Barbara Szubert: „…przyszli po mnie w sobotę 12 grudnia o godzinie 23:30”

0

17 września 1980 r. w Chełmskich Zakładach Obuwia w Chełmie pod pozorem zebrania Koła Wędkarskiego, zorganizowanego przez Henryka Fotka, odbyło się spotkanie 17 przedstawicieli chełmskich zakładów pracy, które – jak twierdzi dr Andrzej Rybak – uważane jest „za nieformalne powołanie MKZ Solidarność na terenie Chełma” (Andrzej Rybak, Dzieje Ziemi Chełmskiej. Kalendarium. Chełm 1998, s.202).

Województwo Chełmskie liczyło wówczas 230 889 mieszkańców: w miastach mieszkało 86 187 osób, na wsiach – 144 702. Chełm – pierwsza, PKWN-owska stolica Polski Ludowej, jak określała go do czerwcowych wyborów w 1989 r. PRL-owska propaganda – spośród czterech miast istniejącego wówczas Województwa Chełmskiego był miastem największym – liczył 53 026 mieszkańców (Krasnystaw – 16 8520, Włodawa – 12 312, Rejowiec Fabryczny – 3997).

O wydarzeniu tym pisał w 2015 r. w Chełmskim piśmiennictwie solidarnościowym 1980-2015 (Biała Podlaska 2015, s.10) dr hab. Eugeniusz Wilkowski, jeden z najwybitniejszych działaczy Solidarności w Polsce, założyciel i przewodniczący NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych w Województwie Chełmskim, autor m. in. monumentalnych opracowań o Solidarności w województwach chełmskim, lubelskim i bialsko-podlaskim.

Pierwsze struktury Solidarności pracowniczej w Chełmie powstały we wrześniu 1980. 17 września doszło do spotkania przedstawicieli kilku chełmskich zakładów pracy w hotelu robotniczym Chełmskich Zakładów Obuwia. Międzyzakładowy Komitet Założycielski NSZZ Solidarność w Chełmie został powołany w Chełmie 27 września. Tego dnia została opracowana i przyjęta deklaracja założycielska. Należy przyjąć ją za pierwszy dokument chełmskiej Solidarności. 1 października przedstawiciele powołanego MKZ (Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego –  przyp. Z. W. O.) złożyli wizytę Wojewodzie Chełmskiemu, informując go o powołaniu Komitetu Założycielskiego. Strona Związku zwróciła się o przydział lokalu, poinformowania dyrekcji zakładów o rozpoczęciu działalności przez nowy Związek, a także opublikowania tej informacji w lokalnej prasie. 3 października Wydział V Komendy Wojewódzkiej MO w Chełmie, na okoliczność powołania chełmskich struktur Solidarności, wszczął sprawę obiektową o krypt. „Trzon”, w ramach której prowadzona była kontrola operacyjna Związku, w tym wydawane pisma”.

 Barbara Szubert, absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego im. S. Czarnieckiego w Chełmie (1963), pomaturalnej Państwowej Szkoły Technicznej w Lublinie (1966), pracownica Rejonu Dróg Publicznych w Chełmie (1975-1981 i 1982-1992), przewodnicząca Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, członek Zarządu Komisji Zakładowej w tymże zakładzie pracy, od początku powstania NSZZ Solidarność uczestniczyła w jego działalności.

W marcu i październiku 1981 była delegatem na I i II Wojewódzki Zjazd Delegatów Regionu Chełmskiego: od października 1981 r. została wiceprzewodniczącą Zarządu Regionu Chełmskiego. Pełniła funkcję Przewodniczącej Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania w Chełmie. Redagowała „Biuletyn Informacyjny MKZ NSZZ Solidarność Województwa Chełmskiego”, „Biuletyn Obrony Więzionych za Przekonania”, „Głos Chełma” oraz „Serwis Informacyjny NSZZ Solidarność Regionu Chełmskiego”.

Od 1992 aż do emerytury prowadziła własną księgarnię w Chełmie. W 2008 r. została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski a w 2015 roku Krzyżem Wolności i Solidarności.

Drogę do wewnętrznej wolności Barbara Szubert, jak sama stwierdziła w jednej z prasowych wypowiedzi, rozpoczęła od wypisania się pod koniec lat 70-tych XX wieku (jako jedyna w zakładzie pracy) z ówczesnych związków zawodowych oraz z Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Od tej chwili była bacznie obserwowana przez Służbę Bezpieczeństwa.

15 maja 1981 r. w „Biuletynie Informacyjnym wydawanym przez Regionalny Komitet Obrony Więzionych za Przekonania” (z 15.05.1981, s.4) w artykule pt. Bracia Kowalczykowie stanęła – cytuję dr. hab. Eugeniusza Wilkowskiego – „w obronie braci Kowalczyków (…), zamieszczając (…) tekst zdecydowanie broniący ich. Podkreśliła, że „mija już 10 rok od kiedy bracia Jerzy i Ryszard pozbawieni są wolności. Najpiękniejsze lata swojej młodości spędzają za murem więziennym dwaj mężczyźni: najszlachetniejsi ze szlachetnych, najuczciwsi z uczciwych. A my, maluczcy i tchórzliwi, wyjałowieni przez długie lata z empatii, poddańczo i z psią pokorą – niesiemy ten przerażający ciężar ludzkiej krzywdy. Czy możemy na to pozwolić? Czy możemy spokojnie spać i udawać, że wszystko jest w porządku?”. (Barbara Szubert, Bracia Kowalczykowie, [w:] Eugeniusz Wilkowski, Chełmskie piśmiennictwo solidarnościowe 1980- 2015, op. cit., s. 38).

Bracia Kowalczykowie, w proteście przeciwko masakrze robotników w grudniu 1970 r. w Gdańsku, jesienią 1971 roku, w przeddzień akademii Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, w auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu podłożyli ładunek wybuchowy (wykryty wskutek donosu i rozbrojony przed eksplozją), za co Jerzy został skazany na karę śmierci, a Ryszard na 25 lat więzienia. Sąd Najwyższy PRL-u wyroku tego nie zmienił. Po fali protestów i oburzenia państw Europy Zachodniej – Rada Państwa zmieniła Jerzemu wyrok na 25 lat więzienia.

Bracia Kowalczykowie pozostali w więzieniu mimo podpisania przez władze PRL-u Porozumień Gdańskich w 1980 r., które w pkt. 4 zobowiązywały władze do uwolnienia więźniów politycznych.

13 grudnia 2019 r. na stronie internetowej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie Piotr Janowski nazwał Barbarę Szubert „jedną z legend chełmskiej Solidarności” i opublikował jej artykuł pt. Agenci nie dali nam rady, w którym „Autorka opowiada o walce, jaka rozgorzała w latach 1980-1981 także na obszarze ówczesnego województwa chełmskiego. Materiał powstał na potrzeby okolicznościowego wydawnictwa „Solidarność XXXV lat”.

Barbara Szubert była rozpracowywana, o czym świadczy dokumentacja operacyjna chełmskiej milicji i Służby Bezpieczeństwa, przez Wydział V Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej/Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Chełmie w okresach: lipiec – październik 1984 r. w ramach SOR krypt. Przewodnik; grudzień – styczeń 1989 r. w ramach SOR krypt. Zamach; luty-listopad 1989 r. w ramach SOR krypt. Syndykat.

W cytowanym powyżej artykule Piotra Janowskiego Barbara Szubert podaje „kilka twardych liczb” o „pracy” chełmskiej Służby Bezpieczeństwa (we wszystkich cytatach Barbary Szubert zachowuję pisownię oryginału).

Oto one:

„W 1980 roku w województwie chełmskim zarejestrowanych było 313 Tajnych Współpracowników Służby Bezpieczeństwa. W kolejnych latach liczba ta rosła lawinowo. Od 1981 do 1984 roku nasze ówczesne województwo zajmowało pierwsze miejsce w kraju pod względem nasycenia współpracownikami SB. Po wybuchu Solidarności ta przygnębiająca statystyka ciągle rosła. W 1981 roku odnotowano w chełmskim 431 TW (tajnych współpracowników –  przyp. Z. W. O.). Tym samym na jednego TW przypadało 540 osób. W 1984 roku było już zarejestrowanych 836 TW, czyli na 1 TW przypadało 286 mieszkańców!

Tajnymi współpracownikami ktoś się musiał „opiekować”. Statystyczny funkcjonariusz SB zatrudniony w KW MO w Chełmie w 1982 roku nadzorował średnio 7,8 (w kraju – 4,67). Z tym wiąże się ilość spraw operacyjnych prowadzonych przez aparat SB. Tu też byliśmy w czołówce! (…).

Pomimo ogromnej mobilizacji SB i jej donosicieli, ruch społeczny, jakim była Solidarność, rozrastał się w niesamowitym tempie. Na koniec roku 1980 odnotowaliśmy już blisko 10 tysięcy członków. Działaliśmy zaledwie od połowy września! Do 13 grudnia 1981 roku było nas prawie 35 tysięcy. Potem,…potem było gorzej – zostało nas niewielu. Za to armia SB i jej sług rosła w siłę. Dlaczego właśnie u nas?

Historycy z IPN-u sugerują, że za wszelką cenę usiłowano powstrzymać przenikanie wpływów Solidarności na obszar ZSRR. (…). W gronie najsilniej nasyconych agenturą od 1981 roku znajdują się także województwa graniczące z „ojczyzną proletariatu”: przemyskie, bialskopodlaskie i zamojskie.

Następnej przyczyny upatrują w nadgorliwości funkcjonariuszy SB. Zwyczajnie walczyli o jak najwyższe „obłożenie” tajnymi współpracownikami, a co za tym idzie sprawami operacyjnymi. Posuwali się do fałszerstw i rejestracji jako TW „martwych dusz”. „Obłożenie” tajnymi współpracownikami oraz sprawami operacyjnymi było jednym z podstawowych kryteriów oceny pracy oficerów operacyjnych SB. Mówiąc wprost robili to dla własnej kariery i pieniędzy. (…)

Z SB mieliśmy setki „przygód”. Zdarzało nam się „wykupywanie” naszych kolegów z aresztów. Grzywny sięgały nawet 50 tys. zł. za osobę. Pieniądze trzeba było „organizować” natychmiast i równie szybko zawieźć do Lublina. Zdarzyło się, że już w drodze powrotnej przechwyciła nas SB. Przezornie kolega z „bibułą” wysiadł po drodze kontynuując podróż okazyjnie. Mały sukcesik, bo SB przeszukała samochód, przeprowadziła rewizje osobiste, nic nie znajdując. Udało nam się wtedy (i nie tylko wtedy) przeciwnika przechytrzyć”.

Barbara Szubert, jedna z około 100 osób internowanych w Województwie Chełmskim, uważana za najdłużej internowaną – w okresie stanu wojennego – kobietę w Polsce, była internowana 13 grudnia 1981 r. i osadzona w Ośrodku Odosobnienia w Chełmie (Zakładzie Karnym w Chełmie), skąd 17 grudnia 1981 r. przeniesiona została do Warszawy-Olszynki Grochowskiej, a od 7 stycznia 1982 r. do Gołdapi, gdzie z nasłuchu Radia Wolna Europa, redagowała biuletyn informacyjny. Radio „cudem” ocalałe z powszechnej rekwizycji jeszcze długo służyło pozostałym konspiracyjnym „redaktorkom” do kontynuacji biuletynu. Barbara zaś za swoją nieprzejednaną postawę została karnie przeniesiona do Darłówka.

Z artykułu Agenci nie dali nam rady przepisuję (zachowując pisownię oryginału) decyzję o internowaniu Barbary Szubert:

„Decyzja Nr 58 o internowaniu. Uznając, że pozostawienie na wolności obywatela nazwisko i imię SZUBERT Barbara imiona rodziców (…) data i miejsce urodzenia (…) zawód (zajęcie) i miejsce pracy technik – Rejon Dróg Publicznych w Chełmie., – kierownik działu. miejsce zamieszkania (…) zagrażałoby bezpieczeństwu Państwa i porządkowi publicznemu przez to, że jest inspiratorem strajków i publicznych wystąpień antypaństwowych, agresywna w stosunku do władz politycznych”.

W artykule pt. A było to tak… Fragmenty wspomnień z lat 1981-1989 Barbara Szubert odtworzyła przebieg aresztowania i postawę internowanych członków Solidarności w Chełmie w grudniową noc (z 12/13 grudnia) 1981 roku.

(Wspomnienia jej publikowane były m. in. w książkach Eugeniusza Wilkowskiego Solidarność na ziemi chełmskiej w latach 1980-1989, Chełmskie piśmiennictwo solidarnościowe 1980-2015 oraz Jana Antoniego Paszkiewicza Ku Niepodległej. Z dziejów oporu antykomunistycznego w Chełmskiem 1944-1989. Barbara Szubert jest jedną z bohaterek książki Aleksandry Boćkowskiej Można wybierać 4 czerwca 1989 [Wydawnictwo Czarne]).

„Wówczas przyszli po mnie w sobotę 12-go grudnia o godzinie 23.30. W wizjerze stała kobieta, więc będąc pewna, że to zbłąkana podróżna uchyliłam drzwi – z boku wyskoczyli ubecy – usiłowałam zamknąć drzwi, ale oni byli silniejsi i wyrwali drzwi z zawiasów. Najpierw zarządzili rewizję i zabrali mi wszystkie bezdebitowe książki i wydawnictwa. Było ich czterech i ubeczka. Potem kazali się ubierać w łazience przy tej ubeczce. Zapytałam ją szeptem co z Krajową Komisją (w Gdańsku trwały obrady). Już po nich – odpowiedziała. Kazała mi wziąć torbę podróżną i spakować się jak na długą podróż, nie zapominając o ciepłych rzeczach. Potem przez długi czas byłam najlepiej wyposażoną z internowanych. Przy pożegnaniu pies wskoczył mi na kolana i zaczął mnie lizać, a ubek powiedział: Pies wyczuł. Przywieźli mnie prosto do więzienia przy ul. Kolejowej. Ubeczka oświadczyła, że jestem po rewizji, więc zaprowadzili mnie prosto do celi. Cela była pusta, niesamowicie brudna, dwa 3-piętrowe łóżka, żadnej pościeli, koców, tylko kilka wybebeszonych porzuconych w nieładzie materaców. Zwinęłam się w kłębek nakrywając swoją kurtką i zapadłam w męczące koszmarne majaki. Śniło mi się, że mnie aresztowali. Jak dobrze, że to tylko sen…

Rano podniósł się ruch, więźniowie zabierali z korytarza kostkę, a klawisze mówili, że zaraz będzie ważny komunikat. Z głośników odezwał się Jaruzelski. Usłyszałam, że ktoś zamiata korytarz – cicho spytałam, czy są ludzie z Solidarności. Całe piętro poniżej – powiedział.

Postanowiłam założyć głodówkę. Piłam tylko kawę, była gorzka. W poniedziałek przyszedł do mnie lekarz – siadł tyłem do klawisza, prosił, żebym jadła, a z oczu płynęły mu łzy. (…). Wieść o moim pobycie lotem błyskawicy obiegła całe więzienie. Więźniowie nazywali mnie „Żołnierka” i wykrzykiwali słowa otuchy. Wiedzieli także, że trzymam głodówkę. Mój „opiekun” z SB wezwał mnie na spotkanie, zaczął przemowę jaka to ze mnie parszywa owca, znienawidzona przez Polaków, imperialistyczne pomiotło itp. Nawet tu, w tym więzieniu, wszyscy Was nienawidzą – przez Was nie mają widzeń, paczek, urlopów… W tym momencie zgasło światło i podniósł się niesamowity rwetes: Precz z komuną! Puścić Żołnierkę! Dawać tu Gierka! Po zapaleniu światła ubek nie miał mi nic do powiedzenia, tylko kazał oddać znaczek Solidarności. Odmówiłam. Zawołał klawisza, który stwierdził, że w celi nie można mieć szpilki. Ach! Tak! Więc chodzi tylko o szpilkę? Kalecząc palce, wyłamałam szpilkę, którą rzuciłam im pod nogi – a znaczek zabrałam. Przetrwał ze mną jeszcze kilka rewizji i zawsze jakoś go uchroniłam.

(…) Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Wigilię (w więzieniu na Olszynce Grochowskiej) spędzałyśmy we trzy w olbrzymiej dwunastoosobowej celi – brudnej, nieprzytulnej, zimnej. Żadna z nas słowem nie wspomniała, że to Wigilia – udawałyśmy same przed sobą, że Wigilii nie ma. Ale im bliżej wieczora, byłyśmy bardziej smutne. W końcu Baśka (Korol – przyp. Z. W. O.) wyciągnęła spod poduszki schowane białe prześcieradło, nakryła stół i cieniutko pokroiła 5 małych cebul, które miała w kieszeni podczas aresztowania. Za opłatek posłużył nam więzienny chleb. Po pewnym czasie jednak zaglądnęły do nas więźniarki, wręczając gałązkę świerku i torebkę różnych smakołyków zebranych po innych celach. Okazało się, że inne internowane miały już kontakt z rodzinami – tylko o nas, z dalekiego Chełma, nikt nic nie wiedział. Późnym wieczorem dołączyła do nas znana dziennikarka Wanda Falkowska, cała w czerni – i od niej dowiedziałyśmy się, że cała Warszawa chodzi tak ubrana na znak żałoby. Przyjęłyśmy ją czym chata bogata. Wkrótce rozmowy ucichły, bo nadeszła cisza nocna (…).

Następnego dnia doszły nowe internowane i nasza cela wypełniła się po brzegi. Już znałyśmy tekst kolędy Maćka Zembatego, przesłanej grypsem od mężczyzn z Białołęki i śpiewałyśmy na całe gardło:

Bóg się rodzi, a rodacy po więzieniach rozrzuceni,

Bo zachciało im się Polski sprawiedliwej na tej ziemi.

Żony, matki, siostry, bracia

Sami przy świątecznym stole –

Tylko diabeł mógł zgotować

Swoim bliskim taką dolę…

W nowy 1982 rok odwiedził nas w naszej celi kardynał Glemp i na więziennym korytarzu odprawił Mszę Świętą, a nas po raz pierwszy wypuszczono z cel”. (Barbara Szubert, A było to tak…Fragmenty wspomnień z lat 1981-1989, [w:] Jan Antoni Paszkiewicz, Ku Niepodległej 1944-1989, s. 221-222, 224, 236).

Barbara Szubert z internowania wróciła 3 lipca 1982 roku, wkrótce została znów aresztowana na 48 godzin, po czym jako internowana powróciła do Darłówka. Wyszła na wolność 2 grudnia 1982 roku – była najdłużej internowaną kobietą w kraju.

W Chełmie ponownie została zatrudniona (po zwolnieniu z pracy w 1982 r.) w Rejonie Dróg Publicznych w Chełmie na niższym stanowisku z obniżonymi poborami.

Pracy w strukturach podziemnych „Solidarności” nie przerwała, prowadząc dalej – mimo szykan „bezpieki” – działalność konspiracyjną.

W latach 1983-1989 prowadziła punkt kolportażowy w swoim mieszkaniu, odbywały się tu także zebrania i narady podziemnych struktur związku. W latach 1987-1989 współpracowała z Radiem Wolna Europa, przekazując informacje o działalności opozycji w Chełmie. W latach 1982-1989 milicja i służba bezpieczeństwa kilkakrotnie ją zatrzymywały na 48 godzin, z pracy wielokrotnie zabierano ją na przesłuchania i rozmowy „ostrzegawcze”. Represjom i szykanom nie było końca: znajomi i przyjaciele byli namawiani „groźbą i prośbą” do donoszenia o wszystkich jej poczynaniach; zastraszania, groźby, rewizje w domu, piwnicy i zakładzie pracy.

O jednej z tych rewizji i zatrzymań – z humorem i ironią – pisała w 1987 roku w artykule pt. A było to tak…Fragmenty wspomnień z lat 1981-1989:

„Było i straszno, i śmiesznie. Byliśmy młodzi, trudno było żyć w maksymalnym stresie kilka lat – więc bawiliśmy się, spotykaliśmy się i śmiali, i z siebie, i z ubeków, i z różnych sytuacji (…). W tym czasie miałam pudla, który wabił się Major. Pewnego razu podczas rewizji podarłam pewien list, a nawet usiłowałam go zjeść. Dzielni ubecy wykręcili mi jednak ręce, strzępy pilnie pozbierali i powlekli na komendę. Była wolna sobota, w budynku pusto i głucho. Sami składali strzępy, a mnie trzymali w poczekalni naprzeciw swego pokoju. Cichutko otworzyłam drzwi, aby usłyszeć, co tam się dzieje. Macie już coś? – Jeszcze nie towarzyszu majorze! I tak kilkakrotnie, trwało to naprawdę kilka godzin. Aż wreszcie: JEST!!! – No to czytajcie! – Major także cię całuje i pozdrawia, właśnie idę z nim na spacer. EEE, to jej pies – wypuścić ją!” (Barbara Szubert, A było to tak…Fragmenty wspomnień z lat 1981-1989, [w:] Jan Antoni Paszkiewicz, Ku Niepodległej 1944-1989, op., cit., s. 237-238).

W cytowanym powyżej artykule Barbara Szubert opisała dramatyczne wydarzenia związane z wyjazdem w dniu 3 maja 1987 roku dwudziestu działaczy Solidarności z Chełma do Lublina na uroczystości poświęcenia w nowym kościele na Tatarach (dzielnica Lublina) trzech dzwonów: „Wiary”, „Nadziei” i „Niepodległości”.

„Na miejscu zastaliśmy ogromny tłum ludzi, w tym wielu działaczy podziemnych struktur z całej Polski – no i oczywiście nie mniej ubeków wmieszanych w tłum (…). Po uroczystości ja i grupka osób przeszliśmy przez tory na peron, na pociąg do Chełma.

Tym sposobem uniknęliśmy „łapanki”, jaka odbyła się po wyjściu tłumu na ulicę. Ubecy wskazywali na niektóre osoby, a te były wciągane do milicyjnych suk.

Z naszych wpadli w ten sposób Tadek Pyrtak, Roman Zych oraz Wiesława i Marian Jonakowie. Zostali dotkliwie pobici a po 48 godzinach bocznymi drogami dowieziono ich na rozprawę. Kolegium wymierzyło im karę grzywny w wysokości 30 – 50 tys. złotych (wówczas była to bardzo znaczna kwota, np. moja pensja w tym czasie wynosiła 10 tys. zł miesięcznie. Grzywna płatna NATYCHMIAST.(…). Wszyscy szaleją z niepokoju nie wiedząc, co się stało z Romkiem, Tadeuszem i Marianem. Najbardziej przeżywa to Edward (Chmielewski –  przyp. Z. W. O.), który – wmieszany w tłum – był świadkiem ich pobicia i zatrzymania. To właśnie on powrócił do Chełma i powiadomił żony zatrzymanych i Bogdana (Mikusa, szefa podziemnych struktur Solidarności –  przyp. Z. W. O.) o tym, co się wydarzyło. Teraz w największym napięciu dyskutują o przyczynach ich nieobecności. Co do jednego są pewni – jest to sprawka ubeków.

Pan Edward czuje się źle, od dawna choruje na serce – idzie do domu i następnego dnia 7 maja 1987 r. umiera. Co mogliśmy dla niego zrobić? Stanęliśmy nad otwartą mogiłą i z rękoma wzniesionymi w geście zwycięstwa zaśpiewaliśmy:

OJCZYZNO MA,

TYLE RAZY WE KRWI SKĄPANA

TYLE RAZY GNĘBIŁ CIĘ KAT,

ALE ZAWSZE CZYNIŁ TO OBCY –

A DZIŚ BRATA ZABIJA BRAT!”

O wyborach 4 czerwca 1989 roku pisała:

„Jest niedziela, o godzinie 5-tej rano już jesteśmy w siedzibie Solidarności, tzn. jestem ja i Bogdan Mikus. Wszyscy pozostali działacze zostali skierowani do poszczególnych Komisji Wyborczych: po 3-ch działaczy na jedną Komisję. A Komisji kilkadziesiąt i tylko nielicznym w kraju udało się obsadzić wszystkie.

Należymy do tych chlubnych wyjątków, a zawdzięczamy to głównie Gienkowi Wilkowskiemu i Bogdanowi Mikusowi. Przez całe lata niezmordowanie i bez chwili spoczynku knują, drukują, kolportują, organizują spotkania, zebrania, odczyty, wszechnice, przerzuty bibuły, książek, kaset magnetofonowych itp. itd. Wokół nich skupia się garstka działaczy, ale na pewno jest ich mniej niż funkcjonariuszy SB w przepaścistym budynku milicji przy ul. Wysokiej (w Chełmie –  przyp. Z. W. O.). Oczywiście obydwaj są internowani (tak jak i 100-tka innych działaczy), oczywiście potem obydwaj siedzą w więzieniach (i nie tylko oni), poddawani są najrozmaitszym szykanom, jak pozbawienie pracy zarobkowej, liczne rewizje, szkalowania, inwigilowania, zastraszania…

Piszę o „nich dwóch”, ale przecież taki los jest udziałem w mniejszym lub większym stopniu nas wszystkich, działaczy pierwszej Solidarności. I oto od dwóch miesięcy znów działamy legalnie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki do naszej siedziby schodzą się wszyscy starzy działacze, nowi, młodzież szkolna…

Mam w pamięci taki obrazek: przychodzą trzej młodzieńcy w odświętnych garniturach…, prosto z matury, ”już nam nie mogą zaszkodzić, jesteśmy do waszej dyspozycji.

Opowieści, wspominki – kto, kiedy i dlaczego, a i łza się w oku zakręci. Sama popłakałam się jak bóbr, kiedy weszłam do lokalu, tego samego co w 1980 roku. Ale nie ma czasu na roztkliwianie się! Roboty huk! Trzeba przygotować się do wyborów a liczyć na żadną pomoc nie możemy, doświadczenia w tym temacie nie mamy żadnego, no chyba że w bojkocie dotychczasowych tzw. ”wyborów”.

Kandydatów już mamy: Gienek Wilkowski – bo nauczyciel, bo znany w terenie, mecenas Eugeniusz Ujas – bo znany w Chełmie, bo prawnik (a my zielona masa), Andrzej Szczepkowski – bo aktor, bo znane nazwisko w kraju, bo warszawiak.

Wszystko nowe, wszystko trudne, trzeba zdobyć maszynę do pisania, powielacz, papier, pieniądze, pieniądze, pieniądze… a i jakieś biurko i krzesła by się przydały. Domowym sposobem robimy plakaty, rozlepiamy, a te w nocy są zrywane lub fachowo dopisywane są „dymki” z rzekomymi wypowiedziami naszych kandydatów. Na powielaczu wydajemy biuletyny, odezwy, i rozprowadzamy po wszystkich zakładach pracy i w terenie. Zbieramy składki po zakładach pracy, w regionie na środku stołu stoi wielki słój, do którego wrzucane są datki. Trzeba zebrać 3 tysiące podpisów pod naszą listą, trzeba uświadomić ludziom jak głosować, trzeba dotrzeć na każdą wieś, trzeba robić zebrania, trzeba, trzeba, trzeba …A czasu tak niewiele, a „czerwoni” mają swoje gazety, propagandę, pieniądze i doświadczenie w manipulowaniu. A SB nadal węszy, nachodzi, straszy …. Mordercza praca, tyramy do późnych godzin nocnych, bez tchu, bez wytchnienia, żeby później sobie nie wyrzucać, że coś zostało przeoczone, coś niedopatrzone, bo drugiej takiej szansy może nie być.

ALE TO WSZYSTKO MAMY JUŻ ZA SOBĄ.

Teraz siedzimy i czekamy. Jakże tu cicho, jak pusto, jak spokojnie i tylko ten niepokój chwytający za gardło. Jak tu dotrwać do zamknięcia lokali wyborczych, kiedy to zacznie się liczenie głosów? Wszędzie mamy „swoich”: w Komisjach i to ze znaczkami Solidarności w klapie i dodatkowo Mężów Zaufania .Tym razem nie dopuścimy do fałszerstw. Nie z nami te numery Bruner!

Około 22-giej wyganiam Bogdana, aby się przespał. Liczenie jeszcze potrwa, a to jest któraś noc z rzędu niedospana. Jestem sama, cisza dzwoni w uszach, nie mamy tu nawet radia. Około północy dzwonek telefonu zrywa mnie na równe nogi: Wygraliśmy, wygraliśmy, pani Basiu wszystkie głosy za Solidarnością wrzeszczy jak opętany nasz członek Komisji Wyborczej w ZPOW (Zakładach Przetwórstwa Owocowo -Warzywnego w Chełmie –  przyp. Z. W. O.), czyli popularnie mówiąc Winiarni.

Jestem w szoku, dostaję spazmów, płaczę. Za chwilę drugi telefon o podobnej treści. Z kim podzielić się tą niesamowitą wiadomością, komu powiedzieć, kto to zrozumie, co to dla nas znaczy?

W tym momencie dodzwania się do mnie Radio Wolna Europa i prosi o relację z przebiegu wyborów. Nasze kontakty z RWE to osobny rozdział. Od 1987 roku jesteśmy z nim w kontakcie, nadajemy bezpośrednie relacje z regionu, a to dzięki temu, że pracuje tam Roman Żelazny nasz kolega, który po internowaniu wyemigrował. Ale przechytrzyć SB, to już inna sprawa. Telefony działaczy podziemnej „S” są na podsłuchu. Trzeba za każdym razem nadawać relacje z „nie namierzonego” telefonu. Kilka razy jest to telefon mojej Matki, ale ten jest za blisko mojej osoby. Tu napotykamy na niebagatelne trudności, nie ma zbyt wielu chętnych, aby w tym nam pomóc, ale dajemy sobie jakoś radę i w RWE gościmy jako nieliczni z tzw. ”prowincji.” Tak więc podnoszę słuchawkę i bez namysłu głosem nabrzmiałym od płaczu i nadmiaru emocji drę się:

WYGRALIŚMY, WYGRALIŚMY, ZWYCIĘSTWO !!!!!

Potem budzę Bogdana:

– Przyjdź natychmiast, bardzo ważna sprawa.

Gdy się pojawia, relacjonuję mu co i jak, a ten łapie się za głowę:

– Coś ty narobiła, po dwóch telefonach ogłaszasz światu nasze zwycięstwo?! Zwariowałaś, gdzie odpowiedzialność za słowo, rozum postradałaś? No, sama nawarzyłaś piwa i teraz sama go wypijesz. Jak zadzwonią powtórnie odszczekasz wszystko!

Bogdan chodzi wściekły jak lew po klatce, a ja cichutko połykam łzy i odmawiam zdrowaśki. Ale nie! Rozdzwaniają się telefony z różnych stron regionu i każdy mówi to samo. Bogdanowi poprawia się humor, a ja jestem wniebowzięta, że uniknęłam kompromitacji.

Zaczynają się schodzić nasi komisjanci z wynikami wyborów a także…mieszkańcy Chełma, którzy usłyszeli moje wołanie w RWE. Pełna euforia! Z przyniesionych danych sporządzamy tabelę, żeby nie dać się wykiwać. Każdy opowiada swoje przeżycia, śmiechy, radość niesamowita. Każdy nowo przybyły witany jest głośno i z progu melduje wygrana, wygrana !!!

(…) Cały nasz lokal jest szczelnie wypełniony, a widok jest niesamowity, mężczyźni w odświętnych garniturach, kobiety w eleganckich sukniach siedzą teraz pokotem na podłodze i nikt nie zamierza iść do domu. (…)

Dzwonię do dyrektora Szkoły Podstawowej w Białopolu (powiat chełmski –  przyp. Z. W. O.) i składam gratulacje, że zatrudnia w szkole Senatora, czyli Gienka Wilkowskiego. Ten zmuszony do jego powtórnego zatrudnienia z trudem go toleruje, ale ja udaję, że tego nie wiem i rozpływam się w pochwałach:

Taki zaszczyt dla Pana i szkoły!

 Gienek prowadzi zajęcia, ale „dobry” pan dyrektor go zwalnia i Gienek wkrótce pojawia się u nas. Wiwatom nie ma końca! W tej atmosferze trwamy do późnych godzin popołudniowych 5 czerwca. Zdajemy sobie sprawę, że jest to historyczna chwila i chcemy się nią nacieszyć. Jeszcze nie wiemy, jak spożytkować to zwycięstwo, co będzie dalej, ale teraz JESTEŚMY SZCZĘŚLIWI. Tak zapamiętałam ten dzień i jest to dla mnie jeden z najszczęśliwszych dni w życiu!”.

Okoliczności wyboru Eugeniusza Wilkowskiego na kandydata na senatora z listy Solidarności Barbara Szubert opisała w artykule pt. Człowiek z pasją – przedmowa, opublikowanym w książce Eugeniusza Wilkowskiego, Solidarność Rolników Indywidualnych w Chełmskiem w latach 1980-1992 (Chełm 2018, s.299):

„Gienek został Senatorem. Nie mogę jednak nie przypomnieć, jak do tego doszło, że znalazł się na naszej liście.

I tu marzy mi się, aby przeczytali to uważnie młodzi ludzie, którzy obserwują dzisiejsze wybory. Gdzieś w kwietniu 1989 roku, podczas zebrania w Domu Parafialnym przy kościele p. w. Św. Kazimierza, ustalaliśmy ostateczną listę. Padła kandydatura Gienka. Gienek wstał i powiedział oczywiście NIE, NIE i już !!! Nie pomogły groźby , prośby perswazje – ale jednocześnie uczestnicy zebrania podnieśli taki raban, że to gienkowe „nie” ginęło w ogólnej wrzawie. Powtarzało się to jeszcze kilkakrotnie i za każdym razem z podobnym skutkiem. W końcu poprosiłam o przerwę w spotkaniu i w oddzielnej salce nakazaliśmy Gienkowi podjąć pojawiające się wyzwanie. Dopiero w obliczu takich argumentów ustąpił”.

13 maja 2014 r. w Pałacu Prezydenckim w Warszawie odbyło się IV ogólnopolskie seminarium Przedsionek Wolności – między Okrągłym Stołem a wyborami 4 czerwca 1989 r. Dwa miesiące, które zmieniły Polskę: 05.04-04.06.1989″. (Materiały ukazały się drukiem [w:] Przedsionek Wolności – między Okrągłym Stołem a wyborami 4 czerwca 1989 r. Dwa miesiące, które zmieniły Polskę: 05.04-04.06.1989″. Wydawca: Archiwa Przełomu 1989-1991).

W seminarium tym uczestniczyła Barbara Szubert: w panelu historycznym w dyskusji na temat kampanii wyborczej 1989 roku oraz jej roli i znaczeniu dla okresu przełomu – we wspomnieniu pt. To już minęło 25 lat – mówiła:

„Z trudem przychodzi mi wspomnienie tych dwóch miesięcy poprzedzających pamiętny dzień 4 czerwca 1989 rok. I to nie tylko dlatego, że minęło 25 lat. Te dwa miesiące przeżyliśmy w totalnym amoku, pracując bez wytchnienia, nie dosypiając, nie dojadając, a o życiu prywatnym nie ma co nawet wspominać – po prostu go nie było.

Pochodzę z Chełma, województwo lubelskie, wówczas było to małe, 55-ciotysięczne, miasto wojewódzkie, oczko w głowie partyjnych przywódców. Wszak to tu rzekomo był wydrukowany i ogłoszony Manifest Komunistyczny PKWN. I tak miało pozostać po wsze czasy. Organizowanie wyborów zaczynaliśmy nie mając NIC, absolutnie NIC. Wydawało się, że to absurd, utopia. Jak mówi polskie przysłowie: Z piasku bicza nie ukręcisz. A myśmy ukręcili!

Początkowo zebrania organizowaliśmy w salce katechetycznej przy Kościele, wszystkie pozostałe prace i cały sztab mieścił się w moim malutkim mieszkanku. Potem wydębiliśmy lokal od Prezydenta Miasta. Pamiętam dwa momenty: jeden, kiedy czekając na audiencję u Prezydenta Miasta – wywołaliśmy w urzędzie popłoch, a urzędnicy oglądali nas, jak byśmy byli kosmitami. I drugi, kiedy weszłam do pustego lokalu (a przypadek sprawił, że był to ten sam lokal co w 1980 roku), usiadłam na jedynym sprzęcie, jakim było połamane krzesło i ogarnęło mnie przerażenie. Od czego zacząć? Skąd wziąć biurka, krzesła, telefon, maszyny do pisania, papier, powielacz, no i pieniądze, pieniądze …i wstyd powiedzieć – rozryczałam się.

Nie chcę wymieniać tu nazwisk, ale muszę tu przywołać dwa: Bogusława Mikusa i Eugeniusza Wilkowskiego. Mikus to przewodniczący Solidarności pracowniczej, a Wilkowski rolniczej.

To oni od pierwszych chwil stanu wojennego, będąc jeszcze w ośrodkach internowania, organizowali podziemne struktury organizacji. Wokół siebie skupili nieliczną ale pewną grupę działaczy i robiliśmy wszystko to co w dużych i silnych ośrodkach opozycyjnych. Manifestacje, odczyty, wykłady, drukowanie własnej prasy, ale też sprowadzanie olbrzymiej ilości „bibuły”, książek, kaset spoza naszego regionu. Działaliśmy w podziemiu na tyle sprawnie, że pomimo wielokrotnych zatrzymań, rewizji a nawet aresztowań i zakrojonych na szeroką skalę esbeckich „obław” – drukarnia nigdy nie wpadła. Nie zdołano również skłócić i rozbić naszej grupy.

I to zaowocowało. Nagle, gdy zaszła taka potrzeba, mieliśmy cały sztab ludzi gotowych do działania! Do drukowania, kolportażu, organizowania zebrań, sprzętu, zbiórki pieniędzy i zebrania trzech tysięcy podpisów pod nazwiskami naszych kandydatów. Najważniejszą sprawą było powołanie Komitetu Obywatelskiego. Ambicją naszą było, aby w jego skład weszli ludzie darzeni powszechnym szacunkiem, nie kojarzeni tylko i wyłącznie z solidarnościowymi działaczami. A czasy były niepewne, wygrana poza wyobraźnią, a ryzyko dla takich ludzi duże. Ale udało się! W naszym Komitecie był i adwokat, i architekt, i nauczyciel, i wysoki urzędnik państwowy, i rolnik, i rzemieślnik – cały przekrój społeczny.

Przypadek sprawił, że żaden nasz kandydat do parlamentu nie miał plakatu ze zdjęciem Lecha Wałęsy.

Plakaty robiliśmy sami ”domowymi” sposobami! Codziennie były pracowicie rozklejane – a nocą pracowicie zrywane lub też doklejano im „dymki” ośmieszające kandydatów. „Dymki” drukowano na profesjonalnej maszynie, maszyna taka była tylko w siedzibie wojewódzkiego Komitetu PZPR. My drukowaliśmy swoje ulotki na marnym papierze i rozklekotanym powielaczu białkowym – oni swoje na wysokiej klasie sprzęcie. Ale to nasze były rozchwytywane, czytane i przekazywane dalej.

W każdej Komisji wyborczej, nawet w najmniejszej wiosczynie, zasiadali nasi działacze i to ze znaczkami Solidarności w klapie. Niejednokroć widok znaczka Solidarności wywoływał wzruszenie u wyborców, ale co najważniejsze, dawał pewność, że tym razem nie zdarzy się kolejny „cud nad urną”. Trzeba jasno powiedzieć: na zwycięstwo nie liczyliśmy. Marzyliśmy o przyzwoitym wyniku, aby nie dać przeciwnikowi powodów do uciechy i kpin.

No i ZWYCIĘŻYLIŚMY!!!! I znowu padło pytanie: Od czego zacząć?”.

W 1990 r. odbyły się w Polsce wybory prezydenckie, w których Zarząd Regionu NSZZ Solidarność w Chełmie – oraz „znakomita większość” członków chełmskiej Solidarności – poparli kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta Polski. „Część członków Zarządu, w tym B. Szubert i B. Mikus – pisze Eugeniusz Wilkowski w Chełmskie piśmiennictwo solidarnościowe 1980-2015 – opowiedziało się za kandydaturą Tadeusza Mazowieckiego. Podczas posiedzenia Zarządu miało paść stwierdzenie, że osoby popierające T. Mazowieckiego powinny wypisać się z Solidarności”.

Odpowiedzią Barbary Szubert na to „stwierdzenie” był jej artykuł pt. Dlaczego nie wypiszę się z Solidarności. („Słowo Chełma….”. Rok I nr 9, 22 października 1990, s. 1).

Bardzo charakterystyczny, ukazujący postawę Barbary Szubert, jest wywiad pt. Gdzie są ludzie z tamtych lat…? Wróciła do książek. Barbara Szubert, który Mieczysław Suski, chełmski regionalista, nauczyciel, od 2000 r. dziennikarz związany z „Kresami. Tygodnikiem Chełmskim”, opublikował w tym tygodniku (nr 47(541, 14-20 listopada 2005, s. 6).

Artykuły i wypowiedzi prasowe Barbary Szubert charakteryzują nie tylko jej postawę i działalność solidarnościową, ale – co należy wysoko ocenić i podkreślić – dokumentują ich znaczenie w formułowaniu patriotycznych, pożądanych społecznie postaw obywatelskich.

We wspomnieniach Barbary Szubert bardzo ważne są cytaty z literatury pięknej odwołujące się do jej działalności solidarnościowej. Jednym z takich odwołań jest cytat z książki Władymira Bukowskiego, rosyjskiego dysydenta, pt. I powraca wiatr…

„Jedynie nowicjusz po raz pierwszy siedzący, liczy dni, czeka wolności. Ja siedziałem po raz czwarty i wiedziałem, że nie ma w życiu większego rozczarowania niż zwolnienie z więzienie. Wiedziałem też, że przyczyny, które zapędziły mnie do tiurmy po raz pierwszy, zapędzą i po raz drugi i po raz trzeci. Przyczyny są niezmienne, nigdy nie zgodzisz się na KŁAMSTWA i OBŁUDĘ”.

 I komentarz Barbary Szubert:

„Okres stanu wojennego dzielę na dwa okresy: przed przeczytaniem tej książki i po. Lektura zrobiła na mnie piorunujące wrażenia – miałam przewodnik po życiu, które mnie czekało, bo przecież o zaniechaniu pracy w podziemiu nie mogło być mowy. „Jak długo byś nie czekał na aresztowanie, zawsze przychodzi nieoczekiwanie i zawsze nie w porę””. (cytaty pochodzą z w/w książki).

„Jedno wiedziałem ponad wszelką wątpliwość – wyzwolenie nie przychodzi do człowieka z zewnątrz .MUSI PRZYJŚĆ OD ŚRODKA. Żeby tak się stało przemycaliśmy niezliczone ilości bibuły, wydawaliśmy swój biuletyn, a ponadto rozpowszechnialiśmy książki, zakazane filmy (wyświetlane na jedynym pożyczonym odtwarzaczu), audycje nagrane na taśmie magnetofonowej (np. kronika wydarzeń wydawana przez Stefana Bratkowskiego), wykłady historyczne (m. in. prof. Łupiny z Lublina), występy artystyczne (m. in. Haliny Mikołajskiej i Tadeusza Sikory), wyjazdy do innych działaczy i na Mszę Św. za Ojczyznę celebrowaną przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Pamiętam rewizję w marcu 1984 roku – akurat w domu było mnóstwo bibuły, książek, zdjęć itp. Ubecy triumfalnie zaścielili tym cały dywan, zadzwonili po fotografa i robili zdjęcia: oto przestępca i dowody jego winy. W duchu cieszyłam się – i tak wpadka, i tak, niech chociaż mają świadomość jak wielki jest zasięg tego zjawiska (…).

„Najważniejszy twój majątek to przyjaciele. Nie masz innych dóbr i mieć nie będziesz.” Po 13 grudnia wielu, wielu moich dotychczasowych przyjaciół się ode mnie odwróciło. Ci co pozostali, są nimi do dzisiaj. Ale z drugiej strony zyskałam tylu nowych, że w „normalnych” czasach nigdy bym ich nie miała. Polegaliśmy na sobie w każdej sytuacji, a czasy dla prawdziwej przyjaźni nie były łaskawe”.

Wspomnienia Barbary Szubert oraz jej solidarnościowe artykuły mocnymi akcentami wpisują się w literaturę polską poświęconą walce Polaków o wolności i niepodległość naszej Ojczyzny.

Gdy je czytam, niezmiennie towarzyszą mi refleksje związane z tą literaturą, ze wspomnieniami bohaterów i działaczy niepodległościowych z lat niewoli narodowej, z okresu wojny i okupacji, z okresu komunistycznego zniewolenia Polski, z czasów walczącej Solidarności. Odnoszą się one do charakterystycznych dla tamtego czasu, tłumionych przez PRL-owską cenzurę, wyzwań i potrzeb mówienia – a robili to tacy ludzie jak Barbara Szubert – prawdy o historii Polski, co sprowadzało się w okresie PRL-u, m. in. do mówienia przez nich prawdy o Polsce Ludowej, o legionach Piłsudskiego, o odzyskiwaniu niepodległości w 1918 r., o wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r., o 17 września 1939 r., o Katyniu, o Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego, o prześladowaniach Armii Krajowej po 1944 r., o „metodach bezpieki” w latach czterdziestych – sześćdziesiątych XX wieku, o październiku 1956 r., o marcu 1968 r., o grudniu 1970 r., o Radomiu 1976 r., o sierpniu 1980 r., o stanie wojennym 1981 r..

Refleksje te mają wiele źródeł. Jedno z tych źródeł wypływa z czasu naszej młodości, gdy w latach 1959-1963 uczęszczaliśmy z Barbarą Szubert, wówczas Barbarą Klubą, popularną w szkole Baśką, do „jednej klasy” – XI„d” – w I Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie.

Naszą wychowawczynią i polonistką przez cztery lata (1959-1963) była Zofia Książek (1908-2015), nazywana przez uczniów „Zosią”, legendarna nauczycielka języka polskiego, „poetka czystych rąk i nieskażonych sumień’ – jak nazwałem ją w opracowanym przeze mnie wyborze jej poezji Wszystko było prawdą Wszystko jest prawdą (Chełm 2006). To ona wprowadzała nas w świat prawdy i czystości moralnej, pokazywała, czym dla człowieka jest sprawiedliwość i wolność, wyzwalała w nas refleksję i zadumę nad światem, nad otaczającą nas rzeczywistością, budziła rozważania o historii Polski, uczyła nas miłości do Boga, Ojczyzny, ziemi rodzinnej. do człowieka. Uczyła nas solidarności. Uświadamiała nam, w jakiej Polsce żyjemy. Człowiek w jej rozważaniach – pedagogicznych i artystycznych – był zawsze postacią centralną, jego godność i człowieczeństwo, niezgoda na fałsz, kłamstwa, zakłamanie i obłudę były wartościami nadrzędnymi, decydującymi o postawie, moralności i trwaniu człowieka, określającymi jego użyteczność i jego miejsce wobec Boga, ludzi i społeczeństwa. Pasjonował ją polski romantyzm, wierzyła, że Polska odzyska – „już niedługo” – wolność i niepodległość: do 1989 r. w kościele śpiewała „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, po 1989 r. – „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”. Fascynowały ją geniusz i wizjonerstwo Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego: gdy w dyskusjach na lekcjach języka polskiego podawaliśmy rok 1944 jako rok odzyskania przez Polskę niepodległości i spełnienia się słów A. Mickiewicza: A imię jego czterdzieści i cztery – ucinała krótko: Nie o taką Polskę chodziło Mickiewiczowi. Powtarzała, że spełni się jeszcze przepowiednia J. Słowackiego i Polak zostanie papieżem. Przerażał ją mroczny świat rewolucji w Nie-Boskiej Komedii Zygmunta Krasińskiego, uwznioślało zwycięstwo Chrystusa i wiary w tym dramacie. Jej rozważania o Bogu, ciągłe odwoływanie się do wiary, nadziei i miłości do Boga, do Chrystusa, do Matki Bożej Chełmskiej, do Polski – Ojczyzny naszej, przenoszone później na lekcje religii, odbywane z księdzem Zygfrydem Berezeckim (1907-1963: dziś kandydatem na ołtarze) w przykościelnej zakrystii, ukazywały nam świat wartości, którego nie było wokół nas. A gdy nie mogła o czymś mówić, zwłaszcza na lekcjach języka polskiego i lekcji wychowawczej, milczała. Było to milczenie – słyszę je do dzisiaj – mądre, pełne prawdy i godności, wymowne i pouczające.

Legenda Zofii Książek wciąż trwa i fascynuje kolejne pokolenia Czarniecczyków. Legenda o jej życiu, pracy nauczycielskiej, o twórczości literackiej, o bezgranicznej wierze w Boga, o miłości do Polski, do ludzi, do swoich uczniów i wychowanków. Dla pokoleń absolwentów I Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie: przedwojennego, wojennego (Zofia Książek uczestniczyła w tajnym nauczaniu) i powojennego, dla współczesnej młodzieży tej szkoły, Zofia Książek jest – i pozostanie – jak Mickiewiczowski Konrad, którego miłość nie na jednym spoczęła człowieku i obejmowała przeszłe i przyszłe pokolenia. Jest – i pozostanie – gwarantem odwiecznych, niezniszczalnych prawd o Bogu, o współczesnej Polsce, o Człowieku, o nas i naszym pokoleniu.

My wszyscy z Ciebie – napisał o Zofii Książek Janusz Krzywicki, parafrazując słynną wypowiedź Zygmunta Krasińskiego, odnoszącą się do Adama Mickiewicza i powtarzając ją na jej pogrzebie w dniu 26 lipca 2015 r. (Janusz Krzywicki, My wszyscy z Niej. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom III. Chełm 2000, s. 210).

Dziś – my: uczennice i uczniowie klasy XI„d”, absolwenci I Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie rocznik 1963, wychowankowie Zofii Książek: Basia Szubert (Kluba – w nawiasie podaję nazwiska panieńskie), Krysia Pękała (Kosowska), Bronia Małysiak (Mielniczuk), Ela Gowin (Polonis), Renia Krawczyk (Pędzińska), Irka Jankowska (Bierut), Marysia Major (Gontarz), Marysia Wyhadańczuk (Janowska), Janusz Dobrowolski, Maciek Auguściuk, Waldek Kuchta, Marek Sionkowski, Jasio Czuba, Zbyszek Władysiuk, Zbyszek Okoń, co roku w maju, od 2016 roku, spotykamy się w Domu Pracy Twórczej Teresy i Owika Kazarianów w Uhrze k. Chełma (o Domu Pracy Twórczej w Uhrze pisałem w „Przeglądzie Dziennikarskim” we wrześniu 2018 r.). Przyjeżdżamy – uważamy to za nasz „uczniowski” obowiązek – z różnych stron Polski – i z zagranicy. Łączy nas przyjaźń, jednoczy Polska i jej współczesny czas wolności i demokratycznych przemian: miłość do niej, troska o jej bezpieczeństwo, zgodę narodową i odpowiedzialną przyszłość, nie dzieli nas przeszłość, w której pracowaliśmy w różnych zakładach pracy i urzędach, w szkołach, wyższych uczelniach, placówkach kultury; należeliśmy do różnych związków zawodowych, stowarzyszeń, organizacji i grup społecznych, partii politycznych.

Łączą nas wartości, które wynieśliśmy z naszych domów rodzinnych, ze szkół oraz rozwinęliśmy i realizowaliśmy w naszym dorosłym, zawodowym i społecznym życiu.

W piosence pt. My z Jedenastej „d” (słowa: Zbigniew Waldemar Okoń, muzyka i śpiew Janusz Dobrowolski), która stała się hymnem naszych spotkań, śpiewamy :

Szkoło nasza ukochana

Szkoło młodych serc i dusz

Dziś do ciebie powracamy

Z najróżniejszych życia dróg

Sny młodzieńcze los zamieniał

Czasem w radość czasem w łzy

Pozostają nam wspomnienia

Jedenasta „d” to my

Dawnych marzeń świat ożywa

Chełm którego nie ma już

I zielona pierwsza miłość

Kwiat kasztanów zapach róż

Bo my w Chełmie znów jesteśmy

Jakże pięknie razem być

Snuć wspomnienia śpiewać pieśni

Bawić się i wino pić

„Zosia” stopnia wystawiała

Z naszej wiary zacnych prawd

Mądrą rada nauczała

Przestrzegajcie Bożych prawd

Basia Krysia Bronia Ela

Janusz Maciek Waldek zuch

Marek Jasio Renia Irka

Dwie Marysie Zbyszków dwóch

 Refren: Dawnych marzeń świat ożywa….

Refren: Bo my w Chełmie znów jesteśmy …

Refren: Szkoło nasza ukochana…

Chociaż czas jak rzeka płynie

Niosąc przeszłość tamte dni

Najpiękniejsze są wspomnienia

Jedenasta „d” to my

Jedenasta „d” to my.

 

19 lipca 2019 r. w „Gazecie Wyborczej” Barbara Szubert powiedziała:

„Wywalczyliśmy wolność i daliśmy na tacy mówiąc – macie. Dziś jestem gorszym sortem…”. (ttps://www.wysokieobcasy.pl/akcje-specjalne/7,170470,25045861,barbara-szubert-jestem-).

Nie będę rozwijał tego cytatu. Jakże gorzko brzmi on dzisiaj w Polsce, 31 lat po odzyskaniu przez naszą Ojczyznę niepodległości, w Polsce skłóconych obywateli, walczących ze sobą od kilkunastu lat w wojnie polsko-polskiej o wartości, które nie powinny ich dzielić, lecz łączyć w narodową wspólnotę, utrwalającą, zachowującą i rozwijającą, pomnażającą i przekazującą następnym pokoleniom Polaków nasze polskie dziedzictwo narodowe.

Nie będę też go komentował. Czas, polski czas, w którym Barbara Szubert wypowiedziała te słowa, komentarz i refleksję pozostawiam Czytelnikom.

11 czerwca 1987 r. Papież Polak, Święty Jan Paweł II, zwracając się do ludzi morza, powiedział w Gdyni:

„Czy przyszłość, lepsza przyszłość, może wyrosnąć z narastania różnic i przeciwieństw na drodze wzajemnej walki? Walki systemu przeciw systemowi, narodu przeciw narodowi – wreszcie: człowieka przeciw człowiekowi! W imię przyszłości człowieka i ludzkości trzeba było wypowiedzieć to słowo „solidarność”. Dziś płynie ono szeroką falą poprzez świat, który rozumie, że nie możemy żyć wedle zasady „wszyscy przeciw wszystkim”, ale tylko wedle zasady „wszyscy z wszystkimi”, „wszyscy dla wszystkich (…).

Nie może być mowy o żadnym postępie, jeżeli w imię społecznej solidarności nie będą respektowane do końca prawa każdego człowieka. Jeżeli nie znajdzie się w życiu społecznym dość przestrzeni dla jego talentów i inicjatywy. A nade wszystko dla jego pracy. (…)

Bo co to znaczy solidarność? Solidarność to znaczy sposób bytowania w wielości ludzkiej, na przykład narodu, w jedności, w uszanowaniu wszystkich różnic, wszystkich odmienności, jakie pomiędzy ludźmi zachodzą, a więc jedność w wielości, a więc pluralizm, to wszystko mieści się w pojęciu solidarności. Sposób bytowania ludzkiej wielości, mniejszej lub większej, całej ludzkości poszczególnego narodu bytowania w jedności godnej człowieka. Powiedziałem: solidarność musi iść przed walką. Dopowiem: solidarność również wyzwala walkę. Ale nie jest to nigdy walka przeciw drugiemu. Walka, która traktuje człowieka jako wroga i nieprzyjaciela – i dąży do jego zniszczenia. Jest to walka o człowieka, o jego prawa, o jego prawdziwy postęp: walka o dojrzalszy kształt życia ludzkiego. Wtedy bowiem to życie ludzkie na ziemi staje się „bardziej ludzkie”, kiedy rządzi się prawdą, wolnością, sprawiedliwością i miłością. (Fragment przemówienia papieża Jana Pawła II do ludzi morza. Gdynia, 11 VI 1987 r.).

Dzień później, 12 czerwca 1987 r. w Gdańsku, w homilii wygłoszonej podczas Mszy Świętej dla ludzi pracy Święty Jan Paweł II powiedział:

„Człowiek nie jest sam, żyje z drugimi, przez drugich, dla drugich. Cała ludzka egzystencja ma właściwy sobie wymiar wspólnotowy – i wymiar społeczny. Ten wymiar nie może oznaczać redukcji osoby ludzkiej, jej talentów, jej możliwości, jej zadań. Właśnie z punktu widzenia wspólnoty społecznej musi być dość przestrzeni dla każdego. Jednym z ważnych zadań państwa jest stwarzanie tej przestrzeni, tak aby każdy mógł przez pracę rozwinąć siebie, swoją osobowość i swoje powołanie. Ten osobowy rozwój, ta przestrzeń osoby w życiu społecznym jest równocześnie warunkiem dobra wspólnego. Jeśli człowiekowi odbiera się te możliwości, jeśli organizacja życia zbiorowego zakłada zbyt ciasne ramy dla ludzkich możliwości i ludzkich inicjatyw – nawet gdyby to następowało w imię jakiejś motywacji „społecznej” – jest, niestety, przeciw społeczeństwu. Przeciw jego dobru – przeciw dobru wspólnemu”.

11 listopada 2003 r. na audiencji w Watykanie, nawiązując do swojej pielgrzymki do Polski w 1989 roku Papież Polak powiedział do członków Solidarności:

„Dziękuję Bogu za rok 1989, w którym poczucie jedności w dobrem i wspólne pragnienie pomyślności uciemiężonego narodu zwyciężyło nad nienawiścią i chęcią odwetu, i stało się zaczynem budowania demokratycznego państwa. Owszem były próby zniszczenia tego dzieła. Wszyscy pamiętamy 13 grudnia 1981 roku. Udało się te próby przetrwać. Bogu dzięki, że w dniu 19 kwietnia 1989 roku mogłem wypowiedzieć takie słowa: „Maryjo, polecam Twojej macierzyńskiej trosce Solidarność, która znowu może działać po ponownej legalizacji w dniu 17 kwietnia. Polecam idący w parze z tym wydarzeniem proces, który zmierza do ukształtowania życia narodowego w sposób zgodny z prawami suwerennego państwa. Proszę Cię, Pani Jasnogórska, aby na drodze tego procesu wszyscy wykazywali w dalszym ciągu potrzebne męstwo, mądrość i rozwagę, służąc wspólnemu dobru”.

Pisanie o Solidarności, o jej legendarnych bohaterach (m. in. takich jak Barbara Szubert) i milionach jej członków, nie jest możliwe bez odwoływania się do Świętego Jana Pawła II. Barbara Szubert w swojej demokratycznej działalności opozycyjnej nigdy nie odgradzała się od życia społecznego Polaków. Była – i jest – wierna ideałom Solidarności: 21 postulatom wpisanym dziś na listę światowego dziedzictwa UNESCO oraz nauczaniu i przesłaniom Świętego Jana Pawła II, którego pierwsza pielgrzymka do Ojczyzny w 1979 roku oraz prorocze słowa:

„Niech zstąpi Duch Twój!

Niech zstąpi Duch Twój

I odnowi oblicze Ziemi!

Tej ziemi!”

obudziły Polaków, zrodziły w nich poczucie solidarności i dały nadzieję na zwycięstwo w walce o wolność, prawdę i sprawiedliwość w zniewolonej socjalistycznymi pętami Polsce.

To zwycięstwo Polacy odnieśli 4 czerwca 1989 roku.

Od tego roku budujemy Polskę demokratyczną, wolną, praworządną, sprawiedliwą, solidarną.

Budujmy Polskę – jak nauczał nas Święty Jana Pawła II – zgodnie z ideałami Solidarności z 1980 roku, zgodnie z Jego nauczaniem „wedle zasady „wszyscy z wszystkimi”, „wszyscy dla wszystkich (…).

„Solidarność – powtórzmy za Świętym Janem Pawłem II – to znaczy sposób bytowania w wielości ludzkiej, na przykład narodu, w jedności, w uszanowaniu wszystkich różnic, wszystkich odmienności, jakie pomiędzy ludźmi zachodzą, a więc jedność w wielości, a więc pluralizm, to wszystko mieści się w pojęciu solidarności. (…).„Solidarność musi iść przed walką (…). Ale nie jest to nigdy walka przeciw drugiemu. Walka, która traktuje człowieka jako wroga i nieprzyjaciela – i dąży do jego zniszczenia. Jest to walka o człowieka, o jego prawa, o jego prawdziwy postęp: walka o dojrzalszy kształt życia ludzkiego. Wtedy bowiem to życie ludzkie na ziemi staje się „bardziej ludzkie”, kiedy rządzi się prawdą, wolnością, sprawiedliwością i miłością”. (…) Jeśli człowiekowi odbiera się te możliwości, jeśli organizacja życia zbiorowego zakłada zbyt ciasne ramy dla ludzkich możliwości i ludzkich inicjatyw – nawet gdyby to następowało w imię jakiejś motywacji „społecznej” – jest, niestety, przeciw społeczeństwu. Przeciw jego dobru – przeciw dobru wspólnemu”.

I oby to budowanie Polski nigdy już „nawet gdyby (…) następowało w imię jakiejś motywacji „społecznej” – nie odbywało się „niestety, przeciw społeczeństwu. Przeciw jego dobru – przeciw dobru wspólnemu”.

I obyśmy już nigdy nie musieli społeczeństwu polskiemu zadawać pytań, które Barbara Szubert zadała Polakom 15 maja 1981 roku: „Czy możemy na to pozwolić? Czy możemy spokojnie spać i udawać, że wszystko jest w porządku?”

Dziś – odpowiedź na te pytania pozostawiam Czytelnikom.

Poprzedni artykułFilip Grabiński – najlepszy drwal Ameryki
Następny artykułLiga Mistrzów: Ćwierćfinał: Atletico Madryt z większym doświadczeniem…
Zbigniew Waldemar Okoń
Zbigniew Waldemar Okoń - pisarz, animator kultury, regionalista. Ukończył filologię polską na UMCS w Lublinie (1968) oraz 3-letnie studia podyplomowe na Uniwersytecie Warszawskim (1991). Dyrektor Zasadniczej Szkoły Zawodowej (1969-1974), wizytator Kuratorium Oświaty i Wychowania (1975), dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Chełmie (1975-1987), wicedyrektor d/s naukowych i konserwatorskich Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie (1987-1991), nauczyciel dyplomowany szkół chełmskich (1982-1989, 1991-2002). Od 2003 roku na emeryturze. Redaktor naczelny studenckiego, ogólnopolskiego, naukowego pisma „Językoznawca” (1965-1968), współzałożyciel i wiceprzewodniczący Studenckiej Grupy Literackiej „Kontrapunkty” w Lublinie (1965-1968). Współredaktor „Ziemi Chełmskiej” oraz wydawnictw poświęconych chełmskiemu szkolnictwu (1968-2005). Członek Grupy Literackiej „Pryzmaty” w Chełmie (1969-1990, przewodniczący 1983-1990), Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Chełmskiej (sekretarz Zarządu 1975-1987). Lubelskiego Oddziału Związku Literatów Polskich (1984-, wiceprezes Oddziału 2006-2010, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Oddziału 2010-,). Debiutował w „Ziemi Chełmskiej” (1962). Autor 7 tomów poetyckich, 1 powieści, 11 monografii twórców i regionalistów chełmskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here