Rozmowa z dr Ewą Łastowiecką (nie tylko lekarką, ale także pisarką)
Karol Czejarek (Karol): – Dziękuję Pani Doktor za wyrażenie zgody na tę rozmowę, której temat męczy mnie od dawna, gdyż – niestety – ostatnio coraz częściej korzystam z publicznej służby zdrowia (starość nie radość). Ale nim przejdziemy do spraw „medycznych”, poinformuję naszych Czytelników, że również jest Pani autorką znakomicie napisanych książek:
„Zemsta Skorpiona”,
„Limba” oraz
„Na scenie Szpitala Al Kindi w Bagdadzie”.
Ta ostatnia była wynikiem Pani wyjazdu w roku 1982 wraz mężem do Iraku.
Pytam więc, kiedy na półkach księgarskich znajdzie się kolejna Pani literacka publikacja?
Ewa Łastowiecka (Ewa): – Nie wiem.
Karol: – Zatem pozostańmy na razie przy pierwszym zagadnieniu pt. ZDROWIE.
Czy zna Pani receptę na rozwiązanie w Polsce problemów związanych z funkcjonowaniem służby zdrowia?
Ewa: – Nie. Zarządzanie jest sztuką zgłębianą przez kilka lat na studiach, doskonaloną na podyplomowych kursach, czerpaniem z doświadczeń historycznych i obserwacją radzących sobie lepiej z tym problemem. Wiem tylko, jak zarządzać domem, planować budżet, dbać o czystość (jedyną rzecz, na którą mogą sobie pozwolić w równym stopniu zamożni, jak i ubodzy).
Przez całe życie połowę naszego uposażenia przeznacza się na różne składki, w tym na ochronę zdrowia. Nie rozumiem, dlaczego jest jak jest. W tym zakresie nie mam kompetencji.
Karol: – A Pani Mąż?
Ewa: – Mój mąż uważa, że należy zacząć od edukacji społeczeństwa: zaufania do wiedzy i zrozumienia wagi problemu.
Karol: – Pani Doktor, brakiem kompetencji nie może się Pani zasłonić – gdyby tak było, nie poprosiłbym Panią o tę „receptę”.
Ewa: – Mogę jedynie oprzeć się na truizmach i opiniach ekonomistów.
Karol: – Zatem chciałbym prosić o poszerzenie Państwa odpowiedzi ( jako że pracowała Pani także zagranicą), w kwestii dotyczącej ew. wykorzystania doświadczeń innych krajów przez naszych urzędników „zarządzających zdrowiem” w urzędach miast, gmin, na szczeblu województw i całego kraju.
I ewentualnie – w jaki sposób miałoby to być wprowadzone w życie? Także w kwestii „edukacji społeczeństwa”?
Ewa: – W każdym kraju widoczny jest trend do oszczędzania.
W Niemczech np. już nie zwraca się kosztów za nocny kurs taksówki do apteki po lek dla chorego sąsiada.
W Austrii pacjent zgłaszający się do dentysty musi się liczyć z tym, że najpierw będzie zrobiony porządek z trzonowcami, a jedynki (z powodu których się zdecydował na wizytę) będą leczone na końcu.
Lekarzowi zależy, żeby pacjent nie zniechęcił się, nie zrezygnował w połowie leczenia, bo za każdy zabieg Kasa Chorych zapłaci.
Wydaje mi się, że osobą która mogłaby wymyślić koncepcję ochrony zdrowia w tych warunkach, jest pan Jerzy Owsiak.
Karol: – Bo… potrafi dokonywać cudów?
Ewa: – Bo niekonwencjonalnie myśli, a potencjał zamienia w konkret. Jednak czuwanie nad zdrowiem wszystkich obywateli nie nadaje się na widowisko. To problem wyjątkowo złożony.
Pandemia COVID w wielu krajach uzmysłowiła, czym jest brak zaufania do organów, którym powierzone jest zdrowie.
Dlatego z wyprzedzeniem pracuje się nad kosztownymi, lecz opłacalnymi, wielokrotnie mniejszymi niż koszty leczenia pandemii, planami tej edukacji.
Nauka nie tylko pozwala na wgląd w problemy, z którymi boryka się świat, lecz również dotyka nas na co dzień.
Karol: – Proszę o poszerzenie w tym zakresie swojej wypowiedzi.
Ewa: – Wdrażanie w życie wyników badań naukowych, choćby zaczynało się od rozwiązań dla potrzeb naszej obecności w kosmosie, przenika do przyziemnych problemów, oferując różne udogodnienia.
Podpatrujemy wzory na Zachodzie, a czym zadziwia nas Wschód?
Hiroszima i Nagasaki przypominają nam konsekwencje rozszczepienia atomu uranu.
Dziś wiemy, że energia atomowa może być czysta, może dostarczać ciepło i światło w domach, oczyszczać z toksycznych spalin powietrze.
Brak zrozumienia korzyści płynących z postępu nauki prowadzi do katastrofy, przesuwa nas w średniowiecze, a może cofnąć w paleolit.
Karol: – W związku z tym, co konkretnie powinniśmy w naszym kraju zrobić, aby… nie cofnąć się do „paleolitu”?
Co Pani Doktor np. doradziłaby (mając tak ogromny bagaż doświadczeń) ministrowi zdrowia, gdyby Panią o taką radę poprosił?
Ewa: – Przeciwnie, ten bagaż jest zerowy i na pewno nie będę doradzała ministrowi. Moim obowiązkiem jest doradzanie pacjentom w ich żywotnych sprawach.
Karol: – A gdyby „się uparł” i nadal bardzo o to prosił?
Ewa: – Potraktowałabym pytanie jak formę przestrzenną i spojrzenie od tyłu. Co my możemy zrobić dla poprawy stanu zdrowia w sytuacji, w której jesteśmy zdani na łaskę deficytowej instytucji?
Karol: – I, chcąc nie chcąc, wracamy do Narodowego Funduszu Ochrony Zdrowia? Ale proszę mówić dalej, gdyż znów Pani przerwałem…
Ewa: – Sporo wiemy: praca, ruch – to życie, a łóżko, fotel, pilot w ręku – grób. W Japonii i Korei Południowej jest najwyższa na świecie średnia długość życia – 82 lata, a to w połączeniu ze spadkiem liczby urodzin, powoduje przetaczanie się po tych krajach „srebrnego tsunami”. Tam się nie czeka z nadzieją, że jakoś to będzie. Proponowanie opóźnienia wieku emerytalnego budzi sprzeciw. Wobec tego przeciwdziała się w inny sposób: aktywizuje się seniorów i stwarza placówki zatrudniające osoby po 70. roku życia. Dodatkową korzyścią są kontakty międzyludzkie (ich brak jest pułapką w pracy zdalnej).
Karol: – To bardzo interesujące, proszę o więcej szczegółów!
Ewa: – Na jednej z małych wysepek żyją sobie staruszki powyżej setki (głównie kobiety). Badacze rzucili się do obserwacji czynników sprzyjających utrzymaniu długotrwałej kondycji. I co się okazało?
Te starowiny truchtają przed świtem na brzeg oceanu, parę ładnych minut ćwiczą, podziwiając wschód słońca, wracają, na śniadanko garsteczka ryżu i jakieś roślinki z własnego ogródka. No a po południu – „hulaj dusza, piekła nie ma”: rozkwita życie towarzyskie, tańce, gry, śmichy chichy, jakieś skromne sushi, trochę glonów…
Karol: – I co Pani na to jako doświadczona lekarka?
Ewa: – Należy dodać, że długiemu życiu nieuchronnie towarzyszy degeneracja tkanek. Każdy podział DNA (a w niektórych narządach następuje to co kilka dni) stwarza możliwość niekorzystnej mutacji, wiodącej do schyłku. Chorych, niezdolnych do samodzielnego życia nie kieruje się jak kiedyś do szpitala, tylko pomaga zapewnić opiekę w domu. To nawet stymuluje innowacyjne rozwiązania, np. człekokształtne roboty, ale pewnych czynności robot nie wykona, potrzebna jest ludzka pomoc. W zależności od dochodów pacjenta, państwo pokrywa koszt tej opieki, czasem nawet całkowicie.
Karol: – A dlaczego u nas opieka zdrowotna kuleje?
Ewa: – Nie ma tu nic odkrywczego, powód jest oczywisty. Przykład: u południowego sąsiada, w Czechach (z podobnym do naszego systemem), pacjenci zawsze mieli się lepiej, bo mają wyższy procent PKB na zdrowie.
Karol: – A więc to zależy od PKB?
Ewa: – Dysponując jedną z najniższych w Europie dotacją, jesteśmy zmuszeni mocno oszczędzać.
Kontrakty ograniczają limity przyjęć pacjentów, a te wynikają z wysokich, wciąż rosnących kosztów nowatorskich urządzeń, zabiegów, operacji czy też nowoczesnej farmakoterapii. Niby umiemy się uporać z chorobami infekcyjnymi, ale bakterie, te najprymitywniejsze formy życia, ignorują prawa ewolucji i błyskawicznie tworzą mechanizmy uodpornienia na kolejne specyfiki.
Karol: – Czy to znaczy, że wyprodukowanie nowych jest kosztowne i mało opłacalne?
Ewa: – Produkcja leków stosowanych w chorobach przewlekłych jest masowa, czyli bardziej opłacalna, infekcja mija zwykle po kilku dniach. No a wirusy, ze zdolnościami „agentów do zadań specjalnych”, jak tylko przedostaną się do życiodajnych ludzkich soków sieją spustoszenie, tego właśnie doświadczyliśmy niedawno i jeszcze się z tym nie uporaliśmy.
Karol: – I co nam jeszcze leży na sercu?
Ewa: – Informując pacjenta z migotaniem przedsionków (i skromną emeryturą), o optymalnej, zgodnej z wytycznymi, terapii przeciwkrzepliwej zapobiegającej udarom, która nie jest refundowana, a koszt miesięcznej kuracji wynosi 150 złotych, walczymy z poczuciem wstydu. Nie mamy też odwagi proponować choremu z ciężką niewydolnością serca leku o udowodnionych korzyściach z ceną zależną od dawki od 340 do 650 złotych.
Karol: – Oszczędza się również na zakazie wystawiania recept na bezpłatne leki dla ubezpieczonych seniorów, w prywatnych placówkach (które znacząco odciążają zakłady publiczne). Może warto zredukować liczbę urzędników w ochronie zdrowia, cyfryzacja powinna pomóc. Bo to jest podobnie, jak z biurokracją w kopalniach, która pobiera dodatki, jakby sama narażała swoje zdrowie i życie, schodząc na dół.
Ewa: – Zwłaszcza, że to wiąże się z dodatkowymi wpływami do budżetu. Wspomaga go i pacjent opłacający „usługę”, i lekarz odprowadzający z tego tytułu podatek. Dlatego też należałoby ułatwiać tworzenie nowych firm, jak również wspierać istniejące, od największych do jednoosobowych. Z pustego i Salomon nie naleje.
Poprawa stanu nie jest możliwa z dnia na dzień, ale gdyby to rozplanować na kilka lat (takie propozycje już były), oczywiście z uwzględnieniem kształcenia większej liczby kadry na pierwszą linię frontu?
A co mogą urzędy lokalne? Starać się o fundusze i budować placówki zgodne z wymogami czasu.
Karol: – Pani Doktor, pięknie dziękuję za tę rozmowę i szczerość z jaką podeszła Pani do tematu!
Ewa: – Pan Profesor ma dar wydobycia na światło dzienne czegoś, co boli. Zazwyczaj niechętnie o tym rozmawiamy.
Karol: – Mam nadzieję, że jednak poruszymy omawianymi zagadnieniami wielu naszych Czytelników, których zapraszamy do wyrażenia swoich opinii (w rubryce do tego przeznaczonej pod tekstem). A już na zakończenie jeszcze zapytam:
Kiedy na półkach księgarskich i bibliotecznych zobaczymy Pani kolejną książkę?
Ewa: – Ja ją skończyłam. Następne kroki nie zależą ode mnie. Sama jestem ciekawa.
Karol: – Zapraszam zatem PT Czytelników, do ew. wyrażenia swych opinii na temat „ochrony zdrowia” w naszym kraju, życząc Pani Doktor, jak najszybszego wydania kolejnej książki.












Przeczytałem rozmowę z wielkim zainteresowaniem, ale również z bolesną świadomością bezsilności, jak sądzę nie tylko moją, ale również korzystających z coraz bardziej ograniczanych usług służby zdrowia i także, a może głównie lekarzy, co wyraźnie wyczuwa się w wypowiedziach pani doktor Ewy Łastowieckiej. Nikt, z wiadomych przyczyn, nie chce otwarcie powiedzieć, że głównym problemem ochrony zdrowia jest obecna władza, która szasta miliardami dla własnych korzyści, czyli, nie daj Boże, wygrania nadchodzących wyborów. Gdyby ci ludzie ( rządzący ) otrzeźwieli, okazałoby się, że przeznaczenie nawet 7% dochodu państwa na służbę zdrowia nie byłoby wielkim problemem. No, ale cóż, schorowane są nie tylko nasze ciała, ale także świadomość, która teoretycznie nie ma prawa istnieć bez współpracy z rozumem. Ale okazuje się, że w naszej Ojczyźnie jednak wszystko jest możliwe. Z wyrazami szacunku – Szymon Koprowski.
Zapoznałem się, część opinii podzielam,. Moje zdanie jest takie
Należy wprowadzić:
– egzamin z psychologii dla przyszłych studentów (obecnie brakuje lekarzy z powołania, a społeczników w ogóle nie ma)
– obowiązek odpracowania lat studiów (ograniczymy wyjazdy zaraz po studiach)
– ograniczyć kompetencje Izb Lekarskich (obecne to synekurki walczące z władzą – każdą władzą) i przywrócić funkcję lekarza woj. (nie będzie wtedy brakować specjalistów w jednej dziedzinie a nadmiaru w innej – nikt teraz nad tym nie panuje
– przywrócić konkursy na stanowiska ordynatorów a nie mianowania (likwidacja kolesiostwa)
Przyczyną obecnej złej sytuacji w medycynie jest (moim zdaniem)nie brak środków lecz zła organizacja pracy. Ile by teraz wpompował kasy to się rozejdzie, bo to worek bez dna
Na szczęście nie jestem ministrem zdrowia, ale chcę powiedzieć, że i na dobrze zorganizowaną służbę zdrowia (jak w USA) też są skargi. Po prostu trzeba mieć kasę, dużą kasę aby się ubezpieczać (dodatkowo także) i wtedy możesz chorować. Życzmy sobie więc zdrowia i obyśmy nie musieli korzystać z opieki medycznej. Ściskam prawicę
Maciej Zarębski (lekarz emeryt od 2003 roku)
Dopóki władzę sprawować będzie obecny rząd, to nie widzę szans na poprawę ochrony zdrowia pacjentów. Społeczeństwo się starzeje, a koszty leczenia są coraz wyższe. Jestem emerytem. Mam zdiagnozowane migotanie i trzepotanie przedsionków, cukrzycę… Tylko na te dwa schorzenia, leki kosztują mnie 320,00 zł. miesięcznie. W sumie za leki miesięcznie płacę około 500, 00zł. A podobno leki seniorzy mają za darmo. Trzy lata wstecz złożyłem dokumenty o sanatorium do Buska – Zdroju, w związku z przewlekłą chorobą kręgosłupa. Dzisiaj dzwoniłem z pytaniem, kiedy mam szanse otrzymać zgodę na przyjazd. Pani w planowaniu odpowiedziała mi, że jestem planowany na 2030 rok. Mam aktualnie 86 lat, przypuszczam że mogę do tej daty nie dożyć.
Zgadzam się z argumentacją Pani doktor. Po starannym przeczytaniu wywiadu z Panią dr n. med. Ewą Łastowiecką i śledząc z pozycji pacjenta to co dzieje się w szpitalach, poradniach i przychodniach, można wysnuć wniosek: żeby ulepszyć nasz system opieki i leczenia chorych, należy jego finansowanie realizować w oparciu o wyniki leczenia, położyć duży nacisk na realizację praw pacjenta, odpowiednie wynagradzanie personelu medycznego oraz wdrożenie rozwiązań e-zdrowia – to tylko niektóre z nich. Jan Chruśliński
Chcąc uniknąć maksymalnego dołowania, nie wspomniałam jak wygląda opieka nad pacjentami w Australii. Relacja mojej byłej pacjentki, pani Janeczki lat 84 (choroba Parkinsona, która wymaga wiele wysiłku by wprowadzić zamierzenie w czyn, wszczepiony w serce rozrusznik i kilka innych, typowych dla wieku dolegliwości). Jak działa tam ochrona zdrowia w holistycznym znaczeniu? Raz w tygodniu odwiedza ją pani z opieki społecznej, 3 godziny sprząta, potem razem jadą po zakupy. To teraz, ale niebawem limit czasu ma się zwiększyć. Raz w miesiącu Apteka przysyła zaordynowane leki, a w czasie Świąt do tego zestawu dołącza jakiś domowy wypiek lub inne słodkości. Pani Janka w każdej chwili mogłaby przenieść się do Domu Spokojnej Starości, ale w tych warunkach po co. Owszem po śmierci męża cierpi z powodu samotności (czynnik niekorzystny w ocenie ryzyka chorób, nie
tylko układu krążenia). Namiastką rekompensaty jest życzliwość, uczynność sąsiadów i długotrwałe rozmowy telefoniczne z Polską. Szarość jej dni rozświetla green house z szalejącymi storczykami i ptaki zjadające owoce wanilii. Mogła wrócić do kraju, nawet nie raz chciała, ale była przewidująca, zwyciężył zdrowy rozsądek, Ewa Łastowiecka