Nalejcie wosku na wodę. Ujrzycie swoją przygodę…

0

Któż z nas chociaż raz w życiu – w młodości lub w wieku „kwieciście dojrzałym” – nie uczestniczył w andrzejkowym wieczorze wróżb, czarodziejskich mocy i matrymonialnych przepowiedni. Przeróżne czary-mary, esy-floresy, pełne humoru i dowcipnych komentarzy, były dla nas – i są – jedynie wesołą zabawą, jakże daleką od owej wróżebnej mocy, jaką dawniej przypisywano andrzejkom.

Ale czy tak naprawdę zastanawialiśmy się, kiedy powstały i skąd się wzięły wciąż popularne, zwłaszcza wśród młodzieży, andrzejki, niegdyś zwane również jędrzejówkami lub andrzejówkami. odprawiane zawsze 29 listopada wieczorem w „wiliję” św. Andrzeja.

Św. Andrzej był jednym z dwunastu apostołów, rodzonym bratem św. Piotra, podróżnikiem, męczennikiem, którego rozpiętego w kształcie litery X (w języku greckim jest to pierwsza litera słowa „Chrystus” od Χριστός, 'Christos’ [Pomazaniec] ukrzyżowano w 62, 65 lub 70 r. w greckim Patrai (obecnie Patras). Dziś krzyż, na którym męczeńską śmiercią umarł św. Andrzej, zwany jest krzyżem świętego Andrzeja.

Pomińmy kłótnie greckich i niemieckich uczonych spierających się do dzisiaj o to, czy Grecja lub Niemcy są ojczyzną andrzejek. Zapoznajmy się ze stanowiskiem niemieckich badaczy wróżb i zabobonów przekonywujących świat, że św. Andrzej swoją czarodziejską moc i magiczną siłę otrzymał od boga germańskiego olimpu, niejakiego Freya, zwanego inaczej Freyerem, opiekuna małżeńskiego stadła, dzieci i wszelkiego innego urodzaju. Przyjmijmy za polskimi folklorystami, że ojczyzną andrzejek jest Grecja i że powstały one na malowniczo położonych wyspach Sporadach na Morzu Egejskim. Pokrewieństwo etymologiczne greckiego wyrazu aner z imienia św. Andrzeja może być niezaprzeczalnym tego dowodem. Nie odmawiajmy też słuszności tym, którzy uważają, że andrzejki wywodzą się z tradycji Szkotów, dla których dzień 30 listopada jest świętem narodowym.

A jak andrzejki dotarły do Polski?

Najstarszy polski zapis o andrzejkach pochodzi z 1557 r. Marcin Bielski, człowiek polskiego renesansu, autor pierwszej w Polsce historii powszechnej pt. Kroniki wszystkiego świata (Kraków 1551), w jednym ze swoich dzieł (Komedia Justyna i Konstancjej z 1557 r.) taki oto obraz andrzejkowych czarów – ustami panny służącej – przekazał potomnym:

Nalejcie wosku na wodę.

Ujrzycie swoją przygodę.

Słuchałam od swej macierze.

Gdy która mówi pacierze

W wigilję Andrzeja świętego.

Ujrzy oblubieńca swego.

Jak więc wyglądał ów andrzejkowy wieczór w dawnej Polsce, szczególnie na tak podatnej na wszelkiego rodzaju gusła i zabobony wsi polskiej. Dziewczęta zbierały się gromadnie w jednej z chat. Najbardziej popularną – i chyba najstarszą – wróżbą było lanie wosku na wodę. Z ułożonych w ten sposób woskowych figur i kształtów wróżono dziewczynie przyszłość, np. zawód męża, bogactwo, długość pożycia małżeńskiego itp.

A tak Oskar Kolberg opisuje lanie wosku „w okolicy Chełma”:

Dziewczęta „wylewają z wosku małą miseczkę (czaszoczku) i maleńką świeczkę. Puszczają obie te rzeczy na wodę w wiadrze lub misce, myśląc sobie imię ukochanego chłopca. Jeżeli płynąc zetkną się obie te woskowe odlewki, osoby pomyślane zejdą się i połączą ze sobą. Jeżeli zaś zejść się nie mają, świeczka przypłynąwszy do czaszeczki zacznie pryskać jakby pluła, wtedy nie można się spodziewać upragnionego związku”. (Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie. Tom 33. Chełmskie. Obraz etnograficzny. Część I. Kraków 1890, s. 161).

Inaczej nieco wróżba ta wyglądała np. na Śląsku. Dziewczęta puszczały na wodę trzy świeczki symbolizujące dziewczynę, chłopaka i kapłana. Jeżeli wszystkie trzy zetknęły się ze sobą, wróżyło to małżeństwo „najszczęśliwsze ze szczęśliwych”. Wróżb ze świeczkami było zresztą bardzo dużo. Puszczano je też w skorupkach orzechów lub jajek.

W Polsce na wodę lano także ołów i cynę. Szczególne właściwości „przyciągania szczęścia” przypisywano ołowiowi. Wierzono przy tym powszechnie, że małżeństwo wywróżone z ołowiu będzie trwalsze, ale za to „cięższe” od tego, które „z woskowej przypowiedni pochodzi”, o czym wszem i wobec doświadczone w małżeńskim stadle matrony rozpowiadać nie omieszkały.

Wielką rolę w andrzejkowych wróżbach odgrywały sny. Aby jednak  oczekiwany sen nastąpił i można było w nim ujrzeć przyszłego oblubieńca, dziewczyna powinna się do niego odpowiednio przygotować. Musiała więc „pościć albo i suszyć dzień cały nawet wody nie pijąc, po czem na wieczerzę jeno śledzia słonego zjadłszy położyć się spać. A uważać pilnie na młodziana, co we śnie wody poda, bo on ci będzie mężem„. Co niecierpliwsze panny, aby sen przyśpieszyć a przyszłego męża upiększyć, kładły się też spać z wałkownicą (do maglowania bielizny) u boku, a nawet z męskimi spodniami pod poduszką.

Ze snem związana była także wróżba polegająca na sianiu konopi, pochodząca prawdopodobnie z Białorusi i tam do dziś wykonywana. Wieczorem dziewczyna powinna wyjść w pole sama, bez nikogo, nawet bez psa i siejąc konopie, zapytać św. Andrzeja, z kim spędzi życie, po czym szybko wrócić do domu i położyć się spać z kamieniem pod głową. Wybraniec serca zjawiał się we śnie prawie natychmiast, wychodząc z dojrzałych konopi.

Ciekawą wróżbą było sianie lnu w nocy. Tak zwyczaj ten opisuje Oskar Kolberg:

Na Podlasiu w wiliją św. Andrzeja (mówi Gołębiowski, Lud pols. Str. 320) wieśniaczki, chcąc dowiedzieć się, który z młodzieży będzie ich mężem, a zatem przyśni się nieomylnie, mówią 9 pacierzy stojąc, 9 klęcząc, 9 siedząc, zasiewają siemię lniane w skorupie napełnionej ziemią, a w Krakowskiem i na Rusi po drewutni (drwalni) go rozrzucają mówiąc:

Święty Andreju!

ja na tobie len sieju;

daj mene znaty,

z kim budu zberaty.

Rozbierając się, krajkę, którą stan przepasywany. kładą pod ucho prawe. Po tych przygotowaniach pewną jest dziewczyna, że we śnie ujrzy postać męża przyszłego (…).

W niektórych miejscach po zasianiu lnu biegną (dziewczęta – przyp. zwo) do płota, i zacząwszy od kołka, który im pierwszy w rękę wpadnie, postępują aż do końca lub załomku, mówiąc za pierwszym: to wdowec, za drugim: to mołodec; który z tych wyrazów na ostatni kołek przypadnie, ten się jej dostanie. Rozpustna młodzież, wiedząc, że ten obrządek po nocy się odbywa, dziegciem albo czem nietrefnem kołków część jaką nasmarują, ażeby ręce zwalały dziewczęta: wszakże nie obejdzie się w takim razie bez pomsty z ich strony”.

W okolicy Chełma dziewczęta biorą więc wieczorem po garści nasienia lnu w rękę, idą w kąt chaty i siejąc go tak mówią (podobnie jak wyżej):

Andriju– lon siju,

daj Boże znaty – z kym budu braty”.

(Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie. Tom 33. Chełmskie. Obraz etnograficzny. Część I. Kraków 1890, s. 160-161).

Ale czy – marząc o szczęściu – można się tak przyziemnymi i trefnymi zniechęcać niepowodzeniami przez „rozpustną młodzież” urządzanymi. Nie zrażone więc głupotą młodzieńców panny zaraz innym wróżbom się oddawały, odkrywając nieznane i tajemnicze sezamy swego losu. W izbie trzewikiem przestrzeń od ściany do ściany mierzyły, a której „wypadnie przy końcu czubek trzewika, to pójdzie za mąż: jeżeli pięta, to nie”. Właziły też dziewczęta na komin, „swoje wstążki w pęczki” wiązały i „włożywszy je w nieckę” potrząsały „niemi ku czeluściom (…) ruchem, jaki się robi pałając krupy: której pęczek (…) naprzód w czeluść wleciał, ta pierwsza za mąż wyjść miała”.

Bardzo przydatne we wróżbach, w przeciwieństwie do swawolnych i rozpustnych chłopaków, były w ten andrzejkowy wieczór zwierzęta domowe i różne przedmioty codziennego użytku. Nawet najzwyklejszy pies stawał się doskonałym wróżbitą. Musiały tylko dziewczęta „każda po pierogu na środku chaty od siebie ułożyć”: której pieróg pies najpierw porwał, ta panną na pewno długo już nie pozostanie.

Również czarny kot, najlepiej z białą gwiazdą na czole, mógł łatwo rychłe małżeństwo wywróżyć, jeżeli wpuszczony do utworzonego przez dziewczęta koła, przy nodze jednej z nich starał się uciec.

Podobną rolę spełniał gąsior wpuszczony ze związanymi oczami do środka koła. Jeżeli podszedł do którejś z dziewcząt, droga do ślubnego kobierca stała przed nią otworem, gdy zaś którąś uszczypnął, nie wróżyło to nic dobrego: należało jak najszybciej samej chłopaka na zapowiedzi namówić.

A czarna kura? Czy nie była dobrą i oczekiwaną wróżką? Dziewczęta układały z gałek chleba koło i do jego środka wpuszczały kurę. I mogły być pewne, że wyjdą za mąż w kolejności zjadanych przez kurę gałek.

Szczęście w tych czarodziejskich praktykach ze zwierzętami można było w jakiś tajemny sposób, nieznany innym dziewczętom, po prostu sprowokować, ale tylko przed andrzejkami, bo w sam wieczór było to już niedopuszczalne. Piekły więc spragnione szczęścia dziewczyny, z wypiekami na twarzy, specjalne pierożki dla zwierząt zwane „jędrzejkami”.

A jak któraś nie zdążyła na czas z tym pieczeniem? Nie należało się tym tak ogromnie frasować. Od czego były talerze? Wkładano pod nie kwiatek, różaniec i welon (czasami czepiec). Nie daj Boże odkryć było po podniesieniu talerza – kwiatek: stare panieństwo murowane!

Liczenie siwych koni też mogło przepowiedzieć szczęście i miłość – mężczyzna napotkany po setnym koniu był właśnie tym jedynym i umiłowanym.

W niektórych rejonach Polski wierzono, że w dzień św. Andrzeja szczególnej aktywności nabierały upiory i wiedźmy odbierające krowom mleko. Broniąc się przed nimi, dziewczęta kreśliły na drzwiach domów i obór znak krzyża świętego, po czym zjadały główkę czosnku i kładły się spać, aby we śnie ujrzeć pana swego serca i życia.

Wierzono też, że w noc św. Andrzeja wychodzą z grobów dusze samobójców. Aby je odstraszyć od domów, palono w zagrodach z palm wielkanocnych, przechowywanych za świętymi obrazami, ogniska zwane „ogniami św Andrzeja”. Dziewczęta, zamykając oczy, wyciągały z ognia nadpalone palmy: długa i żarząca się wróżyła długie, szczęśliwe i pełne miłości małżeństwo; krótka, opalona i gasnąca – krótkie i nieszczęśliwe; sparzenie się zaś miało też swoją jednoznaczną, symboliczną wymowę.

Dobrze było nawąchać się dymu z „ognia świętego Andrzeja” i w stanie lekkiego zamroczenia położyć się spać. Kawaler zjawiał się natychmiast, jeszcze nim trzeci kur zapiał. Jeżeli szedł pieszo – był biedakiem, gdy przyjechał na koniu – przywoził ze sobą bogactwo i dobrobyt.

Ale nie tylko we śnie można było zobaczyć przyszłego męża. Wystarczyło o północy zajrzeć do chlebowego pieca. Jeśli panna zobaczyła tam śpiącego mężczyznę – mężem jej nieuchronnie zostawał leń, śpioch i piecuch, jednym słowem chłop do roboty i do niczego innego się nie nadający.

Przyszłego, ukochanego można też było poznać, patrząc – koniecznie ze świecą w ręku – w wiszące na wprost drzwi lustro lub zaglądając w głąb studni.Rychłe i szczęśliwe małżeństwo można było również wywróżyć sobie podsłuchiwaniem pod cudzymi oknami lub drzwiami. Jeżeli nie zostało się zauważonym, a pierwszym usłyszanym słowem było „tak” – zamążpójście było „pewne jak łzy”; jeżeli „nie” – należało dalej „Siać rutę”, czyli na swoje małżeńskie szczęście jeszcze cierpliwie poczekać.

Jedną z najczęstszych wróżb w Polsce było pieczenie okrągłych, maleńkich bułeczek zwanych „bałabuszkami”. Czarodziejską moc miały one tylko wówczas, gdy upieczone zostały z mąki ukradzionej z domu upatrzonego kawalera. Jeżeli mąki nie udało się ukraść, ziarna zboża należało koniecznie zemleć na żarnach obracanych „pod słońce”, czyli w lewo. Woda do „bałabuszek”musiała być czerpana ze źródła o północy lub „w samo południe”, a idąc z nią do domu dziewczyna nie mogła obejrzeć się za siebie. Dziewczęta – każda z nich musiała upiec piętnaście „bałabuszek” – zbierały się w jednej izbie i rozpoczynały wróżby. Oznakowane „bałabuszki” – po wcześniejszym losowaniu ich kolejności – układano w jednym rzędzie na stole i wpuszczano do izby wygłodzonego psa. Jeżeli pies zjadł pochwyconą przez niego „bałabuszkę”, jej twórczyni mogła spodziewać się rychłego zamążpójścia; jeżeli tylko nadgryzł i zostawił „bałabuszkę”– wróżyło to dziewczynie szybkie porzucenie jej przez chłopaka; jeżeli pies schwytał „tylko bałabuszkę”, nie zjadł jej i pozostawił pod progiem domu lub parapetem okna – zapowiadało to tragedię dziewczyny.

Wróżbę z „bałabuszką” można było też odbywać w samotności. Dziewczyna, upieczone przez siebie bułeczki – każda oznaczała innego chłopaka – układała na stole: wybrana przez wygłodzonego psa „bałabuszka” wskazywała na chłopaka, który zostanie jej mężem.

Skoro już dziewczyny wiedziały o zbliżającym się zamążpójściu i ślubie, należało jak najszybciej poznać imię ukochanego. Można to było zrobić jeszcze tego samego wieczoru, wychodząc samotnie na rozstaje dróg i po prostu zapytać o imię pierwszego spotkanego tam mężczyznę. Ale lęk przed spotkaniem diabła albo – co gorsze – jakiegoś łobuza i nicponia powstrzymywał rozmarzoną dziewicę przed takim postępowaniem. Imiona przyszłych mężów odczytywały więc spragnione miłości dziewczyny z kartek kalendarza, który przerzucały z zamkniętymi oczami lub z wcześniej napisanych kartek papieru – jedną z nich wyciągały rano zaraz po przebudzeniu się.

Poznawszy imię ukochanego, trzeba było odgadnąć jeszcze skąd przyszły mąż przybędzie. W tym celu należało na przykład wyjść na podwórze i nasłuchiwać, z której strony rozlegnie się szczekanie psa. Można też było, nachyliwszy się nad studnią, zawołać „Hop! Hop!” i „bacznie uszu nadstawiać”, w którym kącie zagrody odezwie się echo.

Andrzejkowy wieczór i noc z 29 na 30 listopada to czas nie tylko dziewczęcych wróżb i matrymonialnych przepowiedni. ale także ostatnich – przed adwentem – tańców i zabaw. Przygotowywano różne ciasteczka i desery, np. bardzo smakowity portugalski deser zwany „Czekając na męża” (Espera marido). Raczono się też lekkimi napojami, np. grzańcem staropolskim czy kordiałem morelowym.

W obyczajowości ludowej zwyczaje i obrzędy związane z andrzejkami, pielęgnowane i wiernie przekazywane z pokolenia na pokolenie w różnych regionach Polski, należą do najstarszych tradycji ludu polskiego – i znalazły bardzo piękne i trwałe odbicie w literaturze ludowej i polskim dziedzictwie kulturowym.

Poprzedni artykułO moich teściach i… o docencie dr. Karolu Koczym. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXIX
Następny artykułPolecam książki: Album Marii Wollenberg-Kluzy, Wokół Izby Pamięci na Woli, Z pogranicza regionalizmu i literatury cz. II (M. A. Zarębskiego)
Zbigniew Waldemar Okoń - pisarz, animator kultury, regionalista. Ukończył filologię polską na UMCS w Lublinie (1968) oraz 3-letnie studia podyplomowe na Uniwersytecie Warszawskim (1991). Dyrektor Zasadniczej Szkoły Zawodowej (1969-1974), wizytator Kuratorium Oświaty i Wychowania (1975), dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Chełmie (1975-1987), wicedyrektor d/s naukowych i konserwatorskich Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie (1987-1991), nauczyciel dyplomowany szkół chełmskich (1982-1989, 1991-2002). Od 2003 roku na emeryturze. Redaktor naczelny studenckiego, ogólnopolskiego, naukowego pisma „Językoznawca” (1965-1968), współzałożyciel i wiceprzewodniczący Studenckiej Grupy Literackiej „Kontrapunkty” w Lublinie (1965-1968). Współredaktor „Ziemi Chełmskiej” oraz wydawnictw poświęconych chełmskiemu szkolnictwu (1968-2005). Członek Grupy Literackiej „Pryzmaty” w Chełmie (1969-1990, przewodniczący 1983-1990), Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Chełmskiej (sekretarz Zarządu 1975-1987). Lubelskiego Oddziału Związku Literatów Polskich (1984-, wiceprezes Oddziału 2006-2010, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Oddziału 2010-,). Debiutował w „Ziemi Chełmskiej” (1962). Autor 7 tomów poetyckich, 1 powieści, 11 monografii twórców i regionalistów chełmskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj