Szczupły, drobny, uśmiechnięty; życzliwy, pomocny choć z pozoru niepewny czy podoła zadaniu, ale się postara – mówiły jego oczy uważnie obserwujące rozmówcę; więc od czego zaczynamy? Od Wielkiej Rafy Koralowej? Ludek dotarł na rafę już po dopłynięciu do Australii, w trzecim roku rejsu „Marią” dookoła świata. Na jednej z koralowych wysepek trafili na drewnianą szopę, jakby schronisko dla żeglarzy. Każdy kto się tam zatrzymał mógł przenocować i znaleźć coś do jedzenia z tym, że powinien zostawić to miejsce w porządku… i jakiś użyteczny dla kolejnych gości podarek. Ludek znalazł tam proporzec z napisem: Don’t worry be happy… I to określa charakter jego wyprawy „Marią”, podejście do rejsu, stało się ono, wiesz… jakby mottem; nie bójcie się być szczęśliwymi…[1]
– Wojtku, czy chciałbyś znaleźć proporczyk z takim przesłaniem?
– Czy chciałbym?
Uśmiecha się nieco zakłopotany.
– Chciałbym…, chciałbym umieć być szczęśliwym – obserwuje z uwagą moją reakcję, może sprawdza, czy to rozumiem, czy tak wybrzmiały komunikat odbieram na tej samej fali.
Co musi robić człowiek, by nauczyć się być szczęśliwym?
Rozmowa miała miejsce w grudniu 1977 roku, w mieszkaniu Ewy i Wojtka Jacobsonów przy ulicy Stojałowskiego w Szczecinie. Piliśmy czerwone wino, nasze żony Ewa i Ania wyszły wtedy do kuchni, robiłem nagranie dla radia, nie pierwsze, nie, bo znaliśmy się z Wojtkiem od wakacji 1973 roku. Najpierw z widzenia; kapitan, kolega z klubu, żeglarz, że ho, ho! Stałem więc 6 września na kei przystani Jacht Klubu AZS i odprowadzałem wzrokiem Wojtka, Ludomira Mączkę i Jerzego Mańkowskiego, wyruszających „Marią” w rejs marzeń, gdzieś na koniec świata, i jeszcze dalej, w pogoni za horyzontem; rok, dwa lata, oceany trzy… Wojtek wrócił po niespełna roku już jako ambasador oceanicznej wyprawy „Ludojada” do wysp szczęśliwych i tłumacz jego życiowego credo. Jednym z pomocniczych instrumentów Wojtka do wypełniania ambasadorskich powinności zostałem ja, wówczas dziennikarz radiowy[2], początkujący morski regatowiec w załodze „Umbriagi” kapitana Jurka Madei. Jednak byłem zbyt świeży na morzu i w życiu, sztubacko zafascynowany metaforą żeglarskiej przygody, bym mógł już wtedy w pełni zrozumieć sens refleksji zawartej w wypowiedzi Wojtka z grudnia 1977 roku… Wcześniej Wojtek był dla mnie głównie i chyba wyłącznie intrygującym narratorem w morskich opowieściach spod żagli. We wspomnianym grudniu zacząłem rozumieć, co chciał mi przekazać.
Co znaczy być szczęśliwym?
Głos sygnaturki z wieżyczki kościółka nad Gyoa Haven niósł się przez oblodzoną zatokę, trafiał do domów Inuitów obwieszczając dobrą nowinę… Słyszałem, widziałem ich reakcję – mówił – na ten sygnał budziło się życie po stronie mieszkających tam ludzi jak i niedźwiedzi. Obie społeczności uprawiały podobne łowiska. Zwierzęta z konieczności, ludzie już bardziej z nawyku, z tradycji. Wojtek ujawniał spostrzegawczy zmysł antropologa i etnografa, jego obserwacje, notatki, nagrania, miały szczególny charakter. Nie chodziło mu o uchwyceniu banału, obrazków z cepeliady dla turystów, starał się zrozumieć owych „Eskimosów”, jak ich obraźliwie nazywali ekspansywni biali szerząc na północy Ameryki terror i przemoc wobec miejscowych „pożeraczy surowego mięsa”. Z jego udziałem stworzyłem cykl reportaży radiowych „O czym śpiewasz Inuku, gdy nie patrzysz nam w twarz?”[3] – utworów o duszy, myśleniu i życiu ludzi „przesiedlonych” z ich dawnego świata wartości w świat naszej doskonałej cywilizacji. By unieść wagę, ciężar problemu, należało stosować jasną, przejrzystą i zrozumiałą aksjologię; trwałość tej literackiej konstrukcji budowałem na systemie wartości Wojtka, a stała się ona również moją. Nie tylko w reportażach i powieściach.
Lodowata północ przez cztery kolejne sezony rozgrzewała wyobraźnię (1985-88). Pierwszy rejs Polaków przez NordWest Pasage pod żaglami ze wschodu na zachód, z Pacyfiku na Atlantyk, z Vancouver do Halifaxu – jachtem „Vagabond’eux” Janusza Kurbiela i choć pod francuską banderą to z polską załogą: Wojtkiem Jacobsonem i Ludomirem Mączką. Z każdego etapu rejsu Wojtek przesyłał obszerne interesujące listy, kartki, przywoził nagrania. W przerwach podróży (na zimowanie jachtu w Arktyce) wracał do Szczecina i wtedy powstawały kolejne reportaże z kluczami do rozumienia sensu życia, pęczniała teczka z Jego do mnie korespondencją. „Może byś coś z nią zrobił, przynaglałem. W zasadzie masz gotową książkę z przejścia NWP, wystarczy opracować te listy-reportaże, wydam je w GLOBIE, zachęcałem”. Uśmiechnął się (jak zwykle) przepraszająco, „może później, przepraszam, ciągnie mnie do Kanadyjskiej Szkoły pod Żaglami, potrzebują oficera, nauczyciela chemii i wychowawcy…” Skoro i wychowawcy, zażartowałem, to z pewnością nie powinieneś odmówić. Skojarzyłem wtedy, że w 1982 roku pomagaliśmy Krzysztofowi Baranowskiemu w organizacji Szkoły pod Żaglami na „Pogorii”. Wojtek miał płynąć w rejs szlakiem starych kultur morskich jako I oficer, nauczyciel chemii, lecz o powinnościach wychowawcy ani jemu, ani mnie nikt wtedy nie mówił (cieszyłem się na tę wyprawę z Wojtkiem jako przyszły nauczyciel historii oraz IV oficer). Wojtek z nieznanych mi wówczas przyczyn zrezygnował z rejsu; nieco później i ja odstąpiłem od udziału w wyprawie na Ceylon. Rejs się udał[4], z doświadczeń Szkoły pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego wnet postanowili skorzystać Kanadyjczycy czarterując najpierw dla swojej Class Afloat właśnie „Pogorię”. W rok później mieli już własny żaglowiec „Concordię”, zbudowaną w Szczecińskiej Stoczni Remontowej. Im Wojtek już nie odmówił wiążąc się z „Concordią” na kolejnych kilkanaście lat.
Z przesyłanych na mój adres listów i kartek orientowałem się, że Wojtek nadal szuka i zbiera rozsiane po świecie okruchy z remedium na szczęśliwe życie. Zbiera, ale nie chomikuje, dzieli się nimi, oddaje, rozsiewa… Czasami powątpiewa czy nadmiar doznań z podróży nie czyni go samolubnym. Weryfikatorem i takich wątpliwości, stawała się rodzina, żona Ewa i córka Magda; bez nich Wojtek nie miałby szans zostać KOLOSEM.
