Szczyt gorączki minął i można ze spokojniejszym umysłem zastanowić się, jak patrzeć na Jana Pawła II. W krytycznym momencie dziejów pielgrzymujący do Polski papież powołał się na duchowy testament Pawła VI i na liturgiczną parafrazę wersetu Psalmu 104 o odnowieniu przez boskiego Ducha „ziemi” – tej ziemi – w sytuacji, kiedy ruch protestu dał już o sobie wyraźnie znać i powstrzymać go się nie dało, co najwyżej, jak wykazała historia, wobec niebezpieczeństwa zewnętrznego opóźnić jego postęp przemocą. Użył Chrystusowego wezwania „nie lękajcie się” wobec tych, którzy już wykazali, że nie czują lęku. Społeczeństwo nie dzieliło się na bohaterów i tchórzy, lecz na ludzi niejednakowo widzących przyszłość Polski.
Wizerunki papieża zdobiły parkany strajkujących robotników, ale bezkrytyczny i przesadny kult mu nie służył. Stawiane jeszcze za życia i bez protestu z jego strony seryjne pomniki raczej trywializowały niż utwierdzały jego wielkość, zbudowaną na fenomenalnej zdolności nawiązywania bliskiego i serdecznego kontaktu z ludźmi w spotkaniach jednostkowych i w tłumnych zgromadzeniach, także dzięki biegłości w posługiwaniu się środkami retorycznymi i aktorskimi. Tak samo hiperboliczne nazywanie go największym Polakiem w polskich dziejach skłaniało do niestosownych rankingów. Był zawsze zarazem sobą, Karolem Wojtyłą, odbywającym wycieczki kajakowe i przemierzającym górskie szlaki – i kimś grającym rolę wyniesionego na papieski tron, czasem wręcz jawnie, nie bez dystansu, chęci podobania się i poczucia humoru. Jego ambicje literackie wynikały z potrzeby wyrażania własnej duchowości rozlewnymi frazami, błyskającymi niczym diamentową inkrustacją czułym wspomnieniem i obrazową metaforą.
Trwałe są wartości intelektualne, emocjonalne i etyczne encyklik, homilii i przemówień polskiego papieża, ich znaczenie dla umacniania rozwijanych od dziesiątków lat idei ekumenicznych, a nawet tolerancji wobec ludzi pozostających poza Kościołem i przez samą naturę uformowanych z konfliktowym poczuciem własnej tożsamości. Także dla uwydatniania długich ciągów historycznych, wsparcia przynależności Polski do Unii Europejskiej i niepodległościowych aspiracji Ukrainy.
Co więc począć z zarzutami, które boleśnie w pamięć o nim ugodziły? Sprowadzały się one nie do tego, co sam uczynił, ale czego zaniechał, choć nie zawsze jest łatwo to rozróżnić. Był wielkim wyznawcą i nie miał odwagi, aby stać się wielkim reformatorem. Działał i mówił w okresie przełomowym, zapatrzony we wzór prymasa Wyszyńskiego i stworzony przezeń wysoki autorytet polskiego Kościoła. Z nadużyć seksualnych i innych niegodziwości księży, obcych i polskich, musiał zdawać sobie sprawę, tak jak musiał rozważyć we własnym sumieniu, czy w przełomowym czasie historycznym, kiedy kruszona była potęga komunizmu, piastowana idea wzniosłości Kościoła dałaby się pogodzić z prowadzoną na szeroką skalę akcją oczyszczania go z grzechów.
Zapewne uznał, że takiej roli by nie podołał. Był stworzony do czynienia dobra, nie umiał jawnie piętnować zła, i czuł w polskim, a potem watykańskim otoczeniu, że nie tego oczekuje ono od głowy Kościoła. Jak mógłby stanąć na czele ruchu, którego podlegli mu inni hierarchowie by nie podjęli, bo chciały go wówczas tylko wołające na puszczy jednostki? Idea zwalczania zła dobrem nie zawsze się sprawdzała, tak postępował też Chrystus, burząc kramy i nakazując rzucić w ogień wyrwane z korzeniami bezpłodne drzewa. Myślę, że czując swoją siłę i zarazem niemoc przeżywał dramaty, które ukrywał i które trudno nam sobie dziś wyobrazić.
Autor tekstu: Andrzej Lam









