Artyzm w brązie „Braci Łopieńskich”

0

Słabo wyeksponowana mała oficyna Pałacu Branickich nie zaprasza do zwiedzenia paru saloników wewnątrz. A one kryją skarby i cuda. Są to elementy wystawy, jaką urządzono w stolicy jesienią 2022 w Warszawie przy Nowym Świecie 16/18.

„Skarby“ należy tu rozumieć metaforycznie, jako że wiele oglądanych obiektów to modele gipsowe, odrapane, brudnawe, obtłuczone, pourywane, właściwie bez wartości, twarze bez nosów – natomiast o potężnej sile symbolu narodowego. Chwała tym, którzy zorganizowali tę wystawę, mającej wiele aspektów w sobie: kunszt najwyższej miary,  godność rzemiosła artystycznego oraz tragiczne dzieje bohaterskiej Warszawy w Pierwszej i Drugiej Wojnie światowej.

Najpierw zwiedzający krążą po podwórcu pałacyku, patrząc na wolnym powietrzu na świetne plansze. Informują one doskonale o wystawie „160 lat firmy Bracia Łopieńscy“.  Potem wchodzą zaciekawieni do kilku pokoików, aby obejrzeć większość nieefektownych, bardzo zniszczonych modeli gipsowych o symbolice historycznej orazaby zachwycać się paroma oryginałami rzeźb z brązu. Brąz bowiem był podstawą chwały dla firmy, znoszącej wespół z ojczyzną tzw. trudne chwile: powstania, agresje, bunty, barykady, wojny i napady sąsiadów z zachodu i wschodu, zgony bohaterów.

Brąz jest stopem miedzi (Cu) i cyny (Sn). Zapomniałem ze szkolnych lat, że to synteza dwu metali! Brązu używa się albo do kucia na zimno, albo do produkcji narzędzi (epoka brązu), lub do wyrobu ozdób (rzeźby, kandelabry, żyrandole, poręcze, świeczniki i stu innych zastosowań w kulturze). Tu, w dziale sztuki, proporcja w brązie wynosi: 85% miedzi i 15% cyny. 

Ciekawostka: wyraz brąz, pisany po polsku w XIX w. bronz, pochodzi od nazwy  włoskiego miasta Brindisi!

 

Cu+Sn Cu+Sn

Brązownicy to szczególna kasta artystów: między rzemiosłem (wykonywanie precyzyjnych odlewów w warsztacie) a efektem ostatecznego wycyzelowania gotowego dzieła ukazują wyżyny  jakości. Od ociężałości materii osiągają niebiosa rezultatów. Jeden z nestorów firmy, Tadeusz Łopieński, zmarły w 1983 roku, mawiał, że artysta w brązownictwie musi mieć cierpliwość anioła, siłę Ursusa, duszę poety oraz stalowe nerwy. Wiedział o czym mówił – był wykładowcą w Akademii Sztuk Pięknych, ucząc projektowania form rzeźbiarskich. Wydał kronikę firmy i swego życia: Tadeusz Łopieński „Okruchy historii“, ISBN 978-83-962888-0-6.

Każde pokolenie w firmie „Bracia Łopieńscy“ nacechowane było  doskonaleniem warsztatu, wytężoną pracą o wysokim etosie, dobrym  smakiem oraz miłością do rzemiosła – pracowano przez wszystkie generacje con amore! To przynosi wyniki! Sukcesy nie spadały z nieba! Botanicy wiedzą, że po dobrych owocach poznaje się dobre drzewo…

Jan Łopieński żeni się w 1862 roku z Feliksą z Widawskich. Przejmuje od teścia warsztat brązowniczy, zaczynając samodzielnie produkcję. Właśnie 160 lat wstecz. Już po 3 latach firma się rozrasta, przyjąwszy oficjalną nazwę „Fabryka Wyrobów Bronzowych“, wchodząc na arenę sztuki. Ignacy, syn Jana i Feliksy, zwany ojcem polskiej grafiki (geny sztuki już działają) przyjaźni się z Olgą Boznańską oraz Julianem Fałatem. Chemia zadziałała.

 

Cu+Sn Cu+Sn

Fabryka na ul. Hożej 55, licząca dopiero 10 lat, dostarcza  kandelabry, kinkiety i żyrandole do pałacu milionera Leopolda Kronenberga. Nikt nie może ich dziś zobaczyć z powodu zniszczenia pałacu już w kampanii wrześniowej 1939. Resztki ruin, dzieło ataków  hitlerowskiej armii, rozebrano w czasie PRL.

Na szczęście, uratowały się po pożodze wojennej inne dzieła Braci Łopieńskich. Przykładowo w Muzeum Niepodległości. Tam mieściło się „Muzeum im. Lenina“ w minionych czasach PRL, alias w Pałacu hrabiego Zawiszy. Marsz śladami  produktów omawianej firmy to nostalgiczna wędrówka po artystycznej stolicy.

Tak jak Polska pod zaborami, również brązownicza firma cierpi: wspomniana Feliksa Łopieńska, umiera mając ledwie 35 lat, zostawiając wdowcowi Janowi sześcioro dzieci! Nieszczęścia chodzą parami: ten zgon łączy się z upadkiem finansowym firmy.

Feliks, młodszy syn Jana, wyjeżdża do Wiednia. Uczy się tam jeszcze innych wariantów kunsztu w firmie „David Hollenbach“, oficjalnego i uniżonego dostawcy obiektów z brązu dla dworu cesarza Franciszka Józefa. Austriacka firma przetrwała rozpad państwowości arystokratycznej. Istnieje do dziś. Tak jak firma „Bracia Łopieńscy“. Dwa Feniksy odżyły. Ten znad Wisły miał niewątpliwie trudniejszy start do „zmartwychwstania“, niż analogiczny Feniks znad Dunaju.

Dwukrotnie bowiem przestawała firma z Warszawy istnieć. Wówczas zdawało się, że na zawsze. Raz z powodu okupacji niemieckiej, kiedy Niemcy wywłaszczyli prawowitych posiadaczy, wyrzucając brutalnie modele gipsowe z pięter na podwórzec i gotowe wyroby na złom. Właśnie niektóre z nich oglądam! Zabrali też zapasy metali z magazynu! Potrzebowali ich na liczne fronty, będące efektem oraz continuum szaleńczej ideologii „Deutschland über alles!“. Już Rzymianie wiedzieli, iż sztuka nie liczy się w czasach wojen – inter arma silent Musae… Wtedy muzy muszą milczeć.

Drugi raz unicestwieniem zakładu zajęła się rączo i bezpardonowo władza komunistyczna. W roku 1950 „upaństwowiono“ firmę, wyceniwszy olbrzymi majątek tego klejnotu rzemiosła artystycznego stolicy na równowartość jednej miesięcznej pensji urzędnika zatrudnionego w państwowym biurze!! Brzmi to jak okrutny żart.

Ponownie rozpłynęła się uczciwa myśl przedsiębiorcza w kosmosie pogardy dla pracowitości, dla autentycznego etosu zawodu oraz zwykłej uczciwości. Tak startowała ku przyszłości – w pogardzie dla prawa – nowa formacja polityczna w PRL, przywleczona (vis maior) z Moskwy.

 

Cu+Sn Cu+Sn

Oczywiście warszawiacy starszej daty pamiętali elegancki sklep wystawowy firmy „Bracia Łopieńscy“. Tej pamięci nie mógł zetrzeć nawet najbardziej agresywny atak na przedwojenny kapitalizm. Do 1939 roku bowiem można było oglądać wyroby firmy na Krakowskim Przedmieściu, w Kordegardzie, czyli przed pałacem Potockich, naprzeciw Pałacu, gdzie rezyduje każdorazowy prezydent!

Jeszcze w 1938 roku („wojenne“ za pięć dwunasta) powstaje śliczna „Syrenka“ na brzegu Wisły. Na cokole stoi odlew znowu omawianej firmy! Piękna panienka Syrenka wyrosła nad wyraz – ma 2,75 m i dumnie obroniła się potem przed Niemcami w czasie szaleńczych lat  walczącej stolicy! Po wojnie firma załatała 35 przestrzelin w syrenim ciele, na mieczu (wytrzymał furor teutonicus!) i na tarczy. Bohaterska postać powabnej nagiej kobiety, związanej z wiślaną wodą swą rybią dolną częścią ciała, cieszy oko do dzisiaj!

Krótko przed brutalnym „upaństwowieniem“ firmy zdążyli jej pracownicy ustawić pomnik Adama Mickiewicza na cokole. Stanął ponownie na Krakowskim Przedmieściu. Ten pomnik był wielką ofiarą Niemców. Oni go wywieźli i ukryli. Odnaleziono go, przytransportowano, odlano („Bracia Łopieńscy“) od nowa. Inauguracja nastąpiła 28 stycznia 1950 roku. Był to akt odwagi patriotycznej – jeszcze żył tow. J. Stalin…

Władze zezwoliły po Październiku 1956 na mini renesans (syndrom Feniksa!) zakładu, ale w kaprawej suterenie. Piano, pianissimo firma wstaje z kolan. Czwartą generację reprezentuje pani Anna Łopieńska-Lipczyk, mająca w swym portfolio takie sukcesy, jak (jedynie parę przykładów): kinkiety do „Pomarańczarni“, brązy oświetleniowe dla stołecznego Muzeum Historycznego, największy żyrandol rokokowy w Polsce w łódzkim Pałacu Herbsta, tudzież stylowe oświetlenie w tamtejszym legendarnym wystrojem i bogactwem wnętrz Pałacu Poznańskich. Pani Anna Łopieńska-Lipczyk jest autorką licznych tablic poświęconym sławnym Polakom (S. Lorenz, J. Zachwatowicz, P. Biegański et consortes).

Wykonała artystycznie łańcuchy dla rektorów wyższych uczelni, kandelabry do wilanowskiego pałacu oraz wieńce laurowe dla zwycięzców Konkursów Chopinowskich.

 

Cu+Sn Cu+Sn

 

Przed 15 laty zorganizowano „pierwiosnek“: na Zamku Królewskim świętuje się 145 lat istnienia firmy. Największy szok kulturowy przeżyła firma dzięki Małgorzacie i Januszowi Nadolskim! Oni przewieźli w 2001 roku do swego magazynu przy Dworcu Wschodnim cały transport modeli gipsowych, nie znając właściciela. Zapakowane i zapomniane paczki, kartony, skrzynie leżały cicho w kurzu przez następne lata. Nagle okazało się, iż  w środku tkwią modele gipsowe rzeźb z firmy „Bracia Łopieńscy“! Zostały schowane (przez kogo?) przed Niemcami i polskimi władzami „ludowymi“ na całe lata. Ich sen się skończył w 2021 roku, kiedy   je zidentyfikowano. Uratowano sensacyjnie wspaniałe (choć pokiereszowane) obiekty artystyczne  polskiej kultury! To znalezisko oglądam ze wzruszeniem, chodząc powoli po salkach!

Chodzę po wspomnianym (Nowy Świat 16/18) saloniku z dreszczem emocji. Cicho śpią rekwizyty przeszłości w witrynach. Na ścianach powieszono rysunki projektów, plansze,  techniczne szkice, ryngrafy, ciesząc oko  ciekawskich. Robi to wrażenie spaceru wśród multum wyciszonych akwariów. A w nich niesłychanie pieczołowicie wyeksponowane przedmioty, w większości z gipsu: podrapane twarze bez nosów, z brudnawą patyną, oglądane przeze mnie to ranni żołnierze leżący po bitwie i czekający na ratunek. A ten ratunek nadszedł wreszcie na tej ziemi umęczonej agresjami – z szopy do muzeum.

Oglądam anonimowy duet kontrastowych obiektów: model sportowca z gipsu i jego odlaną rzeźbę. Gipsowy podrapany sportowiec, widocznie zrzucony przez hitlerowców lub komunistów z któregoś piętra, nie ma głowy, jednej nogi, ukazując pokiereszowany tors. Inwalida, już nie sportowiec! A obok jego pokazowa brązowa kopia: kontrastowo piękne lśniące ciało, umięśnione nogi,  masywny mężczyzna, dzierżąc  zwycięską palmę, unosi prawą rękę w geście osiągniętej wiktorii! Mógłby być symbolem firmy – myślę!

 

Cu+Sn Cu+Sn

Patrzę wśród bardzo wielu obiektów na trzech konkretnych mężczyzn, których bardzo różnorodne kształty wspomnień wzruszają:

generał Felix von Barth ze swą gipsową podobizną na płaskorzeźbie ujęty z profilu godnie pokazuje swą poważną twarz. Ten rodowity Niemiec Saksończyk kształcił polską rodzącą się armię od 1915 roku. Biografia o niebywałych meandrach! Potem w tej militarnej pedagogicznej funkcji zastąpił go generał Henryk Minkiewicz.

Kwadratowa plakietka z brązu doskonałej jakości artystycznej ukazuje króla Stefana Batorego w fantazyjnym nakryciu głowy (z dzisiejszego punktu widzenia) z łacińskim objaśnieniem jego władczych tytułów i datą jego śmierci. Skojarzenie: jedyny pomnik na moskiewskim Placu Czerwonym (o antypolskiej wymowie) przypomina jego epokę. Myślałem parę lat wstecz o królu Batorym, stojąc w Moskwie pod cokołem, na którym stoi Kuźma Minin oraz Dmitrij Pożarski. Ten pomnik na Czerwonym Placu to najbardziej antypolski symbol w stolicy Rosji.

Natomiast nie spodziewałem się tu w saloniku na Nowym Świecie  maski pośmiertnej prezydenta Gabriela Narutowicza. Dostało jej się ostro od historii, czyli od ohydnych rąk nazistów i komunistów: gips jest brudny, podrapany, podniszczony, zrzucony na bruk! Twarz zachowała swą godność. Czuć ząb czasu i celową chęć unicestwienia, tak jak totalnie miała być zniszczona (rozkaz Hitlera) Warszawa, by nigdy nie odrodzić się z popiołów. Firma „Bracia Łopieńscy“ powtarza bowiem w swoistej skali swym istnieniem tragiczne dzieje miasta, w którym funkcjonowała pod kilkoma adresami. Smutne paralele…

Prezydent Gabriel Narutowicz został zamordowany 16 grudnia 1922 roku. Mija akurat 100 lat od tej nader smutnej daty. Niżej podpisany opublikował o Nim całostronicowy artykuł po niemiecku w szwajcarskim tygodniku „Ostschweiz“ czyli „Wschodnia Szwajcaria“ 21 czerwca 2015. Dlaczego w Szwajcarii?

Profesor Politechniki w Zurychu, Gabriel Narutowicz, był geniuszem hydrotechniki. Działał zawodowo w Szwajcarii, gdzie mieszkał 35 lat. W Sankt Gallen, stolicy wschodniej Helwecji, posiadał firmę inżynieryjną. Ożenił się tam i również w Sankt Gallen przyszła para jego dzieci na świat. Zakończył życie w warszawskiej „Zachęcie“, zastrzelony z premedytacją przez politycznego przeciwnika – był prezydentem Polski przez jeden tydzień (sic!).

Dzięki tak świetnie funkcjonującej firmie, na pograniczu wysokiej klasy rzemiosła a wymogami artyzmu sztuki użytkowej można nauczyć się etosu pracy dla społeczeństwa, patriotyzmu w prawidłowym, nie szowinistycznym znaczeniu słowa  oraz szacunku dla absolutnie wysokiej klasy wyrobów artystycznych.

 

Wiesław PIECHOCKI, Warszawa, listopad 2022

Poprzedni artykułHistoria Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Francuskiej Oddział w Szczecinie (1988-2018)
Następny artykułKrzysztof Moskalewicz – „Chopin Ballades & Sun Postcards” – Podróż przez Ballady…
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj