W krzywym zwierciadle cz. 2/2

2

Gdy zorientowałem się co się tam dzieje, zrozumiałem: ja mam takiego pecha, że gdzie pojadę, tam zaczyna się kryzys. W ZSRR kryzys lat siedemdziesiątych zaczął się w 1974-1975. Po powrocie do PRL trafiliśmy na początek następnego, totalnego kryzysu. Kryzys w Meksyku narastał wiele lat, ale objawił się najdotkliwiej w 1983, dokładnie miesiąc przed naszym przyjazdem. Nie mogę jechać do USA, bo jak tamten kraj się zawali, to dokąd będziemy uciekać?

Część pierwsza tekstu: http://www.przegladdziennikarski.pl/w-krzywym-zwierciadle-cz-12

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Początki” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013]

Kryzys był „straszny”, przynajmniej dla Meksykanów. Mówiono, że to już koniec i że będzie rewolucja albo koniec świata. Śmiech nas ogarnął na widok tego „kryzysu”. Sklepy pełne, życie spokojne, może niezbyt luksusowe, przynajmniej dla niższych warstw klasy średniej. Po pierwszym miesiącu pracy na UNAM odkryłem, że tu pensja wystarcza na cały miesiąc! To zresztą było do przewidzenia. W PRL, jako docent na AGH, należałem do najniższej klasy społecznej. Tu awansowałem nagle do klasy średniej. Społeczeństwo meksykańskie jest dość zróżnicowane, a podział na klasy społeczne jest wyraźny. Od skrajnej nędzy do przepychu i nieukrywanego bogactwa. Trudno dokładnie określić, co to właściwie jest „klasa średnia”, o której mówi się, że jest najliczniejsza. Przeciętny standard życia w mieście nie jest zły: mieszkanie, jeden lub dwa samochody. Gorzej jest na prowincji i na wsi, o której mówi się, że głoduje. Ludzie tu są tak spokojni, uprzejmi i zrównoważeni, że aż trudno zrozumieć, jak w tym kraju mogło dojść do rewolucji. To nie znaczy, że na ulicy lub w autobusie nie mogą cię napaść i obrabować, jak zresztą w każdym dużym mieście. Widocznie osiemdziesiąt lat temu sytuacja była zupełnie inna. Szczęśliwy to kraj, którego nikt nie zaatakował przez osiemdziesiąt lat! Meksykanie oburzają się na takie stwierdzenie:

– Jesteśmy obiektem stałej agresji!

Na pytanie, kto ich napadł, odpowiadają:

– Popatrz na Tepito (olbrzymi rynek uliczny z artykułami importowanymi nielegalnie z Chin, USA i innych krajów). Zalewają nas wyrobami, wypierają nasz przemysł!

Nie bardzo przemawia do nich nasza definicja agresji, która oznacza wkroczenie obcych wojsk, śmierć kilku milionów obywateli i utratę wolności na pięćdziesiąt lub sto lat. A przecież miał ten kraj barwną i krwawą historię. Wydaje się, że dla większości mieszkańców wymiernym objawem patriotyzmu jest nienawiść do Amerykanów. Porównując Polskę z Meksykiem w rozmowie z Meksykanami, zawsze mówię:

– To taka ironia losu. W Polsce nigdy nie było rewolucji i mieliśmy komunizm przez czterdzieści lat. Meksyk miał rewolucję i cudownym zrządzeniem losu uchronił się od komuny.

Właściwie, to rozmawiając z niektórymi meksykańskimi zwolennikami marksizmu, powinno się im raczej ofiarować egzemplarz znakomitej książki Plinio Apuleyo Mendozy, Carlosa Alberto Montanery i Alvaro Vargasa Llosy (z przedmową Mario Vargasa Llosy) zatytułowanej Manual del Perfecto Idiota Latinoamericano (tytuł nie wymaga tłumaczenia), wydawnictwo Plaza&Janes, Meksyk, 1996. Ta książka powinna być przetłumaczona na wszystkie języki świata, a szczególnie na europejskie. Jest to najpoważniejsza praca na temat idiotyzmu politycznego i socjoekonomicznego w skali światowej – nie tylko w Ameryce Łacińskiej – jaką kiedykolwiek wydano. Polecam.

Co do idiotyzmu politycznego, jest on wszechobecny, nieunikniony i przerażający. Polska mogłaby tu konkurować z Ameryką Łacińską jak równy z równym. Poniekąd mają rację ci, którzy krytykują postępy demokracji w krajach na południe od USA. Piszę „poniekąd”, bo uważam, że demokracja musi istnieć i być respektowana. W przekonaniu wielu idiotów z Europy, nie ma to miejsca w Ameryce Łacińskiej. Otóż tu też się wybiera senatorów, prezydentów itp. Dawniej wyniki były zawsze kwestionowane jako fałszywe, teraz już tak nie jest, choć do ideału jeszcze daleko. Bardziej należałoby się martwić o przygotowanie polityczne głosujących. Tu, w Ameryce, gdzie ludzie lubią hałas, największe szanse wyboru ma ten, kto głośniej krzyczy do mikrofonu w czasie kampanii (zakładając oczywiście uczciwość komisji wyborczych). Najlepszym przykładem jest to, co dzieje się w Ekwadorze. Abdallah Bukaram nie krzyczał, tylko wrzeszczał do mikrofonu na wiecach przedwyborczych, czasem też śpiewał. Oczywiście wygrał. Po krótkim okresie rządzenia tamtejszy parlament zdjął go ze stanowiska, motywując to idiotyzmem wodza (nazwano to oględnie incapacidad mental, co na jedno wychodzi).

Co mnie najbardziej martwi, to trudne do wytłumaczenia (przynajmniej dla mnie) zachowanie „mas” (dużych grup). Ludzie, nawet bardzo inteligentni i rozsądni jako jednostki, jako głosująca masa wykazują zachowanie przerażające, mało różniące się od zachowania stada bizonów lub baranów. Największe poparcie mają mordercy, złodzieje albo inni złoczyńcy. W pewnym kraju Ameryki Łacińskiej na prezydenta startował facet, który za młodu zastrzelił swojego brata. Niewiele brakowało, aby wygrał wybory. Inny mocny kandydat to gość, o którym mówią, że zabił swoją żonę.

We wspaniałej epopei Jarosława Haszka Przygody dobrego wojaka Szwejka lekarska komisja poborowa wydała zwięzłą diagnozę stanu zdrowia bohatera: idiotyzm. Okazuje się, że nie był to złośliwy epitet, tylko jedna z chorób figurujących w rejestrach armii austriackiej. Diagnoza była natychmiastowa, gdyż badany, wchodząc do sali, gdzie była komisja, krzyknął: „Niech nam żyje Cesarz Franciszek Józef!”.

Idiotyzm europejski jest nie mniej przerażający jak amerykański. Słynny „eurokomunizm” to najlepszy przykład. Kiedyś włączyłem telewizor. Akurat była transmisja z jakiegoś kongresu „intelektualistów” z Europy. Przemawiał pewien pan, nie wiem, kto to był, pewnie ktoś sławny. Po zakończeniu transmisji oczywiście nie powiedziano kto. Ten pan przemawiał tak pięknie, że aż łzy stawały w oczach. Nagle zaczął mówić o marksizmie. Byłem przerażony. Powiedział mniej więcej coś w tym stylu:

– Upadek marksizmu w Europie był największą tragedią dwudziestego wieku.

Potem wychwalał Trockiego, przytaczając jakieś jego wypowiedzi o świetlanej przyszłości, jaka czeka ludzkość dzięki ideologii marksistowskiej. Na pewno gdyby to Trocki zabił Stalina, a nie na odwrót, wychwalałby Józefa Wisarionowicza. Idiotyzm totalny. Otrzymał długie i gorące oklaski.

Ale wróćmy znów do Meksyku. Co do Tepito, o którym już była mowa poprzednio, to jest na nim rzeczywiście istny potop kontrabandy, przeważnie wyrobów japońskich, chińskich (Tajwan) i koreańskich. To samo można powiedzieć o programach telewizyjnych. Kino meksykańskie jest nadal w czołówce światowej, jego produkcja jest jednak ograniczona i programy telewizyjne wypełnione są strasznymi kiczami z USA.

Gdy wchodzę do mieszkania i widzę moją rodzinę wpatrzoną w ekran, pytam:

– O co tam chodzi? W co się zamienia?

Jeśli bohater nie zamienia się w wilka, tygrysa albo w zielone monstrum, pytam:

– Jest z innej planety? Zabijają się? Ile trupów? Jeżeli nie trafiłem w żadną z tych możliwości, pytam:

– Jest wampirem?

Jeśli nie, coś jest nie tak. Co do wampirów, to ten rodzaj filmów rozplenił się mniej więcej tak, jak „produkcyjniaki” w byłym łagrze socjalistycznym. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, znaczna część społeczeństwa oszaleje. Niedawno podano do wiadomości, że aresztowano prawdziwego wampira w jakimś mieście w Kolumbii. Ten człowiek zabił swojego kolegę przy pomocy maczety i pił jego krew, kiedy zaskoczyli go policjanci. Potem wyjaśnił, że tamten był mu winien pieniądze i nie chciał oddać. Przychylam się do opinii mówiącej, że telewizja kształtuje współczesną młodzież i jest pośrednią przyczyną wielu morderstw. Niedawno w Mieście Meksyk sąsiad odciął sąsiadowi obie ręce maczetą, bo o coś się pokłócili. Ręce mu przyszyto, nie wiem, z jakim skutkiem. Wielu młodych ludzi sądzi, że problemy życiowe rozwiązuje się w ciągu dwóch godzin, tyle przeciętnie trwa film w telewizji.

Wpływ telewizji na dzieci jest jeszcze gorszy, to zresztą problem ogólnoświatowy. Dawniej dzieci słyszały bajki opowiadane przez rodziców albo czytane z książeczek. Niektóre były też okrutne i pełne potworów, smoków, wilków i innych pożeraczy niewinnych dzieci lub dziewic. Ale wpływ tych opowiadań był zawsze ograniczony, w końcu dziecko większą część czasu spędzało w świecie realnym (też zresztą często okrutnym). Obecnie dziecko żyje rzeczywistością telewizyjną albo tą z gier komputerowych. Myślę, że pięćdziesiąt procent czasu przeciętnego dziecka to właśnie ta wypaczona TVrzeczywistość. Niedawno byłem w szkole, do której uczęszczają moje wnuki (trzy i sześć lat), na konkursie opowiadań napisanych przez dzieci. Połowa z nich to były opowiadania o potworach i morderstwach. Jeden chłopiec (dziesięć, może dwanaście lat) przeczytał swoje opowiadanie, zresztą bardzo dobrze napisane (nie pamiętam dokładnie szczegółów, zresztą to tłumaczenie z hiszpańskiego), które było mniej więcej takie:

W pewnym mieście, po ulicach niewielkiego osiedla chodził Zły Duch. Przybrał formę małego chłopca z dużą czupryną. Można go było rozpoznać po oczach, które miał całe czarne. Pewnego dnia jeden pan, ojciec kilkorga dzieci, zaprosił go do swego domu na obiad. Zły Duch przyszedł, przywitał się ze wszystkimi i grzecznie zasiadł do stołu. Jadł z głową nisko opuszczoną. Pan domu zaczął z nim rozmawiać i poprosił, aby podniósł głowę. Wtedy zobaczył oczy Złego Ducha, cale czarne jak dwa węgielki. W tej samej chwili Zły Duch skoczył i urwał głowę gospodarzowi domu, po czym zjadł ją na oczach całej rodziny. Żona gospodarza i dzieci nie pożyły zresztą długo, Zły Duch pozabijał ich wszystkich po kolei i zjadł. Wkrótce z całej rodziny pozostały tylko kości, a Zły Duch odszedł, zadowolony ze smacznej kolacji. Morał z tego opowiadania jest taki: uważaj, kogo zapraszasz do domu, i zanim zaprosisz, popatrz mu dobrze w oczy.

Super!

Już jest 1998.

Mój syn Krzysztof został aktorem telewizyjnym. Dzięki temu, spędzam (o zgrozo) coraz więcej czasu, patrząc w ekran. Jak nie oglądać dziecka, które występuje w nowym serialu? A seriale tutejszej TV to osobny rozdział. Słyszałem, że wiele z nich dociera do Polski, gdzie cieszą się dużym powodzeniem. Ten, o którym chcę napisać, też na pewno tam trafi. Nie mogę się oprzeć, aby go nie skomentować, bo jest naprawdę wspaniały.

Nazywa się Vivo por Elena (Żyję dla Eleny)[1], może w Polsce ukaże się pod innym tytułem. Obejrzałem wszystkie odcinki (sto piętnaście) z zapartym tchem. Krótko mówiąc, fabuła obraca się wokół błony dziewiczej głównej bohaterki. Otóż ta panienka (Elena), boi się wyznać swemu narzeczonemu, że nie ma błony dziewiczej. Nic by w tym nie było nowego, gdyby nie fakt, że Elena błonę ma, tylko o tym nie wie. Można by słusznie spytać, jak to możliwe?

Okazuje się, że możliwe. Jej poprzedni narzeczony był kanalią i chciał Elenę zgwałcić. Namówił ją do wypicia wina, w którym był jakiś narkotyk. Gdy ofiara była już całkiem bezwolna, zabrał się do dzieła, ale daremnie. Nie stanął mu i nic z gwałtu nie wyszło. Na drugi dzień wyznał Elenie, że mieli stosunek, a ta naiwnie uwierzyła. Ja mam swoją teorię na temat tego, dlaczego mu nie stanął. Otóż w tej strasznej scenie gwałtu można było wyraźnie zobaczyć, że gwałciciel nie zdjął Elenie majtek, a nawet dżinsów, trudno więc było czegokolwiek dokonać. Ale mniejsza o szczegóły. Fabułę do tego serialu napisała pewnie jakaś pani z dobrego domu lub z Opus Dei.

I tak sprawa błony ciągnie się przez sto piętnaście odcinków. Nowy narzeczony Eleny to ideał (bogaty prawnik). Według mnie to też idiota: jak mógł nie sprawdzić, w jakim stanie znajduje się błona, przez sto piętnaście odcinków serialu?

Siostra Eleny pracuje ciężko, aby ta mogła ukończyć studia. Wszyscy myślą, że Maria jest pielęgniarką i opiekuje się ciężko chorymi w godzinach nocnych. Tymczasem Maria wychodzi z domu wieczorem w stroju pielęgniarki, który zmienia w najbliższej bramie na bardziej frywolny, i udaje się do nocnego lokalu, gdzie sprzedaje papierosy. Ten lokal to siedziba rozpusty: grają tam jazz, tańczą i piją alkohol. Zupełne zwyrodnienie. Wiele w tym serialu innych równie pasjonujących problemów psychologicznych, których nie będę streszczał.

Krzyś powiedział kolegom w pracy, że oglądam ten serial. Nie mogli uwierzyć.

– Jak twój tata, uczony, intelektualista, może patrzeć na coś takiego?

Gdy mój syn wyjaśnił im, że oglądam to, bo frapuje mnie problem błony dziewiczej, pokiwali głowami z aprobatą:

– Teraz rozumiemy, on jest naukowcem, a to przecież science fiction

   Czasy się zmieniają, pozorny postęp jest często absurdalny. Nie wiem, co obecnie robi więcej spustoszenia w naszym życiu: telewizja czy komputery. Nie jestem wrogiem postępu i komputeryzacji. Co więcej, komputer jest moim codziennym narzędziem pracy, stworzyłem niezły szmat software’u i zrobię pewnie jeszcze więcej. Niektóre sprawy przerażają mnie jednak. Niedawno widziałem książeczkę pod tytułem Jak rozwijać w dziecku zdolność twórczego myślenia. Na okładce widniało małe dziecię siedzące przed komputerem. Książeczka zachęcała do użycia komputera do celów dydaktycznych. Czy autor nie zdawał sobie sprawy, że z dziecka, które spędza czas przed komputerem, może jedynie wyrosnąć idiota lub przygłup?

Dawniej dzieci rysowały, układały klocki lub bawiły się w chowanego. Dziś, zamiast rysować, wybierają myszą kretyńskie obrazki z gotowego menu lub próbują zastrzelić jakiegoś potworka. Nowe wersje Windows i większość informacji Internetu to niewiarygodne śmietnisko, którego przetwarzanie i przesyłanie wymaga superszybkiego sprzętu i olbrzymiej ilości pamięci.

Ludzie dorośli nie są w lepszej sytuacji. Jakiś idiota (ponoć uczony) powiedział niedawno w wywiadzie telewizyjnym, że Internet zastąpi książkę – makabra. Ale to moje, może trochę skrajne, rozmyślania – ten tekst też pewnie opublikuję jako ebook. Oczywiście w niedalekiej przyszłości Internet pokona książkę. Encyclopaedia Britannica to już teraz przeżytek, Wikipedia jest wspaniała, ogromna i zawsze pod ręką (pod palcami na klawiaturze komputera). Niewątpliwie w następnym stuleciu już nie będzie partii politycznych, rządów ani państw. Władcą absolutnym będzie Microsoft, a wiedza o Windows zastąpi filozofię, teologię i wszystkie inne nauki.

To tak jak z ochroną środowiska i przyrody. Dużo jest krzyku i dyskusji na ten temat. Oczywiście ochrona przyrody, lasów, kwiatów i zwierząt to akcje godne poparcia. Ale ewolucja świata jest nieubłagana. Ludzi przybywa, miasta muszą się rozrastać i w końcu pokryją całą planetę. Roślinność powoli zaniknie, tak jak dzikie zwierzęta, czy chcemy czy nie. Czym będziemy oddychać? To proste: kiedy rzeczywiście zabraknie tlenu w atmosferze, technika już będzie na tyle zaawansowana, aby zastąpić fotosyntezę roślin. Tlen będzie produkowany w ogromnych ilościach przez koszmarne instalacje nuklearnochemiczne. Zostanie może kilka drzewek w jakimś muzeum przyrodniczym, i może nawet jakiś ptak. Reszta to ludzie, samochody i komputery, setki miliardów.

Nie neguję, że Internet jest niewyczerpanym źródłem informacji i ułatwia kontakty między ludźmi. Jeden z naszych znajomych, mieszkający w Kanadzie ożenił się niedawno z pewną Meksykanką, świetnie dobrane małżeństwo. Poznali się przez Internet, potem spotkali się w Meksyku. Jest to miłość nie tyle „od pierwszego wejrzenia”, co raczej od pierwszego kliknięcia. W mojej pracy oczywiście Internet jest nieodzowny, podaję URL mojej strony (trochę reklamy nie zawadzi):

http://www.raczynski.com/rac/rac.htm

Internet pozwala też wypowiedzieć się artystycznie ludziom takim jak ja. Kiedyś znajomy Polak, Leszek, powiedział mi ładny wierszyk:

Arab na wielbłądzie, wielbłąd pod nim hasa,

A Arab spogląda na swego wielbłąda.

Zmobilizowało mnie to do wszczęcia procesu twórczego, który nazwałem Wielbłądologią. Polega on na spontanicznym, kolektywnym tworzeniu następnych zwrotek Wielbłądologii. Pierwsze kontakty w tym zakresie, które uruchomiliśmy z Leszkiem, obejmują Meksyk, Nową Zelandię, Polskę, USA, Kuwejt i kilka innych krajów. Zasady są proste: współtwórcy dostarczają swoje fragmenty Wielbłądologii. Wierszyki muszą być krótkie, nie mogą zawierać ordynarnych słów i muszą być wystarczająco idiotyczne, na przykład:

Na wielbłądach pędzi Beduinów grupa

Jeden strasznie stęka, bo go boli ręka

Teraz (2009) wróciłem do twórczości poetyckiej. To zresztą u nas rodzinne. To tak, jak było z tym facetem, który przyszedł do lekarza i powiada (przepraszam za stare dowcipy, ale ten mi się bardzo podoba, a ktoś może go nie znać):

Pacjent: – Panie doktorze, mam problem: jestem niepłodny. Lekarz: – A skąd pan to wie? Czy pana żona się badała? Pacjent: – Wiem, bo to u nas rodzinne: mój ojciec był niepłodny, mój dziadek i pradziadek też byli niepłodni. Lekarz: – Tak? A pan skąd się wziął? Pacjent: – Ja? Z Radomia, panie doktorze.

Dziedziczymy wiele cech po naszych rodzicach i dziadkach. Jak już pisałem, mój Ojciec był artystą plastykiem. W ciężkich czasach, głównie za okupacji w czasie ostatniej wojny światowej, dorabiał sobie pisząc i ilustrując wierszyki dla dzieci. Za okupacji sowieckiej, po wojnie, miał nawet z tego powodu kłopoty. Otóż napisał książeczkę pod tytułem Łamek Psujek, o strasznym okrutnym olbrzymie z czarnymi wąsami, który niszczył zabawki, aż te ostatnie się zbuntowały i unicestwiły Łamka. Problem wynikł, kiedy któryś z idiotówcenzorów dopatrzył się podobieństwa między Łamkiem Psujkiem i Stalinem. Potem przez długi czas tatuś nie pisywał dla dzieci, miał szczęście zresztą, że na tym się skończyło. A były to przemiłe historyjki. Nigdy nie odżałuję, że nie zachowała się żadna z tych książeczek w naszym domu.

W domu Tatuś wygłaszał czasem dość abstrakcyjne i często absurdalne wierszyki, jak na przykład: „Tygrys psu dupę wygryzł i odtąd pies bez dupy jest”. Tym wszystkim tłumaczę sobie mój pęd do poezji.

Ostatnio pewna znajoma pani z Warszawy pokazała mi bardzo ładną książeczkę o skrzatach[2]. Jest to przemiła rozprawa o wyglądzie, zwyczajach, życiu codziennym i problemach, jakie mają leśne skrzaty. Potem, gdy leciałem z powrotem do Meksyku, nie mogłem zasnąć w samolocie. Po głowie biegały mi skrzaty i nawet liczenie ich nie pomagało. Zacząłem więc tworzyć swój własny poemat o skrzatach (nie dla dzieci zresztą). Nazwałem go Życie leśne.

Zaczyna się tak:

Gdzieś daleko poza miastem rośnie sobie las iglasty.

Bystre oko przyrodnika

w życie leśnych istot wnika.

Obserwując leśne życie,

zapisuje tak w zeszycie:

W lesie gęstym, mchu kosmatym

pie. . .ą się małe skrzaty.

Pozostałych zwrotek nie przytaczam. Jest ich kilkanaście, zawierają jednak pewne wyrazy, których przyzwoity i bogobojny obywatel nie powinien czytać.

Telewizja to obok Internetu podobna groźba dla ludzkości. Filmy telewizyjne, w których ktoś się w coś zamienia, to też plaga. Muszę powiedzieć, że gapię się chętnie na te głupoty, zwłaszcza kiedy jem; pomagają mi w trawieniu. Żona i córka patrzą na mnie jak na przygłupa. One oglądają filmy o miłości albo niby psychologiczne, równie denne. Czasem jest w telewizji trochę science fiction. Wtedy zamieniam się w słuch i wchłaniam fabułę chciwie. Ten rodzaj też niestety jest coraz bardziej kretyński. Niedawno widziałem film, w którym superkomputer zakopulował pewną panią i miał z nią dziecko. Mam też swoje wizje nowych filmów i spektakli. Oświadczyłem kiedyś, że napiszę fabułę do filmu, w którym bohater zamieni się w świnię. Niestety, ubiegli mnie. Zobaczyłem potem film, w którym cała armia oblegająca jakieś miasto średniowieczne zamienia się w świnie. Ostatnio prześladuje mnie idea nowego filmu, którego bohater zamieniałby się w byka. Może byłoby to dobre porno? Jestem pewien, że gdybym był krytykiem filmowym, amerykański przemysł kinematograficzny musiałby upaść. Może jednak nie znam się na sztuce filmowej wystarczająco, aby krytykować. Niektórych rzeczy jednak nigdy nie pojmę. Jak reżyser i producent tak doświadczony i znakomity jak Clint Eastwood i aktor tak dobry jak Morgan Freeman mogli zrobić tak okropny film o Nelsonie Mandeli[3] ? Jedyny wniosek z tego filmu (przynajmniej dla mnie) można by streścić tak: „Jaki to szczęśliwy kraj ta Republika Afryki Południowej, gdzie najważniejszym problemem w życiu narodu jest wygrać mecz w rugby!”. Czy twórcy scenariuszy z Hollywood nie mogliby czasem gdzieś pojechać, coś zobaczyć albo postudiować trochę historii? Gdyby prowadzono na serio klasyfikacje najgorszych filmów, jakie zrobiono w historii kina, ten film umieściłbym na jednym z czołowych miejsc. Nie na pierwszym, gdyż uważam, że najgorszym filmem (nibyhistorycznym) wszech czasów jest nowa wersja Pearl Harbor[4] (nie mylić ze świetnym filmem na ten sam temat Richarda Fleischera Tora! Tora! Tora![5]). Pearl Harbor to słodki melodramat, toczący się na tle jednego z najważniejszych wydarzeń XX wieku. Jego twórcy powinni się wstydzić tego kiczu, za który powinni raczej iść do więzienia niż zbierać pochwały. Te filmy są nawet gorsze od nowych „Jamesów Bondów” z Danielem Craigem w roli Jamesa. Zastanawiam się, czy któryś z tych nowych Bondów nie zasługuje na pierwsze miejsce wśród najgorszych filmów ostatnich lat. To zaprzeczenie „stylu Bonda”: co pozostaje z Bonda, jeżeli pozbawi się go poczucia humoru i elegancji? Pozostaje stereotyp w stylu „pifpaf, zabili go i uciekł”. Zgroza.

Jak to dobrze, że Roman Polański musiał wyjechać z USA. Nie wnikam w ogólnie znane przyczyny jego wyjazdu, uważam jednak, że na dobre mu wyszło. Mieszkając w Europie, mógł lepiej zachować swój styl i talent.

Ale dość rozważań o sztuce.

Patrząc na to, co działo się w ZSRR i PRL i co dzieje się nadal po upadku komuny, nie bardzo rozumiem, jak to jest, że rozrastają się systemy totalitarne, dyktatury, albo mniej bezwzględne, ale też straszne i odrażające systemy władzy, których siłą napędową jest korupcja. Ta ostatnia panoszy się w Ameryce Łacińskiej. Tu jestem cudzoziemcem i nie wolno mi mówić o polityce, gdyż jest to wbrew konstytucji meksykańskiej. Może tylko wspomnę znane powiedzenie, które cytuje się tu często, a po hiszpańsku brzmi tak:

Un politico pobre es un pobre politico. Słowo pobre ma podwójne znaczenie: biedny i kiepski albo zły. Powiedzonko to tłumaczy się więc „Polityk biedny jest kiepskim politykiem”, co sprawdza się nie tylko w Meksyku, ale i na całym świecie. Wiadomo zresztą, że polityka to dobry interes, nie tylko w Meksyku.

Jeżeli mowa o najbardziej intratnych interesach i działalności legalnej, która przynosi najlepsze dochody, na pierwszym miejscu jest polityka, na drugim – religia (jakakolwiek), na trzecim – związki zawodowe, a na czwartym – akcje i organizacje pomocy dla biednych (tam najwięcej można ukraść). Może moje poglądy polityczne są naiwne i może się mylę, obserwując jednak system rządzenia w wielu bardzo różnych krajach, zdefiniowałem serię reguł, które można by wyrazić tak:

Żadna partia polityczna i żaden polityk na świecie nie ma innych celów, jak tylko zdobyć władzę i utrzymać się przy niej. Patriotyzm, walka o lepsze jutro dla ojczyzny etc., o których mówi, to tylko kłamstwa, które wypełniają godziny wystąpień publicznych. Chęć wzbogacenia się nie zawsze jest motywem naczelnym poczynań polityka. Bogactwo przychodzi potem, automatycznie. Są oczywiście wyjątki. Jeśli ktoś uczciwy znajdzie się przypadkiem na szczycie, jest wykorzystywany przez łajdaków, którzy go otaczają.

Rządzi ten, kto chce. Wygrywa oczywiście ten, kto bardziej chce. Nie istnieje żaden inny czynnik pomagający w zdobyciu władzy. Nie jest nim na pewno wiedza ani przygotowanie zawodowe, ponieważ aby rządzić, nie trzeba nic umieć. Tu mały komentarz: może Meksyk to wyjątek? W ostatnich latach prezydenci Meksyku to ludzie z wyższym wykształceniem, ze stopniem magistra lub doktora. Byłem zaskoczony, kiedy odwiedziłem kogoś w Ministerstwie Energetyki. Tam ludzie na odpowiedzialnych stanowiskach na ogół mieli doktoraty, otrzymane zwykle w dobrych uczelniach amerykańskich i europejskich.

System, który nie akceptuje otwarcie reguł 1 i 2, albo upada, albo staje się narzędziem zbrodni, poniżenia i destrukcji. Dlatego upadł narodowy socjalizm i komunizm (systemy, które zresztą nie różnią się między sobą) i dlatego utrzymuje się system władzy w USA. Tam nikt nie twierdzi, że ci, którzy rządzą, to zbawcy narodu. W systemie amerykańskim być milionerem to nie jest wstydliwa sprawa, która przeszkadza politykowi w awansie, a wręcz przeciwnie – pomaga mu w zdobyciu popularności. Muszę dodać, że nie jestem entuzjastą systemu amerykańskiego, którego główną siłą napędową jest wyzysk i chęć wzbogacenia się. Jedno jest pewne: jak dotąd, nie wymyślono nic lepszego. Rzecz w tym, aby system władzy akceptował i wykorzystywał we właściwy sposób naturę ludzką, włączając wszystkie jej aspekty, jak solidarność, zapał twórczy, patriotyzm, na równi z podłością, lenistwem, gadulstwem i innymi niskimi instynktami.

Elita rządząca zawsze skłania się ku socjalizmowi, gdyż ten system stwarza nieograniczone możliwości korupcji i nadużycia władzy.

Jest oczywiste, że żaden system polityczny, żadna idea i żadna struktura administracyjna ani państwowa nie są warte tego, aby o nie walczyć z narażeniem życia. Co więcej, nie są warte najmniejszego uszczerbku na zdrowiu kogokolwiek. Mamy tu dylemat: my o tym wiemy, ale ONI nie. Co w takim razie robić, gdy napada nas banda kretynów i morderców, którzy chcą nam narzucić swoje idee lub po prostu nas zlikwidować?

A tak w ogóle, to dużo się mówi o zachowaniu pokoju i unikaniu wojen. Czy jednak zabijanie przeciwników i ludzi odmiennej rasy i przekonań nie leży w naszej naturze? Proponuję sprawdzić treść hymnów narodowych różnych krajów. Te teksty to uświęcone strofy, które pobudzają w śpiewających uczucia patriotyczne. Zauważcie Państwo jednak, że większość z nich traktuje o wojnie, śmierci i zabijaniu wrogów.

Nie znam się na polityce, ale to, co dzieje się w Polsce (1996), wprawia mnie w zdumienie. Meksykanie pytają, co się dzieje, dlaczego wybraliśmy jakiegoś byłego aparatczyka na prezydenta. Daję odpowiedź wymijającą albo tłumaczę, że ludzie tam cenią wykształcenie i dlatego wybrali prezydenta, który ma o trzy klasy szkoły podstawowej więcej niż poprzedni. Na pytanie, czy też otrzymał nagrodę Nobla i czy siedział w więzieniu za przekonania w epoce komuny, odpowiadam:

– Jaka dziś ładna pogoda. A zdawało się, że będzie lało. Wiesz, nasz nowy kot jest rudy i ma piękny puszysty ogon.

Ogólnie biorąc, Meksyk jako kraj funkcjonuje względnie dobrze. Przemysł meksykański jest duży i silny. Nie mówiąc o ropie naftowej, której wydobycie i eksport są upaństwowione. Prawie wszystkie większe przedsiębiorstwa amerykańskie i międzynarodowe mają tu swoje fabryki: Chrysler (jedna z najnowocześniejszych i najlepiej wyposażonych fabryk), Ford, General Motors, IBM, Gillette, Spicer, Nissan, Volkswagen, BMW, Mercedes etc. Wprawdzie tylko część tego przemysłu należy do Meksykanów, ale koniec końcem, cały ten przemysł jest TU. To jest wielki przemysł. Poza tym jest tu przemysł „średni” i „mikro”. Przemysł „średni” należy na ogół do Meksykanów, przemysł „mikro” to zwykle przedsiębiorstwa rodzinne.

Niedawno oglądałem taką fabryczkę. Jeden z naszych byłych studentów prosił nas kiedyś (mnie i Piotra, z którym pracuję na Universidad Panamericana), abyśmy przyszli i zobaczyli, czy można by coś ulepszyć w fabryczce jego ojca. Fabryczka produkuje rury i inne wyroby z ołowiu i mosiądzu. Wchodzi się przez małe podwórko, na którym śpią cztery psy. Właściciel urzęduje w małym kantorku. Oglądamy maszyny i stanowiska pracy w kilku niewielkich salach produkcyjnych. Syn szefa objaśnia problem, który chcą rozwiązać:

– Mamy tu taką maszynę sprowadzoną z Anglii, która wytłacza rury. Maszyna jest stara i zużyta, wymaga remontu i jej system sterowania działa źle.

Ołów przetapia się w piecach umieszczonych w piwnicach. W kilku miejscach z otworów w podłodze zieje ogniem i bucha parami ołowiu. Wlewa się go do pojemnika w tej maszynie, gdy temperatura jest na granicy temperatury krzepnięcia. Potem wszyscy uciekają albo kryją się, gdzie mogą. Maszynę przykrywają kawałkami blachy i czym popadnie. Jest tak nieszczelna, że w momencie wtrysku ołów wylatuje ze wszystkich stron i rozpryskuje się po hali. Operator tej maszyny to odważny, ogromny, półnagi grubas, który bohatersko zasiada na swoim stanowisku i przesuwa odpowiednie dźwignie. Maszyna podskakuje, ogromne tłoki uderzają w półpłynny ołów i zaczynają wyciskać rurę. Podbiegają wtedy robotnicy z piłami ręcznymi i, gdy długość rury jest właściwa i kolanko dobrze uformowane, ucinają ją i rzucają na stos dymiących półproduktów. Wychodzę zza filara, gdzie się schroniłem, i wyciągam odpryski ołowiu z włosów. Chłopcy, którzy tną rury, nie używają rękawiczek i są cali czarni od ołowiu.

Pytamy właściciela, jak to jest możliwe, że produkują i sprzedają rury ołowiane, dawno już wycofane z użycia na całym świecie?

Okazuje się, że sprzedają. Nie mają w Meksyku konkurencji. Nikt tego już nie robi. Inna produkcja to ciężkie koszmarki z mosiądzu w rodzaju popielniczek, polewaczek do trawki w ogrodzie itp. Szef mówi, że mógłby eksportować każdą ilość tych wyrobów do USA, gdyby tylko miał odpowiednią siłę przerobową.

Pytamy:

– Czy nie macie tu problemów ze stanem zdrowotnym załogi? Jak oni mogą tak pracować, oddychając oparami ołowiu i będąc w stałym kontakcie z tą trucizną?

Odpowiedź jest prosta:

– Widzicie, panowie, ta maszyna często się psuje i wtedy załoga wychodzi na podwórko, odpoczywa, je śniadanie i oddycha świeżym powietrzem. Nikt nie skarży się na dolegliwości.

Ale dość o Polsce i o Meksyku. To, co piszę, odnosi się do pewnego abstrakcyjnego kraju, który nazwałem Dakral (Daleki Kraj Ameryki Łacińskiej). Piszę „Dakral”, a nie „Dakrał”, bo brzmi przyjemniej. Wszelkie podobieństwo do Meksyku, jeśli w ogóle występuje, to czysty zbieg okoliczności.

W Dakralu jest teraz kolejny kryzys. Dewaluacja miejscowej waluty, inflacja, nowy prezydent, zmiana ekipy. Zrobiło się trochę gorąco, pod każdym względem. Tej wiosny (1995) było rzeczywiście gorąco, w stolicy trzydzieści, trzydzieści pięć stopni, w innych miastach do czterdziestu. W zeszłym roku zamordowano Ronaldo, kandydata na prezydenta (pewniak). Potem posypały się morderstwa i zamachy. Zabójcę aresztowano na miejscu zbrodni i skazano na pięćdziesiąt lat więzienia. Pewien miejscowy detektyw ogłosił potem w prasie zagranicznej swoje wątpliwości w tej sprawie. Obserwując zdjęcia archiwalne z miejsca zbrodni, z archiwów policyjnych i z akt więziennych zaobserwował, że skazany urósł dziesięć centymetrów, będąc w więzieniu i że kształt jego ucha zmienił się w tajemniczy sposób. Może to wyżywienie więzienne tak mu posłużyło. Śledztwa w sprawie innych zbrodni są w trakcie dochodzenia, które jest powolne. Podano do wiadomości, że pewien pan (minister komunikacji) zastrzelił się dwukrotnie. Znaleziono go z jedną kulą w sercu, a drugą w głowie. Poinformowano, że popełnił samobójstwo. Zabójstwo pewnego ważnego arcybiskupa też nie zostało do końca wyjaśnione. Zgodnie z pierwszą wersją, obwieszczoną przez władze, jego samochód znalazł się w ogniu krzyżowym strzelaniny, która wywiązała się przed miejscowym lotniskiem pomiędzy rywalizującymi bandami handlarzy narkotyków. Nie wyjaśniono tylko, dlaczego arcybiskup miał siedemnaście kul dobrze ulokowanych w klatce piersiowej. Podróżował w sutannie i był znacznej tuszy, nie może więc być mowy o pomyłce zabójcy, który strzelał z odległości jednego metra. Dochodzenie trwa.

Potem (1996) okazało się, że to nie takie proste dowieść komuś cokolwiek, zwłaszcza bratu byłego prezydenta. Ten pan (Leonardo) przebywa wprawdzie w więzieniu podejrzany o autorstwo intelektualne zabójstwa byłego lidera partii rządzącej. Sprawa się wałkuje, a wiadomości, które docierają do szerokiej publiki, są czasem mrożące krew w żyłach, czasem pasjonujące lub surrealistyczne. Pewna „ jasnowidząca”, którą nazywają La Paca, zobaczyła któregoś dnia oczyma duszy trupa zakopanego w ogrodzie jednej z posiadłości Leonarda w stolicy Dakralu. Ponieważ były też inne sygnały i przecieki o podobnej treści, prokurator nakazał zbadanie terenu. Istotnie, znaleziono i ekshumowano zwłoki mężczyzny. Krewny Paki, który pracował przedtem u Leonarda, zeznał, że widział na własne oczy, jak ten zabił przy pomocy pały do baseballu pewnego senatora, kluczowego świadka w procesie Leonarda, poszukiwanego od roku przez policję. Dziennikarze skwapliwie podjęli temat, niektórzy na pierwszy rzut oka rozpoznali senatora.

Potem sprawa zaczęła się komplikować. Zwłoki były pozbawione zębów i nie było ludzkiej siły, żeby je zidentyfikować. La Paca była przesłuchiwana i pod obserwacją, zwłoki badali specjaliści z USA. Po długim czasie podano do wiadomości, że to nie senator spoczywał w ogródku Leonarda. Padło więc pytanie „kto?”.

Później sprawa przybrała nieoczekiwany obrót. Badania przy użyciu DNA i innych wyrafinowanych metod wskazały niezbicie, że zwłoki w ogródku należą do krewnego Paki, zostały ekshumowane z rodzinnego cmentarza wróżki i zakopane w ogródku Leonarda, aby mu podłożyć świnię. Nie dość tego: okazało się, że za całą operację La Paca zainkasowała około pół miliona dolarów. To też byłoby zupełnie normalne i zrozumiałe (trup też kosztuje!), gdyby nie to, że dochodzenia w banku, gdzie La Paca miała konto, wykazały, że ta drobna kwota została wypłacona przez prokuraturę generalną czekiem, który podpisał prokurator specjalny do sprawy zabójstwa. Prokurator oczywiście nie czekał i zniknął. Zdjęto też prokuratora generalnego republiki.

Cała sprawa jest coraz bardziej zawiła. Prokurator generalny był członkiem partii opozycyjnej, co posłużyło partii rządzącej zgnoić trochę opozycję przed nadchodzącymi wyborami, w których (pierwszy raz od osiemdziesięciu lat) siły są dość wyrównane.

Teraz La Paca i jej kuzyn siedzą, Leonardo się cieszy, bo może powiedzieć:

– Widzicie, podstawili mi trupa, żeby mnie pogrążyć, ale nic z tego nie wyszło!

Trup posłużył też w kampanii wyborczej, choć już i tak nie będzie głosować. I mówią, że aktywność pozagrobowa to mit – może trochę tak, ale nie w polityce.

Do kryzysów przyzwyczailiśmy się. Tu, w Ameryce Łacińskiej (1995), powtarza się mniej więcej to, co działo się w 1983. Bezrobocie wzrosło, robi się trochę nieprzyjemnie, nie mówiąc o inflacji. Stale gdzieś ktoś maszeruje i protestuje. Władze robią, co mogą, a nie mogą (nie chcą?) wiele. Na kilku skrzyżowaniach w stolicy Dakralu zainstalowano gigantyczne ekrany dla ogłoszeń reklamowych. Władze wykupiły widocznie kilka minut czasu reklamowego, aby wsadzić swoje. Na ekranie pokazują się błyskawice i czarne chmury, a potem napis „Po burzy zawsze następuje spokój i pogoda”. Niebo na ekranie robi się niebieskie, zakwitają kwiatki, nad którymi unoszą się kolorowe motylki. Jestem przekonany, że każdy, kto to zobaczy, uwierzy w pomyślną przyszłość.

Ja zawsze byłem i jestem optymistą. Żyjemy tu jak normalni ludzie. Zarobki w Meksyku nie są zbyt atrakcyjne, utrzymanie rodziny nie jest łatwe. Można się tu powoli ustabilizować, ale nie „dorobić” jak mówią rodacy. Dzieci rosną, mamy już wnuki (2005, 2008). Kupiliśmy sobie kryptę w pobliskim kościele…

[1]Vivo por Elena – 115-odcinkowa telenowela wyświetlana w Meksyku Reż. Sergio Jim´enez i Manolo García.

[2] Huygen, Wil. Skrzaty. Warszawa : Pax, 1990, 1991; Kraków : Wydawnic-two Bona

[3]Invictus, rez. Clint Eastwood, 2009

[4] Pearl Harbor, rez. Michael Bay, 2001; w rolach glównych: BenAeck i Josh Hartnett.

[5] Tora! Tora! Tora! , rez. Richard Fleischer, Kinji Fukasaku i Toshio Masu-da, 1970; w rolach glównych: Martin Balsam, Jason Robards i Sˆo Yamamura.

Poprzedni artykułKampania parlamentarna, Łódź 10.2015
Następny artykułKampania parlamentarna, Łódź 10.2015
Stanisław Raczyński
Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here