Prezes straszy, że Polska zginie, jeśli liberałowie z lewicą utrzymają się u koryta. Może on i jakąś tam wizję Polski ma, choć nigdy jej przedstawić nie potrafił. Jako deklarujący się patriota nie mówi, co w Polsce ceni, co pojmuje z jej historii, co jest mu bliskie w jej literaturze i sztuce, jakie postacie mu imponują, gdzie widzi sukcesy, a gdzie klęski i stracone szanse, jak widzi przyszłość (poza zapamiętanym z dzieciństwa „doganianiem Zachodu”). Nie każdy polityk musi o tym mówić, ale jeśli komuś wyraz „Polska” nie schodzi z ust, to zawsze zaciekawia, co ma na myśli. A tu nic, tylko suwerenność i suwerenność. Same ogólniki, wsparte niezłomnym przekonaniem o prawdziwości mirażu (a to zamach, a to niebezpieczeństwo niemieckie – jakie? może Lidl? może przepychanie emigrantów? – ale samozwańcza czujka nie złapała, zdaje się, ani jednego). Jakieś z młodzieńczych kompleksów wysnute rojenia wyśmiewanego chłopca o odegraniu się, o sile, wielkości i odwecie? Biorąca się stąd wszech-podejrzliwość? Realizacja tych rojeń {budowa elektrowni ostrołęckiej, przekop mierzei bez wielkiej żeglugi, lotnisko w Radomiu, urządzenie Trybunału Konstytucyjnego, fuzja Orlenu) zawsze utykała na doborze ludzi: wybrańcy broili na własne sposoby. A może nie było równie deklarujących oddanie? I nie ma co liczyć, aby w przyszłości stało się inaczej.









