
O moich teściach (Józefie i Jadwidze Bartosiakach) i… o docencie (choć dla mnie profesorze) dr. Karolu Koczym. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXIX
Teściowie i Karol Koczy odegrali w moim życiu wielką rolę, dlatego wyróżniam ich tym specjalnym odcinkiem. Bowiem zasłużyli na to, aby nigdy nie zostali zapomniani ( pozostaję z nadzieją, że i nasze dzieci zachowają ich na zawsze w swoich sercach).
U Teściów (czyli „Dziadków” – jak się do nich zwracaliśmy i nadal tak o nich mówimy), przez wiele lat, odkąd przenieśliśmy się ze Szczecina do Warszawy, spędzaliśmy z naszymi dziećmi – Anią i Hubertem – urlopy, święta (szczególnie Boże Narodzenie i Wielkanoc), ale i wszystkie inne uroczystości rodzinne. Zawsze było nam u nich i z NIMI bardzo dobrze! Razem przeżywaliśmy radosne chwile, często w gronie także pozostałych ich dzieci: Basi, Szymona i Eli, także Hani (żony Szymona), Janusza (męża Basi) i Mirka (męża Eli). Potem kolejno ich wnucząt: Sylwii, Gosi oraz Alberta, a nawet prawnucząt: Dominika, Kingi, Mikołaja, Natalii, Jonasza, Bartosza i „małej” Ani. Najmłodsi z tego „klanu”, czyli praprawnuczęta: Hania, Julek i Tadzio – dopiero poznają prapradziadków, choć już tylko z opowiadań w czasie rodzinnych spotkań.
Teściowie po przeprowadzeniu się (z małej wsi k/ Płońska) do Nidzicy (gdzie wcześniej zamieszkał i pracował już ich syn – Szymon), nadal zajmowali się rolnictwem, a po przejściu na emeryturę – uprawiali swój przydomowy „czarodziejski ogród”, pełen niezwykłych kwiatów, krzewów, warzyw i drzew owocowych.
Przyznam, że to ich przydomowe „gospodarstwo” było szczególnie dla mnie jako „mieszczucha”, niezwykłym rajem na ziemi! Tym bardziej, że i okolica, w której mieszkali, podobała się wszystkim, którzy ją odwiedzali. Jest po prostu piękna. W końcu tam zaczyna się kraina jezior i lasów – WARMIA i MAZURY.
W pobliżu były (i oczywiście są nadal) dwa jeziora – Szkotowo i Kownatki, nad które tak chętnie jeździło się rowerami.
W pobliżu Grunwald, Olsztynek, Olsztyn i inne urokliwe miejscowości. Po prostu Mazury, z całą swoją niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju urodą! A i sama Nidzica z odrestaurowanym Zamkiem krzyżackim, prężnie działającą w nim (szczególnie w tamtych latach) biblioteką i domem kultury, też była często celem naszych wycieczek. Również chętnie jeździliśmy do pobliskiego Działdowa, Szczytna i oczywiście znacznie dalej, do miejsc historycznych i…świętych (jak np. Św. Lipki, Gietrzwałdu, Kętrzyna, Reszla, czy Gierłoży…).
I chociaż Teściowie większość życia spędzili na Mazowszu, skąd pochodzili (z Nacpolska k/Wyszogrodu i z Wierzbicy k/Płońska), to ziemię mazurską pokochali całym sercem i w niej spoczęli na zawsze.
Nigdy nie zapomnę śpiewanych wspólnie z nimi kolęd, chodzenia w niedzielę do Kościoła, uczestniczenia w odpustach, ale i w świeckich imprezach organizowanych wtedy niemal w każdą niedzielę w Nidzicy, w pobliskiej „Wiosce Garncarskiej” w Kamionce czy w skansenie w Olsztynku. O każdym z tych miejsc można byłoby napisać oddzielne opowiadanie.
Będąc w Nidzicy, jeździliśmy z Dziadkami w odwiedziny do ich rodzin, m.in. do Wyszogrodu, Płocka, Włocławka, Czerwińska, Wierzbicy, Daniszewa, ale najczęściej do Nasielska, gdzie mieszkali bracia Babci – Aleksander i Eugeniusz, pod opieką których Basia, Szymon i Magda uczęszczali wcześniej do szkoły średniej, przebywając u nich aż do matury… (Ela chodziła do liceum w Nidzicy). Wszyscy oni, a więc i Basia, i Szymon, i moja żona czyli Magda oraz Ela szczycą się dziś wyższym wykształceniem, co uważam za jeden z największych sukcesów ich rodziców. Wielka im chwała im za to!
A w ogóle – oceniając Teściów po latach – muszę podkreślić, iż byli to fantastyczni ludzie.
Od pierwszej chwili poznania traktowali mnie jak syna, a ja ICH – jak niemal własnych rodziców! A zdobyte od Nich doświadczenia, mądrości życiowe, poczucie jedności rodzinnej – staraliśmy się przekazać własnym dzieciom, a obecnie i naszym wnukom – Natalii, Jonaszowi, Bartoszowi i Ani!
Dziś nadal jeździmy do Nidzicy, niestety już tylko na groby Teściów – zapalamy im znicze, zostawiamy kwiaty i… wspominamy wspólnie przeżyte chwile. Także te spędzone z ciocią Martą (siostrą Teścia, która z nimi na stałe mieszkała od 1949 roku i spoczywa w tym samym grobie). I z Heniem, człowiekiem niepełnosprawnym, którego Dziadkowie przyjęli do siebie w latach 50., traktując go jak członka rodziny (jego mogiła znajduje się na tym samym nidzickim cmentarzu, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej od grobowca Teściów).
W grobie rodzinnym „Bartosiaków” spoczywa też żona Szymona – HANIA, wieloletnia dyrektorka Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Nidzicy. Ale przede wszystkim kobieta o niezwykłej osobowości i kulturze; zawsze nienagannie ubrana, uśmiechnięta, pogodna, życzliwa ludziom, niezwykle gościnna. I…zakochana bez reszty w swej bibliotekarskiej pracy.
Dom przy Olsztyńskiej 44 (w którym mieszkali Dziadkowie), zawsze tętnił życiem. Przez niego przewinęło się bardzo dużo osób i nie byli to goście tylko z rodziny. Teściowie byli ludźmi bardzo przyjaznymi, zawsze gotowymi witać przejeżdżających przez Nidzicę i jadących dalej na swoje urlopy, działki czy w podróże służbowe. Byli to najczęściej NASI znajomi i przyjaciele… Do pełnego obrazu tej wzruszającej sielanki trzeba dodać zawsze obecne w życiu domowników zwierzęta, cudowne psy (Kama, Szarik i Reksio), które spontanicznie witały nas, gdy przyjeżdżaliśmy; chodziły z nami na długie wycieczki do lasu, „uprawiały” ze mną jogging… A zagubione i porzucone koty, zawsze znajdowały w tym domu pomoc, przytulne schronienie i karmę.
Dziadkowie byli też często naszymi gośćmi w Warszawie. Razem z nami bywali w Teatrze Wielkim na operach, koncertach w Filharmonii Narodowej, wystawach sztuki; bywali też w Muzeum Narodowym, Łazienkach, w Zamku Królewskim i oczywiście na Powązkach przy grobach powstańczych, a nawet w Palmirach… wspominając m.in. Janusza Kusocińskiego (którego Dziadek miał przyjemność poznać przed wojną; byli równolatkami).
Dziadkowie odwiedzili też wiele (jako, że byli ludźmi głęboko wierzącymi) zabytkowych warszawskich kościołów i to nie tylko tych na Starym Mieście. O ich historii mogli opowiadać jak przewodnicy.
Zostawali też (zwłaszcza Babcia) z naszymi dziećmi, gdy była taka potrzeba, abyśmy mogli cieszyć się kilkoma wolnymi dniami „dla siebie”.
KOCHANI – DZIADKU I BABCIU, nigdy Wam tego wszystkiego, coście dla nas uczynili NIE ZAPOMNIMY!
W tym także Waszego przywiązania do polskości, do tradycji narodowych, dumy z posiadanej ziemi i zawodu rolniczego oraz niekłamanego patriotyzmu.
Dziadek był – co też pragnę podkreślić – rolnikiem nowoczesnym, w latach 50. i 60. ub. wieku współpracował m.in. z Rolniczym Rejonowym Zakładem Doświadczalnym w Poświętnem, udostępniając swe pola na badania nad nowymi wówczas odmianami ziemniaków.
Gdy wieczorami siadaliśmy do wspólnej kolacji – najpierw błogosławił po staropolsku chleb i odmawiał krótką modlitwę.
Znał także – co zawsze u Niego podziwialiśmy – wszystkie modlitwy „po łacinie”! W ostatnie JEGO bożonarodzeniowe święta, ku zaskoczeniu całej rodziny, odśpiewał 23 zwrotki zupełnie nieznanej nam kolędy. Jaka szkoda, że nie zdążyliśmy jej poznać i utrwalić…
Czerpaliśmy całą garścią z Jego ludowej mądrości i wskazówek! Także i Babci, która była osobą bardzo skromną, bezpośrednią i bardzo życzliwą. Chciała każdemu z nas (a zjeżdżaliśmy się do Niej, po śmierci Dziadka), nie tylko my, ale i Basia z Januszem, Ela z Mirkiem, codziennie bywali u Niej Szymon z Hanią, którzy z racji zamieszkania w pobliżu – sprawowali nad Nią opiekę do końca Jej życia.
Babcia w każdym razie, po śmierci Dziadka – stała się GŁOWĄ RODZINY! Nigdy przy tym nie wtrącając się w żadne nasze sprawy, a radziła tylko wtedy, gdy się Ją wyraźnie o to poprosiło.
Nigdy też na nic nie narzekała!
Ostatnie kilka lat swego życia spędziła w łóżku. Przeżyła Dziadka o 20 lat.
Podziwiałem Ją także za Jej opiekuńczość i troskę nad niepełnosprawnym intelektualnie (wspomnianym już wyżej) Heniem. Zmarła w 2014 roku!
Stała się po swoim zwyczajnym życiu (ale tylko pozornie zwyczajnym) legendą w naszej rodzinie. Zawsze działała bez rozgłosu, nie oczekując wdzięczności i podziękowań. W każdym razie – w swoim życiu spotkałem niewiele TAKICH – jak Ty Babciu – LUDZI!
Oddajemy Ci z Magdą, także z naszymi dziećmi i ich dziećmi (i myślę, że WSZYSTKICH członków naszej rodziny) głęboki hołd, za godną naśladowania PROSTOLINIJNOŚĆ i BEZPOŚREDNIOŚĆ. (Także… za fasolówkę i żeberka, które czekały na nas, gdy przyjeżdżaliśmy do Ciebie w odwiedziny).
***
A teraz – na zakończenie dzisiejszego odcinka – jeszcze o KAROLU KOCZYM (o którym pisałem już w PD 8 grudnia 2018 roku), ale tamto „pisanie” dotyczyło głównie Jego dorobku naukowego, dziś natomiast ukazać chciałbym Jego przyjaźń i niezwykłość wobec mnie i mojej żony.
Kiedy w roku 1973 pozostałem bez pracy (w Szczecinie), Karol natychmiast przyszedł do nas i zaoferował swą pomoc. Zaproponował mi pracę lektora w kierowanym przez Siebie Studium Języków Obcych Politechniki Szczecińskiej, a nam, jako będącym wtedy w dość trudnej sytuacji finansowej, udostępnił swoją książeczkę oszczędnościową, mówiąc:
– Korzystajcie z niej, a oddacie mi, kiedy będziecie mogli, nie spiesząc się przy tym….
Skorzystaliśmy i na szczęście – dość szybko mogliśmy dług oddać, doceniając ten ogromnie szlachetny gest wielkiego przyjaciela.
Zaproponował także udostępnienie nam wtedy swego dwupokojowego mieszkania, przy ulicy Herbowej w Szczecinie.
Z siostrą żony – Elżbietą, był świadkiem na naszym ślubie i odwiedzał nas w miarę często w stolicy, kiedy tylko mu czas na to pozwalał.
Przez wszystkie lata naszej znajomości, był moim najbardziej zaufanym i bez wątpienia najserdeczniejszym przyjacielem, z którym m.in. analizowałem twórczość Gerharda Hauptmanna (której był wybitnym znawcą), potem Anny Seghers, jak i w ogóle niemieckiej literatury „na Emigracji”.
Połączyły też nas wcześniejsze wspólne działania w Szczecińskim Towarzystwie Kultury i w Klubie Bibliofilów, na rzecz utworzenia uniwersytetu w Szczecinie, a w nim filologii niemieckiej.
Karol był też wśród tych, którzy popierali ideę powstania w Szczecinie pomnika „Czynu Polaków” (tak dumnie prezentującego się dziś na Jasnych Błoniach od strony Parku Kasprowicza).
Karol Koczy przybył do Szczecina ze Śląska – z Wodzisławia Śl., w którym się urodził się w 1932 r. – i gdzie początkowo pracował w kopalni jako górnik.
Ukończył na Uniwersytecie Wrocławskim germanistykę, po czym przyjechał do pracy w Szczecinie, będąc najpierw nauczycielem j. niemieckiego i angielskiego w szkołach podstawowych i średnich, a z czasem – lektorem tego języka w Politechnice Szczecińskiej (zmarł w roku w 2015r.).
Jego największą zasługą pozostanie utworzenie w Szczecinie neofilologii z prawdziwego zdarzenia!
Powołał także i prezesował m.in. Polskiemu Towarzystwu Neofilologicznemu; zasłużył się również współinicjowaniem nauczycielskich kolegiów języka niemieckiego i angielskiego (w Uniwersytecie Śląskim i Szczecińskim).
Był też założycielem i redaktorem zeszytu naukowego – Colloquia Germanica Stetiniensia,
jak i współzałożycielem „Deutsch-polnische Sommerschule” w Akademii Sankelmark (razem z J. Oertelem).
Lista jego zasług jest oczywiście dłuższa, gdyż wymienić na niej należy ponad 100 publikacji (artykułów i książek) szczególnie na temat metodyki nauczania j. niemieckiego, a nadto publikacji dotyczących twórczości Johannesa Bobrowskiego oraz o Günterze Grasie. Dał się poznać także jako autor licznych własnych wierszy i rymowanek oraz tłumaczenia książki (wspólnie z Alicją Engel-Pomirską) pod znamiennym tytułem „Mosty w przeszłość”.
Zawsze był człowiekiem skromnym, uczynnym i rodzinnym; był też znakomitym tłumaczem (ustnym i pisemnym), którego kunszt znajomości języka niemieckiego (ale i polskiego) niejednokrotnie podziwiałem.
Jego życiorys splata się z dziejami współczesnej Polski:
od odzyskania państwowości do pełnej wolności i niepodległości oraz członkostwa w Unii Europejskiej.
Dzięki takim jak Ty, NIEZAPOMNIANY KAROLU, Szczecin już nie jest gdzieś „na końcu Polski” (o co przez lata wspólnie zabiegaliśmy), a miejscem, „gdzie Polska się zaczyna”! Cześć Ci za to i wieczna chwała.
Ciąg dalszy nastąpi i będzie miał tytuł:
„O Eryku Lipińskim, Krzysztofie Gąsiorowskim, Teodorze Parnickim, Wojtku Siemionie, a także Edmundzie Janie Osmańczyku oraz Urszuli Plewce-Schmidt i Andrzeju Kreutz- Majewskim, choć przyjaciół – w gronie wybitnych twórców – miałem dużo więcej”









Zapis codzienności, ze skrzętnie wyłowionymi perełkami, przypomina znajdywane w pustynnych piaskach, gliniane tabliczki z pismem klinowym, sprzed pięciu tysięcy lat. Traktujemy je jak skarby, nawet jeżeli zawierają jedynie zapisy kupieckich transakcji, a zdarzają się fragmenty eposów. Teraz goszczą w pilnie strzeżonych gablotach muzealnych. Nasze nośniki elektroniczne wyprą kolejne, coraz doskonalsze narzędzia, ale czy one przetrwają na naszej Ziemeczce, przez następne pięć tysięcy lat? Nawet jeżeli będzie to możliwe na innej planecie, ślady naszej kultury mogą okazać się bardziej cenne niż możemy to sobie wyobrazić.
Ewa Łastowiecka