Rafał Walendowski – artysta, malarz, fotograf. Moje życie w pigułce

0

Moja historia rozpoczęła się 9 grudnia 1970 r. w szpitalu w Pleszewie, kiedy to na świat przyszedł Rafał, syn Jana i Ireny Walendowskich. Przez siedem lat mieszkałem w małej wiosce o wdzięcznej nazwie Jedlec. W 1977 r. rozpocząłem edukację w Szkole Podstawowej w Gołuchowie, do którego przeprowadziłem się z rodzicami, i w którym mieszkam do chwili obecnej. Ponoć już w przedszkolu przejawiałem zamiłowanie do rysowania i malowania… zwłaszcza koni!

W czasach Szkoły Podstawowej miałem wielkie szczęście poznać i kształtować swoje zdolności plastyczne pod okiem wspaniałego człowieka, jakim był Józef Witkowski. Nie pamiętam już w której to było klasie, gdy Pan Józef, wówczas plastyk w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie, zorganizował kółko plastyczne. To był dla mnie wspaniały czas! Zajęcia odbywały się zazwyczaj w piątki po południu, w pracowni Pana Józefa na tzw. Dybulu. Był to czas kiedy Muzeum Leśnictwa dopiero organizowało swoją stałą ekspozycję w Oficynie – wiele eksponatów, w tym rzeźby i obrazy, było przechowywanych… a właściwie eksponowanych właśnie na Dybulu. Stwarzało to niesamowity klimat bliskiego obcowania ze sztuką. Obrazy wydawały się być niedoścignionymi dziełami, które inspirowały naszą wyobraźnię. Pan Józef zapoznawał nas z różnymi technikami plastycznymi, czasami wręcz eksperymentowaliśmy z tworzywem, malując np. na papierze ściernym! Pan Józef, chociaż nie posiadał wykształcenia plastycznego, miał wielką wrażliwość i ogromny talent. Do dnia dzisiejszego podziwiam jego prace – za kompozycję, wrażliwość na kolory i wspaniały warsztat.

Po czasach beztroskiej podstawówki nadszedł czas na Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Staszica w Pleszewie. Tam również rozwijałem swój talent pod czujnym okiem nauczycielki plastyki i pani wicedyrektor w jednej osobie, Urszuli Wieruszewskiej. Oprócz standardowych prac wykonywanych w ramach lekcji plastyki, Pani Urszula „zleciła” mnie i mojemu koledze Dominikowi Wabińskiemu, freski wzorowane na greckim malarstwie czarnofigurowym, które namalowaliśmy w klubie uczniowskim.

Po zdanej maturze, przystąpiliśmy do egzaminów na studia, na kierunek wychowanie plastyczne, na kaliską filię Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Niestety egzaminy zakończyły się sromotną porażką, tym bardziej bolesną, że poległem na malarstwie i rysunku! Po otrząśnięciu się z porażki, podjąłem pracę w Domu Kultury w Pleszewie, jako instruktor – plastyk. Po dziesięciu miesiącach pracy ponownie wystartowałem na kierunek wychowanie plastyczne w Kaliszu… tym razem już z sukcesem! Czas studiów to wspaniały okres spotkań z gronem profesorskim, rozmowy o sztuce i praca twórcza w pracowniach: rzeźby, malarstwa i grafiki warsztatowej. Był to również czas korekt u prof. Andrzeja Niekrasza, prof. Andrzeja Nawrota, dr Jana Hrycka i wielu równie wspaniałych artystów z kręgu łódzkiej ASP.

Studia zakończyłem z dyplomem w pracowni grafiki warsztatowej u prof. Andrzeja Nawrota. Jeszcze studiując, na V roku podjąłem pracę jako rysownik w dziale archeologicznym Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej w Kaliszu, żeby przepracować w nim pięć następnych lat, już na stanowisku plastyka. Dzięki ówczesnemu Dyrektorowi muzeum, dr. Tadeuszowi Jakubiakowi, poznałem wielu polskich artystów, na czele z Józefem Szajną. W roku 1999 przyszła pora na zmiany! Zostałem plastykiem w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie… w którym pracuję już 23 lata, aranżując wystawy, projektując wydawnictwa… i oprowadzając turystów po ekspozycjach Muzeum Leśnictwa w Gołuchowie.

Pracując jeszcze w kaliskim muzeum, w roku 1998 zostałem zaproszony na plener, który zorganizowała Joanna Grootings, w swojej stadninie koni czystej krwi arabskiej w Korfowem, na obrzeżach Puszczy Kampinowskiej. Wspominam ten plener, ponieważ miał on wielkie znaczenie w ukształtowaniu mojego patrzenia na sztukę. Na plenerze w Korfowem miałem okazję spotkać najważniejszych dla mnie polskich artystów, na czele z moim ukochanym malarzem koni, prof. Ludwikiem Maciągiem. Miałem okazję pracować razem z Andrzejem Novakiem-Zemplińskim, Jackiem Reczyńskim, Stanisławem Chomiczewskim, prof. Stanisławem Bajem oraz przyglądać się jak tworzy swoje niepowtarzalne zdjęcia nasza najwspanialsza fotograficzka koni, niestety już nieżyjąca, Zofia Raczkowska. Wspominam ten plener, ponieważ jest on dla mnie bardzo ważnym momentem na mojej drodze artystycznej. Wszystkich artystów, którzy byli (i nadal są), dla mnie bardzo ważni, spotkałem właśnie w Korfowem.

Były później także inne plenery, takie jak: Piękno Ziemi Blizanowskiej, plenery organizowane przez Ośrodek Kultury Leśnej w Gołuchowie czy zagraniczne w Hamm i Ammerland, lecz żaden z nich nie wywarł już na mnie takiego wrażenia. Oprócz pracy twórczej, wystaw indywidualnych i zbiorowych, pojawiły się bardzo przeze mnie cenione publikacje w zagranicznych magazynach, min. wywiad we włoskim magazynie „Arabian Horse Magazine”, również włoskim „Desert Heritage Magazine”, amerykańskim „Arabian Horse World” oraz polskich wydawnictwach: „Araby Magazine” i „Jeździec i Hodowca”. Szczególnie sobie cenię dwie okładki amerykańskiego magazynu o koniach arabskich „Omnibus”, które ukazały się w 2021 i 2022.

Na zaproszenie Krzysztofa Czarnoty, wraz ze znakomitą artystką Weroniką Kobylińską zilustrowałem książkę Krzyśka „Czarodzieje koni”, a z kolei na prośbę pani prof. Krystyny Chmiel, moje prace wzbogaciły książkę jej autorstwa pt. „Polska hodowla koni arabskich czystej krwi (1979 – 2019) i jej sukcesy na świecie”. Od pewnego czasu tak, jak malarstwo, pochłania mnie fotografia. W tej materii jestem jeszcze amatorem… ale już z pewnymi sukcesami. Jedno z moich zdjęć, ogiera czystej krwi arabskiej o wdzięcznym imieniu Chiton, wygrało konkurs na zdjęcie miesiąca w polskim magazynie pt. „Koń Polski”. Koniom zawdzięczam bardzo wiele pozytywnych emocji w moim życiu. Jedną z nich było wygranie konkursu na logo Polskiego Związku Hodowców Koni Małopolskich. Nie „zasypuję” jednak przysłowiowych „gruszek w popiele” i ostatnio wziąłem udział w ogólnopolskim konkursie na logo najważniejszej końskiej organizacji w naszym kraju, Polskiego Związku Hodowców Koni.

Tym oto optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć, na ten moment, moją artystyczną opowieść.

Autor: Rafał Walendowski                        

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here