Przez Glasgow bez kiltu

0

Kiedy opuszczałem przed chwilą miejski autobus w cieniu potężnego budynku głównego dworca kolejowego (Central Station), wychodzący pasażerowie mówili do kierowcy-konduktora „Thank you”. W innych szkockich miastach też. Cóż za uprzejmy naród, ci Szkoci…

Teraz już tylko na samym dworcu muszę uważać, aby mnie nie zadeptano. Rocznie przewija się 21 milionów  przez tę rewelacyjnie zadaszoną szkłem stację. Nad głową tysiące metrów kwadratowych szkła. Robią niebywale estetyczne wrażenie – hala główna, sklepy, perony, dojazdy, cała infrastruktura. Pasażerowie przesyceni światłem od góry. Dachy przezroczyste. Światło jest wszędzie. A część stacji stoi właściwie na rzece Clyde, na żelaznym moście, łączącym dwa brzegi. Bardzo to oryginalne! Pod ażurową konstrukcją z żelaza widać wodę.

Od tego imponującego dworca zaczynam spacer po nieznanej mi metropolii Szkocji. Glasgow jest największym miastem dumnych Szkotów. Nie mogą jedynie znieść utraty samodzielności państwowej na początku XVIII w. Na kursujących tu banknotach (GBP, czyli £ lub funty brytyjskie)  widzimy twarze monarchów z dalekiego Londynu, a nie tutejszych szkockich władców sprzed wieków.

Zaraz! Przecież rzeka nazywa się Clyde. Widzę ją pierwszy raz. Ale nazwę znam dobrze z amerykańskiego filmu z 1967 roku „Bonnie and Clyde”. To słynne dzieło kinematografii opowiada o parze bandytów z lat 1930. Ona Bonnie Parker a on Clyde Barrow. Tyle skojarzeń między wodą a ekranem.

Mijam sieć ulic  w centrum – sklepy, lokale, banki, wszystkie opancerzone solidną architekturą lat 1890, kiedy jeszcze panowała królowa Victoria. Porządne fasady, porządne materiały, porządna robota. Wtedy wszystko w Wielkiej Brytanii było solidne i w porządku, a nawet na świecie… Jedna restauracja nazywa się dowcipnie  „Drum and Monkey”, albo „Bębenek i małpa”. To z czasów średniowiecza, kiedy gawiedź gromadziła się, gdy kuglarz pokazywał małpę grającą na bębenku. W Europie panuje teraz (na szczęście!) moda na śmieszne nazwy w przestrzeni publicznej. W Polsce przykładowo podoba mi się „mleko łaciate”.

Na zygzakowatej trasie ulic centrum trafiam na cel mego pierwszego etapu: George Square, czyli „Plac Jerzego”. Jest on chyba tak wielki jak krakowski rynek. Ale na rogach ozdobiony pomnikami. W samym środku kontrastowo, jak bardzo wysoki ołówek, bardzo strzelista kolumna, na której stoi Walter Scott. Ledwo go z mojej perspektywy widać. Zadzieram głowę. Ile pięter stoi nade mną? Wielki pisarz niebywale popularny w Europie lat 1820-1830. Wtedy czytały go miliony… Stworzył nowy gatunek, potem imitowany wszędzie – powieść historyczną. Od dzieciństwa miał problemy z kośćmi jednej nogi. A zmarł na udar mózgu połączony z epilepsją. Inne pomniki na cokołach lub nawet na koniach są o wiele mniejsze od W. Scotta. Podchodzę do Sir Roberta Peela. Peel stworzył w Wielkiej Brytanii policję oraz partię konserwatywną. Zdrobniałą formą jego imienia „Robert” jest po angielsku „Bob”. Dlatego według jego imienia mówi się czule tu na wyspie na stróży porządku „Bobby”.

Stoi tu na cokole również geniusz techniki, oczywiście z pochodzenia Szkot: James Watt. Stąd mamy przykładowo słowo kilowat. Umiał między innymi skondensować parę wodną dla celów technologii! W XVIII wieku! Twórca kondensatora! Co za głowa!

Nagle staję – snując się po Placu Jerzego – przed  statuą przystojnego Roberta Burnsa. Burns to przedstawiciel jednego pokolenia pisarzy po generacji W. Scotta. Słowa do pewnej ludowej pieśni ludowej są znane na całym świecie: to „Auld Lang Syne” – po szkocku. Bardzo majestatyczna, romantyczna, poważna, melancholijna melodia. Śpiewana jest „na Sylwestra”, żegnając stary rok. Świętość dla Szkotów o znamiennej północy. Moje tłumaczenie to „Pożegnajmy się, przyjaciele!” Burns był uwielbiany, popularny na salonach. Jako dziecko głodował tak okropnie, iż to spowodowało potem u niego chorobę serca. Wspomnianą pieśń wykonuje (na youtube) Sir Rod Stewart właśnie w harmonijnym stylu romantyzmu. Wzrusza słuchaczy. Ale słyszałem również wersje frywolne tego niemal hymnu szkockiego.

Idąc w kierunku katedry anglikańskiej (zawsze odwiedzam najważniejszą świątynię w obcym mieście) mijam budynki dwu głównych uczelni tutaj: University of Glasgow oraz Strathclyde University.  Są to albo nowoczesne kloce betonowo-szklane albo szacowne starością budynki z czerwonej porządnej szkockiej cegły. Chodzi się po ulicach w centrum w górę i w dół, dotykając niemal rzeźb stojących przy chodnikach, alejkach oraz ślepych uliczkach. Odczytuję herb pierwszego uniwersytetu po łacinie (jak w dalekim Bostonie…): Via – Veritas – Vita („Droga – Prawda – Życie”). Wyższych uczelni jest tu więcej. Mijam szereg campusów, gdzie mieszkają studenci z całego świata. Chodzą żwawo między budynkami albo siedzą na trawie ucząc się.

Idę na wschód miasta do katedry anglikańskiej, poświęconej świętemu Mungo. Nigdy o nim przedtem nie słyszałem. A on dominuje w herbie Glasgow – wraz z dębem, dzwonkiem oraz rybą z pierścieniem w pysku. Katedra jest przykładem szkockiego gotyku nowszych czasów. Jest to świątynia trójnawowa. Chodzę spoglądając na ciekawe tematycznie witraże, kaplice i wystrój kolorystyczny, charakterystyczny dla tej religii, utworzonej przez okrutnego króla Henryka VIII. Panuje przytulny półmrok. Korzystał swobodnie z absolutnej władzy w pełnym świetle… Przechadzam się śmiało po posadzce świątyni, pamiętając, iż kościelny w drzwiach dał mi przed chwilą do ręki kartonik z lapidarnym tekstem: „All are welcome in this place” – Wszyscy są tu mile widziani.

Spoglądam, opuściwszy nastrojową katedrę, na plan miasta. Stoję  w  cieniu pomnika ku czci Davida Livingstone. Postawiono go idealnie na osi wejścia do katedry. Tak uczczono jego pamięć, protestanckiego misjonarza, odkrywcy (źródła Nilu) oraz badacza kultur afrykańskich, który daleko od szkockiej ojczyzny zmarł na febrę w dzisiejszej Zambii.

Postanawiam sobie ułatwić życie i czymś pojechać. Kieruję się ku centrum do wielkiego węzła komunikacyjnego: Buchanan Street – to olbrzymie centrum handlowe, gdzie  krzyżują się też linie miejskich autobusów oraz metra. Metra? Tak, metro krąży w Glasgow, liczącym 635 000 mieszkańców. Tak, zbudowano tu bardzo przemyślne metro. Pod ziemią jest to plus minus krąg 15 stacji – podziemne koło. Metro istnieje od 1896 roku i jest trzecim chronologicznie po Londynie i Budapeszcie w Europie. Powód do lokalnej dumy. Tak, pociągi jeżdżą w kółko wiele jardów pod miastem.

Schodzę do nowoczesnej stacji podziemnej. Pociąg nadjeżdża z hałasem. Dominują kolory pomarańczowy i czarny na dwu liniach oddzielonych na stacjach i tunelach. Na jednej linii jadą pasażerowie według wskazówek zegara a na drugiej odwrotnie. Wagony a raczej wagoniki robią wrażenie zabawek dla dzieci a nie poważnego środka miejskiej lokomocji. Metro ma dwa pierścienie. Ptak w herbie miasta wspomniany przeze mnie – ma jeden pierścień.

Wysiadam na stacji Kelvinhall. Dlaczego? Dzieli mnie tutaj kilkaset metrów jedynie od Kelvingrove Museum and Art Gallery. To olbrzymi budynek o czerwonej fasadzie, na pewno zbudowany za czasów schyłku królowej Wiktorii. Tutejszy „Louvre”. Spieszę się, gdyż wiem z internetu, że dziś, w niedzielę, będzie w tej świątyni obrazów, rzeźb oraz innych artefaktów koncert organowy – jak zawsze gratis – o godz. 15. Wchodzę. Połyka mnie tłum siedzący i stojący. Stoję wprasowany oparty o wielopiętrową kolumnę. Organy grzmią na górze wewnętrznego balkonu na drugim piętrze, organista się kłania po kolejnym wykonanym utworze. Gra repertuar zadowalający tak zwaną szeroką publiczność. Wielka sala wysoka na kilka pięter robi wrażenie sporego kościoła. Kandelabry nad głową godne królewskich pałaców. Zwiedzam tu potem gigantyczne muzeum na wielu kondygnacjach, łowiąc uchem walce wiedeńskie, przeboje Beatlesów oraz oczywiście wspomniany opus Auld Long Syne, grane przez sędziwego organistę. Podziwiam obrazy, łowiąc uchem muzykę – albo odwrotnie…

Wychodzę na szeroką aleję po wielkiej dawce sztuki. Żegnaj, urocze muzeum! Pieszo przez ulice Argyle, Saint Vincent, Finnieston do ostatniej atrakcji mojego jedynego dnia w kierunku rzeki w Glasgow: Armadillo. To jest nazwa zoologiczna, oznaczająca po angielsku pancernika. I tak wygląda symbolicznie ten niezwykły  twór z betonu, „dziecko” wygranego konkursu przez Normana Fostera, światowego asa współczesnej architektury. „Pancernik” ma kilka pięter i „nasunęły mu się” płaty betonu i szkła jak płyty na plecach u tego zwierzęcia. Tak wymyślił to architekt. Mieści się tu od 2004 roku gigantyczna sala koncertowa, teatralna oraz oficjalnie Scottish Exhibition Centre. Pancerne oczko w głowie twórców kultury i sztuki w Glasgow.

Spory spacer dzieli mnie od Central Station, dokąd przybyłem parę godzin temu. „Pancernik” stoi a może leży  przycupnięty blisko brzegów Clyde. Idę wzdłuż tej narodowej rzeki, wiedząc, iż dworzec kolejowy usytuowany jest na moście częściowo. Iść wzdłuż rzecznej promenady to dojść do dworca. Orientacja zapewniona. Na peronie czekam na pociąg do Edynburga wraz z kilkoma Szkotami w kiltach, czyli w spódniczkach w kratkę. Akurat się zjawili w świetnym nastroju. Rozmawiają głośno po angielsku. Oczywiście mają brosze na szyi, a u dołu wełniane podkolanówki z zatkniętym w nich nożykiem. Na pasku z przodu dynda się sporran, czyli skórzana torebka zawieszona na skórzanym pasku, oplatającym biodra. Nadjeżdża pociąg. Na każdym wagonie podwójny napis „Szkockie linie kolejowe”. Oczywiście po angielsku („ScotRail”) oraz po szkocku („Rèile na h-Alba”). Ten pociąg oddali mnie od Glasgow. W głowie ustalam, patrząc przez okno, listę atrakcji, których nie udało mi się tutaj zobaczyć dziś. Może kiedyś tu wrócę?

Poprzedni artykułArchipelag zza horyzontu
Następny artykułKsiążki, które mogą zainteresować…
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj