Rozmowa z człowiekiem niezwykłym – dr. Maciejem Andrzejem Zarębskim

4

– z okazji 80. rocznicy Jego urodzin i 60-lecia działalności publicznej –

Karol Czejarek (Karol): – Panie Doktorze; jestem pod wrażeniem Pańskiego dorobku działalności społecznej, piśmienniczej i wydawniczej (o której ostatnio w PD pisałem), tym bardziej, że trzymam w ręku Pańską najnowszą książkę „Z pogranicza regionalizmu i literatury cz. 2”, którą czci Pan swoją wieloletnią działalność publiczną. Proszę powiedzieć, jak to się wszystko zaczęło?

Dr Maciej Andrzej Zarębski (Maciej): – Żyłkę społecznikostwa wyniosłem z domu rodzinnego.

Karol: – Świetnie, ale proszę opowiedzieć swoją historię.

Maciej: – Dla mnie wzorem była moja mama. To ona wpoiła mi potrzebę dzielenia się z innymi swoją wiedzą i zdolnościami.

Karol: – Czy zdecydowała także w wyborze studiów?       

Maciej: – Oczywiście! Jednak dosyć szybko zorientowałem się, że można ludziom pomagać nie tylko przy pomocy fachowej wiedzy, słuchawek i recept.

Karol: – To znaczy, że odezwała się w Panu potrzeba działalności społecznej?

Maciej: – Tak, odezwała się we mnie potrzeba działalności społecznej.

W roku 1963, jako student III roku Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Białymstoku, zaangażowałem się w działalność Komisji Wczasów, Podróży i Turystyki Rady Uczelnianej ZSP.

Rok później wstąpiłem do studenckiego Koła Naukowego przy Katedrze Farmakologii. A potem to już poleciało.

Karol: – Proszę więc o dalsze szczegóły.

Maciej: – Zapisałem się do Związku Młodzieży Wiejskiej, w której to organizacji działałem także po ukończeniu studiów. Jako młody lekarz brałem udział w tzw. „białych niedzielach”, jeździłem po małych miejscowościach Ziemi Białostockiej na spotkania, podczas których popularyzowałem wiedzę medyczną wśród mieszkańców, wygłaszając pogadanki i prowadząc tzw. szkoły zdrowia.

Karol: – Szczerze podziwiam, a jak było dalej?

Maciej: – W latach 1971-72 współtworzyłem materiały pomocnicze do prowadzenia szkół zdrowia II stopnia.

W miejscu zamieszkania, na białostockim osiedlu Antoniuk, utworzyłem w roku 1973 tzw. osiedlową służbę pomocy społeczno-medycznej.

Zespoły, w skład których wchodził młody lekarz i studenci medycyny, odwiedzały samotnych schorowanych mieszkańców, świadcząc im pomoc medyczną i socjalną.

Był to pionierski program wolontariatu…

Karol: – Gratuluję Panu pasji służenia i pomagania innym ludziom. Ale przepraszam, bo znów Panu przerwałem.

Maciej: – …jednocześnie pracowałem cały czas zawodowo i naukowo.

Gdy wiosną 1975 roku opuszczałem Białystok, podejmując pracę w Staszowie, w 15-tysięcznym miasteczku w ówczesnym województwie kieleckim, miałem doktorat, specjalizację z diagnostyki laboratoryjnej i…spore „obciążenie” społecznikostwem.

Karol: – Zatem proszę o więcej szczegółów dotyczących tego „obciążenia”. Co takiego się stało, że z Białegostoku wyjeżdża Pan do niewielkiego Staszowa?

Maciej: – Do Staszowa wyjechałem z powodów osobistych.

Karol: – Jakich, jeśli to nie jest tajemnicą?

Maciej: – Nie akceptowałem serwilizmu, jaki wówczas panował na uczelni. Kariera naukowa nie była warta tego, żeby się wyrzec samego siebie.

Karol: – Zatem wróćmy do pytania o to Pańskie „obciążenie”…

Maciej: – Działalność społeczną w Staszowie rozpocząłem od założenia w roku 1976 Staszowskiego Koła Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, które wkrótce stało się najprężniej działającym w województwie. W Staszowie gościły sławy krajowej i nawet światowej medycyny (prof. Walaszek z Cansas City), a w roku 1978 zorganizowaliśmy nawet Ogólnopolskie Sympozjum Gerontofarmakologii.

Jednocześnie kontynuowałem działalność popularyzatorską z zakresu wiedzy medycznej.

Wkrótce rozpocząłem druk cyklu artykułów w „Zielonym Sztandarze” pod wspólnym tytułem „Lekarz radzi”, które ukazywały się jeszcze w latach osiemdziesiątych, kiedy przebywałem na kontrakcie w Libii.

Tu warto dodać, że współpraca z „Zielonym Sztandarem” była niejako naturalna, jako że od roku 1974 należałem do ówczesnego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego.

Ale w mojej działalności społecznej tak naprawdę ważny był rok 1981. W maju, wspólnie z Adamem Bieniem (b. ministrem w Rządzie Londyńskim, sądzonym i skazanym w Procesie Szesnastu), założyłem Staszowskie Towarzystwo Kulturalne. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Karol: – Tym bardziej proszę o krótką historię poznania się z min. Bieniem. Interesuje mnie również, czy w roku w 1981 łatwo było założyć Staszowskie Towarzystwo Kulturalne? I jakie przyświecały wówczas cele powołanemu Stowarzyszeniu?

Maciej: – Ministra Adama Bienia poznałem w 1968 roku, w mieście rodzinnym mojej żony, Przasnyszu, gdzie pracował wówczas jako adwokat. Już wtedy byłem pod wrażeniem jego wiedzy i osobowości. Jakież było moje zdziwienie, gdy po blisko dziesięciu latach spotkałem go w Staszowie. Okazało się, że po przejściu na emeryturę wrócił na ojcowiznę do podstaszowskiej Ossali. Od tego momentu datuje się nasza współpraca, a wkrótce przyjaźń, co zaowocowało powstaniem Staszowskiego Towarzystwa Kulturalnego. Założeniem tego projektu była chęć aktywizacji kulturalnej miejscowego społeczeństwa. Planowaliśmy spotkania z ciekawymi ludźmi, objęcie opieką miejscowych twórców, pielęgnowanie tradycji i historii regionu. Udało się też zgromadzić spore grono pasjonatów, a niewielki Staszów zaczął żyć małoojczyźnianą historią i kulturą.

Karol: – Podobno zaczęto o tym mówić w województwie, a nawet w kraju. Gościliście premiera, ambasadorów, nie mówiąc o indywidualnościach świata artystycznego i literackiego.

Maciej: – Nie premiera, lecz wicepremiera. Było to w październiku 1990 roku, kiedy na organizowane przez Staszowskie Towarzystwo Kulturalne sympozjum (pionierskie!), poświęcone zbrodniom stalinowskim wobec Polski, przybył m.in. wicepremier Roman Jagieliński, którego poznałem w grudniu 1980 roku podczas VIII Kongresu ZSL w Warszawie. Wśród uczestników byli m.in. mjr Antoni Hedy „Szary” i Stanisław Wiącek „Inspektor” z formacji Jędrusiów. Bywali w Staszowie również ambasadorzy Słowacji.

Karol: – Skąd te kontakty ze Słowacją?

Maciej: – Wiosną 1994 roku, do znanego już wtedy z działalności wydawniczej Staszowa, zawitali w towarzystwie kieleckiego pisarza Stanisława Rogali jego dwaj koledzy z Warszawy ze Związku Literatów Polskich – Zdzisław Łączkowski i Zygmunt Wójcik.

Karol: – Przepraszam, ale co to ma wspólnego z ambasadorami Słowacji?

Maciej: – Otóż ma, i to bardzo wiele. Zygmunt Wójcik, poeta, pisarz i świetny reportażysta, był także popularyzatorem literatury słowackiej i tłumaczem na język polski dzieł słowackich poetów oraz prezesem Towarzystwa Polska-Słowacja. Szybko zaraził mnie „miłością” do Słowacji, jej kultury i literatury. W Staszowie wkrótce powstało koło tego Towarzystwa, a w Bibliotece Staszowskiej ukazało się kilka pozycji o tematyce słowackiej, w tym „Nacięcia w miodzie” (wiersze poetów słowackich w tłumaczeniu Zygmunta Wójcika) oraz „Wyznanie miłości”, tomik poezji Milana Rufusa, najwybitniejszego poety słowackiego.

Karol: – Zaczynam rozumieć Pańską fascynację słowacką kulturą, ale proszę zaspokoić moją ciekawość i powiedzieć o przyjaźni z ambasadorami Słowacji.

Maciej: – Proszę bardzo. Kiedy założyłem Staszowskie Koło Polska – Słowacja (w końcu kwietnia 1994) Zygmunt Wójcik zadbał o to, aby mnie przedstawić dr. Marianowi Servatce, ówczesnemu pierwszemu ambasadorowi powstałej Republiki Słowacji. Spotkanie z Marianem Servatką w ambasadzie słowackiej miało miejsce 24 października 1994 roku, wkrótce po wydaniu w Bibliotece Staszowskiej „Nacięć w miodzie”. Szybko nawiązaliśmy kontakt i – o ile mnie pamięć nie myli – już pod koniec spotkania staliśmy się dobrymi znajomymi. Duża była w tym zasługa Zygmunta Wójcika. Pamiętam, że omawialiśmy wtedy plany wyjazdu do Bratysławy w celu uzyskania praw autorskich od Milana Rufusa na wydanie wyboru jego poezji w tłumaczeniu Zygmunta. Nie wiedziałem wtedy, jak tragiczny finał będzie miała ta wyprawa…

Karol: – ???

Maciej: – …Wyruszyliśmy z Zygmuntem do Bratysławy zaraz po świętach Wielkiej Nocy 1995. Kiedy już uzyskaliśmy zgodę poety na druk jego wierszy (za symboliczną złotówkę), wydarzyła się tragedia. Następnego dnia Zygmunt doznał ciężkiego ataku serca i nagle zmarł. Było to dla mnie niezwykle traumatyzujące przeżycie. Spadł na mnie niełatwy obowiązek zawiadomienia żony przyjaciela o jego śmierci i załatwienia wszystkich formalności związanych ze sprowadzeniem zwłok do kraju. O kontynuowaniu pobytu na Słowacji nie mogło być mowy.

Karol: – Ale wydał Pan przecież tomik Rufusa?

Maciej: – Tak, tyle tylko, że dopiero w grudniu tego feralnego roku i w tłumaczeniu Józefa Waczkowa. W znalezieniu tłumacza pomógł mi sam Marian Servatka. On też zadbał, by promocja tomu odbyła się w Bratysławie. Miała miejsce 1 grudnia w tamtejszym Instytucie Polskim. Prowadziłem ją osobiście, a udział w niej wzięła liczna Polonia słowacka, dla której ta impreza była bardzo ważnym wydarzeniem. Moje kontakty z ambasadorem Servatką trwały przez wiele lat. Kilkakrotnie byliśmy zapraszani z żoną do jego letniej rezydencji w Warszawie, przy ulicy Nabielaka. Gościliśmy też w jego prywatnym domu w Bratysławie, a w roku 2001 odwiedziliśmy go w siedzibie Ambasady Słowackiej w Watykanie. Potem jeszcze utrzymywałem serdeczną znajomość z kolejnym ambasadorem Ondrejem Nemczokiem, który kilkakrotnie gościł w Staszowie. Miałem nawet propozycję zostania honorowym konsulem Słowacji, ale brak dobrej woli ówczesnych władz miasta w sprawie odpowiedniego lokum na konsulat, zaprzepaścił tę okazję. Ale powróćmy do okresu poprzedzającego ów feralny dzień 22 kwietnia 1995 roku. To dla mnie niezwykle ważne.

Karol: – Proszę bardzo

Maciej: – Otóż 1 marca 1995 roku miała miejsce w Ambasadzie Słowacji w Warszawie promocja mojej książki reportażowej Od dżumy do dżumy, stanowiącej pokłosie naszego z żoną ponad trzyletniego pobytu na kontrakcie medycznym w Libii. Prowadził ją Zygmunt Wójcik, a udział w imprezie wziął jego przyjaciel Wojciech Żukrowski. Dzięki temu mogłem poznać i wkrótce zaprzyjaźnić się z tym znanym i popularnym pisarzem. Zawdzięczam to Zygmuntowi, podobnie jak znajomość z innymi ciekawymi ludźmi. Proszę sobie wyobrazić, że na pogrzebie Zygmunta w Popowie Kościelnym, poznałem Piotra Kuncewicza i Romka Samsela. Krąg przyjaciół i sympatyków Staszowa (oczywiście i moich) stale się powiększał. Oni zaczęli bywać w Staszowie, co znacznie podnosiło prestiż miasteczka, które nagle stało się bardziej popularne od słynnego Sandomierza…

Karol: – Wybiegliśmy nieco do przodu, chciałbym do końca zrozumieć fenomen sukcesu Staszowskiego Towarzystwa Kulturalnego. Wróćmy więc do początków działalności towarzystwa.

