
Na świat przyszedłem w Berlinie w dniu 11 sierpnia 1939 roku. Zatem kilkanaście dni przed napaścią 1 września 1939r. hitlerowskiej Rzeszy na Polskę!
Oczywiście niewiele z tamtego czasu pamiętam, ale gdy już byłem nieco starszy, zapamiętałem wyjazd mojego Ojca „na wojnę” i rozpacz matki z tego powodu. I nasze – matki ze mną i młodszą siostrą – nieustanne „wędrówki” między Berlinem, Ahrbergen a Zabrzem, żeby jakoś tę wojnę przeżyć.
W Zabrzu urodził się mój ojciec i mieszkał tam mój ukochany dziadek Karol.
Ahrbergen z kolei – to rodzinna miejscowość mojej matki (pomiędzy Hildesheim a Hanowerem).
Na chrzcie, który odbył się w kościele Św. Krzyża w Berlinie, nadano mi imiona: Karol, Krystian;
– Karol po dziadku ze strony ojca, a Krystian po dziadku ze strony matki.
Dziadka Karola do dziś noszę w sercu z największym uszanowaniem i miłością, bo wtajemniczał mnie w polskość; opowiadał o powstaniach śląskich, zwłaszcza tym zwycięskim, w którym brał czynny udział. Z zawodu był górnikiem, a gdy już nie mógł podołać w kopalni, pracował jako kolejarz, a na emeryturze dorabiał jako kościelny, w kościele przy ulicy Wolności w Zabrzu. Był to kochany człowiek! Uwielbiałem przebywać u niego i godzinami słuchać Jego opowiadań. Poświęcał mi zawsze dużo czasu.
Drugiego dziadka pamiętam, zmarł już w 1941 roku, ale mama – często mi o nim opowiadała. Również o tym, że musiała opiekować się dwójką swoich młodszych przyrodnich braci – Clemensem i Gerhardem, którym zastąpiła ich matkę (gdyż ta młodo zmarła, podobnie jak jej własna). A oprócz nich miała jeszcze starszego brata Heino, z pierwszego małżeństwa swego ojca. (Był jej ulubionym bratem).
Ojciec matki, Christian Mellin, był piekarzem, a jednocześnie właścicielem znanej w całej okolicy cukierni.
Wspomniani wyżej bracia mamy spowodowali, że pozostała w Niemczech, gdy pojechała do nich w odwiedziny, po raz pierwszy po śmierci ojca w roku 1957. (Ojciec mój zmarł w listopadzie 1953 roku). Razem z nią pozostała wówczas w RFN-ie moja młodsza siostra Annemarie, czego potem wielokrotnie żałowała, ale stało się! O jej losie ostatecznie przesądził Helmut Mueller – Niemiec wysiedlony w 1945r. z Przesieki k. Jeleniej Góry, którego poznała w Ahrbergen i za którego wyszła za mąż.
Cała moja najbliższa „niemiecka” rodzina ze strony matki, pochodziła z Ahrbergen, małej miejscowości, położonej wśród malowniczych pól i wielu podobnych przemysłowo-rolniczych miasteczek, z widoczną w oddali „białą” w ciągu dnia hałdą kopalni w Giesen, w której przyszło ( jeszcze przed wojną) pracować z nakazu pracy mojemu ojcu, za działalność w Związku Polaków w Niemczech i relegowaniu go z Uniwersytetu Humboldta.
Helmut – mąż mojej siostry – razem ze swoją babcią i rodzeństwem (o jego rodzicach nigdy niczego konkretnego się nie dowiedziałem, „wylądowali” po wysiedleniu z Polski w jednym z miasteczek w pobliżu Ahrbergen. Jego brat i siostra mówili nieźle po polsku, natomiast on nie nauczył się.
Pracował niemal całe życie w fabryce Volkswagena w Hanowerze i był znanym w Niemczech – z zamiłowania i talentu – reporterem sportowym Radia NDR.
Był człowiekiem bardzo życzliwym wobec mnie i mojej polskiej rodziny, w ogóle – wobec Polaków i Polski, dał się lubić, a między nami istniało zawsze pełne porozumienie.
Matka moja po przyjeździe do Niemiec, również powtórnie wyszła za mąż, za swego dawnego kolegę szkolnego – Josefa Dierksa (który ciągle był kawalerem, jakby na nią czekał).
To małżeństwo nie było jednak dla niej szczęśliwe; ciągle myliła imię swego drugiego męża, zwracając się do niego często imieniem mojego ojca – Roman, zamiast Josef. Podziwiałem „Jupa”, jak go z siostrą nazywaliśmy, że to cierpliwie znosił.
Z zawodu Jup był malarzem pokojowym, którego fachowość była w okolicy bardzo ceniona. Tak więc i moja matka, i moja siostra znaleźli w swoich mężach przede wszystkim materialne zabezpieczenie, co było bardzo ważne, gdyż przyjechały do Ahrbergen z jedną „przysłowiową” walizką.
Dzisiaj wszyscy tu wspomniani od kilku lat już nie żyją; spoczywają na cmentarzu starego zabytkowego kościoła w Ahrbergen. Nie tak dawno pochowano na nim i moją ukochaną (naprawdę ukochaną!) siostrę Annemarie. Jedynie ojciec mój – świętej pamięci – pochowany jest na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.
Jeśli chodzi o imię „Annemarie”, to mój ojciec chciał trzymać się tradycji, aby dzieci kolejnego pokolenia z naszej rodziny, otrzymywały, jak ja i moja siostra imiona swoich dziadków.
Przyznam, że chciałem kontynuować ten zwyczaj, ale nie udało się. Nasze wnuczęta mają imiona: Natalia, Jonasz, Bartosz i Ania. Czyli żadne z nich nie jest ani Karol, ani Magdalena, jak ma na imię moja żona. (Co w końcu nie jest takie ważne; o wiele ważniejszym jest, aby rodziny się kochały, nawzajem szanowały i znajdowały zawsze wspólny język).
Dlatego też – gdy już po latach przyjeżdżałem jako „dorosły” w rodzinne strony matki, a witano mnie:
„O Kalemann, czy Karl, względnie Karlchen przyjechał!” (po niemiecku oczywiście) zawsze zaprzeczałem, odpowiadając, że mam na imię Karol, podkreślając w ten sposób nie tylko polskie brzmienie mojego imienia, ale i przynależność do narodu i kraju, który wybrałem. (Nigdy nie dałem się namówić, aby wyjechać do Niemiec i dołączyć do matki siostry! Dzisiaj jestem im wdzięczny, że uszanowały mój wybór).
Ojciec – jak daleko sięgam pamięcią – zawsze dążył do powrotu do Polski i to z całą rodziną! I dopiął swego w 1948r. Jego decyzji nigdy nie żałowałem! A POLSKOŚĆ, do dzisiaj – po Nim (i dziadku Karolu) – żarliwie kontynuuję! (Z Niemcami musimy ŻYĆ W ZGODZIE i kształtować nasze dwustronne stosunki tak, aby już nigdy nie doszło do zbrodni, jakie miały miejsce z winy Niemiec w latach drugiej wojny światowej)!
Choć dobrze pamiętam, że w roku 1948 ojcu nie było łatwo przekonać moją mamę, czyli swoją żonę, do stałego wyjazdu do Polski. Jednak w końcu – uległa!
Sądzę, że zwyciężyła ich wzajemna miłość do siebie! Choć matce, od początku osiedlenia się w Szczecinie, było bardzo trudno przyzwyczaić się do nowych okoliczności. Tym bardziej, iż nieustannie wytykano jej „niemieckie” pochodzenie, a w podtekście, jakby „czyniąc współodpowiedzialną” za to, co stało się w wyniku agresji Niemiec na Polskę w latach 1939-1945. A ona, o czym wiem, nie miała nigdy pełnej świadomości co do winy Niemców.
Nigdy nie nauczyła się biegle mówić po polsku (mówiła z wyraźnie słyszalnym niemieckim akcentem), a do tego brakowało jej słów, dlatego nie potrafiła się bronić się przed fałszywymi pomówieniami. Bardzo tę sytuację przeżywała, płakała po nocach, a nawet chciała odebrać sobie życie! Długo po śmierci ojca – z powodu swego pochodzenia i do tego braku konkretnego zawodu, nie mogła znaleźć pracy; w dodatku postanowiono odebrać nam mieszkanie ( było zapisane „na ojca”), odebrano ogródek pracowniczy (który też był zapisany na ojca) itd. itp.
W każdym razie klepaliśmy wtedy straszną biedę, czasami było nawet gorzej niż w czasie wojny.
W końcu matka dostała pracę w aptece jako fasowaczka, ale zarabiała tak niewiele, że musiałem „dorabiać” na nasze utrzymanie, podejmując się różnych prac fizycznych, chodząc równolegle do szkoły (wtedy już średniej – II Liceum Ogólnokształcącego im. Mieszka I przy Henryka Pobożnego w Szczecinie, które ukończyłem maturą w 1956r.).
I właśnie wtedy dojrzała we mnie decyzja, że na ile tylko będę mógł – będę dążył do pojednania polsko-niemieckiego, aby to, co się wydarzyło i dotknęło także mnie osobiście, już NIGDY SIĘ NIE POWTÓRZYŁO!
Dziś decyzję ojca o powrocie do Polski cenię tym bardziej, że wtedy, gdy wracaliśmy do kraju, nikt już z Jego najbliższej rodziny na Śląsku nie żył (mój uwielbiany dziadek Karol zmarł w 1947 roku). Ojciec autentycznie wracał do Polski z prawdziwej tęsknoty za krajem.
Żyła wtedy jeszcze tylko jedna dalsza kuzynka o nazwisku Stebel, spolszczonym potem na „SZCZEBEL” po to, aby jej syn – o imieniu Gerhard, też zmienionym na „Wincenty”, mógł się dostać na studia medyczne w Szczecinie, w czym mój ojciec mu pomógł. Dla nas okazało się to pewną korzyścią, gdyż „Wicek” (jak go nazywaliśmy), po śmierci ojca aż do chwili wyjazdu mojej matki do Niemiec, mieszkał u nas jako sublokator, przedłużając w ten sposób nasze prawo do zachowania mieszkania, bo sublokatora nie wolno było wyrzucić „na ulicę” (a mieszkań zastępczych wtedy jeszcze nie było).
Zatem – co jeszcze raz podkreślę, mój Ojciec w 1948 roku WRACAŁ DO KRAJU Z POTRZEBY SERCA. W latach 20. ub. wieku wyjechał – jak wielu „polskich” Ślązaków – za chlebem i nauką. Wracał – bo Polskę kochał i za nią tęsknił.
Z lat wojny nigdy nie zapomnę nalotów bombowych na Berlin, nasze nieustanne (z mamą i siostrą) chowanie się w podziemnym garażu przekształconym na schron, który znajdował się pod naszym blokiem. Lecz najgorszym w tamtych latach był dla mnie głód. Bywało nawet tak, że jako dzieci „biegaliśmy o chleb” dookoła bloku i „drużyna”, która wygrywała ten „wyścig” – zabierała wszystko, co przynosiło się z domu do jedzenia, jako nagrodę za zwycięstwo w tej rywalizacji.
Jako dziecko wymykałem się nieraz spod opieki matki ze schronu z umówionymi równolatkami, aby zaobserwować nocne „walki” o Berlin w powietrzu, strzelanie z armat przeciwlotniczych w kierunku potężnych bombowców, które zrzucały na miasto setki „świecących” bomb. Po nich strażacy jeszcze następnego dnia dogaszali zgliszcza. A my – jak to dzieci – jakby nigdy nic bawiliśmy się w tych ruinach… „w wojnę”!
Niedaleko naszego domu, przy Livlaendische Strasse 4 (w dzielnicy Wilmersdorf) był niewielki park, który jest tam do dzisiaj i jak wtedy – nazywa się „Volkspark” – „Ludowy”. W nim, jeszcze przed zakończeniem wojny i po niej, długo stały porzucone, zdezelowane armaty przeciwlotnicze, które zastępowały nam – dzieciom –„karuzele”, bo ich długie lufy osadzone były na lekko obracających się łożyskach. Z jednej takiej „lufy” (dla nas „karuzeli”) kiedyś spadłem, mocno raniąc się i trafiając tym samym, po raz pierwszy w życiu do (też istniejącego tam do dzisiaj) pobliskiego szpitala. Na szczęście nic poważnego mi się nie stało, choć sąsiadki w międzyczasie już zdążyły mamie opowiedzieć o tym zdarzeniu, …że mnie przygniotło i urwało nogę…
A w ogóle to cud, że „tamte” lata przeżyłem, wielokrotnie narażony na śmierć przez przypadkowy odłamek, czy wybuch niewypału w walających się wokół gruzowiskach. Jako dzieci bawiliśmy się wśród nich, ale przede wszystkim szukaliśmy jakiegokolwiek jedzenia, zbierało się też różne odpadki na opał, np. nie do końca spalone meble itp.).
W tej sytuacji mama – pod nieobecność ojca – chcąc ratować nas przed „tym wszystkim”, a przede wszystkim przed głodem, dość często wyjeżdżała z nami do swej rodziny w Ahrbergen, a czasami także do dziadka Karola, do Zabrza. Dziadek z Zabrza także odwiedzał nas w Berlinie, zawsze przywożąc coś do jedzenia „na przetrwanie”.
Moją najbardziej ulubioną „rozrywką”, co zapamiętałem do dziś, było… pójście z dziadkiem DO CYRKU „Buscha” lub ZOO. I „jazda” (na drewnianym trójkołowcu) do okolicznych parków, fontann, które zastępowały wtedy baseny. Kiedyś nawet „zgubiłem się” dziadkowi na swoim rowerku i dojechałem na Kudamm (do dziś reprezentacyjnej ulicy w zachodnim Berlinie), chcąc dotrzeć… do Bramy Brandenburskiej.
Jesienią 1944 roku – udaliśmy się do brata ojca – wujka Reinholda, który był katolickim księdzem, proboszczem parafii niedaleko Varnsdorf (w dzisiejszych Czechach). A stamtąd – uciekając przed frontem „rosyjskim”, udało nam się dostać – w ramach przesiedlania ludności – do Zabrza, licząc na to, że TAM „POLSKI dziadek” uchroni nas przed wypędzeniem.
Nic takiego jednak się nie stało. Rosyjski żołnierz strzelając w sufit, dał nam 15 min. na spakowanie rzeczy i tak zaczęła się moja (także mojej siostry i matki) kilkutygodniowa gehenna (dosłownie GEHENNA) pieszej wędrówki, z kilkoma innymi wypędzonymi rodzinami ze Śląska do Berlina. W nim zresztą umówili się – jak wiem – moi rodzice, gdyby w czasie wojny stracili ze sobą kontakt, co się też stało.
To WYPĘDZENIE wiązało się z wielodniowym lękiem przed śmiercią, głodem, wszami, zranionymi do krwi piętami (od za ciasnych, albo za dużych butów) i codziennym kilkunasto kilometrowym marszem. W dzień i w nocy dygotaliśmy ze strachu, także z zimna, gdy trzeba było spać po prostu w rowie. Pobyt w jakiejś przypadkowej stodole po drodze i przenocowanie w niej, wydawał się „rajem na ziemi”, zwłaszcza, gdy do tego była jeszcze gorąca kawa (zbożowa oczywiście), jakaś zupa i można było się umyć.
Jako dziecko zapamiętałem też nieustanny strach przed tym, że naszą mamę ktoś skrzywdzi. My – dzieci, które wraz z nami maszerowały w tej kolumnie, dokładnie wiedziałyśmy, na jakie „przeszkody” ze strony szturmującego Berlin wojska rosyjskiego, narażone były „niemieckie” kobiety, i to nie tylko te młode. A stawanie w ich obronie groziło zastrzeleniem, co zresztą o mało co przytrafiło się i mnie, lecz jeden z żołnierzy kazał mi uciekać. Dobrze, że go posłuchałem, z czego skorzystała też i nasza mama, tuląc w ramionach małą Annemarie, która darła się …w niebogłosy.
Na szczęście udało się przeżyć CAŁY ten okropny czas i dotrzeć do celu. Nasz blok mieszkalny, w którym mieszkali przed wojną rodzice, był tylko częściowo zburzony; zdołano, wysiłkiem sąsiadów, mieszkanie odgruzować, zamieszkać w nim i doczekać powrotu ojca „z wojny”.
Tata wrócił pod koniec 1945 r. Do dziś słyszę jego kroki po kamiennych schodach do naszego mieszkania znajdującego się na I piętrze. Miał ze sobą trochę konserw i w ogóle sporo jedzenia, więc radość była ogromna. Pamiętam, że długo wszyscy płakaliśmy ze szczęścia! Znów byliśmy razem!
W 1945r. w dojściu do Berlina wydatnie pomógł nam też jakiś nieznany mi z imienia i nazwiska rosyjski oficer, który zaopatrzył nas w chleb, poczęstował ciepłą zupą, a nawet tabliczką czekolady – litując się nad „potępianą” Niemką i jej dziećmi!
Dziękuję dzisiaj temu NIEZNAJOMEMU CZŁOWIEKOWI! Odwdzięczyłem mu się tym, że dbałem później – pracując już w Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie – o miejsca pochówku radzieckich żołnierzy na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie i w wielu miejscowościach w województwie szczecińskim, tym samym nie wstydząc się oddawania szacunku poległym żołnierzom radzieckim i polskim, którzy zginęli w walce z Niemcami. I nie miało to dla mnie NIGDY żadnego podtekstu politycznego. Po wielu latach, nadal mieszkając i pracując w Szczecinie, miałem wielkie szczęście uczestniczyć m.in. w koncepcji powstawania pomnika „Trzech Orłów”, wznoszących się nad swym gniazdem, z dziobami skierowanymi zarówno na Wschód, Zachód, a nawet na Północ i symbolizując ochronę poszerzonego po wojnie dostępu Polski do morza! Choć do morza ze Szczecina jest jeszcze – torem wodnym – ponad 70 km. Ale stojąc na Wałach Chrobrego wydaje się, że zaraz tuż, tuż za elewatorem widać …Świnoujście i przedłużające port szczeciński urządzenia przeładunkowe! A – płynąc rzeką wzdłuż przepięknego pasa zieleni – mijało się stocznię czy byłe Zakłady Rybołówstwa „Gryf”. Za „moich” czasów – „fruwały” tamtędy nawet wodoloty, wiozące m.in. artystów, studentów – na świnoujską FAMĘ – Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej!
Ten fantastyczny pomnik, który opisałem wyżej, jest dziełem prof. warszawskiej ASP – Gustawa Zemły – a zasługi dla jego powstania mają m.in. Henryk Huber, Tadeusz Kielan i Stanisław Krzywicki. Choć moim osobistym marzeniem zawsze było, aby pomnik stanął – obok Zamku Książąt Pomorskich – na tzw. Trasie Zamkowej! Ale na Jasnych Błoniach, gdzie się obecnie znajduje – też ma swoje jak najbardziej godne miejsce!
Ojciec mój, od powrotu z „wojny” pracował w Polskiej Misji Wojskowej, która znajdowała się we wschodnioberlińskiej dzielnicy – Pankow. Zabierał mnie tam ze sobą „jeepem” (który po niego przyjeżdżał), do znajdującej się przy Misji – szkoły polskiej. (Równolegle – chodziłem też i do niemieckiej „Grundschule”, znajdującej niedaleko naszego „berlińskiego” miejsca zamieszkania).
Nasze mieszkanie, w którym już przed wojną mieszkali moi rodzice, było 2-pokojowe, w bloku na I piętrze, z kuchnią i wnęką balkonową, znajdującą się tuż nad wjazdem do podziemnego garażu (w czasie wojny bardzo zniszczonego w walkach ulicznych w czasie zdobywania Berlina).
Dzielnica Wilmersdorf została po wojnie przydzielona Anglikom, a po wybudowaniu Muru Berlińskiego znajdowała się w Zachodnim Berlinie. Odwiedziłem ją ponownie dopiero po wielu, wielu latach, gdy byłem już urzędnikiem m. st. Warszawy i przyjechałem do Berlina, towarzysząc orkiestrze Maksymiuka Teatru Studio, która została zaproszona na odbywający się w Berlinie Zachodnim Festiwal Symfonicznych Orkiestr Kameralnych.
W Berlinie – w domu – mówiliśmy PO POLSKU i po niemiecku, ale przede wszystkim były pielęgnowane „śląskie” tradycje, łączone z tymi „po matce”. Wszystko pasowało do naszej „polsko-niemieckiej” atmosfery rodzinnej.
Dom nasz – jak pamiętam – zawsze był pełen gości, znajomych i przyjaciół rodziców – zarówno polskich, jak i niemieckich, z których zapamiętałem najbardziej: państwa Welterów, Osmańczyków, Koprowskich, Lemańczyków, Ledwolożów i Kaczmarków.
Wspominam o tym dlatego, iż z wieloma wymienionymi rodzice kontynuowali przyjaźnie (potem także i ja, gdy byłem już pełnoletni) po powrocie do Polski. Tak było np. z Janem Edmundem Osmańczykiem, czy Janem Koprowskim i Franciszkiem Welterem. Do dziś przyjaźnię też z jednym z synów Jana Koprowskiego – Szymonem, również, jak jego śp. Ojciec – pisarzem i artystą plastykiem – po wrocławskiej ASP. Również z jego żoną – Wiesławą. Serdecznie pozdrawiam Ich w swoich myślach, gdy piszę te słowa.
Wspomniani wcześniej – choć mieli intratne stanowiska w Berlinie i nie musieli z nich odchodzić, zdecydowali się w roku 1948 na wyjazd do Szczecina (jedynie Koprowscy i Osmańczykowie pojechali dalej w głąb Polski), Koprowski np. do Łodzi, robiąc karierę jako pisarz i publicysta, a Osmańczyk ostatecznie był wieloletnim bezpartyjnym posłem na Sejm PRL kilku kadencji i senatorem RP.
„Transport” repatriacyjny z Berlina do Szczecina odbył się w towarowych wagonach, w których „kwitło życie”, gdyż wagony były „umeblowane” przewożonym dobytkiem. Zresztą podróż trwała kilka dni.
Pamiętam, że gdy pociąg wreszcie dotarł do Szczecina, dość długo staliśmy na bocznicy jednego z ówczesnych szczecińskich dworców dzielnicowych – Turzyn, nim przeprowadziliśmy się z „wagonu” do dwupokojowego, przydzielonego nam mieszkania, przy ulicy Św. Zofii (dziś Wróblewskiego) nr 17.
Dlaczego miastem docelowym wybranym przez ojca w Polsce był SZCZECIN? Gdyż miał w nim powstać uniwersytet, a ojcu, jako b. (jeszcze przedwojennemu) pracownikowi Uniwersytetu Humboldta obiecano w nim pracę. Ale uniwersytet nie powstał, a ojca zatrudniano na podrzędnych stanowiskach. Pracował więc, m.in. w Szczecińskim Urzędzie Morskim, Zakładzie Doskonalenia Rzemiosła, Szczecińskim Zarządzie Aptek, w działach zajmujących się wprawdzie „doskonaleniem kadr, czyli tzw. edukacją”, ale – przeżywał „mocno” zastaną w Polsce sytuację społeczno-polityczną. Nie zarabiał na tych stanowiskach tyle, żeby wypłacane mu wynagrodzenie wystarczyło na swobodne „życie” naszej 4 osobowej rodziny. Więc oszczędności pochodzące m.in. ze sprzedaży w Berlinie mieszkania i aż 3 samochodów (DKW, adlera i 6-cylindrowego opla), szybko rozeszły się!
Ciąg dalszy nastąpi
i będzie miał tytuł „Moi rodzice”









Bardzo ciekawa opowieść o dramatycznych doświadczeniach z okresu wojny i już po wojnie. Czekamy Karolu na kolejne odcinki Twojej opowieści.
Autentyk cenniejszy ponad najbardziej wyrafinowaną wyobraźnię, a tak pisany tym bardziej. Z niecierpliwością czekamy na c.d.