Rozmowa z Szymonem – synem Jana Koprowskiego. „Nie wszystek człowiek umiera!”

3

Niespodziewanie zadzwonił do mnie syn Jana Koprowskiego – Szymon, po ukazaniu się w Przeglądzie Dziennikarskim mojego tekstu o jego śp. Ojcu. Sam jest autorem dwóch bardzo dobrych książek: „Uszy van Gogha” i „Dybuk z ulicy Piotrkowskiej”. Mieszka z rodziną we Wrocławiu, gdzie jest znanym artystą plastykiem. Szczerze ucieszyłem się z telefonu i przekazanych mi gratulacji. A korzystając z okazji – zapytałem:

– Panie Szymonie, czy jest w moim tekście o Ojcu coś, z czym się Pan nie zgadza? Albo czy jest coś, co wg Pana pominąłem, a powinno być jeszcze przypomniane?

Szymon Koprowski: – Panie Karolu, znalazłem w Internecie na stronie „Przeglądu Dziennikarskiego” Pański tekst o moim Ojcu. To była bardzo sympatyczna niespodzianka. Ponury, wietrzny dzień, a tu znienacka zastępuje mi drogę roześmiany Ojciec! To zasługa Pańskiego warsztatu literackiego, erudycji i wielkiej wrażliwości. Przeczytałem tekst uważnie dwa razy i przeczytała go moja żona Wiesława. Mamy podobne zdanie, że tekst jest rzeczowy, a jednocześnie ocieplony nieprzesadzonym sentymentem. W tym wypadku to absolutnie zrozumiałe. W końcu Pan i mój Ojciec znali się i współpracowali długie lata. Moim zdaniem emocjonalna kanwa dzieła jest tak ważna dla końcowego efektu, jak przyprawy dla każdej szanującej się kuchni. Jednym słowem – brawo!

– Dziękuję Panie Szymonie za tę ocenę! I przy okazji pozdrawiam też Pańską żonę! A jeśli chodzi o Pańską aktualną twórczą działalność, to co Pan na to pytanie naszym P.T. Czytelnikom odpowie?

– Mam nadzieję że z czasem zasłuży ona na miano: twórczość?!

– Proszę bez takiej nieuzasadnionej skromności! Gdyby było inaczej, nie podjąłbym tej rozmowy.

– No to jestem przede wszystkim rysownikiem, ale ostatnio coraz więcej czasu poświęcam pisarstwu. Rysuję od lat kilkudziesięciu, piszę od dziesięciu. Debiutowałem powieścią „Balkon na krańcu świata”, czyli mam na koncie trzy (a nie dwie, jak Pan napisał) powieści…

– Wobec tego przepraszam Pana za tę niewiedzę!

– …a czwarta jest już na warsztacie… Rzeczywiście, nie jestem we Wrocławiu postacią bezimienną, ale tak naprawdę dopiero czas określi moje prawdziwe miejsce na kulturalnej mapie miasta i kraju.

– Zatem życzę Panu z całego serca wszelkiej pomyślności w tym działaniu. Po tym, co o Panu przeczytałem w Internecie i obejrzałem (a zwłaszcza po przeczytaniu „Dybuka z ulicy Piotrkowskiej”) mogę stwierdzić, iż ma Pan niebywały talent twórczy (i także pokaźny dorobek plastyczny). Zatem naprawdę nie musi Pan udawać „skromnisia”, ale może lepiej być takim, niż samemu chwalić się tym, „co w tzw. sztuce robię”. I jeszcze raz bardzo dziękuję za ocenę tekstu o Pańskim Ojcu. Rzeczywiście długo współpracowaliśmy ze sobą, a jeszcze przed nami współpracował z nim mój śp. Ojciec. Powiem więcej: to Pański Ojciec wprowadzał mnie „w pisarstwo”, wzorowałem się w wielu wypadkach na Jego tekstach, nauczył mnie też współpracy z Niemcami z perspektywy interesów naszego kraju oraz dostrzegać polski wkład w kulturę Europy i świata. Nade wszystko jednak uwrażliwił na problemy życiowe twórców (nie tylko pisarzy). Był po prostu dla mnie Kimś, kogo zaraz po moim Ojcu noszę nadal głęboko w swoim sercu! I dlatego powstał ten tekst, by mu za naszą współpracę podziękować.

I dodam, że ogromnie cieszę się, że odziedziczył Pan talent pisarski po Ojcu, a do tego jeszcze rysuje bardzo ciekawe i piękne rzeczy. I podobnie, jak Tata – myśli i pisze Pan o życiu, o potrzebie szacunku dla zwykłych ludzi, o roli miłości w życiu człowieka i potrzebie pokojowej współpracy Polski z innymi państwami i narodami.

Wszystkich PT Czytelników PD zachęcam do zapoznania się także z Pańską twórczością, a wcześniej – do przeczytania tego, co jest o Panu w Internecie. Jednak teraz proszę powiedzieć, nad czym Pan teraz pracuje jako pisarz, a potem przejdziemy do Pańskiej twórczości plastycznej!

– Doświadczenie życiowe ma to do siebie, że owocuje niekoniecznie w porę. Mówię o tym, bo wspominając ojca (nie ma w tym nic odkrywczego), dopiero teraz dostrzegam, jak wiele zawdzięczam jego nienachalnej obecności. Doceniam też rolę matki w kształtowaniu mojej osobowości. Ale mama, była dla mnie i dla braci opiekuńczym aniołem, osobą nieustannie kontrolującą, upominającą nas, karmiącą i strofującą, natomiast ojciec – w przeciwieństwie do Niej – był „niedzielą” i „świętem”. Zazwyczaj zamknięty za drzwiami gabinetu informował nas o swojej obecności klekotem klawiszów starej maszyny do pisania. Ale w nielicznych, wolnych chwilach zabierał nas do kina, na lody, albo do ZOO. Mnie zabierał czasem na spotkania autorskie. Tak poznałem wiele wybitnych postaci literatury. Dzięki niemu dostałem np. od Jana Izydora Sztaudyngera fraszkę:

„Gdy zawodzi ojca rymek, Ojciec patrzy i jest: Szymek!”

Byłem też z Ojcem u państwa Iwaszkiewiczów, Kuncewiczów, poznałem wielu innych wielkich. Wspomnę jeszcze choćby Józefa Hena. Miałem wtedy może dziesięć lat. Nie pamiętam okazji, ale ojciec wita się z Henem i przedstawia mnie:

„To mój syn Szymek, też chce być pisarzem”. Na co Hen:

„No to pamiętaj, Szymonie, jak napiszesz książkę, to chciałbym ją od ciebie otrzymać”.

Dwa miesiące temu byłem na spotkaniu z mistrzem we wrocławskim Domu Literatury. Józef Hen kończył tego dnia dziewięćdziesiąt pięć lat! Po spotkaniu ustawiła się kolejka czytelników po dedykacje. Na końcu podszedłem i ja ze swoją książką i dedykacją dla Jubilata. Przedstawiłem się, oczywiście pamiętał dobrze kim jestem, i powiedział:

„No i spełniły się marzenia Ojca”.

Więc dodam: Gdyby nie ojciec i ludzie, pośród których dorastałem, być może nigdy nie napisałbym nic poza jakimś podaniem w sprawie takiej czy owakiej. Byłbym nieuczciwy, gdybym w tym miejscu nie wspomniał, że mama także robiła, co mogła, abym wyszedł „na swoje”. Wtedy jednak nie doceniałem tego. Męczyły mnie liczne wizyty w operze i filharmonii, nauka esperanto i lekcje francuskiego. To, co w tamtym czasie było torturą, eliminowało mnie z podwórkowej wspólnoty na wiele godzin, za to dzisiaj jest częścią mojej wrażliwości. Czas pokaże, co z tego wyniknie. A wracając do Pańskiego pytania…

W tej chwili pracuję nad czwartą powieścią. Rzecz dzieje się w maleńkim miasteczku na Podlasiu, zagubionym pośród lasów i bagien. W takiej scenerii, bez zbędnego tłumu, widać jak pod mikroskopem, skąd się biorą zachowania i postawy, które świetnie się mają nie tylko tam, ale i …na Marszałkowskiej i Wiejskiej, w Krakowie, Wrocławiu i wszędzie, gdzie jesteśmy.

– Panie Szymonie, wspaniała jest ta Pańska „rozszerzona” o rodzicach odpowiedź na moje pytanie. Jak na dłoni maluje się teraz Pańskie życie! Dziękuję za to uzupełnienie wiedzy o sobie. Będziemy z żoną niecierpliwie czekać na Pana kolejną książkę.

Po przeczytaniu „Dybuka z ulicy Piotrkowskiej”, rozbudził Pan w nas nadzieje na ciąg dalszy wielkiego pisarstwa! Ale mam pytanie: W powieści „Dybuk z ulicy Piotrkowskiej” pierwszoplanową rolę odgrywają Żydzi. Nie wspomniał Pan też dotąd nic o swoich braciach, tylko opisuje rodziców. Dzięki temu poznałem jednak Pana Ojca z jeszcze innej strony – wychowawcy i opiekuna rodziny. Powiedział Pan też wiele istotnych rzeczy o Matce. Proszę jednak powiedzieć też coś o swoich śp. braciach i o… Żydach (Pana rówieśnikach z czasów, gdy bawiliście się razem w piaskownicy). Tym bardziej, iż w swojej książce poświęcił im Pan wiele serdecznych wspomnień i ciepła… Ale zacznijmy od braci.

– Zatem opowiem Panu o swoich starszych braciach, Jacku i Marku. Jako najmłodszy z trójki – nie miałem łatwego życia. Smarkacz zawsze przeszkadzał, a ja chciałem im towarzyszyć w ich spotkaniach koleżeńskich, być „kumplem”, jednak różnica wieku nie dawała mi większych szans. Dopiero w czasach wspólnej dorosłości zbliżyliśmy się i byliśmy sobie bardzo bliscy. Zaryzykuję, że była to braterska miłość, niestety mocno toksyczna.

Uwielbialiśmy… wspólne pijaństwa, rozróby i mieliśmy podobne grzechy obywatelskie.

Muszę jednak walnąć się w piersi – przez to przyspieszyliśmy pojawienie się siwizny w rodzicielskich włosach. Ale cóż, mądrość i empatia nie spieszą się, przychodzą zazwyczaj mocno spóźnione, a rachunki wyrównują dopiero nasze dzieci.

Jacek zmarł bardzo wcześnie, w wieku chrystusowym. Marek cieszył się życiem dłużej. Zmarł mając 62 lata. Do śmierci pracował w Angorze. Zmógł go alkohol, z którym próbował walczyć w najgorszy z możliwych sposobów, mianowicie sam próbował uwolnić świat od jego zapasów.

– Nie on jeden…

– Miałem jeszcze jednego brata, przyrodniego, Bohdana Drozdowskiego, znanego poetę, dramaturga, dziennikarza i redaktora Poezji. Różnica wieku między nami wynosiła dwadzieścia lat. Różniły nas także charaktery. On wybuchowy, bezkompromisowy, skłócony z połową świata, ja bardziej otwarty i na świat, i na ludzi. Byliśmy na pewno dobrymi znajomymi, chwilami przyjaciółmi, ale nie braćmi, oczywiście w sensie emocjonalnych więzi.

– Dzięki panie Szymonie za te szczere wspomnienia o braciach! Wszyscy odziedziczyliście talent po Ojcu, a to się niezmiernie rzadko zdarza w rodzinach artystycznych. Odnotowuję to jednak z przyjemnością, gdyż dzięki temu duch Jana Koprowskiego, krąży dalej nad nami, jest nadal obecny w kulturze, choć teraz już tylko poprzez Pana (i Pańska żonę, która też jest artystką).

Ale wróćmy do Żydów, o których Pan w swojej książce „Dybuk z ulicy Piotrkowskiej” bardzo dużo pisze, choć utarło się, że mimo iż to także Polacy, to jednak są to Żydzi, co Pan na to?!

– Ma Pan rację, że to oczywiście są Polacy, ale Żydzi. Otóż w mojej kochanej Łodzi – takich Polaków było bardzo dużo, tylko że dla mnie, młodego chłopaka nie było sprawą najważniejszą, czy mój przyjaciel, koleżanka, albo sąsiad to jakiś tajemniczy Żyd. Jedyny znany mi, który notabene sam tak o sobie mówił „Jestem Żydem”, to był Horacy Safrin. Mieszkał na parterze z żoną i psem Pikusiem. Często spotykaliśmy go z ojcem na podwórku. Był człowiekiem pełnym ciepła, z dystansem do siebie i świata. Raz usłyszałem, jak żartobliwie mówi do mojego Ojca:

„Wiesz Janek, obawiam się, czy w Pikusiu nie drzemie Żyd! Ale ani ja, ani Pikuś nigdzie się nie wybieramy”.

To było w początkach antyżydowskiej histerii w 1968 roku. Horacy Safrin, znany głównie z zawartego w książce „Przy szabasowych świecach” humoru żydowskiego, był także znakomitym tłumaczem (znał pięć języków). Pochodził z rodziny o tradycji rabinackiej, osiadłej w Polsce za panowania króla Władysława IV!

Gdyby nawet Horacy Safrin był jedynym Żydem w historii Łodzi i całego kraju, należy mu się taki sam szacunek, jak każdemu innemu obywatelowi Polski. Znałem oczywiście więcej znakomitych postaci w tamtym czasie i zasłużonych dla kultury, ale moim ówczesnym żywiołem byli rówieśnicy, wśród nich także Żydzi.

Dziewczyna, w której kochałem się na zabój i kolega z podwórka, przyjaciel ze szkolnej ławy – przepadli z dnia na dzień. A ja nagle dowiedziałem się, że zadawałem się z Żydami. Komuś zależało żebyśmy traktowali ich jak przestępców, wrogów ukochanej ojczyzny! Doroślałem przez to w przyspieszonym tempie, z lufą pistoletu propagandy przystawionym do skroni.

Do dziś nie rozumiem tego, skąd się w naszym kraju wziął ten gówniany antysemityzm. Więc do matury, którą zdałem w 1969 roku, przystępowałem z zadrą w sercu, osłabiony odkryciem, do jakich bandyckich łajdactw zdolni byli ówcześni włodarze kraju! Nigdy się z tym nie pogodziłem i nie pogodzę! A jak dzisiaj słyszę głosy okaleczonych umysłowo patriotów namawiających do rugowania z naszej rzeczywistości Żydów i wszystkiego, co nienarodowe, to ciśnie się na usta jedno: Prostaczkowie! Ten wasz wymarzony, krystalicznie czysty narodowo kraj, będzie trącił jedynie krowim gównem i zapachem kadzidła! Słychać będzie fanfary, werble i „Boże coś Polskę”! Z tym, że nie mam nic przeciw bogoojczyźnianym strofom, ale pod warunkiem, że bez konspiracji będę mógł czytać wnukom Tuwima, Singera, Brzechwę, posłuchać Rubinsteina, obejrzeć w muzeum malarstwo Trębacza i Maurycego Gottlieba i korzystać ze schedy wielu podobnych, budujących moje dumne zaplecze; zaplecze zwykłego Polaka. A jeśli to się komuś nie podoba, to niech mnie całuje w … albo niech pisze donos, ale to nie zmieni ani moich przekonań, ani prawdy zawartej w naszej wspólnej historii.

– Mam Panie Szymonie podobne zdanie o Żydach jak Pan, należy im się w naszym kraju taki sam szacunek, jak każdemu innemu obywatelowi! I podkreślajmy to na każdym kroku, a przede wszystkim dawajmy innym przykład własnymi pozytywnymi działaniami w tej kwestii. Chciałem w związku z tym, wracając tym razem do lat 1945-1990, dzisiaj totalnie wykreślanych z naszej powojennej historii, zadać Panu pytanie: Czy uważa Pan, że „tamte” czasy – to czasy li tylko „czerwonych bandziorów”, że trzeba wszystko, co było w tamtym czasie dzisiaj wyłącznie potępiać? Brakuje powieści podejmującej te złożone zagadnienia…

– No cóż, zawsze żyje się w jakichś czasach i nigdy nie są one dla nas zbyt łaskawe. Ale my także nie jesteśmy dla siebie łaskawi. Potrafimy zaprzedać się dla świętego spokoju, dla kariery, albo ze zwykłego strachu tym nieludzkim, irracjonalnym ideom, których nie da się pogodzić z codzienną, ludzką uczciwością. Nie pamiętam początków ludowej ojczyzny, bo urodziłem się w 1950 roku, a świadomość obywatelska i polityczna zaczęła się rodzić we mnie w latach sześćdziesiątych. Nie mogę mówić za całe moje pokolenie, tym bardziej że trafiłem nie do zwykłego liceum, tylko do liceum sztuk plastycznych. Mieliśmy tam sporo wolności obyczajowej i artystycznej. Koledzy z innych szkół zazdrościli nam. Pamiętam różne formy zachowań i postaw rówieśników, ale jedno jest pewne: tak zwane zaprzedanie, sprzeniewierzenie się czemuś, wynika przede wszystkim z braku ideałów. Ale byli też rodzice, dziadkowie, rodzinne tradycje przepojone patriotyzmem. Nawet kościół katolicki lepiej się miał wtedy niż dzisiaj! Mój ojciec był członkiem partii, a mimo to obaj moi bracia byli u komunii i nikomu włos z głowy nie spadł z tego powodu. A ja miałem religię w szkole, za towarzysza Gomułki! Pomimo zawirowań „tamta” szkoła dała mi wiedzę, która stała się zaczynem „mnie dzisiejszego”, a mam się za człowieka, który nigdy nie sprzeniewierzył się samemu sobie. Młodość i jej nieprawdopodobny potencjał powinny gwarantować znośne życie po okresie nieokiełznanej euforii, także hormonalnej. Szkoła zawsze daje możliwości brania z niej co najlepsze, w każdych czasach, więc żeby stać się czerwonym, czy jakiejkolwiek innej barwy „bandziorem”, trzeba srogo się napracować i wygumkować z siebie to, co każdy człowiek dostaje od losu na początek drogi – wrażliwość i naturalną uczciwość.

– Panie Szymonie, ależ zrobił mi Pan wykład! Dziękuję jednak za niego; zatem w Panu – jako twórcy – cała nadzieja ( w ludziach Pana pokolenia i młodszych), że „Polska nie zginie”, będzie dalej się rozwijać a jej Obywatele wyjdą z tego zakrętu, w którym teraz m.in. jesteśmy. Jestem za zmianami, ale w granicach rozsądku, demokracji, praworządności, to znaczy karania za zło, ale nie kwestionowania i potępiania wszystkiego, co było. A jaka Polska Panu się marzy? Co po Ojcu – Pana zdaniem – powinno być kontynuowane? A może będzie to treścią Pańskiej kolejnej książki?

– Najgorszym, co mogło nas, Polaków spotkać – to głęboki podział. Trzeba przyznać, że tym którzy marzą o rechrystianizacji Europy i jej odnowie moralnej, bardzo sprawnie idzie wprowadzanie nowego „ładu” na zasadzie: My (lepsi i dużo lepsi, albo wręcz jedyni) i oni, czyli my (bezideowcy niewarci zachodu). Ten dramatyczny podział dotyczy także twórców! Nie bardzo wiem, jak w takiej sytuacji działać (tworzyć) dla dobra Ojczyzny? Nawet w czasach „Komuny”, tak tępieni przez dzisiejszą „Władzę” artyści tworzyli w miarę zwartą grupę. Oczywiście nie generalizuję, ale to co dzisiaj dzieje się z twórcami przynosi nam wstyd! Nie jesteśmy żadnym punktem odniesienia dla społeczeństwa, szczególnie pisarze i plastycy. Dzisiaj kastę boskich celebrytów stanowią piłkarze i śpiewająca lepiej lub gorzej młodzież płci obojga, z kilkoma mumiami jeszcze z czasów słusznie minionych. Największym grzechem obecnie rządzących jest zastępowanie kultury zacisza domowego i rodzinnego masowym spektaklem. Chałą w najgorszym guście! Koncertami noworocznymi, tańcami bez gwiazd, szemranej jakości serialami i najgorszym knotem, czyli spędem panienek i „napakowanych” chłopców (mięśniaków) w Domu Wielkiego Brata! Brawo! Pół Polski obserwuje ich poczynania, przeżywa z nimi nocne igraszki, utożsamia się i na koniec dzieli mieszkańców telewizyjnego getta na lepszych i gorszych. Jak w realu! Państwo (władza) ma w nosie kulturę, która odważa się być wobec niej krytyczna. Właściwie powinienem powiedzieć dosadniej: ma w dupie wszystko, co nie przysparza jej punktów procentowych poparcia. Ale właśnie dlatego piszę z uporem maniaka, bo wiem że moje książki bardzo często i coraz częściej zyskują nowych czytelników. Właściwie to mamy szczęście, że nasze dzieci i wnuki nie są jeszcze zmuszone kształcić się na tajnych kompletach. Czasami marzy mi się dom mojego Ojca, pełen ludzi kultury różnych opcji politycznych (otóż nie było wtedy pośród nich jednomyślności), dyskutujących do białego rana przy kiepskich alkoholach, ale o fundamentalnych dla kraju problemach. I nikt nigdy nie zapukał o szóstej rano do naszych drzwi. Mimo, że Ojciec, członek Partii, gościł nieprzychylnych ówczesnej władzy pisarzy takich chociażby, jak Jerzy Zawieyski czy Stefan Kisielewski. A dzisiaj gówniarzeria polityczna nosząca z dumą na sztandarach faszystowskie emblematy, bez mrugnięcia okiem mówi o takich, jak mój Ojciec – komuch! A pies wam mordy lizał! Wolę stokroć takich komuchów od narodowych zbawicieli, próbujących wpajać innym swoje idee bejsbolami i kastetami. Marzę o Polsce jedynej do zaakceptowania – o Polsce będącej spokojnym domem szczęśliwych obywateli. Wszystkich bez wyjątku.

– Szymonie szanowny, proponuję „Bruderschaft” na zakończenie naszej rozmowy; nie dzieli nas zbytnia różnica wieku. Ja dobijam do 80-tki, a Ty masz 70! Ale wracam do Twojej odpowiedzi. Znów dałeś mi wykład, jak jest, jak powinno być! Zgadzam się z Tobą i przyjmuję Twoją argumentację. Ja też marzę o Polsce „będącej spokojnym domem szczęśliwych obywateli” (tak, jak marzyli o niej nasi śp. Ojcowie). Obyśmy się takiej Polski doczekali; inaczej mówiąc – dożyli takiej perspektywy.

A wracając do pytań (z których składa się nasza rozmowa), interesuje mnie jeszcze Twoja – podobająca mi się – twórczość plastyczna, głównie rysunek, który uprawiasz. Jest pełen metafory, jest swoistą automitologią, która nawiązuje do współczesności, krytykując ją. Mam rację? Powiedz coś na temat swego warsztatu i celów, do których jako artysta dążysz?!

– Proste pytanie, na które pełna odpowiedź nie padnie nigdy. Sam zadaję sobie często pytanie: po co to i komu? Nie jestem pewien… Ale zanim dokończę myśl muszę wyznać, że Akademię Sztuk Pięknych ukończyłem dzięki mojej żonie, Wiesławie, z którą studiowałem. Tak mnie zmęczyła ustawiczna walka o moją osobowość z „pedagogami”, którzy zmuszali do artystycznego posłuszeństwa, że któregoś dnia postanowiłem rozstać się z uczelnią nie mającą dużo wspólnego z wyrywaniem światu tajemnic jego bytu. Nie mogłem znieść zasady: maluj, rysuj, rzeźb tak, żeby podobało się profesorowi. Wiesia, mój dobry duch, przekonała mnie, żebym wytrzymał jeszcze rok do dyplomu. I wytrzymałem, dzięki niej. Dopiero po studiach zaczęła się prawdziwa Akademia – rysowanie dla samego siebie, praca bez kalkulacji: stypendium, może asystentura, dopuszczenie do chałtur? Wystarczyło kilkadziesiąt lat i efekty same zaczęły łasić się do mnie. Robiłem w swoim życiu artystycznym wiele rzeczy, ale nigdy nie przestawałem rysować. Próbowałem także ilustracji. Niestety kiedy zacząłem „łapać” warsztat ilustratorski przyszła transformacja i tak się skończyła moja przygoda ilustratorska. Zdążyłem jeszcze w Krajowej Agencji Wydawniczej i kilku innych wydawnictwach wydać sześć książek, a potem zacząłem działalność wyłącznie na własne konto. Mam w dorobku kilkanaście zbiorowych i indywidualnych wystaw w kraju i zagranicą. Moje prace zawsze można było określić mianem: realizm fantastyczny. To jest tworzenie nowych kontekstów przy pomocy znanych symboli i obiektów, przy wielkim szacunku dla warsztatu. W sumie jestem opowiadaczem. I w plastyce i w literaturze. Nie mam ciągot wywoływania wydumanych rewolucji, niezrozumiałych, zagmatwanych w metody i pojęcia nieludzkich symboli i takiegoż języka. Moja twórczość jest kierowana do serca i duszy odbiorcy. To najlepszy adres. Chociaż nie mam zamiaru odbierać radości tworzenia artystom, których dzieł bez ukończenia filozofii, etyki i logiki, literaturo i językoznawstwa, oraz podobnych kierunków nie sposób przyswoić, nie wspominając o zrozumieniu. Sztuka i wszelka twórczość ma sens wtedy, kiedy w jej przestrzeni znajduje się miejsce dla najróżniejszych wrażliwości. Moje rysunki to moja prywatna mitologia, opis realnych doświadczeń i fantazji, zabobonów, grzechów i słabostek. Najnowsze rysunki ( powstałe w latach 2016 – 2018 ) stanowią odczynianie uroków, przepędzanie z samego siebie demona pokus i prostych rozwiązań, które w efekcie coraz bardziej obudowują mnie mechanizmem poddaństwa, dając w zamian chwilowe poczucie uczestniczenia w jakimś bliżej nieokreślonym, wielkim dziele. Ale póki co, jeszcze wiem czym jest wolność, tak łatwo z niej nie zrezygnuję i nie dam się zwieść pozorom! To by było na tyle. A przy najbliższej okazji mega Bruderschaft!

– Szymonie, dziękuję Ci za tę rozmowę; nie będę pointował Twojej ostatniej odpowiedzi. Podzielam Twoje myślenie! A na MEGA Bruderszaft z Tobą będę odtąd czekał z niecierpliwością, jak swego czasu na każde spotkanie z Twoim Ojcem. Pozdrawiam Ciebie serdecznie i Twoją żonę Wiesławę. Dobrze, że dopilnowała Twojej edukacji artystycznej do samego końca. Jesteś od tamtej pory praktykiem dążącym w swej wypowiedzi artystycznej do pełnej wolności. Twój entuzjazm i wiara w to, co robisz – jest przekonywujący! Pisz i rysuj dalej swoje marzenia, aby kształtowały świat i Polskę… pozwalały na pełne człowieczeństwo, ciesząc się z tego, że urodziliśmy się, żyjemy i próbujemy pozostawić ślad po sobie dla kraju, który jest taki piękny, a może być jeszcze piękniejszym…

Poprzedni artykułLiga Mistrzów: Półfinał – Barcelona zagra z Liverpoolem…
Następny artykuł# Pompa ciepła – czy warto? Opinie, koszty zakupu i ogrzewania
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

3 KOMENTARZE

  1. „Do dziś nie rozumiem tego, skąd się w naszym kraju wziął ten gówniany antysemityzm” – mówi pan Szymon, syn znanego mi z lektur Jana Koprowskiego. Bardzo interesująca, szczera rozmowa, pewien rejestr fragmentu polskiej rzeczywistości, w tym, że tak powiem, łódzkości (bliskiej mi, bo większość życia spędziłem w Łodzi).
    Zacytowane zdanie można wykorzystać jako pewien wzorzec syntaktyczny i wygenerować inne zdanie, które przydaje się do opisu polskiej, w tym łódzkiej rzeczywistości lat 1989-2019: do dziś nie rozumiem, skąd się w naszym kraju wziął ten gówniany antypolonizm, antygermanizm, antyrosyjskość itd.” Tak już jest na świecie, że ludzie dzielą się na dobrych – złych, mądrych – głupich i silnych – słabych. Zaledwie trzy binarne opozycje (oczywiście ze skalarnością: mniej lub bardziej dobry, mniej lub bardziej mądry, mniej lub bardziej silny, w przedziale od „0” do „1”; dobro, mądrość, siła są mierzalne).

    Przyczyn „gównianego antysemityzmu” w naszym kraju nie jest wiele, dadzą się policzyć i opisać. Jedną z nich jest to, że niektórym (osobom, zbiorowościom, mediom itp.) zależy na tym, by o nim wciąż mówić, jak najwięcej mówić. Jak najwięcej, ale nigdy w ujęciu kwantytatywno-proporcjonalnym! Ekscesy antysemickie w Polsce to margines – na tle przejawów antysemityzmu w dzisiejszych Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii. Przemilczanie tego aspektu proporcjonalnego to najprymitywniejsza, ordynarna manipulacja.
    ‚A propos, do dziś cieszy się popularnością pewien „celebryta”, który przed paru laty w pewnej telewizji wkładał polską flagę (flażkę [może był po flaszce?]) do psiej kupy. A czemu nie izraelską? To by był wyczyn! A czemu nie obie równocześnie? Obu nie, bo na taką głębię wizualnego przesłania raczej go nie było stać…

    Z wyrazami szacunku, Jan Wawrzyńczyk (www.nfjp.pl)

  2. Generalnie zgadzam się z wypowiedzią Profesora Wawrzyńczyka. Za to diagnozy pana Koprowskiego są moim zdaniem zbyt proste, zbyt kategoryczne. Faszyzm, antysemityzm, brak wolności jako znaki obecnych czasów w Polsce ?! Wcześniej było więcej wolności? Cóż, artyści mają swoją perspektywę widzenia rzeczywistości, swoją wrażliwość. I czasami trudno się z nimi zgodzić. Ryszard Lipczuk

  3. Odpowiadając profesorowi Lipczukowi odpowiem jednocześnie profesorowi Wawrzyńczakowi, ponieważ komentarze obu Panów Profesorów dotyczą tego samego problemu. Zaskoczę Panów na początek, bowiem i ja uważam, że diagnozy ( a właściwie opinie na omawiane tematy ) wyrażone przeze mnie mogą wydać się zbyt proste i kategoryczne. Ale wracając do naszej rzeczywistości – warto czasami przesadzić ( nie skłamać ) nawet uprościć, żeby to co pozornie marginalne, w ujęciu kwantytatywno – proporcjonalnym, nie stanowiące dzisiaj realnego zagrożenia, jutro może skutkować bardzo bolesnymi konsekwencjami. Nie chciałbym uchodzić w opinii czytelników za zajadłego (oślepionego niechęcią ) przeciwnika dzisiejszej „władzy” mimo iż często czuje się przez nią popychany i odpychany. Dla mnie wyznacznikiem wartości i potencjału rządzących jest stan ducha i kieszeni obywateli. Z tym drugim zawsze jest źle, natomiast stan mego ducha jest dosyć kiepski, ponieważ na moich oczach dokonuje się podział i rozwarstwienie społeczeństwa jakiego nie znam. Podziały niczym druty kolczaste dzielą niedawnych jeszcze przyjaciół o różnych typach wrażliwości politycznej! Warczymy na siebie i szczerzymy kły, nie spotykamy się jak dawniej przy lampce wina a znak pokoju przekazywany w trakcie nabożeństwa bardziej pasuje do filmów grozy niż kościoła. Antypolonizm jest w przeważającej mierze naszym własnym wytworem, towarem na rynek wewnętrzny i na eksport. A wracając do antysemityzmu i wszystkich innych anty – nie uspokaja mnie i nie przydaje dumy fakt, że nie prześladują u nas tak nagminnie jak w innych krajach europejskich Żydów, Arabów (których w Polsce właściwie nie ma) Ukraińców, Romów i kilku jeszcze niewymienionych tu nacji. Tak jak nie uspokaja mnie, rycerskiego Polaka fakt, że w ponurych czasach rzezi wołyńskiej dopuściliśmy się zaledwie jednej czwartej czy jednej piątej tego co mają na sumieniu Ukraińcy. Nie usprawiedliwiające niczego proporcje i fatalne argumenty używane w publicznej dyspucie nie doprowadzą do pojednania, które przecież jest bezdyskusyjną koniecznością. Nie mogę także słuchać o pełzającym spisku Żydów w niemalże każdej dziedzinie gospodarki i o trzymaniu za twarz Europy przez tę „pejsatą” klikę. Podobno nie ma w Polsce Żydów a nas jest bez mała 40 milionów. I co wynika w tym przypadku z ujęcia kwantytatywno – proporcjonalnego tego problemu? Upraszczając odpowiedź nic dla nas chwalebnego. My Polacy tak mamy, że jak się w naszej historii nadarzały okazje żebyśmy to my trochę „potrzymali świat za pysk”, od razu znajdowali się oponenci, zresztą to określenie zbyt delikatne. Przypomnę tylko Józefa Hieronima Retingera, człowieka szanowanego w całej Europie, prekursora idei integracji europejskiej, przeciwnika powstania warszawskiego, przewidującego niepowetowane straty w ludności z mizernym efektem dla losów ojczyzny. Skazany przez państwo podziemne na karę śmierci, cudem uniknął wykonania wyroku. I co? Trudno znaleźć Retingera i jego dokonania na kartach współcześnie pisanej historii. Jeszcze chwila i moja odpowiedź przerodzi się w wielostronicowy elaborat na temat… Otóż nie da się w krótkiej dziennikarskiej polemice opowiedzieć swoich racji bez uproszczeń. Na koniec wyrażę żal, że kościół katolicki obdarzany ciągle jeszcze wielkim autorytetem i zaufaniem, zbyt często unika jednoznacznych moralnie stanowisk w sprawach bolesnych dla siebie jak i społeczeństwa, relatywizując je jak w przypadku afery pedofilskiej stwierdzeniami: winowajcom (pedofilom) należy okazać miłosierdzie. Czy to nie jest najgorsze z możliwych uproszczenie i rozmycie problemu? Kategorycznie stwierdzam, że tak! Z wyrazami szacunku – Szymon Koprowski.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here