W monograficznym, imponującym pod względem edytorskim opracowaniu o życiu i działalności Wojtka Jacobsona („Żeglarskie kto jest kim?”[5]) Kazimierz Robak przedstawia listę osiągnięć żeglarskich i wyróżnień Wojtka, postrzegając jego wyjątkowość głównie w dokonaniach żeglarsko-podróżniczych:
- Okrążył pod żaglami oba kontynenty amerykańskie, przez Przejście Północno-Zachodnie i wokół Hornu
- Dwukrotny zdobywca Srebrnego Sekstantu za „Rejs Roku” (1985 i 1988)
- Odznaczony Derek Zavitz’s Memorial Adward (1998)
- Honorary First Mate kanadyjskiej Class Afloat
- Laureat nagrody Conrad 2009
- „Ambasador Szczecina” (2012)
- Nagrodzony Banderą Prezydenta RP (2013)
- Laureat nagrody Super Kolos (2016)
- Laureat Międzynarodowej Nagrody Żeglarskiej Szczecina (2017)
… i pomyśleć jak wielką aktywnością, wysiłkiem, determinacją i talentem musi wykazać się człowiek, by zasłużyć na tyle nagród i wyróżnień. Od momentu, gdy poznałem Wojtka, w ponad pięćdziesięciu rejsach morskich[6] przepłynął On blisko 250 tysięcy Mm; bagatela, to tyle co kilkanaście razy okrążyć Ziemię mierząc po równiku[7]. Wszakże Wojtek nawijał owe mile nie po to, żeby zostać rekordzistą. Wyraziste ślady z istoty rozumienia „przygody pod żaglami” na szlaku doświadczeń „jak być szczęśliwym?”, znajdowałem w naszej korespondencji i w rozmowach. Stanowią świadectwo czego (kogo) szukał na oceanach.
W Alfabecie morskim tak przed laty rysowałem sylwetkę Wojtka: „J.W. – najskromniejszy z największych, piękny i niepowtarzalny w swej spolegliwości oraz uczynności; wart odrębnej i fascynującej monografii jako żeglarz, a jednocześnie osobowość spinająca najważniejsze wyspy rozpoznawanych dzięki Niemu archipelagów”[8]. Pisałem tak, zanim został „Ambasadorem Szczecina” i przed nagrodą SUPER KOLOSA. Był dla mnie Wielki już wcześniej; jeden z czterech moich przyjaciół, z którymi nie przepłynąłem pod żaglami ani jednej mili, a z którymi opłynąłem świat ze zrozumieniem sensu żeglugi. Sam ocean jest drogą, udaną, jeśli prowadzi do drugiego człowieka. Ważne są spotkania; nie odwiedzane wyspy, ale zamieszkujący je ludzie: ich doznania, radości i dramaty, uzyskiwana od nich pomoc, darowana za uśmiech życzliwość, otwierane szeroko drzwi i gościnny dom. A w nim rozmowy, po których płyniemy dalej bogatsi, gotowi tym samym odpłacić napotkanym wędrowcom również tym na lądzie, już po powrocie. W tej sztafecie dobrej praktyki możemy się spełniać jako ludzie powołani, by czynić dobro. W różnych wymiarach, na różnych poziomach… – tak odczytywałem refleksyjne skojarzenia Wojtka z opisywanych rejsów. A nawet wyposażyłem jednego z bohaterów swoich powieści dla młodzieży – Krablunaina z „Wyspy wiecznego żeglarza”[9] – w cały arsenał cnót, które jednak nie uczyniły go nadmiernie szczęśliwym człowiekiem. Czuł się z tym w miarę dobrze, lecz w jego grze dobro często przegrywało ze złem. Mimo to nie stracił optymizmu. Książkę tę dedykowałem Wojtkowi: „Wojciechowi Jacobsonowi – z pozdrowieniami od Krablunaina”.
Bodaj wiosną 2018 roku Wojtek zapytał, czy mam listy i kartki, które pisał do mnie z rejsów, czy je przechowałem? Co do jednego, odpowiedziałem, pełne dwie tekturowe teczki, ale w strasznym bałaganie, a niektóre ze śladami moich uwag na marginesie, więc z góry przepraszam. Uporządkuję, skopiuję i oddam, zapewnił. Zaświtała mi myśl, że Wojtek wreszcie zdecydował się napisać o swoich rejsach, spotkanych ludziach, o pięknie i dramatach rozpoznanych a wartych przytoczenia, o sensie żeglugi; książkę o swojej drodze przez życie. Piszesz autobiografię? – zagadnąłem wręczając teczki z korespondencją. Tak jakby…, zobaczysz… Zacząłem czekać, dopytywałem Ewę jak mu idzie, na co ona odpowiadała: znasz go, jest taki dokładny, skrupulatny do przesady, pracuje, co mnie cieszy, bo przestał marudzić… Jakoś tak określiła. Kiedy po dwóch latach Wojtek oddał mi listy ułożone, posegregowane, z numeracją a do tego ze szczegółowym spisem zawartości, zawstydziłem się, że mnie wyręczył, chociaż w tym wcześniejszym pozornym bałaganie umiałem szukać trafnego cytatu z Wojtka przemyśleń. Może chciałbyś te listy zachować dla siebie, zapytałem. Przecież pisałem je do ciebie, są twoje, oburzył się. No tak, no tak, dziękuję, próbowałem wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, kiedy będzie twoja książka? Wojtek rozłożył bezradnie ręce. Zrozumiałem. I wpadłem wtedy na pewien pomysł, który okazał się pomocny przy szukaniu głównego sponsora.
W promocji książki Kazimierza Robaka o Wojtku Jacobsonie uczestniczyło blisko 200 osób, sala im. Zbigniewa Herberta w Książnicy Pomorskiej wieczorem 22 marca 2022 roku była przepełniona, spotkanie interesująco i mądrze prowadzone przez Dominikanina ojca Tomasza Dostatniego przekroczyło ramy czasowe; bohater wieczoru i goście mieli powody do zadowolenia. Siedziałem na podwyższeniu obok Wojtka, obserwowałem jego reakcje na pytania, na hipotezy snute przez prowadzącego, który chyba wiedział to, co ja, że nadzwyczajność naszego bohatera, jego wielkość, kryje się w czymś innym, niż w biciu rekordów, więc próbował uruchomić i tę „mniej namacalną”, etyczno-moralną, filozoficzną sferę skojarzeń i uzasadnień. Na sali siedziały osoby, którym nie obca była taka metaforyka, rozumieli, że ten wymizerowany przejściami i wiekiem (Wojtek miał wtedy 93 lata), szczuplutki, niewysoki, nieśmiały w zachowaniu, nazbyt ułożony i kulturalny – nasz przyjaciel żeglarz z Jacht Klubu AZS w Szczecinie – siłę herosa wykazywał w szczególnej konkurencji. Wszakże SUPER KOLOSEM ogłoszono go głównie za rekordy; DWUKROTNYM ZDOBYWCĄ SREBRNEGO SEKSTANTU za rejsy roku – a jakże; AMBASADOREM SZCZECINA – takoż. Czy słusznie? Ależ tak! Tak! Tak! Tak! To wszystko On, ale nie cały On, bo atrybutami jego siły były walory ducha, intelektu, głęboko wpojona prawość, uczynność, czynienie dobra i umiłowanie wolności, nie stanowiące żadnych regulaminowych kryteriów w konkursach współczesnego świata. A mimo to Wojtek wykosił wielu konkurentów do złota. Jak to możliwe?
W niespełna dziewięć miesięcy później, 15 grudnia 2022 roku w tejże samej Książnicy, miało miejsce wodowanie książki Wojtka „Od równika do bieguna, czyli „Marią do Hawru… i dalej”. Poproszono mnie o współprowadzenie spotkania; cieszyłem się na nie szykując jednocześnie dla Wojtka niespodziankę. Mógłbym powiedzieć, że ta niespodzianka czekała na niego u mnie na półce z książkami trzydzieści trzy lata, zdążyła pokryć się śniedzią. Pewnie ze zmartwienia, że nigdy nie trafi już we właściwe ręce; do osoby, która ją ożywi prawdziwą historią udanego wyrwania się z przyziemności stada, wykazując co znaczy dobro w nauce latania, w sposobie realizowania marzeń… I tu konieczna dygresja.
Czekając na książkę Wojtka z żeglugi w Arktyce na „Vagabondzie” (pokonanie pod żaglami NWP), wpisałem w projekcie planu wydawniczego GLOBU na rok 1989 dwa alternatywne robocze tytuły: „Międzygwiezdny rejs Ludojada” i „O czym śpiewasz Inuku, gdy nie patrzysz nam w twarz?”. Autor: Wojciech Jacobson, rodzaj: proza-reportaż, termin: IV kwartał, nakład: 30 tys. egz., orientacyjna cena: 400zł. Okazało się, że byłem bardziej zdeterminowany, niż Wojtek, który poprosił wtedy żebym prolongował termin, bo akurat szykuje się do rejsu z kanadyjską Class Afloat, ale napisze, złoży w GLOBIE jeszcze ciekawszą książkę, bo rejs szykuje się niezwykle atrakcyjnie. Byłem zawiedziony. Statuetkę rzeźby ekspresyjnej mewy (uchwyconej w locie przez znaną rzeźbiarkę Annę Paszkiewicz); miniaturkę z brązu, którą szykowałem dla Wojtka z okazji promocji jego dzieła, schowałem do szafy. Z żalem, że… okazja minie, być może bezpowrotnie. Wybór akurat mewy na nagrodę dla autora, który ucząc się być szczęśliwym pokazuje, jak to osiągnąć, nie był przypadkowy. Znałem nowelę „Jonathan Livingston Seagulf” Richarda Bacha, opublikowaną w Polsce po raz pierwszy we fragmentach bodaj w połowie lat siedemdziesiątych w „Literaturze” pod tytułem „Mewa”. W roku 1976 Magda Teresa Wójcik z Teatru Adekwatnego w Warszawie adaptowała ten tekst i zaprezentowała w monodramie pt.: „Mewa” podczas Festiwalu Małych Form Teatralnych w Szczecinie. Wtedy też oglądając aktorkę w Sali Kominkowej 13 MUZ w roli Jonathana, pomyślałem o Wojtku, o jego rejsie z Ludkiem Mączką na „Marii”; ot skojarzenie doraźne, choć nie przypadkowe.
Wreszcie zaklęta w brązie mewa doczeka się, trafi w godne ręce, myślałem. Zdjąłem ją z półki, ale nie wypolerowałem, patyna na jej skrzydłach miała poświadczać, że żyjąc tyle lat na regale między „Moby Dickiem” a dziełami wszystkimi Conrada, owszem, trochę posiwiała, co dodawało jej godności i powagi, jednak nadaje się, by zrobić honorową rundę nad głową Wojciecha Jacobsona, który z ucznia stał się instruktorem w trudnej dyscyplinie: Don’t worry be happy…
Wojtka tuż przed wodowaniem „Od równika do bieguna…” dopadł covid; poprosił żebym Go zastąpił. Nie odmówiłem, nie mogłem, choć się bałem… Przez cały wieczór był z nami w Sali Herberta duchem, na ekranie, w książce, w zdjęciach i w krótkim filmie, w wypowiedziach przyjaciół; odniosłem wrażenie, że ten eksperyment obecności bohatera pod jego nieobecność się udał. Pozostał, wszakże, niespełniony zamiar – akt wręczenia Mu na publicznym forum statuetki Mewy, szczególnej nagrody za całokształt. Przekazałem ją na ręce Ewy i Magdy Jacobson, żony i córki.
Po blisko czterech latach od tamtej promocji, dowiedziałem się z pięknego pożegnalnego listu Magdy, odczytanego nad grobem Wojtka, jak wielki wpływ wywarła na Nim lektura noweli Bacha. Miał piękne i ciekawe życie…
Zmarł w nocy z 25/26 sierpnia, przeżył 97 lat.
Zbigniew Kosiorowski
—
[1] Z. Kosiorowski, Don’t worry … reportaż radiowy, emisja 25.12.1977 w pr. II. Polskiego Radia oraz Z.K., Nie bójcie się… [w:] „13° w skali B”. Wyd. KAW 1980
[2] Z. Kosiorowski, Międzygwiezdny rejs Ludojada (cykl ośmiu reportaży radiowych 1977- 1984)
[3] Z. Kosiorowski. O czym śpiewasz Inuku…”, emisja w listopadzie 1986 r. w II pr. PR; Z.K. Archipelag odpływów”, Wyd. FOKA 2010, s. 93-101
[4] S. Nawrocki, Byłem kaczorem, GLOB, Szczecin 1987
[5] K. Robak, Żeglarskie kto jest kim? Wojciech Jacobson, Dobry Neo Press, Warszawa 2022
[6] Łączna liczba rejsów: 61 (ok. 261 500Mm)
[7] Obwód kuli ziemskiej – ok. 40 tys. km (ok. 21 600 Mm)
[8] Z. Kosiorowski, Archipelag odpływów, Wyd. FOKA, Szczecin 2010, s. 230
[9] Z. Kosiorowski, Wyspa wiecznego żeglarza, KAW Szczecin, 1988.













