraz z książeczką swojego autorstwa „Polnisch in der Ladwirtschaft – Polski w rolnictwie – wydaną przez Frank’sche Verlagshandlung Stuttgart w 1941roku.

Przypadkowo udało mi się ją kupić w jednym z antykwariatów (kiedy jeszcze pracowałem w Szczecinie). Na wizytówce, która znajdowała się w tej książeczce, oprócz nadruku „ROMAN CZEJAREK DOCENT”, jest także adres, pod jakim wtedy mieszkali moi rodzice: Berlin-Wilmersdorf, Livlaendische Strasse 4.

Matka moja – w przeciwieństwie do ojca, nie miała żadnych „szkół”. Od najmłodszych lat musiała pomagać swemu ojcu w wychowaniu dwóch jego synów z drugiego małżeństwa (bo ich matka, jak i jego żona z pierwszego związku – młodo zmarły). Dziadka ze strony mamy (nazywał: Christian Mellin), niestety nie zapamiętałem; zmarł, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem.

Przyrodni bracia mamy – Clemens i Gerhard, jak i jej najstarszy brat – Heino (z 1. małżeństwa ojca mamy), nigdy do końca nie byli zadowoleni z jej zamążpójścia za Polaka, a zwłaszcza jej decyzji powojennego wyjazdu z nim z Berlina do Szczecina.

Dziwili się także, że ja po powrocie matki w 1957r. do Niemiec, nie wyraziłem chęci dołączenia do niej, postanawiając pozostać w Polsce! Zadowoleni natomiast byli (jak sądzę), że po „zamążpójściach” zarówno mojej matki, jak i mojej siostry – mieli je obie materialnie „z głowy”. Gdyż dzięki swoim mężom – były odtąd na „swoim” i niezależne finansowo od rodziny.

Choć ówczesny burmistrz Ahrbergen – Nowitzki (którego imienia już nie pamiętam) – był bardzo przychylny wszystkim przybyszom z Polski, emigrującym z kraju, gdy u nas zwalczano „Solidarność”. Czy matka i siostra też skorzystały z jego pomocy – nie wiem, natomiast na pewno w pierwszym okresie po powrocie z Polski korzystały z gościny braci mamy. Odwdzięczały się najstarszemu bratu mamy – Heino – ciężką pracą w piekarni, która wtedy – w roku 1957 – zupełnie nieźle prosperowała. Pragnę przez to podkreślić, iż od „braci”, ani moja mama, ani siostra, niczego za darmo nie dostały. W Niemczech w ogóle niczego nie dostaje się za darmo. Nigdy też nie wnikałem w to, czy matce, po jej powrocie do Niemiec, coś jeszcze z tzw. spadku „po ojcu” się należało?

Matka moja – była kobietą bardzo ładną, przy tym niezwykle pracowitą i uczciwą, mającą w sobie wiele dobroci, której jako jej pierworodny wielokrotnie zaznałem.

Kierowała się w życiu bardzo prostymi i przejrzystymi zasadami. Kłamstwo czy łamanie ustalonych z Nią norm, co nam jako dzieciom wolno robić, a czego nie wolno – nie wchodziło w rachubę.

Bardzo przeżywała nasze dramatyczne rozstanie w 1957roku, kiedy zupełnie sam pozostawałem w Polsce. NIGDY nie miała o to do mnie żalu. Doskonale wiedziała, że wybrałem drogę ojca i tylko z Polską wiązałem swoją przyszłość. Była dumna z tego, co mi się udało osiągnąć jeszcze za Jej pobytu w Polsce, a i potem, gdy już mieszkała w Niemczech. Wiem o tym od znajomych Niemców, którym chwaliła się (jak i moja siostra) moimi sukcesami. Tylko nie rozumiała, że przez długie lata nie mogliśmy się widywać, ani spotykać. Do 1970r. odmawiano mi wielokrotnie paszportu (bez uzasadnienia), mimo iż byłem już wtedy dość popularną postacią w Szczecinie, kierownikiem dużej księgarni „Klubowa” i znanym kolarzem.

 Zmarła po długiej chorobie, w Ahrbergen 12 grudnia 2001 roku. Ojca przeżyła dokładnie o 48 lat. Na szczęście zdążyliśmy się z nią pożegnać. Nie zapomnę, gdy w ostatnich sekundach uniosła rękę, jakby chciała nam powiedzieć: „Żegnajcie, bardzo Was kochałam…”!

Zza muru cmentarnego, znajdującego się tuż za jej mogiłą (w której leży pochowana razem ze swym drugim mężem), widać w oddali dom, z bardzo skromnym czynszowym mieszkaniem na poddaszu, w którym po ślubie wspólnie przeżyli ponad 40 lat.

Po odejściu „z piekarni swego brata” ciężko pracowała, sortując mundury angielskiego wojska stacjonującego od powojnia w Ahrbergen. Jej życie wcale nie było usłane różami.

Dlatego do dziś boli mnie, że ksiądz żegnający ją podczas pogrzebu, nie wspomniał ani słowem, że jej pierwszym mężem był Polak. A gdy po pogrzebie zapytałem go, dlaczego nic o tym fakcie nie wspomniał – usłyszałem w odpowiedzi: przecież tu wszyscy o tym wiedzą! A młodzi niby skąd mogą wiedzieć – proszę księdza, zapytałem?

Wiedzy na ten temat nigdy dość (to mój oficjalny do tego komentarz), zwłaszcza, gdy się chce – a obie strony tego chcą – rozwinąć obecnie partnerskie kontakty między Niemcami a Polakami. One muszą być one oparte na prawdzie, inaczej nigdy nie zbuduje się prawdziwego zaufania pomiędzy naszymi narodami!!

Ojciec mój, w przeciwieństwie do mamy był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Studiował w Berlinie, Paryżu, Madrycie i Rzymie. A z perspektywy lat – mogę stwierdzić, że było to udane małżeństwo; szkoda tylko, że wojna zabrała im (a przez to i mnie, i mojej siostrze) wiele szczęśliwych lat z naszego życia. Ciągle natrafiało na jakieś przeszkody. Dziś myślę, że problem małżeństw polsko-niemieckich, jak i w ogóle zagadnienie małżeństw mieszanych dojrzał do pilnego rozwiązania w ramach tworzącego się prawa Unii Europejskiej.

Ojciec mój, pracując na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie, został powołany do wojska i skierowany na front Wschodni. Tak zresztą robiono wtedy z wszystkimi „niepewnie politycznymi” obywatelami, zwłaszcza polskiego pochodzenia. Na szczęście przeżył wojnę i wrócił do nas pod koniec 1945 r., po krótkim pobycie w angielskim obozie jenieckim. Miał szczęście, gdyż najstarszy brat matki wrócił z Sybiru, dopiero na początku lat pięćdziesiątych.

Podkreślę, że rodzice nauczyli mnie dbać o wspólnotę rodzinną, obchodzić uroczyście wszelkiego rodzaju święta, zwłaszcza Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy; także urodziny (a mieszkając już w Szczecinie doszły do tego „kalendarza” i IMIENINY, które w Niemczech nie są obchodzone).

W mojej pamięci pozostaną też zawsze Zielone Świątki, święto Trzech Króli, Adwent, ale przede wszystkim należało pamiętać (i to mi pozostało do dziś) właśnie o „urodzinach” członków najbliższej rodziny: kuzynów, wujków, cioć i także bliskich znajomych, których zarówno w Berlinie, jak i potem w Szczecinie MIELIŚMY ZAWSZE BARDZO DUŻO!

Ojciec, jak i matka byli ludźmi bardzo religijnymi. Obowiązkowe było niedzielne i świąteczne WSPÓLNE chodzenie do Kościoła „na dziewiątą lub na sumę”, która odbywała się o jedenastej z obowiązkową (w Szczecinie) procesją wokół kościoła. Tych „procesji” nie było w Berlinie, za to tam po mszy WSZYSCY jej uczestnicy spotykali się w Domu Parafialnym na tzw. II śniadaniu, połączonym z około półtoragodzinnym spotkaniem towarzyskim, za które „płacili” bogatsi, zrzucając pieniądze na „tacę” umieszczoną przy wejściu do pomieszczenia restauracyjnego. Z tym zwyczajem spotkałem się także w Ahrbergen.

Moi rodzice bardzo często wychodzili razem „z domu”; gdy byliśmy z siostrą nieco starsi – zabierali też nas ze sobą na różne (na ogół nudne) obiady, względnie kolacje do znajomych, ale częściej do opery, filharmonii, teatrów, cyrku (który do tej pory jest ulubioną formą rozrywki wielu Niemców. Był także długo i moją!).

Nie zapomnę pierwszego w życiu „wyjścia” do opery z rodzicami (na „Jasia i Małgosię”). Po spektaklu nasz stary samochód (odkupiony od kogoś dkw) zepsuł się – a była zima – więc tata z mamą go pchali, a ja dzięki temu po raz pierwszy mogłem usiąść „za kierownicą”. (Zaś Annemarie przez całą drogę płakała z zimna, siedząc na tylnym siedzeniu i pewnie bojąc się, że wjadę w jakąś latarnię. A do domu w Wilmersdorf było stamtąd kilka ładnych kilometrów.

Pamiętam też trochę zabawną sytuację przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy na wiele dni przed Wigilią odkryłem schowany dla mnie prezent, a była nim „maszyna parowa” (taka lokomotywa), która wytwarzała prąd i napędzała kilka karuzel. Owa lokomotywa (z pewnością wtedy bardzo droga) spadła mi ze stołu i kompletnie rozpadła się. Boże, jak nie chciałem doczekać tych świąt. Zdziwienie ojca było ogromne, gdy odpakował tę kompletnie zdezelowaną zabawkę, lecz awantury nie było; zapytał tylko, dlaczego mu nie powiedziałem, że zabawka się zepsuła?

NA SZCZĘŚCIE rodzice przyjęli moje przeprosiny i… dali pieniądze, za które już po świętach kupiłem takie samo urządzenie, o którym wtedy marzyłem.

Po „niedzielnych” obiadach rodzinnych obowiązkowy był popołudniowy spacer, zaraz „po kawce”. Dzieci szły z „z przodu”, a rodzice nieco z tyłu, by nie blokować innym chodnika. Tak było w Berlinie, a potem też w Szczecinie, dopóki żył ojciec.

Do tych wspólnych „wyjść” byliśmy oczywiście wszyscy zawsze odświętnie ubrani. Raz jednak przytrafiło mi się nieszczęście; … czekając przed domem na rodziców, mocno kopnąłem piłkę, ale tak nieszczęśliwie, że w moich nowych „tyrolkach” odpadła zelówka. Na szczęście sąsiad z parteru zdążył mi ją przykleić i udało mi się zaliczyć ten spacer. Pewnie i tata, i mama zauważyli, co się wydarzyło, ale nigdy nie podnosili głosu i nie karali za „takie” przewinienia. W ogóle nie karali, TYLKO KOCHALI. Dzisiaj jestem im za to wdzięczny; stosowałem „tę zasadę” także wobec własnych dzieci i swoich wnucząt. I…

„polecam” tę metodę WSZYSTKIM RODZICOM! Wychowywania swego potomstwa bez stresu i przemocy. Moje pokolenie zostało doświadczone wojną, rozstaniami, tęsknotą za najbliższymi, niedostatkiem i tragicznymi wydarzeniami, które zabrały nam DZIECIŃSTWO.

W niedziele zwykle mój ojciec grywał na organach w kościele św. Krzyża (w Szczecinie na Pogodnie) na pierwszej mszy (o ósmej), wyręczając organistę. Lubiłem te msze i wtórowałem mu „od ołtarza” (jako ministrant) razem z naszym proboszczem Franciszkiem Kotułą w śpiewaniu tych GODZINEK! Pamiętam je do dzisiaj! Zawsze dużo ludzi przychodziło na nie, aby zwyczajnie posłuchać TEGO śpiewu.

Zresztą ksiądz Kotuła też pochodził ze Śląska, więc bywał również częstym gościem w naszym domu i po jednym takim przyjęciu (nieco zakrapianym), zgubił w drodze powrotnej stułę. Mieszkał w ładnej willi na Pogodnie przy ulicy Wieniawskiego, razem ze swoją siostrą. (Mój wuj, brat ojca – Reinhold – który też był księdzem, również miał do pomocy „Frau Otti”, której moja mama nie znosiła)!

Wikarym u księdza Kotuły był ulubiony przeze mnie ksiądz Karol Rusek (b. kapelan wojskowy), który jednocześnie był nauczycielem religii w liceum, do którego uczęszczałem. Wspominam go dlatego, gdyż …dawał mi rozgrzeszenia bez spowiedzi; kazał jedynie przyklęknąć i odmówić jedną zdrowaśkę i było po wszystkim. Obu tych księży wspominam także dlatego, iż po śmierci ojca pomagali mojej matce finansowo, a wtedy każda złotówka była dla nas wielką pomocą. Gdy chodziłem z nimi „po kolędzie” też pozwalali mi „zarobić”; wtedy był zwyczaj, że księża chodzili z ministrantami, za co otrzymywało się dość porządne napiwki, po 10, 20, a czasem nawet 50 złotych od poszczególnych rodzin. Więc trochę z tych datków zawsze się uzbierało na ubrania, książki, węgiel na zimę itp. (W piwnicy nadal hodowałem – dopóki żył ojciec, to razem z nim – króliki „na niedzielne „mięso”). Dużo pożytku mieliśmy też z ogródka pracowniczego, najpierw przy ulicy Santockiej, a potem Mickiewicza; uprawiało się warzywa, a także ziemniaki na codzienne potrzeby, ale też na zimę. Mama sporządzała też weki z owocami „na każdą niedzielę”.

Swego rodzaju tradycją było celebrowanie sobotnio-niedzielnych posiłków. W sobotę, na kolację były zazwyczaj parówki – po jednej, czasami dwie na osobę, w niedzielę rano jajecznica (wzbogacona mlekiem), a na obiad mięso (czasami kura, albo kaczka i to już było wyjątkowe ŚWIĘTO!). Nie było nam w tamtych latach łatwo, lecz wspominam je z niemałym rozrzewnieniem. Jeszcze raz chętnie uścisnąłbym Tatę i Mamę! Przeżegnał się z nimi przed jedzeniem, odmówił modlitwę. Mimo, iż dziś aż tak nie przestrzegamy tych praktyk, z czułością wracam jednak myślą do tamtych chwil.

W dniu, kiedy tata umierał na zapalenie płuc (po operacji żołądka), byłem u Niego w szpitalu. Nigdy nie zapomnę naszej ostatniej rozmowy i jego prośby, którą skierował do mnie. „Pomagaj mamie, aby nie cierpiała, gdy mnie zabraknie!”, ale „Ty pozostań tu (miał na myśli Szczecin) i pracuj dla Polski…” Płakałem, nie mogąc uwierzyć, że to nasze ostatnie widzenie… Potem słyszałem już tylko jego szept; przez chwilę myślałem, że się modli, a tymczasem On powtarzał znane mi prawdy Polaków: … Polak Polakowi bratem i …Polska jest matką naszą, nie wolno o matce mówić źle! Tak kończył się w moim życiu rok 1953.

Grób mojego ojca znajduje się na Cmentarzu Centralnym „Ku Słońcu” w Szczecinie. Dzięki troskliwej opiece naszej Rodziny – Elżbiety i Mirosława Górnych (mieszkających w Szczecinie) – grób jest wspaniale zadbany, mimo upływu 67 lat! Dziękujemy Wam Elu i Mirku za tę opiekę.

Ciąg dalszy nastąpi

i będzie miał tytuł:

„Od praktykanta w księgarni, do dyrektora departamentu książki w ministerstwie!”

 

P.S. W trakcie pisania tego odcinka odszedł NA ZAWSZE Andrzej Strzelecki! Niezapomniany twórca spektaklu „Złe Zachowanie” i dyrektor Teatru „Rampa”. Pragnę pożegnać Go, dziękując za kilkuletnią współpracę, gdy byłem dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy. Pozostanie w mojej pamięci, jako wielki Artysta i wielki CZŁOWIEK, dla którego polskie przemiany w latach 80., zwłaszcza w obszarze kultury, były Mu drogowskazem, ale tylko poprzez partnerskie kontakty i konstruktywną współpracę. Żadna różnica zdań nie burzyła osiągniętego konsensusu dla dobra polskiego teatru, dla jego rozwoju i upowszechniania w kraju i na świecie.

Poprzedni artykułŁad czy bezład międzynarodowy
Następny artykuł„Obłęd `44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie” – Piotr Zychowicz (recenzja książki)
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

4 KOMENTARZE

  1. Szanowny Karolu jestem pod wrażeniem Twojego opracowania [wspomnienia] o Rodzinie i jej losach zwłaszcza w okresie okupacji i po wojnie. Ukazałeś codzienne Jej życie w tym trudnym dla każdego okresie, a zwłaszcza z taką czcią piszesz o Ojcu i Jego więzi z Ojczyzną. Przecież mieszkał w Zabrzu [Hindenburgu] w mieście od kilku wieków oderwanym od Polski a pomimo tego przywiązanego przez wielu jego mieszkańców do tradycji i historii tego państwa. Nie trzeba szukać daleko, bo wymownym przykładem jest jest Twój Ojciec. To Rodzina „wpoiła” Jemu patriotyzm i umiłowanie Ojczyzny i te wartość przekazał Synowi-Tobie Szanowny Karolu. Życie Twojego Ojca to świadectwo losu Polaka w Niemczech, żyjącego w niezwykle trudnym okresie historii. bo m.in. w czasach ideologii hitlerowskiej. Wiele rodzin poddanych zostało terrorowi, prześladowaniu wszystkiego, co ludzkie i co polskie. Zwróciłeś uwagę, że Jego Żona pochodzenia niemieckiego szanowała Jego przekonania i była wierną towarzyszką w zmieniającej się sytuacji polityczno-gospodarczej, począwszy od dobrobytu poprzez głód.
    Drogi Karolu to dzieje pozornie jednej Rodziny, ale jakże autentyczne droga wielu rodzin z pogranicza polsko-niemieckiego. Ukazałeś losy jednej Rodziny w niezwykle trudnym okresie historii, los Polaka, ojca Rodziny, miłującego wolność i odpowiedzialnego za całą Rodzinę. To obraz codziennego życia, jakże trudnego, gdy brakuje wszystkiego, zwłaszcza żywności.
    Ogromna potrzeba takich opracowań, aby ocalić pamięć o prawdziwej miłości panującej w Rodzinie, wzajemnej pomocy udzielanej sobie przez Polaków i Niemców. Gratuluję, serdecznie pozdrawiam całą Rodzinę i życzę zdrowia.

  2. Piękna historia dwojga ludzi, którzy pomimo, iż wydawało się, że dzieli ich wszystko, potrafili stworzyć udany związek dzięki wzajemnemu szacunkowi i konsekwentnemu trwaniu przy swoich zasadach.

  3. Drogi Karolu, z przyjemnością przeczytałem Twoją sagę rodzinną. Miło Ciebie wspominam i naszą współpracę w MKiS. W czasie pandemii spędzamy więcej przy komputerze i tak trafiłem
    na Twoje wspomnienia. Najpierw znalazłem Twój artykuł o Zbigniewie Okoniu, który z kolei napisał wspomnienie o poecie z Lublina Henryku Makarskim A ja mam radiowe nagranie z 1972 roku rozmowy tym poetą. Pomyślałem sobie, że byłby to pamiątka dla rodziny, bo zmarł w 2001 roku i chciałem znaleźć jakiś kontakt.
    Niestety, nasi koledzy odchodzą. Wczoraj pożegnaliśmy Edka Krasowskiego.
    Serdecznie pozdrawiam, Paweł Byra

Pozostaw odpowiedź Paweł Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here