Wychodzę ze szklanej windy, szybkiej i cichej jak prawidłowe sukcesy techniki. Ale wokół nie jest cicho. Jest wręcz piekielny hałas, spowodowany przez niekończący się sznur aut, ciężarówek, autobusów, motocykli i innych pojazdów obdarzonych silnikiem. Nade mną intensywne słońce Portugalii. Spogląda ono jak i ja na most, oglądany w Lizbonie niemal zewsząd. Czerwony, podobny trochę do Golden Gate Bridge w amerykańskim San Francisco.
Słońce stoi wysoko nad samochodami, mknącymi przez most. Przejadą gratis na południe. Kiedy wraca się z południa Portugalii, należy uiścić myto w euro, zależnie od typu pojazdu. Stoję wysoko, przy jezdni, na pylonie, fotografując pejzaż dookoła mnie. Tkwię na wysokości 65,72 m. Tak informuje tabliczka. Jestem na szczycie komunikacyjnym mostu. Kiedy patrzę w kierunku południa, widzę na wysokim cokole postać Chrystusa z betonu na tamtym brzegu. Przypomina Chrystusa brazylijskiego z Rio de Janeiro. A kiedy się obrócę, widzę niemal całą Lizbonę, wzgórza, ulice, pałace, zamek, parki, kopuły co wyższych kościołów. Pod metalową podłogą z dziurkami w kratkę spora przepaść. Strach się pochylić.
25.04.1974 – 25.04.1974
Jako turysta kręcę się na moście, a właściwie na małej zamkniętej platformie o powierzchni 25 m². Przez most nie przejdę, gdyż pieszo nie wolno. Żelazna ściana. To zresztą nie byłaby przyjemność. W tym hałasie to byłaby męka dla uszu. W dodatku ten most ma w sumie 3,2 km długości, w tym część wisząca wynosi 2278 m. Tyle metrów wisi na kablach, które przed chwilą oglądałem, zanim mnie wzniosła winda ku technicznemu niebu. Tych kabli jest cała wiązka. Czerwony pęk oglądają turyści w ramach cichego (tam na dole) wstępnego spektaklu.
Mianowicie najpierw podchodzi się pod most, wchodzi na podwórzec za wysoką żelazną bramą. Wchodzi się z ulicy przy rzece do budynku z kasą, informacjami i sklepikiem gadżetów. Ciągle jestem na poziomie „0”, parę metrów wyżej niż poziom rzeki Tag. Kończy ona niemal tu swój bieg w Lizbonie, pokonawszy 1007 km. Z tego jedynie końcowe 145 km w Portugalii. Lecz Tag to duma, to rdzeń, „Wisła” Portugalczyków.
Po kupnie biletu, przez bramkę jak w metro wchodzi się na teren drugiego podwórka, a potem wreszcie do „Pylonu nr. 7”. Tak wszędzie reklamuje się tę atrakcję w stolicy Portugalii, pragnąc zachęcić do wjechania windą na most. Na parterze pylonu kontrola jak na lotnisku. Umundurowany strażnik. Bramka. Nie, nie wwożę bomby. Wchodzę do pierwszej windy wewnątrz pylonu. Tylko kilka pięter do góry. Cisza, spokój, ciemno, niemal noc. Aha, rozumiem: przygotowano kontrast – tu jest cicha noc, a zaraz na zewnątrz będzie intensywność słońca i wspomniany zgiełk dzikiego ruchu samochodowego. Jestem w celowo przyciemnionej sali, wysokiej jak katedra. Obok w bocznej też ciemnej sali oglądam czerwone kable, by uwierzyć, iż ten most wisi. Ile jest tych kabli? 50? 60? Są napięte jak grube struny. Każda struna to skomplikowany system… Wiązka dźwigająca sukces inżynierii portugalskiej. Oficjalnie nazywa się ten most wszak „a ponte suspensa”, czyli „ wiszący most”.
25.04.1974 – 25.04.1974
Wracam myślami do parteru muzeum. Informacji jest tam sporo w pawilonie, gdzie dominuje „kasa-sklep”. Na specjalnych stołach wczytuję się w informacje o pionierze żelazobetonu, Francuzie Joseph Monier, który ratował nową technologią w roku 1875 zameczek Chazelet. Tak się zaczęła nowa era konstrukcji mostowych. „The Golden Gate Bridge” powstał już w 1937 roku. O dziwo, w pawilonie wystawowym (teksty + fotografie) informują Portugalczycy nawet o inwazji Niemców na Polskę w 1939 roku („A invasão da Polonia, por forças da Alemanha nazi de Adolf Hitler…” Tekstowy po-most do dalekiej Polski.
Kiedy zaczęto budować ten most 5 listopada 1962, kontrakt przewidywał zakończenie robót 5 lutego 1967. Sukcesem było zakończenie budowy już w połowie 1966. Time is money… Wstępny kontrakt przewidywał zgodę portugalskiego rządu na przejęcie budowy przez United States Steel Export Company z USA. Warunkiem była zawarta w kontrakcie klauzula: po inauguracji mostu dla ruchu kołowego będzie zbudowana trasa kolejowa pod górnym mostem samochodowym. Tak też się stało. Wszystko z importowanej stali z USA. Uroczysta inauguracja odbyła się 6 sierpnia 1966 w obecności António Salazara. Był on wtedy premierem, u szczytu władzy już kilkadziesiąt lat. Decydował politycznie o wszystkim. Most nazwano zatem jego imieniem: Ponte Salazar!
Teraz, po sławnej „Rewolucji Goździków”, rozpoczętej 25 kwietnia 1974 roku, most nazywa się „25 kwietnia”. Wtedy, za rządów Salazara, był to największy most Europy i piąty na świecie. Dziś jest trzecim co do rozpiętości mostem kombinowanym (pojazdy + pociągi) na świecie: po chińskim w Hongkongu oraz po tureckim w Istambule. Dlatego w kwietniu 2024 mija okrągła rocznica – jubileusz „50 lat po bezkrwawej Rewolucji Goździków”. Te kwiaty tkwiły pacyfistycznie w lufach karabinów portugalskich żołnierzy! Nastąpiła nowa era. Zakończyła się epoka premiera A. Salazara. Rozpoczął się nowy etap rozwoju w zupełnie innych strukturach socjo-gospodarczych.
25.04.1974 – 25.04.1974
Cały czas przejeżdżają mi koło uszu pojazdy pędzące z hukiem na południe kraju. Wdycham spaliny. Raz w roku jest inaczej. Panuje cisza i czuć jedynie pot w powietrzu bez spalin. To uczestnicy pół-maratonu biegną po szerokim moście, dowodząc, iż można oczywiście przejechać wygodnie samochodem dystans 21 km lub w znoju własnego organizmu przebiec go, pokonawszy bariery organiczne i psychiczne. Ta piękna sportowa tradycja trwa nad Tagiem dopiero od 1991 roku, kiedy już António Salazar dawno nie żył. Umarł w stolicy 4 lata po inauguracji dowodu wysokiej techniki mostowej. Przestrzeń między jezdnią mostu a wodą rzeki wynosi średnio 70 m. Z tej wysokości oglądam przepiękną stolicę Portugalczyków. „Mój” hałaśliwy, rozedrgany pylon stoi jeszcze na ziemi. Pylony dźwigające całą zasadniczą konstrukcję mają wysokość 190 m, a zamontowane są 82 m pod poziomem morza. Morze za Lizboną to piękny błękitem Ocean Atlantycki, za którym już są tylko (portugalskie) Azory i Ameryka. To dzieło techniki robi doprawdy wrażenie, oglądane przez turystów albo z Lizbony albo z Belém, atrakcyjnej dzielnicy zachodniej!
Między stolicą a Belém ułożono trasę spacerową wzdłuż Tagu. Rzeka uczestniczy w życiu stolicy. Można chodzić, biegać lub jeździć na ostatnio modnych hulajnogach z motorkiem lub bez. Kiedyś zrobiłem próbę zasięgu hałasu, produkowanego przez most. Odchodziłem od niego w kierunku zachodnim: Belém, Algés, Estoril, Cascais. Hałas, raczej szum był słyszalny jeszcze jakieś 2 km od samej konstrukcji. Ale teraz nie można sobie wyobrazić Lizbony bez mostu „kwietniowych goździków”. Oczywiście nie z powodu maratonu. Codziennie przejeżdża przez ten most średnio (samochody na górze + pociągi na dole) około 415 000 osób! Kiedy nie było jeszcze mostu i pomysłu premiera Salazara, przeprawiano się przez rzekę łódkami i promami. Do dzisiaj istnieją nadal promy. Podróż trwa około 8 minut. Prom startuje 2 km stąd, przy Cais do Sodré (wym. ka-ISZ du so-DRE), czyli w centralnym węźle komunikacyjnym stolicy. Spotykają się tam: tramwaje, autobusy, metro, promy, statki i pociągi! Każdy turysta w Lizbonie zna Cais do Sodré, serce transportu stolicy Portugalii.
W międzyczasie powstała konkurencja dla „Ponte de 25 Abril”. Jest to nowy most „Vasco da Gama” kilka km stąd na wschód. Ma on zupełnie inne funkcje, leży trochę „za miastem”, prezentując kompletnie inną konstrukcję. Musiał się urodzić z okazji Wystawy Światowej 1998. No i nie jest tak piękny jak działający od przeszło pół wieku Most 25 Kwietnia, przypominający starą symbolikę tej konstrukcji: most ma nie dzielić, lecz pokojowo łączyć.












