To miłosne wyznanie pod adresem Włoch, wydarzenie reporterskie w Australii, jest jedną z wielu książek, pisanych con amore o Wenecji – miasto-fenomen. Nigdy nie dowiedziałbym się w Europie o wspomnieniowej publikacji „In Love With Italy” („Kochając Włochy”, 313 stron, ISBN 978-0-6453464-1-1), gdyby nie fakt, iż znam autorkę, Judy Johnston.
Judy opisała w swych wspomnieniach głównie (ale nie tylko) proces tworzenia się niemal „związku zawodowego gondolierów” w Wenecji. Oczywiście robili to już inni autorzy, zakochani po uszy w tym mitycznym mieście między wodą a niebem. Judy wspomina głównie Guglielmo Zanelli i opisane przez niego dzieje gondolierów w sporym dziele. Wraz z nią jesteśmy również w pałacu Roberto Luppi, prezydenta wszystkich gondolierów – chodząc po piętrach, posadzkach, dywanach typowego weneckiego pałacu, gdy robi z nim wywiad.
A teraz gondolierzy? To wszak znany powszechnie turystom obrazek na tle Canal Grande i pomniejszych kanalików. Ale początki były skromne. To był „zubożały cech” („an impoverished guild”) w średniowieczu. Dopiero przez stulecia ten szczególny „związek zawodowy” urósł w siłę.
My, Europejczycy, znamy dobrze to miasto. Od VII w. do 1797 była Wenecja samodzielną republiką, nie mając nic wspólnego z Rzymem, Florencją czy Sardynią. Dopiero tkwi od roku 1862 w jednym państwie – Włochy. Kiedy wprowadzono w Wenecji w 1881 roku stateczki na parę, czyli vaporetti, spowodowało to falę strajków i niezadowolenia gondolierów. To był konkurent! Podobnie jak kiedyś w Anglii maszyny rujnowały robotników. I tak już wcześniej kursowały większe traghetti (promy) po kanałach oraz w archipelagu między wyspami. Ale przedsiębiorstwo „Ente Gondola” (czyli „Korporacja Gondola”) przetrwało jakoś ciężkie czasy.
Firma usiłuje utrzymać ustrój demokratyczny. Każdy gondolier ma swoje strefy, harmonogram pracy, płaci podatki, trzyma się ustalonych cenników. Teoretycznie. W praktyce jest trochę inaczej… Autorka przytacza przykłady samowolnego ustalania cen wobec naiwnych turystów – 200 euro za godzinę jazdy gondolą po kanałach. Przykład sprzed paru lat. Sama ich psychologicznie testowała.
Humor: Judy była świadkiem takiej sceny przy Placu św. Marka. Para młodożeńców z USA gramoli się do gondoli. Problem: „they are of exceedingly generous proportions”, jak to zapisała dyplomatycznie, a zatem po prostu „są strasznie grubi, niebywale otyli”. Kilku gondolierów pospiesza z pomocą ociężałym grubasom. Łańcuch ludzi dobrej woli. Uff, jakoś się udało. Gondola kiwa się niebezpiecznie! Jeszcze trochę i… Nie! Para nie zatopiła się w wodach weneckiego kanału! Happy-end…
We wspomnieniach byłej profesor ekonomii uniwersytetu z Sydney, Judy Johnston, znajdziemy listę utworów literackich, tych zasadniczych, gdzie jest mowa o gondolierach (powieści oraz sztuki teatralne), oraz opis skomplikowanej budowy gondoli (używa się 8 rodzajów drewna – nie wiedziałem!). Oczywiście czuje czytelnik na stronach wspomnień profesorki wysoką temperaturę jej uczuć do Włoch. Jest tu panoramiczny obraz innych zwiedzanych miast: Florencja, Lucca, San Gimignano, Arezzo, Piza w Toskanii, czy Como lub Werona na północy. Lecz one wszystkie nikną za horyzontem „miłości” do Wenecji.
A propos uczucia – pierwsze zdanie książkowych wspomnień to: „Na dzwonnicy weneckiego kościoła San Giorgio Maggiore postanowiłam ostatecznie zakończyć swoje drugie małżeństwo”. Była profesor, teraz emerytka, wie jak zacząć efektownie opowieść o meandrach swej biografii…
Sporą część książki zajmują perypetie kupna domów i mieszkań we Włoszech przez autorkę. Jej wielka miłość do italianità, a zatem do „włoskości” przeżyła sporo zakrętów: w Mediolanie ukradziono jej sprytnie portmonetkę, maklerzy nieruchomości okazywali się nie zawsze legalnie działający wedle ustaleń prawnych. Trzeba było być ostrożnym przed podpisywaniem aktów notarialnych… Judy zasięgała rad wszędzie, jako naukowiec z chłodnym dystansem. Cytuje tu filozoficznie Szekspira, udowadniającego w swych dziełach, jak cienka jest granica między komedią a tragedią. I odwrotnie. Judy pracowała za młodu 5 lat w Londynie w BBC-TV, gdzie tolerowano jej australijski „akcent”. Potem była doradcą ekonomicznym kilku azjatyckich państw. Ale zasadniczym miejscem pracy jej życia był UTS – University of Technology Sydney.
We Włoszech, po prawnych tarapatach kupiła wreszcie dwie nieruchomości: w Como, przy szwajcarskiej granicy oraz na Sycylii. Bieguny Włoch. Stamtąd, jeszcze przed laty, kiedy pracowała naukowo w Sydney, miała bliżej na konferencje do Paryża czy Bergen, niż ze wschodniej Australii.
Ja poznałem Judy w prywatnej szkole języka włoskiego w centrum Florencji jesienią 2005. Wspomina o tym spotkaniu i wycieczce autobusem po Toskanii w swych memuarach „In Love With Italy”. Na str. 165 pisze Judy, iż po angielsku łatwo mnie zrozumieć, mimo iż czuć problemy gramatyczne oraz słownikowe, kiedy używam języka Jamesa Cooka. To ten Anglik, nieustraszony żeglarz, w 1770 roku zdobył kontynent australijski dla brytyjskiej korony.
Na str. 271 wspomina Judy, iż czekałem na nią, kiedy wysiadała z pociągu z włoskiego Como, gdy wjechał na dworzec w szwajcarskim Zurychu w lutym 2007. Pisze, że rok wcześniej my byliśmy jej gośćmi w jej domu w Sydney. Zgadza się. A w trakcie jej rewizyty w zachodniej Austrii (stąd Zurych geograficznie) czytam jej komplement o naszej rodzinie: „they are incredibly hospitable” – „są niesamowicie gościnni”. Miło.
A teraz, A.D.2023, przyleciała do Wiednia z grupą turystów. Wycieczka zorganizowana pod hasłem „Śladami Gustava Mahlera”. Odwiedziła nas. Z Wiednia, gdzie wielki kompozytor umarł (1911), pojechali Australijczycy do Czeskiej Republiki, do Kaliště (100 km od Pragi), gdzie się urodził.
Australijka we Włoszech, w Czechach i nie tylko, gondolierzy w Wenecji, przyjaciele na całym świecie, Polak w Austrii i nie tylko, książka Judy wydrukowana w Polsce (sic!) – życie pisze barwne scenariusze pełne ruchów zaplanowanych oraz niespodzianek, wartych zanotowania.