Maciej: – Jak mówiłem, wystartowaliśmy w maju pamiętnego 1981 roku. Organizowaliśmy spotkania i sesje popularnonaukowe, jak np. ta przeprowadzona 12 grudnia (w przeddzień stanu wojennego), poświęcona historii oddziału partyzanckiego Jędrusie, z udziałem Adama Bienia i weteranów tego oddziału: z Józefem i Stanisławem Wiąckami, Andrzejem Skowrońskim i Jerzym Rolskim. Po spotkaniu „wylądowali” u mnie na kolacji. Kiedy goście opuszczali moje mieszkanie (było po północy), trwał już stan wojenny, o czym dowiedzieliśmy się dopiero rano.

Karol: – Z tego wynika, że w przeddzień stanu wojennego mieliście „partyzancką naradę sztabową”?

Maciej: – Właśnie tak żartowaliśmy, ale to, co się wtedy w kraju działo, nie skłaniało do żartów. Kiedy przyjechała po mnie milicyjna „suka” (byłem na tzw. liście rezerwowej do internowania), przebywałem akurat na plebanii i… uniknąłem aresztowania. W końcu dali mi spokój, skończyło się „tylko” na przesłuchaniach i inwigilacji. Nie chcę o tym mówić, bo nie uważam się za kombatanta. Byłem wówczas normalnie funkcjonującym działaczem społeczno-kulturalnym, który miał co prawda niewyparzony język, ale żadnej antypaństwowej działalności nie uprawiał.

Karol: – Proszę dokończyć przypomnienie pierwszych lat działalności Towarzystwa.

Maciej: – Kiedy w końcu lutego 1982 roku została wznowiona działalność organizacji społecznych, skupiliśmy się na pracy edytorskiej. W ten sposób w kwietniu została wydana pierwsza pozycja Biblioteki Staszowskiej. Był to miniaturowy 16-stronicowy tomik Poezje wybrane autorstwa Reginy Bachmińskiej, miejscowej nauczycielki j. angielskiego, obdarzonej dużym talentem poetyckim. Kiedy wyjeżdżałem wraz z żoną na trzyletni kontrakt do Libii, Biblioteka Staszowska liczyła już 6 pozycji.

Karol: – Praca w Libii to zapewne nowe doświadczenia życiowe?

 

Maciej: – Naturalnie. Praca i życie w zupełnie odmiennych warunkach, nowe wyzwania zawodowe i nie tylko, bo spadł na nas obowiązek prowadzenia eksternistycznie nauki naszej kilkunastoletniej córki. Oczywiście dała o sobie znać pasja społecznikowska i zacząłem organizować spotkania literacko – kulturalne w naszym „kampie”, a jedno nawet (związane z 40-leciem PRL-u) miało rangę międzynarodową, bowiem transmitowała je miejscowa telewizja. Na program składały się wiersze i piosenki patriotyczne w wykonaniu kolegów z medycznego staffu oraz gości przyjeżdżających z Polski w odwiedziny do rodzin.

Kolejna wymierna korzyść pobytu w Libii – to nowe znajomości, które zaowocowały wieloletnimi kontaktami już po powrocie z kontraktu.

No i w czasie tego kontraktu odkryłem w sobie żyłkę reportażysty i globtrotera. Zapisywałem wszystkie ważniejsze wydarzenia i spostrzeżenia, relacje z podróży i wycieczek po Libii, utrwalałem je na zdjęciach, co stało się zaczynem mojej przygody z literaturą.

Karol: – Kiedy więc pan zadebiutował, to znaczy, kiedy wydał Pan swoją pierwszą książkę?

Maciej: – Mogę mówić o przynajmniej dwóch (lub trzech) moich debiutach:

jako popularyzator wiedzy medycznej debiutowałem książką „Vademecum medyczne rolnika”, wydaną przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą. Książka była oddana do druku jeszcze przed wyjazdem do Libii, a ukazała się wiosną 1984., już podczas mojego tam pobytu. Natomiast jako

reportażysta debiutowałem książeczką, wydaną w roku 1991 w Bibliotece Staszowskiej, „Refleksje libijskie”.

Jednak za swój prawdziwy debiut literacki uważam książkę

„Od dżumy do dżumy”, która miała swoją promocję (o czym już mówiłem) w roku 1995. Na jej podstawie zostałem parę lat później przyjęty do Związku Literatów Polskich, Oddziału Warszawskiego, do którego należę do dzisiaj.

Karol: – Ale po powrocie z Libii narodził się nie tylko pisarz, ale być może także polityk.

Maciej: – Polityk – to za duże słowo. Wydawało mi się wtedy, że swoją energię mógłbym spożytkować nie tylko w dziedzinie kultury. Startowałem dwukrotnie w wyborach do Sejmu (1991, 1993). Na szczęście dla mnie – bezskutecznie. W czerwcu 1989 roku brałem także udział w wyborach do Senatu.

Karol: – Czy nie była to chęć sprawdzenia się w kolejnej dziedzinie?

Maciej: – Być może, ale miałem też inne motywacje. Kiedy wróciłem w 1986 roku do Polski, poczułem się trochę wyobcowany. Założonym przeze mnie towarzystwem, które w tym czasie wyraźnie wyhamowało, kierował kolega. Czułem dyskomfort, że w czasie, gdy w kraju było niewesoło zarówno politycznie, jak i gospodarczo, ja spokojnie pracowałem setki kilometrów stąd, stabilizując swoją sytuację materialną.

Chciałem jak najszybciej „wtopić się” w polską rzeczywistość. Sądziłem, że aktywność w życiu politycznym będzie właściwą drogą.

Po niepowodzeniach wyborczych (w których dziś widzę palec Boży) zająłem się intensywnie tym, w czym czułem się najlepiej – pracą zawodową i społeczną, tym bardziej, że po trzymiesięcznym urlopie aklimatyzacyjnym, wróciłem na stanowisko szefa Działu Diagnostyki w staszowskim szpitalu, a stołek prezesa Staszowskiego Towarzystwa Kulturalnego odzyskałem w grudniu 1987 roku.

Ruszyłem z działalnością wydawniczą, imprezową.

Zorganizowałem m.in. uroczyste obchody 100-lecia pobytu Żeromskiego na ziemi staszowskiej (z udziałem m.in. Barbary Wachowicz).

Wkrótce STK zdobyło III miejsce w konkursie „Kuriera Polskiego” Bliżej regionu, bliżej kraju. Kiedy zbliżał się pamiętny rok 1989 czułem, że odzyskałem swoją dawną pozycję. Potwierdził to fakt, że w kwietniu tego roku wojewódzka organizacja ZMW zgłosiła moją kandydaturę w wyborach do senatu.

Karol: – I jak poszło?

Maciej: – Nie najgorzej. Zdobyłem w sumie ponad 7 tys. głosów i na 12 kandydatów byłem szósty. Wygrali wówczas namaszczeni przez Wałęsę – Zbigniew Romaszewski i Jan Kozłowski.

Karol: – Mówił pan wcześniej, że nie był to jedyny epizod wyborczy.

Maciej: – W roku 1991, startując z ramienia PSL w rejonie tarnobrzesko-rzeszowskim, zdobyłem ok. 4 tys. głosów, do mandatu zabrakło niewiele (500 głosów), a w 1993. kandydowałem z listy BBWR (miałem już wówczas status bezpartyjnego), przepadłem wraz z całą listą.

Jedyną satysfakcją było zajęcie II miejsca (na kilkunastu kandydatów listy) i zdobycie o kilkadziesiąt głosów więcej od Mieczysława Gila, legendarnej postaci Solidarności krakowskiej.

Karol: – Czy to wszystko w temacie startów w wyborach?

Maciej: – W parlamentarnych tak, ale próbowałem też szczęścia w wyborach samorządowych.

W latach 1998 i 2002 uczestniczyłem w wyborach do Sejmiku Województwa Świętokrzyskiego. W obu przypadkach, chociaż uzyskałem ponadtysięczne poparcie – nie zdobyłem mandatu.

W pierwszym przypadku z listy tzw. Wspólnoty Świętokrzyskiej, w drugim z POPiS-u. W międzyczasie przegrałem walkę nawet o mandat staszowskiego radnego gminnego.

Karol: – Jak Pan przeżył te wszystkie porażki?

Maciej: – No cóż, życie składa się nie tylko z sukcesów.

Porażki uczą nas pokory i skłaniają do refleksji.

Oczywiście, wtedy bolało, ale tylko do czasu, kiedy przekonałem się, że w wyborach wygrywają nie najlepsi, ale „namaszczeni”. Zresztą obserwując polską scenę polityczną, nabyłem pewności, że nie odnalazłbym się na niej.

Nie wyobrażam sobie, abym w parlamencie mógł głosować zgodnie z partyjną doktryną, wbrew własnym przekonaniom.

Reasumując, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Gdybym został parlamentarzystą lub samorządowcem – niewątpliwie ucierpiałaby na tym moja działalność społeczna oraz dorobek pisarski i wydawniczy, którymi teraz mogę się pochwalić.

Karol: – Po co angażował się Pan w polityczne przepychanki?

Maciej: – Po pierwsze – chciałem się poddać ocenie i… sprawdzić swoją popularność.

To bardzo ważne, szczególnie w środowisku małomiasteczkowym.

Po drugie – nie bardzo mogłem odmówić, otrzymując tzw. „propozycje nie do odrzucenia”.

Po trzecie – chciałem też sprawdzić skalę mojego lokalnego poparcia, żeby wiedzieć na kogo mogę liczyć.

I w tym aspekcie tych startów nie żałuję.

Wyborcy nie skorzystali z mojej oferty politycznej. Nieskromnie powiem – ich strata. A ja po każdej takiej „porażce” przystępowałem z coraz większą energią do realizacji kolejnych zadań na polu działalności społecznej.

Karol: – Jakie to były zadania?

Maciej: – Po przegranej w wyborach czerwcowych 1989 roku, zacząłem wydawanie miesięcznika społeczno-kulturalnego „Goniec Staszowski”.

Potem założyłem Muzeum Ziemi Staszowskiej.

Moje ukochane Staszowskie Towarzystwo Kulturalne zostało uznane w roku 1992 za najlepsze w kraju (w swojej kategorii).

Wówczas zadbałem o taki poziom „Gońca Staszowskiego”, że po dwóch latach pismo zdobyło I miejsce w konkursie ogólnopolskim dla gazet lokalnych w kategoriach: prezentacji dorobku i lokalnych liderów. Mam mówić dalej?

Karol: – Nie, wystarczy! Nasuwa się jeden wniosek: Pana mobilizują porażki, czy tego Panu życzyć?

Maciej: – Nie przesadzajmy. Ale coś w tym jest. Jednak wróćmy do Muzeum Ziemi Staszowskiej.

To, jak doszło do jego otwarcia – zasługuje na specjalną opowieść.

Karol: – Zamieniam się w słuch.

Maciej: – Otóż podczas organizacji w dniu 15 grudnia 1989 roku uroczystych obchodów 90-lecia urodzin Adama Bienia (od grudnia 1987 roku prezesa honorowego STK), w rozmowie z burmistrzem Staszowa wyraziłem opinię, że czas najwyższy, by nasze Towarzystwo znalazło własną siedzibę (zajmowaliśmy w tym czasie jedno niewielkie pomieszczenie na zapleczu kina „Syrena”).

Wkrótce znalazło się pomieszczenie w podziemiach bloku przy ulicy Jana Pawła II 17, gdzie właśnie zakończyła działalność kawiarnia „Jedyna”.

Szkopuł w tym, że administratorem lokalu była Spółdzielnia Mieszkaniowa, a jego właścicielem kopalnia „Siarkopol” w Grzybowie.

Karol: – Jak się udało pokonać administracyjne przeszkody?

Maciej: – Ruszyły w ruch telefony, zaczęliśmy działać dyplomatycznie i „siłowo”, naciskając materiałami prasowymi w „Gońcu Staszowskim” na zorganizowanie w Staszowie w tym lokalu Muzeum Regionalnego.

Powstał honorowy komitet na rzecz jego utworzenia.

Zaczęliśmy dystrybucję cegiełek na przyszłe Muzeum.

Lokal poddano remontowi.

Karol: – Gratuluję pomysłowości i inwencji. Ale droga do otwarcia Muzeum była daleka…

Maciej: – Zgadza się, ale też mieliśmy szczęście.

Spółdzielnia Mieszkaniowa i Dyrekcja „Siarkopolu” (przy naszej aktywnej dyplomacji) doszły do porozumienia, przekazując lokal (o powierzchni ok. 150 m2 składający się z dwóch pomieszczeń i zaplecza) do dyspozycji Urzędu Miasta, z przeznaczeniem na cele społeczne.

W ten sposób 17 października 1991 roku doszło do otwarcia Muzeum Ziemi Staszowskiej. Dwa tygodnie wcześniej przenieśliśmy tu siedzibę Staszowskiego Towarzystwa Kulturalnego.

Karol: – Widzę, że jest Pan cudotwórcą, czego się nie dotknie to…

Maciej: – …zamienia się w złoto.

 No nie, ale bardzo chciałbym, żeby tak było, a nie zawsze jest.

Nam, upartym regionalistom czasami po prostu się udaje, ale trzeba ciężko na to zapracować.

Podobnie było z utworzeniem w roku 1994 Uniwersytetu Młodzieżowego Małych Ojczyzn.

Karol: – Na czym polegała ta inicjatywa?

Maciej: – Na wykorzystaniu istniejącego potencjału ludzkiego i zorganizowaniu spotkań młodzieży z żywymi świadkami historii. Wśród wykładowców byli: m.in. minister Adam Bień, legenda Jędrusiów dr Mieczysław Korczak i hodowca koni arabskich Zygmunt Braur. Ta nasza działalność została dostrzeżona także w aspekcie personalnym. Otóż 5 września 1992 roku miałem zaszczyt odbierać w Senacie RP wysokie odznaczenie Polonii Australijskiej Polcul Foundation, przyznane za działalność kulturalno-społeczną na Kielecczyźnie.

Takie wyróżnienie dodaje skrzydeł.

Karol: – Jaki okres działalności STK uważa Pan za najbardziej dynamiczny?

Maciej: – Złotym okresem aktywności Towarzystwa były lata 1997-2004.

Jesienią 1997 roku wspólnie z Radą Krajową Regionalnych Towarzystw Kultury (której po V Kongresie Regionalistów byłem członkiem) zorganizowaliśmy w Staszowie i Sandomierzu IV Ogólnopolskie Forum Regionalistyczne „Regionalizm a historia”.

Wkrótce, w maju 1998 roku byliśmy inicjatorami I Ogólnopolskich Targów Wydawnictw Regionalnych, które przyciągnęły do Staszowa m.in. takie osoby, jak: Wojciech Żukrowski, Zdzisław Łączkowski, Leon Janowicz, Zbigniew Święch.

Gośćmi Targów byli też: Marian Servatka, ambasador Słowacji, Janusz Laskowski oraz Manfred Zänker, niemiecki antyfaszysta, były współpracownik Willy’ego Brandta.

Karol: – Gratuluję, rzeczywiście same ważne nazwiska.

Zgromadzić w małym mieście razem i ambasadora Słowacji, i znanego pisarza, i słynnego piosenkarza – to nie lada wyczyn.

Co było dalej?

Maciej: – Potem jeszcze zorganizowałem w kolejnych latach – II, III i IV Targi. Brali w nich udział m.in.: szef Regionalistów Anatol Jan Omelaniuk, podróżnik Stanisław Szwarc Bronikowski, prof. socjologii Andrzej Tyszka, pisarze Małgorzata Todd, Eugeniusz Kabatc, Janusz Termer, Jerzy Przeździecki, muzyk i kompozytor Robert Panek, malarka Maria Wollenberg-Kluza oraz aktor Wojciech Siemion.

W IV Targach uczestniczyli także twórcy zagraniczni: Viola Fisherova z Czech i Irena Duchovska z Litwy.

O Staszowie zaczęło być bardzo głośno nie tylko na Kielecczyźnie.

Byłem zapraszany na ważne kulturalne imprezy, w tym Krajowe Targi Książki w Warszawie (w roku 1999) czy obchody 185-lecia przybycia Tadeusza Kościuszki do Solury w Szwajcarii. W Staszowie (w maju 2000 roku) z dwudniową wizytą, na zaproszenie naszego Towarzystwa, przebywał Ryszard Kaczorowski, b. prezydent Polski na uchodźstwie. A we wrześniu 2003. gościliśmy prof. Józefa Szajnę, wybitnego polskiego artystę. No i cały czas kontynuowaliśmy działalność wydawniczą, promującą twórców regionalnych i nie tylko. Kiedy odchodziłem ze Staszowa, Biblioteka Staszowska liczyła dwieście pozycji.

Karol: – Żałuję, że musimy już zakończyć naszą rozmowę, bo widzę, że pytań i tematów mielibyśmy

jeszcze sporo.

Maciej: – Rzeczywiście, chciałbym tylko jeszcze dodać, że kiedy w roku 2003 przeszedłem na emeryturę, a rok później wyjechałem ze Staszowa, nie zaprzestałem aktywności.

Skończyłem jedynie pracę zawodową (ostatnio w charakterze konsultanta wojewódzkiego w swojej specjalności), ale działalność społeczno-kulturalną kontynuuję od roku 2005 w utworzonym z mojej inicjatywy (i przy moim domu w Zagnańsku) – Świętokrzyskim Towarzystwie Regionalnym.

Jest jeszcze bardziej aktywne w działalności edytorskiej.

Do tej pory wydałem ponad 210 kolejnych książek!

Karol: – Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę. Świętuje Pan piękny jubileusz działalności społecznej, której dorobek jest imponujący!

Składam też Panu serdeczne życzenia z okazji rocznicy urodzin i zapytam na zakończenie: o czym jeszcze marzy osiemdziesięciolatek?

Maciej: – O lepszych kontaktach międzypokoleniowych,

o zakończeniu bezsensownej wojny polsko-polskiej nie przynoszącej niczego dobrego naszemu krajowi.

Żebyśmy zjednoczeni budowali silną Polskę.

Dla siebie osobiście dużo zdrowia i sił, żebym mógł nadal realizować swoje pomysły i pasje. Staram się nie zmarnować żadnego dnia i postępować zgodnie z zasadą mojego przyjaciela – Jerzego Fijałkowskiego –

Żyj tak, jakbyś nigdy nie miał umrzeć…

Karol: – Nic dodać, nic ująć! Dziękuję Jubilacie,

niech się spełnią Pańskie życzenia,

…które są także moimi.

Poprzedni artykułA jednak nie obejdzie się bez Bronisławy Wilimowskiej… Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXXII
Następny artykułWspomnienie: Helena Maria Hofman-Wolf (1926-2022)
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS. Rok 2024 owocował w dalsze dokonania twórcze Karola Czejarka. Oprócz 30 opublikowanych w PD artkułów, recenzji książkowych, pożegnań i rozmów, również wydanie dwóch publikacji książkowych: przekładu (z j. niemieckiego na polski) Hansa-Gerda Warmanna „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” (TSKŻ, Szczecin 2024) oraz „Autobiografii. Moja droga przez życie” (Biblioteka Świętokrzyska, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2024). W kwietniu 2025 ukazała się monografia autora o życiu i twórczości Bronisławy Wilimowskiej „Wszystko było dla niej malarstwem” (w Wydawnictwie ASPRA-JR).

4 KOMENTARZE

  1. Aż miło poczytać o ludziach, którzy robili tak wiele dla tak wielu, za tak niewielkie środki. Dzisiaj można tylko pomarzyć o takich postawach. Owszem, jest armia chętnych do działania na forum nauki, gospodarki czy kultury, ale za wielomilionowe granty, notabene rozpływające się po ich otrzymaniu w bezśladowy sposób w środowisku sprzyjających samym sobie. Szymon Koprowski

  2. Gratuluję. Jesteś rzeczywiście tytanem pracy i inicjatyw. Nic nie wspomniałeś o Unii Polskich Pisarzy Lekarzy a przecież i w tym ” rozdziale masz swój udział”. Propagowanie przy okazji społecznikowskiej siebie nie jest zbyt wielką wadą , więc usprawiedliwiam to po kolezeńsku i pozdrawiam.

  3. Z uwagą przeczytałem . Moja śp. mama mgr farmacji Jadwiga Gabriel nauczyła mnie że to do ciebie wróci co dobrego uczyniłeś innym. Gratuluję sukcesów. W pełni popieram życzenie : ” oby skończyła się wojna polsko-polska szkodząca nam wszystkim „.

  4. Wywiad przeczytałem z wielkim zainteresowaniem, tym bardziej, że Staszów i Ziemia Staszowska są mi bliskie. Sam pochodzę z nieodległego Buska – Zdroju i w Staszów odwiedzałem wielokrotnie.
    Pan dr med. Maciej Zarębski, to wielka postać, tytan pracy i wielce zasłużony dla Staszowa i Kielecczyzny. Wywiad można skwitować w następujący sposób: Rozum i doświadczenie wskazują cel życia i odpowiadają na pytanie – po co człowiek żyje? Uczucie wiąże ludzi z miejscem ich życia i z innymi ludźmi. Silna wola zmusza do wytrwałego i uporczywego wysiłku dla osiągnięcia ostatecznego celu życia i zwycięstwa dobra nad złem, do pokonania wszelkich przeszkód na drodze życia. Panie doktorze! Drogi Panie Macieju! Życzę niech spełnią się wszystkie Pana plany i marzenia! Jan Chruśliński

Skomentuj Zbigniew ( Komandor) Jabłoński Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj