Ukryte życie literatury

0
  1. Sposób na wzrost czytelnictwa

Kanikuła rzekomo sprzyja czytelnictwu. Książki przez miesiące odkładane „na potem”, wrzucane do bagaży na wypadek niepogody, czekają na swój deszcz. Często jednak przez lata lekturowa pora nie przychodzi, więc mole i bakterie pożerają strony dawno minionych bestselerów; pozostają tylko okładki z wyblakłymi nadrukami. Rok za rokiem mija, kanikuła za kanikułą goni i… jest coraz gorzej; czytelnictwo w Polsce zamiera. Przeciętny (statystycznie) rodak, i rodaczka oczywiście, czytają ponoć[1] ćwierć książki na dwa, trzy lata. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby tej statystyki na wyższy poziom nie unosili tymczasowo aresztowani i skazani. To oni, zapamiętali konsumenci literatury, nie pozwalają nam runąć na dno europejskich wykresów ilustrujących poziom zaspakajania dóbr wyższego rzędu przez społeczeństwa poszczególnych nacji UE. Nasze pierdelnictwo od lat ma bowiem niebagatelny udział cywilizacyjny w przeliczeniu konsumpcji książek na głowę obywatela. Im mocniej zagęszczane, tym wydajniejsze w tym względzie, ma się rozumieć. A zdaje się, będzie jeszcze lepiej.

Po prawdopodobnym przyjęciu przez parlament RP[2], zgłoszonej przez rząd ustawy nowelizującej prawo karne, można się spodziewać nie tylko problemów z rozmieszczaniem skazanych (w przeludnionych już obecnie zakładach penitencjarnych), ale też mimowolnego, zbawiennego sprawstwa parlamentarzystów w zakresie wzrostu czytelnictwa w statystycznie cudownej rzeczywistości między Odrą i Wisłą. Okazuje się bowiem, że ci za kratami traktują książki jako artykuły szczególnej pierwszej potrzeby[3]. Dlatego im jest ich więcej, im dłużej kiblują, tym lepiej dla literatury. Resocjalizacja przez czytanie, ma swoje utrwalone tradycje. Jakkolwiek jej rezultaty wychowawcze zdają się trudno uchwytne jako że najwięcej czytają recydywiści, wśród których powrotność do przestępstwa jest najwyższa. Po wprowadzeniu zmian w kodeksie karnym zwłaszcza ta grupa bandziorów uzyska jeszcze więcej czasu na czytanie; szczególnie ci skazywani na dożywocie, wobec których zamysł resocjalizacyjny traci nieco na znaczeniu i staje się wyłącznie wartością statystyczną dla socjologów kultury.

A ujawniane za jakiś czas kolejne wyniki badania wzrostu czytelnictwa w Polsce (z uwzględnieniem już tychże nowo osadzonych), ucieszą kulturoznawców i zapewne autorów zmian w kodeksie karnym. Zdaje się, że to będzie główny sukces reformatorów sprawiedliwości, niewątpliwie bardzo humanitarny. W przybytkach skutecznych enklaw penitencjarnych zrobi się nieco ciaśniej, lecz umiłowanie literatury wzrośnie a nawet rozkwitnie. Tak już bywało, co może poświadczyć para dokument sprzed lat, zaczerpnięty z doświadczeń więziennych bibliotekarzy z Centralnego Więzienia w Szczecinie. Zgred Rączka, w latach sześćdziesiątych główny bohater walki o zachowanie dostępu do lektur, zszedł już dawno z tego padołu, ale pamięć o nim powinna wciąż krążyć pomiędzy regałami biblioteki aresztu (dawniej CW) znajdującego się przy ulicy Kaszubskiej w Szczecinie.

A działo się wtedy tak:

 

  1. Kulturotwórcze impresje z więziennej biblioteki CW

„Największa bolączka wypożyczalni szybko przestała być problemem. Przed Rączką zgredy wyrywali z obstalowanych i pobranych książek po kilka, kilkanaście stron. Robili to metodycznie i trudno było trafić na dowód przestępstwa. Z tym Rączka uporał się po tygodniu. Najpierw dał recydywie zastawkę, a potem walił w kinol każdego starszego celi, który oddawał książki w imieniu kolesi. Celowy wracał i odpłacał z nawiązką, komu było trzeba.

Po miesiącu więźniom zatrudnionym w introligatorni zajrzało w oczy widmo bezrobocia. Nie ma nic gorszego niż brak gitnej fuchy. Oczywiście dobrej roboty, a nie byle jakiego fedrunku, albo i mordęgi gdzie trzeba szybko, na akord i do utraty tchu. Zgred, gdy już dorwie porządny arbajt, szanuje go, pieści się z nim, cacka. Ktoś mniej doświadczony zrobiłby daną rzecz w dwie godziny. Zgred przez tydzień. Wie, że trudno będzie o lepszą fuchę. Dlatego też w każdym mamrze pracującą część skazanych czy tymczasowo aresztowanych, zalicza się do arystokracji.

Okresowo trafiały się zakłócenia w uświęconej tradycją permanencji, i to nie tylko w upiększaniu kryminału. Najczęściej wskutek majstrowania przy wahadle więziennego chronometru; jakiegoś tsunami zesłanego wraz z kontrolą prokuratury, bądź nadprzyrodzonej erupcji pomysłów porąbanego w swej niezwykłości zgreda. Ale i tak wiadomo, że wszystko musi wrócić do normy, do właściwego rytmu. Raz jeden zdarzyło się jednak coś, co o mało nie wykoleiło lokomotywy metamorfoz, startującej każdego dnia z biblioteki. Zaczęło się od destrukcji rozkładu jazdy. Zapanowała arytmia; powolne, nieustanne staczanie się, rozpad tego ożywiającego więzienną atmosferę i przewidywalnego dotąd organizmu. Parowóz animacji zaniemógł. Za sprawą obrośniętego matrosa; kapitana słonecznych archipelagów, któremu nie zgolono brody, a którego Dział penitencjarny uhonorował osadzeniem w bibliotece ponoć z poręczenia samego naczelnika Szczęść Wam Boże Polscy Chłopi. Tuż obok Rączki, który miał oczywisty żal, że nikt go nie pytał o zdanie, więc od razu nabrał do gościa niechęci, obawiając się, że to zbuk posłany na przeszpiegi w roli korsarza na służbie więziennych władz. Przez tydzień obchodził trefnego admirała bokiem, nie dając mu żadnych prac. Kapitan na znak protestu i lekceważące traktowanie, rzucił desant na regały, stamtąd zaczynał sam do siebie mówić, a także – w interwałach marynistycznych monologów – śpiewać zazdrosnym barytonem. Głównie sprośne, morskie ballady. Podobały się. Bywało, że występ kończył zwrotką: przeje…, my matrosy, wszystkie dziwki z New York Town, powrócimy albatrosy ku pagórkom naszych daaam. Chwilę zwykł nadsłuchiwać oklasków, których nie było. Wtedy potrząsał brodą, sięgał po najgrubszy czterdziesty dziewiąty tom bezkresnych dzieł Lenina, cytował jakiś fragment, a następnie streszczał te mądrości w tak strzelistej wyrazistości, że nawet Rączka czekał na finał, który po pierwszym już razie zapamiętali, a nawet umieli zacytować. Kapitan lubił się powtarzać, wieńczył swe wystąpienia zawsze tak samo: kindybał to gwintowany był i ch… mu w d…, jak saperskie wiosło, zatem chwalmy Nadieżdę, która mu dała więcej, z kiłą włącznie, i popijał tak oryginalny toast płynem z musztardówki o nieznanej zawartości. Już po trzecim toaście, drugiego dnia oceanicznych prowokacji z najnowszej historii, przeleciał przez bibliotekę mroźny wiatr historii; zapowiedź jakiejś pociągającej tajemnicy, której jeszcze nie pojmowali. Nie kapowali, bowiem, co kapitan ma na myśli, choć dotąd wszyscy wszystkich brali na serio. Kapitan rozpostarty w finale na głównej półce trefnego regału i niczym najwyższy językoznawca ogarniał byczym spojrzeniem wpatrzonych w niego i zasłuchanych, a przecież podlegających Rączce. To mogło zagrozić pozycji Rączki, więc kiedy kolejnego dnia kapitan zlazł z regału i poszedł się odlać, Rączka wychylił zawartość do połowy pełnej, tajemniczej musztardówki. Wykrzywiło mu gębę, gdyż takich eliksirów dotąd nie próbował. Śmierdziało sfermentowanym leśnym runem kiszonym w denaturacie. Zaczął kląć, rzucił szklanką w półkę z dziełami brodatych iluzjonistów i pogonił złodziei do roboty. Wtedy na chwilę zapachniało lasem i jakby wolnością. Resztki z musztardówki, jakieś tam farfocle, oblepiały grzbiety książek, barwiąc je na brązowo i już było wiadomo, że introligatorom zajęć nie zabraknie. Zaległo przejmujące, emanujące tajemniczym smrodem milczenie. Czekali na cyklon morskich niespodzianek i tego, co się stanie, kiedy już z kibla przyniesie kapitana powrotna fala. Pojawił się nieco zmięty, a jakże, i w tym to właśnie momencie, kiedy Rączka po raz pierwszy zaczął odlatywać niesiony leśnym fetorem wolności, mimo kolejki kalifaktorów przed biblioteką, domagających się czegoś git do poczytania. Stało się tak, że następnego dnia o udział w szybowaniu zaczęli zabiegać wszyscy bibliotekarze oraz część introligatorów, zaś niepospolitej małmazji wznoszenia najbardziej domagał się Rączka. Niestety kapitanowi szybko skończył się zapas paliwa i widmo klęski zaczęło krążyć nad głowami bibliotekarzy, nie omijając półek z książkami. Wirowało najpierw nad tą z „Kapitałem” Marksa, do którego kapitan nic nie miał, a nawet wychwalał mistrza dedykując mu za którymś razem morski poemat o ostatecznym zbawieniu oceanicznych marzycieli połączonych stalowymi więzami kajdan. Bo nas już inny wąsacz wybawił, kończył interpretacje ksiąg zakazanych i sięgał po musztardówkę, w której sto razy odcedzane resztki nie dawały już żadnej podniety do tworzenia nowych odkryć. Nadciągała pierdlowa, beznadziejna nuda. Zaczęły się więc starania kapitana-matrosa u klawiszy, jeśli nie o kilka muchomorów (najlepiej czerwonych), to o przerdzewiałe kłosy pszenicy, zarażonych sporyszem, wyrywanych, niepotrzebnych i spalanych przez chłopów. A ponoć najlepszych do impregnacji starych woluminów. Wkrótce transport zebranych kłosów dotarł do biblioteki i wzbogacił nadwerężone zasoby.

Zatem, gdy Rączka ogłosił się Spartakusem nienaruszalności bibliotecznych zbiorów, co pod wpływem magicznych napojów przybrało apokaliptycznych wymiarów, introligatorzy zaczęli knuć spisek. Dla nich wracająca w całości spod celi książka, bez oberwanych okładek i potarganych stron, była śmieciem. Każdy tom winien ulec przeczytaniu do samego spodu. Z książki uczciwy zgred ma zaczerpnąć jak najwięcej i zawartość przyswoić. Oddaje nieskonsumowane, niejadalne resztki, które należy zrekultywować, zrekonstruować, scalić, wypełnić braki, dokleić, zszyć, poklajstrować, posolić i ewentualnie posypać sporyszem, albo odkazić wywarem z łysiczki lancetowatej. Zwłaszcza okładki muszą znów odzyskać dawny blask. Jeśli, powiedzmy, w „Przygodach Guliwera” zabraknie kilkunastu przyswojonych pod jakąś celką stron, następnym pożeraczom literatury doklei się coś gitnego z „Timura i jego drużyny”, bo tam każdy znajdzie odpowiedni farmazon. Książka dziewiczo nienaruszona może zniszczyć jestestwo każdej introligatorni. To właśnie było wbrew zasadom, kanonom, łamało uświęcony proces permanencji i imperatyw koła z powtarzanym cyklem formuły obrotu wskazówek pierdlowego zegara. W to miejsce Rączka wprowadził rewolucyjne zmiany. Zwłaszcza te ostatnie przeforsował za czasów wiekopomnych eksperymentów kapitana, tego właśnie z brodą pirata i wzrostem Guliwera z krainy liliputów.

Introligatornia miała więc o to żal do Rączki. O ten brak albo wyczucia, albo też o tę nie bardzo zrozumiałą, oderwaną od życia strategię, politykę niszczącą sens ich niezłomności. Wystosowali petycję, żeby poluzował, bo zaczynają im znosić do oprawy książki z miasta i mają wymagania. I byłby Rączka doprowadził introligatorów do skrajnej rozpaczy, gdyby nie wychowawca Jan, opiekun oddziału, w którym była biblioteka. Że Rączka jest chronicznym samouszkodzeniowcem, każdy z personelu wiedział. Przeniesienie go do biblioteki było z mojej strony eksperymentem; powiedzmy, że wychowawczym. Oczywiście, miałem w tym i swój, mniej wychowawczy cel, by wydobyć z niecodziennego bandziora jak najwięcej dla literatury. Już wówczas planowałem pozostanie kreatorem. Nie marnym pierdlowym sprawozdawcą, ale kreatorem, pisarzem, a jakże! Rączce postawiłem warunki. Za robotę w bibliotece – on puści farbę i zaprzestanie samouszkodzeń…”.A o tym co dalej działo się w pierdlu, szanowny czytelnik znajdzie w „Zapadni”[4].

 

  1. Ab ovo

Przyzwyczajeni do zrzędzenia eksperci od badania skutków zaostrzenia kar na stan przestępczości, a także posłowie opozycji[5], twierdzą, że bardziej srogie kary nie odstraszają; ważna jest w tym względzie nieuchronność kary, tryb śledztwa, sprawny proces i szybkie skazanie, czego projekt ustawy ministra sprawiedliwości nie zapewni, bowiem dotychczasowe naprawianie systemu sprawiedliwości przez aktualną ekipę rządzących prowadzi głównie do przewlekłości postępowania[6] Zwiększanie wysokości kar, wedle tych opinii, nie wpłynie na zmniejszenie przestępczości w Polsce, za to pewnie poprawi gasnące samopoczucie reformatorów sprawiedliwości, a może też ich notowania wśród przyszłych wyborców. Zwłaszcza jeśli teraz do ich zwolenników dołączą rzesze ubożejących literatów, upadłych edytorów, pamiętających lepsze czasy księgarzy, a także tych najbardziej wpatrzonych z nadzieją w pozyskiwanie nowych czytelników – bibliotekarzy, szczególnie więziennych. Pisarze-wolnomyśliciele i inne lekkoduchy, cieszący się jeszcze pełną swobodą w stosowaniu różnorodnych środków ekspresji, winni w porę ukierunkować swoją twórczość zwracając większą uwagę na tę perspektywiczną grupę odbiorców powieści z kluczem, gdyż taki podręczny wytrych w mamrze, to zawsze najbardziej poszukiwany środek do sezamu wolności. Później może się im przydać.

Więźniowie w Polsce zawsze byli ostoją czytelnictwa. W latach sześćdziesiątych kiedy na karę śmierci skazywano nawet za kradzież mięsa, schabowego nie przybywało, afery się mnożyły, kradziono jeszcze więcej, więzienia dusiły się od układanych warstwami pensjonariuszy, lecz dzięki temu za kratami wciąż rosło zapotrzebowanie na książki. Bywało że dobrze zapudłowany aferzysta mógł za jednym wyrokiem przeczytać po wielekroć zgromadzone w pierdlu dzieła; od wybranych dzieł Lenina po zestaw powieści Karola Maya. Po latach wychodził na wolność w pełni wyedukowany z pragnieniem oskalpowania jednym traperskim nożem wszystkich prokuratorów, sędziów i klawiszy, z wyłączeniem tego odpowiedzialnego za życie kulturalno-oświatowe. A teraz skazany na dożywocie już nie wyjdzie, nadal pogrąży się w lekturze, ewentualnie napisze doktorat o zbawiennych skutkach resocjalizacji i poprosi o nowe książki.

Stan czytelnictwa w pierdlach zawsze więc napawał optymizmem. A im bardziej represyjny system karny, tym wyższa zdaje się pozycja Polski w statystykach światowego czytelnictwa. W każdym razie ta kolejna reforma w wymiarze sprawiedliwości znów musi się zakończyć sukcesem. Bo albo tak, albo tak…

 

[1] Z zaprzeszłych badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową i TNS Polska wynikało, że w roku 2012 aż  60,8 proc. Polaków nie miało kontaktu z ani jedną książką. Z roku na rok postępuje regres czytelnictwa. Autor w latach 2015-2020 ankietował w tym zakresie m.in. studentów dwóch szczecińskich uczelni wyższych, obejmując badaniami również ich rodziny oraz najbliższy krąg znajomych.

[2] W dniu 7 lipca 2022 r. Sejm przyjął ustawę (229 posłów za) nowelizującą kodeks karny, zaostrzającą karę za najcięższe przestępstwa (m.in. bezwzględne dożywocie, podniesienie górnej granicy wolności z 15 do 30 lat).

[3] Z informacji Fundacji Zmiana wynika, że statystycznie ok. 80 proc. skazanych czyta książki. Zob.: M. Woźniak, Książką w pudło, „Gazeta Wyborcza”, 12.07.22r., s. 11.

[4] Z. Kosiorowski, Zapadnia, Wyd. FORMA, Szczecin 2019 r.

[5] Bezwzględne dożywocie…, Zob.: https://prawo.gazetaprawna.pl , pobr. 14. 07. 22r.

[6] M.in. Rzecznik praw obywatelskich. Także dr hab. Mikołaj Małecki z UJ („To jest gra na emocjach i gierka polityczna, która ma służyć poprawie pozycji ministra Zbigniew Ziobry”). Zob.: Ł. Woźnicki, Będzie zaostrzenie kar? „Gazeta Wyborcza”, 7. 07. 2022r., s. 3.

Poprzedni artykułDalsze szczegóły dot. twórczości Hansa Hellmuta Kirsta. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXVI
Następny artykułZagrożenia (niektóre) globalne
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj