Sądząc po enuncjacjach po ostatnim szczycie krajów strefy euro, wkrótce dojdzie do porozumienia pomiędzy rządem Grecji a Eurogrupą i pieniądze europejskich (głównie niemieckich) podatników popłyną do Grecji. To nieco przedłuży jej agonię i to co nieuchronne, czyli wyjście Grecji ze strefy euro, zostanie przesunięte w czasie. Informacje jakie na temat Grecji ukazują się w mediach głównego nurtu, skrzętnie omijają kluczową sprawę związaną z greckim kryzysem, mianowicie interes Niemiec. Postanowiłem zatem nieco przybliżyć ten temat.
Receptą na grecki kryzys jest wprowadzenie przez ten kraj własnej waluty (wyjście ze strefy euro) połączone z redukcją zadłużenia. Gdyby wprowadzono ją pięć lat temu, dzisiejsza Grecja byłaby najszybciej rozwijającym się krajem Europy. Dlaczego zatem tego nie zrobiono? Bo wyjście Grecji ze strefy euro i jej dynamiczny rozwój w jego następstwie, byłby początkiem rozpadu strefy euro, a wprowadzenie własnych walut przez kraje europejskie miałoby fatalne skutki dla Niemiec. Więc Niemcy robią wszystko, żeby nie dopuścić do takiego rozwoju sytuacji. I na razie im się to udaje. Jakie są zatem argumenty przemawiające za wprowadzeniem przez Grecję własnej waluty? Oto one:
- Można założyć, że wprowadzając drachmę, rząd grecki ustaliłby kurs wymiany na euro w stosunku 1:1. Ale natychmiast nastąpiłaby jej gwałtowna dewaluacja o skali trudnej do przewidzenia. Prawdopodobnie byłoby to co najmniej 50%, a może nawet 60% lub więcej. Byłby to ogromny jednorazowy szok. Cała masa ludzi w jednej chwili znacznie by zubożała. Grecy zdają sobie z tego sprawę i od pewnego czasu wycofują depozyty z banków. Jest to ruch na ogromną skalę: chodzi o dziesiątki miliardów euro.
- Wskutek gwałtownej dewaluacji drachmy produkty importowane do Grecji stałyby się nagle bardzo drogie. Grecy masowo przerzuciliby się na produkty greckie, co spowodowałoby szybki rozwój greckich przedsiębiorstw i powstawanie nowych miejsc pracy.
- Z kolei produkty greckie, a w szczególności płody rolne, stałyby się tanie z punktu widzenia innych krajów. Pociągnęłoby to za sobą znaczny wzrost greckiego eksportu, a w konsekwencji wzrost PKB.
- Grecja stałaby się nagle tanim krajem z punktu widzenia obywateli krajów innych walut. To spowodowałoby gwałtowny rozwój turystyki, co też pociągnęłoby za sobą powstawanie nowych miejsc pracy. Bezrobocie uległoby radykalnemu zmniejszeniu, a to oznaczałoby m.in. wzrost wpływów do budżetu z tytułu podatków.
- Rozwój przemysłu i rozwój turystyki spowodowałyby też ogromny napływ zagranicznego, prywatnego kapitału inwestycyjnego (należy pamiętać, że grecka siła robocza zrobiłaby się nagle tania z punktu widzenia inwestorów z Niemiec, USA i innych krajów). Inwestycje stałyby się głównym czynnikiem wzrostu PKB.
- Wprowadzenie drachmy miałoby też skutki negatywne. O znacznym zubożeniu dużej części obywateli już wspomniałem. W pierwszym okresie po zmianie waluty, zapanowałby gigantyczny chaos w gospodarce i całym państwie. Rozpoczęłyby się masowe protesty tych grup, które najbardziej by straciły na zmianie. Ale chaos zostałby szybko opanowany, bowiem Grecy dostrzegliby pozytywne skutki zmiany.
- Pozostałaby jeszcze kwestia greckiego zadłużenia. Ale dziś nikt już nie kryje tego, że zadłużenie to nigdy nie zostanie spłacone. Ostatnio potwierdził to grecki minister finansów Janis Warufakis mówiąc w niemieckiej telewizji ARD: ‚Mój kraj jest największym bankrutem na świecie, zaś przywódcy europejscy cały czas wiedzieli, że Ateny nigdy nie spłacą swoich długów’. Więc darowanie Grekom części długów jest konieczne i nieuchronne. Moim zdaniem najlepszym tego sposobem byłoby przewalutowanie całego długu na drachmy po kursie 1:1. Czyli wierzyciele Grecji straciliby tyle, ile osłabiłaby się drachma. I na początku byłoby to dużo, co wierzyciele musieliby jednorazowo odnotować w swoich bilansach. Ale z czasem sytuacja ulegałaby poprawie, bowiem drachma, po początkowej drastycznej dewaluacji, zaczęłaby się umacniać. I po pierwszej dużej stracie na początku, w kolejnych latach wierzyciele księgowaliby zyski na greckim długu. Więc nie byłoby tak bardzo źle.
Pora teraz wyjaśnić dlaczego Niemcy tak zawzięcie walczą o utrzymanie strefy euro. Otóż siłą pociągową niemieckiej gospodarki jest eksport, który jest na niebotycznym poziomie i stale rośnie. Niemieckie wyroby, a szczególnie maszyny, urządzenia i pojazdy cieszą się wysoką i zasłużoną renomą na całym świecie, są więc chętnie kupowane. Ale mają jeszcze jeden atut, który jest wyłączną zasługą istnienia waluty euro – są relatywnie tanie. Euro jest bowiem słabą walutą ‚dzięki’ takim krajom jak Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Francja. Więc światowy popyt na niemieckie wyroby jest ogromny. Jeszcze inny aspekt: istnienie waluty euro ma wpływ na utrzymywanie się dużego popytu wewnętrznego w Niemczech. A to dlatego, że z punktu widzenia Niemców, kraje takie jak Francja, Włochy czy Hiszpania, nie mówiąc już o Beneluksie czy Skandynawii – są krajami drogimi. Więc Niemcy ograniczają wyjazdy urlopowe do tych krajów, wybierając raczej własny kraj i w nim wydając swoje pieniądze. Gdyby waluta euro przestała istnieć i każdy kraj wprowadził własną, to nastąpiłoby natychmiastowe, ogromne umocnienie niemieckiej marki. Niemieckie wyroby stałyby się nagle dużo droższe, co spowodowałoby zmniejszenie eksportu – prawdopodobnie bardzo drastyczne. Z drugiej strony w krajach ościennych, z punktu widzenia Niemców, zrobiłoby się nagle tanio, a w krajach Europy południowej – wręcz bardzo tanio (znaczne osłabienie włoskiego lira, hiszpańskiej pesety, czy portugalskiego escudo). Więc nastąpiłby urlopowy exodus Niemców na południe Europy. Popyt wewnętrzny bardzo by na tym ucierpiał. A gdy dwa główne filary wzrostu, czyli popyt wewnętrzny i eksport, uległyby załamaniu – nastąpiłaby wielka, niemiecka recesja. Wręcz krach. Więc rząd niemiecki robi wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Między innymi godzi się na transfer setek miliardów euro z kieszeni niemieckich podatników, do Grecji i innych krajów-bankrutów.
I to właściwie wszystko co trzeba wiedzieć, żeby zrozumieć komunikaty z kolejnych negocjacji pomiędzy rządem Grecji a jej wierzycielami. Politycy, którzy podejmują decyzje mają tylko jeden cel: odsunąć problem w czasie ile się tylko da. Najlepiej tyle, żeby decyzje musieli podjąć następcy. Zawsze da się wyciągnąć jakiegoś królika z kapelusza (ostatnio Juncker wyciągnął 35 miliardów euro), dzięki któremu sprawa się odwlecze. Do czasu.












