Agonia reżimu na śniegu

0

Chrzęst czołgów spotęgowany jest wyciem silników tych pojazdów, zgrzytem gąsienic na zakrętach kopalnianych dróżek i terkotem helikopterów. Z wieżyczek czołgów wystają nieśmiało głowy żołnierzy. Chłopakom kazano dzisiaj, 16 grudnia 1981 roku o świcie wyjechać z koszar przez ulice Katowic. Dokąd? Teraz już wiedzą – do kopalni „Wujek“. Rozkaz to rozkaz. Włączyli potężne motory i pojechali. Lufy do przodu.

Bramy rozwarto gwałtem od strony szerokiej ulicy. Teraz po wewnętrznych ulicach kopalni wyszukują celów. Te są ruchome. Cele to młodzi ludzie w wieku żołnierzy. Wojsko wzięło żołnierzy do służby a socjalistyczna ojczyzna wzięła młodych kandydatów na górników do roboty. Ci teraz kryją się za nędznymi krzakami, za rachitycznymi drzewkami, rzucając niezdarnie kamienie na czołgi. Bardzo dobrze ich widać, gdyż mają ciemne kurtki a śnieg jest biały. Jeszcze. Potem się zaczerwieni krwią Dziewięciu. O to zadba Władza.

DZIEWIĘCIU – tak ich później nazwano, gdyż tylu górników zginęło 16. XII. 1981 na bruku, w szatniach i łaźniach, w zakamarkach oraz poddaszach hal kopalni „Wujek“. Zginęli od kul wystrzelonych przez formacje porządkowo-wojskowe PRL: milicja, ZOMO, żołnierze. Ci ostatni występują jako symbol zgodnej współpracy z reżimem. A ten kona, nie przyznając się do tego. Udaje silne drzewo, którego nie ima się siekiera historii…

 

A teraz, po wielu, wielu latach (2008), stoję przed frontem tej cichej kopalni. Olbrzymi wysoki krzyż, wydrążony wewnątrz, jak chodniki kilkaset metrów pod ziemią oraz pomnik bardzo nowoczesny upamiętniają tamte minione godziny. Cisza. Turyści fotografują czerwony korpus ceglanej architektury. W tej świątyni przemysłu polegli górnicy z różnych stron Polski o różnych orientacjach politycznych. Połączyła ich strajkowa śmierć. Cisza… Autobus odjeżdża do restauracji na umówiony obiad tej grupy.

 

Deski, kamienie, kilofy i siekiery to marna broń w rękach górników przeciw lufom czołgów, wozów opancerzonych i karabinów systemu politycznego, którego korzenie sięgają roku 1944. „Dziewięciu“ jeszcze żyje. Jeszcze nie wiedzą, iż umrą wkrótce. Nie pojadą za tydzień na Boże Narodzenie do swych rodzin w różnych regionach tego politycznie rozdartego kraju. Przyjechali tu wcześniej ze swych wiosek do ciężkiej roboty. Bez światła, powietrza i oddechu. Chcą pracować i zarobić. A zostaną zabici, dlatego że „Solidarność“ ogłosiła strajk okupacyjny. Agonalny system się zawziął, aby pokonać tych krnąbrnych. W kopalni się pracuje, fedruje i poci w przodku, ale nie strajkuje! Reżim wytęża swe siły na łożu boleści. Zadaje razy na oślep jak ranny byk w trakcie corridy. Po strzałach będą jeszcze szykany, procesy, więzienie. Wiadomo kto jest silniejszy.

Od trzech dni (13.12.1981) trwa stan wojenny. Ten czas pokona opór tych, którzy nie potrafili dotąd uwierzyć, iż pod egidą PZPR będzie lepiej. Ile razy, ile lat o tym słyszeli? Na zjazdach partyjnych, konferencjach zakładowych, akademiach, w jubileuszowych monologach, wielostronicowych referatach zawsze tkwiła pointa: będzie lepiej! Ta z uroczystych trybun lejąca się marna propaganda stawała się z każdym dniem nieznośna, szczególnie w kolejkach po chleb, mięso i po pralki, po warzywa, owoce i po buty. Za dużo propagandy, za mało efektywności w gospodarczym systemie komunizmu. A PZPR, jedyna, bezkonkurencyjna, hegemoniczna partia rodem z czerwonej Moskwy obiecuje lepsze jutro już od czterdziestu paru lat.

Ale już w to nie wierzy Józef Czekalski, najstarszy z grupy poległych „Dziewięciu“ ani Andrzej Pełka, najmłodszy z nich. Zaczajeni w łaźni łańcuszkowej czekają na atak ZOMO-wców. W spoconych ze strachu dłoniach ściskają kilofy i siekiery, żałosne tarcze ich radykalnej obrony. Oni wiedzą, że przegrają, ale nie liczą się z najwyższym wyrokiem – ze śmiercią. Nie słyszą jeszcze świstu kul, które przeszyją ich kaski ochronne na głowach. Kask spada, człowiek osuwa się niezgrabnie na posadzkę łaźni, na asfalt drogi transportowej, na coraz bardziej czerwony śnieg…

Jakże nieefektownie wygląda zgon polskiego robotnika na biało-czerwonej ziemi!

Do czasów „Solidarności“ nie zajmowali się polityką. Teraz dostrzegli w nowej organizacji jutrzenkę, mogącą im przynieść rzeczywiście lepsze jutro. „Solidarność“ to obszerna organizacja. Mieszcząca różne orientacje polityczne, jak matka przygarniająca dzieci o zmiennych temperamentach i charakterach. Wyzwoliła pęd do polityki, do organizowania inaczej życia obywatelskiego. Tyle lat nie było tu autentycznej walki politycznej! Albo PZPR albo nic. Totalitaryzm.

 

Podjeżdżają cicho autobusy. Jest wolna Polska, od 1989 roku ucząca się demokracji. Z autobusów wysypują się turyści na skrupulatnie zaprojektowany plac. Delikatny trzask świetnych aparatów cyfrowych. Wtedy takich nie było. Cisza, sterylnie czysto, błękit nieba, głowy podnoszą się, aby dojrzeć ramiona potężnego krzyża. Grupowe zdjęcie. Minęło 10 minut. Proszę wsiadać! Odjeżdżamy!

 

Kiedy górnicy już tu pracowali, dowiedzieli się, iż kopalnia karmiąca ich i ich rodziny, nie zawsze nazywała się „Wujek“. Kiedy byli tu Niemcy, zwano ją „Oheim“, czyli właśnie „wujek, stryj“. Dopiero po plebiscytach, kiedy tu nastała Polska, przemianowano ją na „Wujek“ w 1922 roku. Jest zresztą o wiele starsza od samego miasta Katowice. To miasto jest młode. Katowice uzyskały prawa miejskie dopiero w 1865 roku.  A „Wujek” brzmi miło, sympatycznie, ciepło, miękko, przytulająco.

A węgiel jest o wiele starszy. On jest głównym bohaterem tego regionu, głównym reżyserem pokoleń i wydarzeń politycznych na Śląsku. Mimo iż się schował głęboko pod ziemię. Też tam czekał na wydobycie, kiedy były tu Prusy rządzone z Berlina.  Na coraz bardziej czerwonym śniegu nie widać czarnego węgla, strategicznego produktu Matki-Ziemi, tak nierówno karmiącej swoje dzieci. Industrializacja wyciąga ręce po węgiel. Energia jest przyszłością, przepustką do dobrobytu. To wie każde dziecko. Dzisiaj wystraszone grudniowe dzieci zostały w domu. Szkoły zamknięte. Niebezpiecznie chrzęszczą żelazne gąsienice, mocarne opony na śniegu jadące do spacyfikowania niesfornych górników, strajkujących przeciw systemowi, okopanemu centralnie i daleko w Warszawie. Ojczyzna potrzebuje węgla, energii. Trzeba spektakularnie ukarać krnąbrnych niewdzięcznych górników. Taki jest rozkaz. Profilaktycznie władze zatrzymały w areszcie przewodniczącego kopalnianej “Solidarności” w “Wujku”. To właśnie wywołało strajk. To spowodowało wybuch gniewu ze strony górników. Może teraz pomoże zmasowany atak milicji, szturm wojska? Arogancka władza, czując, iż kona, zupełnie nie przyzwyczajona do dialogu, rozdziela okrutne razy. Ci brudni górnicy nie mogą być poważnym przeciwnikiem na drodze uspokojenia zdenerwowanego narodu, na wieloletniej linii działania: robimy to, co nasi towarzysze z Moskwy uważają za słuszne.

Gąsienice czołgów to śmiertelna muzyka. Skrzypi jak tańczące szkielety. Wycie wozów opancerzonych to rzężąca symfonia, będąca w uszach Dziewięciu ostatnią kakofonią, żegnającą ich w kierunku niewykopanych jeszcze grobów. Ogłuszający terkot silników helikopterów nad głowami wkręca się wibracjami do wystraszonych ogłuszonych uszu. Basso continuo… Jeszcze nie wierzy grupa Dziewięciu, iż zaraz zginie od kul władzy. Trzy dni temu generał w telewizyjnym studio w Warszawie miał bardzo marsową minę, wydając wyrok na polityczne marzenia Polaków. Dziś leje się nieśmiałymi strużkami krew na brudnych uliczkach i torach kopalnianych “Wujka”. Jak czas. Strumyk cieknie. Krew wsiąka w śnieg. Fizyka ma swe prawa.  Czas popłynie też swym normalnym korytem. Urodzą się nowe dzieci. Młode kobiety w rodzinach, gdzie są górnicy, których zabije władza PRL, wyjdą za mąż za innych mężczyzn. Będą stały nadal w upokarzających kolejkach. A rodzice zastrzelonych górników zestarzeją się, będą leczyć swe kolejne choroby, aż wreszcie umrą. Historia przyklepie bunty na śniegu.

A w kopalni “Wujek” 16 grudnia 1981 roku jesteśmy świadkami paradoksu wielkiej miary: władza w PRL obwieszczająca od dziesiątków lat, iż podstawą jej istnienia jest uświadomiona politycznie klasa robotnicza, nowoczesny proletariat, właśnie go tu świadomie zabija. Okrutna pointa. Partia komunistyczna „robotnicza” w nazwie sama zabija sens swej egzystencji, wymyślonej przez ideologię, już dawno nie przystającej do globalnego rozwoju świata. Robotnicy to czują a władza nie. Ta okupuje się w betonowych budynkach komitetów, za mównicami zjazdów partyjnych, za kolumnami drukowanej propagandy, za luksusowymi sanatoriami, za ekranami telewizorów,  wysyłając na śmierć górników, najsolidniejszą podporę PRL. Do górników nie wolno strzelać – oto nauka z tragicznych wydarzeń w katowickiej kopalni węgla kamiennego “Wujek”. Solidarnościowy zgon 9 górników to krwawy trybut, tragiczna inicjacja, czerwona na bieli śniegu, wreszcie wolnej politycznie Polski. Ona urodzi się kilka lat później.

Poprzedni artykułO Andrzeju Fogttcie z okazji 75-lecia (tego wspaniałego) Artysty
Następny artykuł„Przeciw zapomnieniu”. Wystawa Gero Hellmutha w Warszawie. Pamięć o ofiarach. Pamięć o sprawcach
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj