Nie, to nie jest reportaż o Oranie. Nigdy w algierskim mieście ORAN nie byłem – niestety. Znam je jedynie z powieści Alberta Camus „Dżuma“. Gdybym kiedyś pojechał do Oranu i chciał tę podróż oraz miasto opisać, zatytułowałbym ten tekst przecież „W Oranie“.
Tu chodzi o oranie – jedną z najstarszych czynności rolniczych ludzkości, czyli o głębokie czesanie pługiem powierzchni pola, aby było żyzne i dało pożywienie rodzinie rolników i może jeszcze paru osobom. To „czesanie“, tworzenie bruzd, jest czynnością niebywale znojną i trudną, wymagającą mnóstwa siły, zaparcia, dobrych muskułów i wiary w uzyskane (może?) plony. Orka do utraty sił… Zajęcie nie dla chuderlaków.
Bardziej do orania nadają się mężczyźni ze względu na większą masę mięśni w rękach niż kobiety. Teoretycznie. Nad orzącym nie tylko świergocą skowronki, lecz również dźwięczy w przestworzach optymistyczna puenta: „-Nie umrę z głodu! To ja, pater familias, wyżywię swoją rodzinę! Razem przetrwamy okropny przednówek! Orzę rękami oraz wiarą dla przyszłości“.
Ұ Ұ Ұ Ұ
Regułą zakonu benedyktynów, ich podstawową zasadą aktywności w życiu była dewiza „ora et labora“, co akurat ładnie po łacinie się rymowało. A znaczy to: „módl się i pracuj!“. Według tego transcendentalno-robotniczego apelu układano sobie życie przez wieki za murami klasztorów braci benedyktynów. Imperatyw bez przerw. Jedni wytrwali do końca zmagań z tą dewizą w głowie, inni buntowali się i oddalali się, aby hołdować innym pryncypiom. Pracowali gdzie indziej. Kwestia temperamentu…
Mnie urzekł rozszerzony wariant tej formuły: „Ara, ora et labora!“. Z przodu dodano rozkaz „ara“, zatem „-Orz!“. To oznacza, iż orka była tak ciężkim zajęciem fizycznym dla oracza, iż nie włączano tego męczącego trudu, wyzywającego wysiłku ponad miarę zwykłego chłopa do szuflady z innymi pracami (-Labora!). Bowiem „-Orz!“ nie kojarzyło się wtedy z banalnym rozkazem („-Pracuj!“). Ciekawe! Oracze sytuowali się o wiele wyżej w znojnej harówkowej piramidzie „Praca fizyczna”.
Jeżeli już jesteśmy przy łacinie z powodu filozoficznej dewizy braciszków benedyktyńskich: „arator“ to „orzący, oracz“. Skomplikowane narzędzie w jego napiętych rękach, robiące bruzdy w glebie, to „aratrum“, czyli „pług“. Z kolei polskie słowo „pług“ pochodzi prosto od niemieckiego „der Pflug“, co daje dużo do myślenia o kontaktach rolniczych z zachodnimi sąsiadami…
Sam czasownik „aro, arare“ nie tylko oznaczał „uprawiać pole, zajmować się rolnictwem“, lecz również metaforycznie sygnalizował u Rzymian, że „statki orały fale, przecinały swymi dziobami powierzchnię mórz, ryły wodne bruzdy“. Jak pługi ziemię. Tak obrazowo, wykwintnie, fantazyjnie i elegancko używali tego czasownika Owidiusz czy Wergiliusz w swych wiekopomnych dziełach.
Ұ Ұ Ұ Ұ
Studiując historię pisma a raczej dzieje pisania w Europie, napotyka badacz na bardzo specjalistyczne słowo „bustrofedon“. Pochodzi ono z greki i oznacza „oranie wołem, orka przy pomocy wołu“. Jak widzimy, nie można się oderwać od fenomenu pisania, literatury, kultury, kiedy poświęcamy uwagę rolnictwu, oraniu, harówki w pocie czoła, aby spod ziemi zdobyć życiodajny pokarm, oczekiwany plon, prosto od Matki Natury.
Dziwny wyraz „bustrofedon“ określa sposób orania, najlogiczniejszy na świecie. Mianowicie oracz pracujący za wołem, koniem czy krową, dochodzi do końca pola, miedzy. Zawraca i orze w drugą stronę, w przeciwną (180°) niż przed chwilą. Na drugim końcu zawraca i ponownie idzie pracując w przeciwnym kierunku. I tak dalej.
Gdyby tego nie chciał zrobić, musiałby na końcu prostej pług podnieść, przenieść go niekonwencjonalnie za wołem czy koniem w powietrzu i zacząć ponownie orać „równolegle“ do poprzedniej bruzdy. Ludzkość nigdy nie słyszała o takim idiocie (i osiłku, wyposażonym w nadludzkie siły!), toteż o wiele prostszy i wypróbowany bustrofedon jest do dziś stosowany na wszystkich uprawnych kontynentach. Taki rolniczy ciasny zygzak.
Dlaczego piszę o tej oczywistości? Ponieważ Rzymianie zaczynawszy pisać swoje pierwsze teksty po łacinie, stosowali właśnie bustrofedon! Pisano z lewej na prawo pierwszą linijkę, a potem – według zasad bustrofedonu – następną z prawej na lewo, a następną jak pierwszą, i tak dalej, konsekwentnie. Raz na lewo, raz na prawo!
Potem zaczęto tradycyjnie pisać tylko z lewej na prawo. Wpadli Rzymianie w monotonię linearną, w swoistą manierę, oddaliwszy się od zasad orania! Podaję ad hoc przykład mojego „bustrofedonu“. Proszę potrenować!
PRZYKŁADPIS
LANZARAINA
EWOARAZNAP
TNAKAJOWAR
YCZNYROLNIK
Odczytywanie wymaga pewnego treningu, czyli przyzwyczajenia do takich – dla nas, dzieci odległych wieków – „fanaberii“ kierunkowych liter. Dlatego historycy dedukcyjnie odkryli dzięki tej formie orania, że proto-Rzymianie byli rolnikami, powtarzającymi potem na pergaminie jedynie sposób uprawy pola pługiem. Orka na ugorze zdeterminowała sposób zapisu tekstów! A potem – zapomniawszy o rolnictwie i o uprawie gleby pługiem – zaczęli uprawiać monotonię w metodzie pisania na pergaminie: tylko z lewej strony na prawą! I tak zostało do dziś. Nie we wszystkich językac
Marzy mi się oczywiście tekst o silnej grze słów: „Oranie w Oranie“. W tym celu musiałbym udać się do algierskiego Oranu i poznać tamtejszych arabskich lub berberskich rolników. Domyślam się jednak, iż oni używają w międzyczasie traktorów do uprawy swych gleb i w ten sposób trochę zniszczyliby mi puentę wyprawy do północnej Afryki. A ich traktory i tak małpują nadal do dziś wszędzie bustrofedon rzymskich wołów…












