Słońce świeci, podnoszę głowę ku niebu bez chmur. Widzę zegar słoneczny – wysoko na wieży kościoła św. Jana Chrzciciela. Te zegary funkcjonują zazwyczaj bardzo dobrze, czyli jeszcze wskazują prawidłowo czas. W Lesznie widać jeszcze tam datę budowy kościoła – 1653.
Stary kościół a trzyma się nadzwyczaj krzepko. Masywny korpus w pejzażu miasta. Myślę o nim, kiedy okrążywszy wmurowane płyty nagrobne rodziny Woide, wchodzę do środka. Wnętrze kontrastowo jest nadzwyczaj przytulne. To typowe dla świątyń Braci Czeskich, czyli Jednoty Brackiej alias Unitas Fratrum. To był ich kościół, kiedy schronili się w polskim Lesznie. Był to po rewolucji Jana Husa ruch społeczno-religijny, który przyłączył się do protestantyzmu w XVI w. Jeszcze przed rewolucją doktora Marcina Lutra mieli już Bracia tysiąc zborów. Tu ich tolerowano bez problemu, na ziemi wielkopolskiej, gościnnej nad wyraz.
Rozglądam się. Miły jasny kościół św Jana Chrzciciela z wysoko zainstalowanymi organami oraz barokową amboną, z której spływało słowo Boże do uszu i dusz świeżo zbuntowanego ludu. Do nowych wyznawców należał też podstoli z Sochaczewa, Aleksander Żychliński herbu Szeliga, który nie szczędząc dukatów, ufundował bogato zdobioną ambonę. W ciszy kościoła czuję ciepłą atmosferę. Skłania do modlitwy. Kolebkowe sklepienie nad głową też stara się otulić ewentualnych wiernych…
Tak też odczuwałem niewielki przytulny kościół Czeskich Braci odkryty kiedyś na spacerze w Karlowych Warach na ich ojczystej ziemi czy w Nowym Jorku, właściwie w Brooklynie, na Ocean Avenue, blisko Prospect Park.
Czesi nie tylko sprowadzili chrześcijaństwo do Polski, lecz również byli pierwszymi kowalami nowych rewolucji w ramach tej uniwersalnej religii, jak Jan Hus na skalę europejską. Dopiero potem natarła na Europę Reformacja.
Wychodząc z kościoła św. Jana, czytam niemieckie napisy na płytach przy wejściu. Wspominają one członków rodziny Woide, a zwłaszcza słynnego Carla Gottfrieda Woide. Urodził się tu w Lesznie, w 1725 roku. Zasłynął jako inteligentny kaznodzieja, światły pastor, dobry ojciec dwu córek. Znał wspaniale języki orientalne. Wiele lat mieszkał w Londynie. Pracował w Dutch Royal Chapel oraz naukowo w Royal Society, doceniany jako pisarz i bibliotekarz, zakochany w książkach bibliofil. Zmarł nad Tamizą, mając ledwie 65 lat.
† † † †
Wszystko przedstawia się inaczej w wielkim, przestronnym barokowo kościele parafialnym św. Mikołaja. Halowy jasny barok sławi na wszystkie strony świata ród Leszczyńskich. Możnym jest ród Wieniawitów, którzy później przyjęli nazwisko „Leszczyński“! Posiadali to miasto od 1394 do 1738. Potem przez 100 lat należało piękne Leszno do Sułkowskich.
Na tej równinie działo się wiele militarnie i religijnie. Fale uchodźców znajdują tu ciepłą opończę tolerancji. Ślązacy, Czesi, Morawianie, Niemcy oraz Żydzi mogą tu bez szykan żyć pod parasolem tolerancji. Ba, sami Leszczyńscy przechodzą na nową wiarę protestantyzmu w połowie XVI w. Polski monolit katolicki nie trzeszczy z tego powodu, lecz wchłania nowości jak gąbka. Tolerancja godna podziwu funkcjonowała pełną parą…
Znowu imponująca ambona, oferująca piętrami rzeźb barokowych cały program pedagogiczny. Podnoszę głowę. Solidne organy, a pod nimi na balustradzie wizytówka Leszczyńskich – herb Wieniawa – czyli w złotym polu czarny łeb żubra ze złotym kółkiem w nozdrzach. Czyżby kółko miało symbolicznie hamować zbytnie apetyty władzy?
W środku głównej nawy, po bokach, dostrzegam dwa nagrobki, oczywiście z dominującego tu rodu: na lewo wspaniały barokowo (właściwie już przedziera się figlarne rokoko) nagrobek Bogusława Leszczyńskiego, biskupa z Łucka – zmarł w 1691. Drugi symetrycznie na prawo to miejsce spoczynku Rafała Leszczyńskiego. Był ministrem skarbu Rzeczpospolitej, ojcem Stanisława, dwukrotnego króla Polski, dziadkiem Marii.
Ta śliczna Polka została małżonką Ludwika XV, króla Francji. Na moment przenoszę się myślami z Leszna do kaplicy w podparyskim zamku Fontainebleau, gdzie odbył się ich ślub. Ach, potem było różnie, aż do rozwodu i po nim…Tolerancja w małżeństwie może utykać wśród meandrów i zakrętów, wahań i barier, nieporozumień i ran…
† † † †
W samym centrum Leszna trudno nie dostrzec masywnego ceglanego korpusu kościoła św. Krzyża. Stoi niemal na placu Jana Metziga, a z drugiej strony sam teren dotyka do arterii głównych miasta. Jedynie wieża jest otynkowana. Kontrast do cegieł. To był pierwszy luterański kościół w Lesznie. To, co widać, to trzeci z kolei kościół z 1743 roku. Dlaczego?
Dwa poprzednie spłonęły. Pożary to była pandemia architektury przez wieki, refren ataków nieokiełznanego ognia niestety. A wojny (cykliczne w naszej Europie…) dopiekały dodatkowo! Wszystkie kościoły w Lesznie spłonęły w trakcie wojny polsko-szwedzkiej 1655-1660. Ludność Leszna znała tolerancję, ale płomienie nie! Ludność usiłowała nieudolnie ratować domy, świątynie, dobytek, skarby, biblioteki i zwierzęta. Dramatyczne momenty, decyzje z konsekwencjami!
Ten kościół to dzieło znanego tu w regionie berlińskiego architekta, Karla Martina Frantza. Uwaga – jego arcydziełem jest pałac Sułkowskich w niedalekich Włoszakowicach. Tam osiągnął szczyt niekonwencjonalności: pałac we Włoszakowicach stoi na planie trójkąta.
Absolutną atrakcją kościoła św. Krzyża jest jego mur z wmurowanymi epitafiami, napisami – całe lapidarium. Czytanie tych napisów to przejmująca lektura na wolnym powietrzu. To wszystko na zewnątrz – swoisty skansen! Najstarsza płyta nagrobna protestancka jest z 1625 roku. Muzeum smutnej kultury odchodzenia. W dodatku stoi tu „lasek“ obelisków, smukłych, wskazujących niebo. Przypominają te „ołówki“ metafizyczne kontakty naszego ziemskiego bytu z kosmosem. Obeliski już tak funkcjonowały w starożytności!
Te kamienne nagrobki milczą, pokryte porostami, lecz przemawiają swym smętnym językiem: ukazują wyraźne symbole, na przykład przemijania – porowate czaszki, sypiące się klepsydry, przebite serca, złamane świeczki. To spacer po realistycznych ścieżkach memento mori…
† † † †
Bracia Czescy, protestantyzm czy katolicyzm to tylko gałęzie chrześcijaństwa, młodszego od judaizmu. Ten też miał swych wyznawców w Lesznie. Stoję przed byłą synagogą, czyli obecnie siedzibą Muzeum Okręgowego w Lesznie. Jest to bardzo symetryczny budynek, ukończony w 1799 roku. Przypomina przytulny teatr. Na fasadzie oryginalne owalne okna. Te, jak oczy, patrzą na ulicę, na której już nie ma mężczyzn w czarnych kaftanach z pejsami, w czarnych płaszczach, nie widać kobiet w perukach czy chłopców w myckach.
Pani Małgorzata Gniazdowska, wiedząca wszystko o Lesznie, pokazuje nawet mini dzielnicę wokół, gdzie było getto. W sieci małych uliczek można pod lupą wyobraźni ujrzeć jeszcze typowy układ urbanistyczny, gdzie słyszano przez wieki egzotyczny język hebrajski, a częściej jidysz, czyli mowę praktykowaną przez Żydów w środkowej Europie.
Wnętrze synagogi jest gruntownie przerobione na cele muzealnicze. Przepołowiono wzdłużnie salę główną synagogi. Nie ma niemal śladu po aron ha-qodesh z Torą. Dlatego zyskano sporo przestrzeni na dwu piętrach. Utworzono scenę. Organizuje się tu kolejne wystawy i koncerty. Mój wzrok przyciąga wspaniałe epitafium („genetycznie” nie mające nic wspólnego z byłym judaizmem synagogi) Samuela Schlichtinga umieszczone na ścianie. Uratowane z nawy kościoła zdobi swym pysznym barokowym wystrojem salę muzeum. Od góry Bóg w niebiosach ochrania portret samego szlachcica w zbroi. Zmarł w 1701 roku, mając ledwie 38 lat – odczytuję łaciński tekst. Młoda wdowa Anna Justyna de domo Bachstein wystawiła ten piękny obiekt kultu, typowo „modny” w tamtych czasach. Są tu postacie i putta żegnające nieboszczyka oraz symboliczna złota urna z płomieniem. Jego dusza żyje nadal wśród nas. Całe epitafium emanuje elegancją a brak symetrii w całej kokcepcji odczytuję jako lekki trend ku rokoko.
Sam sportretowany, Samuel von Schlichting, sygnalizuje pochodzenie z miasta Szlichtyngowa, między Wschową a Głogowem, przypominając skomplikowane dzieje Wielkopolski, często, niemal zawsze między dwoma żywiołami.
Nad schodami, dzięki którym opuszczam cenne piętro, widzę niebywale udany obraz zupełnie mi nieznanego malarza. Jest to przepiękny zimowy krajobraz. Artysta, Michał Wywiórski (1861-1926) potrafił realistycznie acz z sentymentalną nutą indywidualizmu przedstawić syntezę śniegu, lodu, kałuż, w których przeglądają się wierzby, tęskniące do wiosny. Jak ludzie. Okazuje się, iż malarz był pół-Rosjaninem (ojciec Gorstkin, był carskim oficerem), pół-Polakiem, studiował w Monachium, będącym wówczas Mekką zdolnych artystycznie Polaków. Wywiórski pobierał nauki u Alfreda Wierusz-Kowalskiego. Jeszcze jedno dzieło, zdobiące byłą synagogę w Lesznie – godne Musée d‘Orsay w Paryżu.
† † † †
Grzechem byłoby, pisząc o „innowiercach” w Lesznie i tolerancji wobec nich, nie wspomnieć o słynnej postaci, jaką był Jan Amos Komeński, albo raczej Komenský lub Comenius – w formie zlatynizowanej. Malutkie Nivnice blisko miasteczka Uherské Hradiště to jego miejsce urodzenia w 1592 roku. W herbie rodzinnego miasteczka tkwi monogram „J. A. K.”! Zmarł 78 lat później w Amsterdamie. Jest to tak sławna postać, iż Czesi twierdzą, iż był Czechem, a Słowacy, że był Słowakiem – uniwersytet w Bratysławie w każdym razie nosi jego imię!
Młody, gniewny intelektualista stał się duchownym wspólnoty Braci Czeskich, stając się gorliwym ewangelikiem reformowanym. Potem propagował swe nauki w wielu krajach. Żar wiary w jego sercu popychał go do deistycznego pojmowania życia. Prawa boskie (takie, jak sam je formułował) były o wiele ważniejsze, niż prawa ustanowione przez ludzi. Ci są, jak wiadomo, skorumpowani, grzeszni, nie posiadając adekwatnej wiedzy, aby pojąć obiektywnie i racjonalnie skomplikowane struktury świata – i tak przecież rządzonego przez Boga.
Był propagatorem wiedzy, pedagogiki. Napisał podręcznik ilustrowany dla dzieci „Świat namalowany” (oczywiście po łacinie) o tytule „Orbis pictus”. Wydał go w roku 1658. Kiedy mądrze wychowamy inteligentne dzieci, świat będzie mądrzejszy, czyli lepszy. Starajmy się! Jego dewizą było: „aby wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkim”. To motto idealnie pasuje do internetu, z tym, iż można się zastanawiać, czy jest to ideał, który należy dziś osiągnąć. Sami wiemy ile zasadzek kryje internet!
Sam Jan Amos mieszkał 28 lat w Lesznie. To cała epoka w życiu ludzkim. Wspomniany żar wiary kazał mu pobiec do bram miejskich i witać Szwedów, kiedy w trakcie wojny 1655-1660 wkroczyli do Leszna. Witał ich serdecznie, gdyż reprezentowali również jego religię. Zwrócił się do Polaków, by wyrzekli się wiary katolickiej!
To przyniosło odwrotny efekt: skończyła się tolerancja w leszczyńskich duszach. Wielki Comenius musiał uciekać, najpierw na Śląsk, potem do Holandii. Jak widzimy, wiele idei jak religia, patriotyzm, pedagogika są papierkiem lakmusowym tolerancji. Ale i ona, jak wszystko w naszym ziemskim życiu, ma granice. Tolerancyjne (do pewnego momentu) Leszno versus „nietolerancyjny”, czyli wierny swym pryncypiom Jan Amos…












