Ronda bez Carmen

0

Bardzo chciałbym wiedzieć, kto wymyślił miasteczko Ronda. Przecież to  miejsce jest niewiarygodne. Nie dla ludzi. Napewno nie jest ono pomysłem dla tworu urbanistycznego. Dookoła wysuszone góry, wyżyna bez deszczu, słońce piecze a w dodatku te wąwozy! Do morza daleko. Teoretycznie można by tu urządzać polowania na króliki, gołębie, bażanty, czarownice lub dzikie świnie, testować czołgi, organizować manewry. Ale nie budować po dwu stronach wąwozu domy tak blisko okropnej przepaści! W środku miasta ziejąca pionowa przepaść. Kto to widział?

Już nieustraszeni Rzymianie zaczęli doceniać jednak strategiczne położenie tego miejsca – założyli Arunda. A kiedy Arabowie zdobyli te tereny europejskie, założyli tu stolicę emiratu. Maurowie uhonorowali administracyjnie w swój  sposób na wieki to oppidum na ziemiach zdobytych dla islamu.

 

R bez C

 

Samochód zostawiłem przy malutkiej prowincjonalnej stacyjce Ronda. Dotarłem tu po pokonaniu niezliczonych zakrętów, jadąc z Malagi „od morza“. Cały czas auto wspina się na kolejne góry, wiraży bez liku. Otwierają się nowe doliny. Krajobraz pustynno-księżycowy mimo ostrego słońca. Zawsze powtarzam przekornie: to dziwne, że Hiszpania w ogóle istnieje…

Na asfaltowych zakrętach mijać należy się ostrożnie! W Ronda tylko przy stacyjce był jedyny wolny parking. Wszystkie inne, bliżej atrakcji – przepaść, arena dla byków, ratusz i „Nowy most“ nad wąwozem oraz dwa mniejsze mosty, stare łaźnie arabskie, klasztory, kościoły, bramy miejskie – zajęte – mimo słonych opłat. Wiemy: podróże kształcą, ale są drogie. Co roku miliony turystów przybywają  do atrakcyjnej Hiszpanii.

Idę w kierunku atrakcji. Tutejsze uliczki są pełne sklepów oraz turystów konsultujących drogę do mostu, dzielącego miasteczko nad cienką rzeczką Guadalevín. Oczywiście, wbrew nazwie Puente Nuevo jest starym mostem. Życie przyzwyczaja nas do mylących nazw. Fake names. Most zbudował nad niemal pionową przepaścią bardziej niż stumetrową (sic!) Martín Aldehuela. Pod nogami tubylców i turystów zieje 120 m powietrza w pionie! Wychylam się przez barierę – w głowie się kręci. Architekt Aldehuela budował tę konstrukcję niemal przez 40 lat, czemu się nie dziwię. Wspaniały, niewiarygodnie skomplikowany most był wreszcie gotów do użytku w 1793 roku. Trzeba tu przyjechać, aby docenić w pełni i z zachwytem dzieło mistrza. Most jest solidny, ma trzy łuki nośne. Pod nim ziejąca przepaść. Strach patrzeć w dół.  Architekt częściowo wykorzystał litą  skałę. Most o długości 70 m jest kamienny, na górze ma jezdnię szeroką na dwa auta, dwa wąskie trotuary oraz „kocie łby” – to pamiątka po karocach, furach, dwukółkach i bryczkach. Teraz mkną tu auta.

Na moście kłębią się tłumy. Dobrze, iż porządne żelazne kraty blokują dostęp do przepaści. Teoretycznie nikt nie spadnie. Wszyscy robią sobie zdjęcia: „Byliśmy na sławetnym moście w Ronda!”. Ja idę dalej do południowej części miasta. Tam jest przecież następna ciekawostka. To Iglesia de Santa Maria la Mayor, czekająca na moją wizytę, nienasyconego wędrowcy… Sam kościół mariacki „Matki Boskiej Wielkiej” jest, co często zdarza się w Hiszpanii, przeróbką z meczetu. We wnętrzu, oszołomiony gabarytem – tak olbrzymia świątynia w tak małej mieścinie! – patrzę na 4 kopuły rodem z arabskiej sztuki budowlanej. Mihrab też jest…przerobiony…   Dzwonnica to „przechrzczony” oczywiście minaret. Już nie jest okrągły. W dzwonnicy nie siedzi muezzin klęcząc na dywaniku wzywając do muzułmańskiej modlitwy, lecz wiszą dzwony gotowe do anonsowania Anioła Pańskiego.  Hiszpania bez przerwy się zmienia…

 

R bez C

 

Wracam z kościoła do centrum. „Nowy most” nadal jest atakowany przez kolejne fale turystów. Dzielnie, bez okazywania zmęczenia, pozuje most do selfies – 1235 na minutę. Oglądam wielki hotel przy ratuszu, a trochę dalej widzę biel „Areny byków”. Takie okrągłe, owalne konstrukcje są też znane w innych częściach Hiszpanii. Ale arena lokalna była pierwsza! Najstarsza w Hiszpanii! Corrida pochodzi stąd, z Ronda!

Podążam dalej „Calle Virgen de la Paz” albo „ulicą Dziewicy Pokoju”, oddalając się nieco od marcowego (co tu będzie latem?) gęstego tłumu turystów z całego świata. Mijam park „Alameda del Tajo”, następnie Convento de la Merced, czyli „klasztor Łaski Pańskiej”. Wreszcie za centrum widzę piękną bramę. Wręcz zaprasza do parku, gdzie już dostrzegam mój ukryty w sercu cel: fasadę hotelu „Reina Victoria”. Zbudowany przez brytyjską firmę w 1908 roku. Dlatego w nazwie uczczono królową z Wielkiej Brytanii.

Ten hotel przyciąga wiele  osób, gdyż z ogrodów rozciąga się z drugiej strony jeszcze piękniejszy widok niż w centrum koło mostu nad przepaścią. Tu jest więcej niż 360°! Tu widzę bardziej stereo zielone górzyste okolice, gaje dumnych palm, mięsiste agawy, dyskusyjne kaktusy, szare cięcia i dumne cienie wąwozów oraz kolejne pasma wyżyn, tworzące coraz dalsze kulisy dla oczarowanego oka. Zachwyt bez przerwy, zwłaszcza iż taka chwila jest skąpana w cieple ogrzewającego słońca, pracującego tu codziennie dłużej niż w innych regionach naszego kontynentu. I nie przechodzi na emeryturę mimo wypracowanych nadgodzin. Do dzisiaj…

Przechodzę przez korytarz na parterze kilkupiętrowego hotelu „Królowa Wiktoria” i wychodzę na wspomniany obszerny taras „stereo”. Jest on obsługiwany pod palmami gastronomicznie. Wiele stolików i krzeseł na posadzce w cieniu bananów, pinii oraz palm. Miło jest spożyć tu obiad, wypełniony głównie w karcie menu specjalnościami kuchni hiszpańskiej. Wiatr porusza gałęzie, zielone igły spadają na biały obrus.

 

R bez C

 

Dlaczego pragnąłem tu przybyć? Jest kilka bardziej snobistycznych, godnych adresów hotelarstwa hiszpańskiego w mieście Ronda. Ale o tym hotelu czytałem od lat, iż mieszkało tu wielu literatów. Chcę poczuć ich genius loci.

Myślę przykładowo o konkretnym amerykańskim pisarzu: Ernest Hemingway przebywał tu jako gość pierwszy raz w maju 1923 (akurat setna rocznica!) i chodził z upodobaniem na corridy organizowane we wspomnianej białej arenie (Plaza de toros) bliżej centrum. Jest w Ronda jego placyk, jego pomnik. Zadbano tu o reklamę literacką rodem z USA. Oczywiście więcej o egzystencji i twórczości Hemingwaya dowiedziałem się kiedyś na samej Kubie w San Francisco de Paula blisko Hawany. Stoi tam jego niegdyś prywatna  finca – willa pełna pamiątek, książek, trofeów. Tam mieszkał 20 lat aż do rewolucji Fidela Castro. Tu w Ronda był przelotnym turystą. Kochał Europę oraz kochał się w jej mieszkankach.

W hotelu poświęconym królowej Wiktorii rozglądam się wnikliwie po rozległym tarasie, okolonym murkiem, oglądając wspomniane elementy piękna: góry aż za horyzont, zielone lasy, olbrzymie gaje oliwne, w dali cienkie nitki serpentyn, wiodących do Madrytu, Sewilli lub nad morze i do Gibraltaru. Po zimnej zupie gazpacho czekam na główne danie zarzuela de mariscos na gorącej patelence, czyli na bulgocącą sporą mieszankę „owoców morza”: muszle, krewetki, ośmiornice, langusty, kałamarnice skąpane w pikantnym sosie jak pieprzne hiszpańskie dowcipy o torreadorach i bykach…

 

R bez C

 

Głównym pisarzem respektowanym oraz faworyzowanym w hotelu Reina Victoria jest bezsprzecznie Rainer Maria Rilke, austriacki poeta, urodzony w 1875 roku w Pradze. Spędził tu ledwie parę miesięcy zimowych (od grudnia 1912 do marca 1913). Oglądałem przed obiadem witrynę w korytarzu udającą mini-muzeum po nim. Meble, fotel, biurko, półki z jego książkami. Tomy tłumaczone na inne języki. Był tu aktywny piórem. Nie wiedział, iż za parę lat I Wojna światowa pozbawi go całego majątku, zwłaszcza w Paryżu.

Otwieram tomik jego „Elegii duinejskich”. Napisał je nie tu. Ale treść niemal puenty oblana pesymistycznym tonem w 8. Elegii jest filozoficzno-biologiczno-turystyczną przestrogą:

 

„Und wir: Zuschauer, immer, überall,

dem allen zugewandt und nie hinaus!

Uns überfüllt´s. Wir ordnen´s. Es zerfällt.

Wir ordnen wieder und zerfallen selbst.

(moje tłumaczenie – W.P.):

A my: widzowie, zawsze i wszędzie,

Ku wszystkiemu zwróceni, ale nigdy poza to!

Nas to przepełnia. Porządkujemy to. A to się rozpada.

Znów robimy porządek  i rozpadamy się sami.

 

Jeszcze jeden świetny refleksyjny opis naszych przygód z życiem…

Porządek przed rozpadem. Nigdy odwrotnie!

Oprócz wielu innych pisarzy, mieszkał w tym zaczarowanym pejzażu  Prosper Mérimée. Nie, nie w tym hotelu! Zmarł w roku 1870, więc nie mógł tu być gościem, wchodząc i sapiąc na piętra z wielkim, żelaznym kluczem od pokoju w dłoni. Ten hotel, w którym każdy pokój dysponuje kominkiem (firma budowlana z Anglii, a zatem very British)  jeszcze nie istniał. Nawet zimą czekano na gości. Ale Monsieur Prosper M. zakochał się w pejzażu andaluzyjskim jako fachowiec „od zabytków”, przybyły z Paryża, aby kontrolować stan zamków, kościołów, klasztorów i murów miejskich, również w Hiszpanii.

To on „urodził” pełną życia, wigoru, energii, kobiecej inteligencji postać Carmen. Ona gdzieś tu mieszka, otoczona górami oraz potężniejącą miłością rozkochanego w niej żołnierza Don José. Napisał Mérimée nowelę „Carmen” w roku 1840. A inny Francuz Hector Berlioz skomponował w 1875 roku operę o tym samym tytule. Ten wspaniały utwór zainaugurował wtedy budynek Opery paryskiej („Palais Garnier”).

Ognista Cyganka Carmen, mawiająca z patosem, iż piersi u kobiet mają taką samą funkcję jak rogi u byka, wodząca za nos baskijskiego naiwnego żołnierza, gardząca swymi  konkurentkami, grająca  sprytnie na nosie kolejnych kochanków i na szachownicy miłości, szydząca z pojęcia wierności, sprzedająca na targu andaluzyjskie pomarańcze o kwiatach pachnących jak odurzające perfumy, zapewne gdzieś nadal tu mieszka. Ukrywa się w tajemnych i przepastnych wąwozach miasta Ronda. Jestem tego pewien. Takie kobiety jak Carmen są nieśmiertelne. Mimo że Don José zasztyletował ją w akcie rozpaczy!

Amor omnia vincit!

Miłość wszystko zwycięża?

Poprzedni artykułRozmowa z wikipedystą – prof. zw. dr hab. Ryszardem Lipczukiem
Następny artykułZnikająca ulga
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj