Osoby ważne w moim życiu. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXXIX

1
Na zdjęciu: od lewej: na I planie Artyści - Tomecki i Aniserowicz, w głębi autor autobiografii; z prawej p. Mikołajtis i p.: Lengren oraz (poniżej) Lucjan Kydryński

O Michale Misiornym, Zbigniewie Lengrenie, Henryku Huberze, Ziemowicie Mikołajtisie, Bronisławie Tomeckim, Lucjanie Kydryńskim i Ernie Rosenstein (z nimi też byłem w serdecznej przyjaźni)

Był czas, kiedy byli powszechnie znani, lubiani, podziwiani i cenieni, dlatego chciałbym dziś przywołać Ich w swojej pamięci,  ale też przypomnieć naszym Czytelnikom poprzez swoją współpracę z Nimi.

Michał Misiorny,

którego głos wciąż  „słyszę” w słuchawce telefonu i nie zapomnę go nigdy!

Przed Jego śmiercią wspólnie pracowaliśmy nad nowym uniwersalnym słownikiem niemiecko – polskim i polsko-niemieckim, którego I cz. autorstwa Michała Misiornego (cz. II miała być moja) ukazała się drukiem i rozeszła błyskawicznie.

Słownik zawierał rodzajniki przy rzeczownikach, także ich pełną formę liczby mnogiej oraz ich „wymowę” według transkrypcji wymyślonej przez nas. Również formę ich II przypadku (Genetivu l.p.), według której określa się w niemieckim odmianę rzeczowników przez przypadki.

To samo dotyczyło „użycia” zaimków, przyimków i form czasownikowych…

Krótko mówiąc, w naszym „słowniku” miało być (i częściowo znalazło się w  jego pierwszej części) to wszystko, czego nam brakowało jako studentom i dziś nadal brakuje: uczniom, dorosłym i wszystkim zainteresowanym nauczeniem się tego języka.

Chcieliśmy też podawać (przy trudniejszych wyrazach) rozumienie ich znaczenia w kontekście przykładów ze współczesnej literatury niemieckiej i oraz z przekładów na j. polski.

Michał był pomysłodawcą tej nowej koncepcji słownikowej, będąc absolutnie przekonanym, że taki uniwersalny słownik jest bardzo potrzebny! 

Jednak nie od razu nasze drogi życiowe skrzyżowały się ze sobą, choć razem studiowaliśmy germanistykę na UAM w Poznaniu. Nim doszło do naszej przyjaźni, a potem rzeczywistej współpracy, każdy z nas zajmował się czymś innym – Michał

głównie krytyką literacką, polityką i dziennikarstwem, a ja – tym co dotychczas opisałem we wcześniejszych rozdziałach swojej autobiografii.

Michał miał znakomite pióro „literackie”, pisał znakomite eseje i reportaże! Jego talent dał znać o sobie szczególnie w piśmie „Wyboje”, które po wydarzeniach ’56 roku współtworzył.

Jego pasją ponad wszystko był teatr, którego był prawdziwym koneserem i wybitnym znawcą.

Kochał też miasto, w którym się urodził (i obecnie spoczywa) – Tczew. Ale i… Szczecin, a po nim Warszawa – to były też  Jego „miejscami na Ziemi”.

Był wielkim orędownikiem zagospodarowania Ziem Odzyskanych, współtworząc (gdy pracował w Szczecinie, w którym i ja wtedy pracowałem) „nowopolskie” tradycje kulturalne.

Napisał też znakomitą książkę „Teatry Ziem Zachodnich”!

Podkreślam te społecznikowskie pasje i działania Michała, gdyż one zbliżyły nas do siebie, i to na długo jeszcze, nim rozpoczęliśmy współpracę nad słownikiem.

Ceniłem Go też za to, że swych poglądów nigdy nie zmieniał dla doraźnych korzyści!

Słowem, był… dziennikarzem i pisarzem nieprzekupnym, także tłumaczem literackim, który miał krytyczne poczucie rzeczywistości.

Swoim pisaniem i działaniem wniósł bardzo wiele do dialogu społecznego, a przede wszystkim do rozwoju polskiej kultury, także nauki i praworządności. Jego inspiracje (zawarte w artykułach, książkach i podejmowanych inicjatywach społeczno-kulturalnych, także naukowych) NIGDY nie stracą na aktualności! (Tak myślę)!

                                                                                  *

Podobnego pokroju działaczem i znakomitym twórcą był też dla mnie (i pozostanie „na wieki”) Zbigniew Lengren!

Gdy poznaliśmy się i na dobre zaprzyjaźnili, był  ode mnie dużo starszym Panem! Jeśli ktoś z młodszych Czytelników nie pamięta kim był ten wspaniały Artysta i ciekawy Człowiek, to przypomnę, że: urodził się w 1919r. Studiował najpierw architekturę na Politechnice Warszawskiej, a potem w Toruniu na Wydziale Sztuki w Uniwersytecie im. M. Kopernika, który ukończył w 1951 roku.

Podczas wojny obronnej w 1939r. Zbigniew Lengren był podchorążym rezerwy artylerii  lekkiej w Armii „Pomorze”. Po wojnie, od początku – do ostatniego dnia swego życia – współpracował z wieloma czasopismami, głównie jako rysownik, grafik, i… satyryk. W latach 1950 – 1960 występował też w teatrzykach komediowych i kabaretowych jako konferansjer, wykonując w nich swoje własne teksty! Poważny rozdział w Jego dorobku stanowi twórczość dla dzieci, dość przypomnieć Jego tomik wierszy „O dzieciach czarnych, białych i w paski”.

Pozostawił wiele książek, a w ówczesnym NRD ukazał się nawet wspaniały album monograficzny zatytułowany „Lengren-Buch”. (Szkoda, że nie została wydana w naszym kraju, oczywiście po polsku). Godna pamięci pozostaje też Jego życzliwość dla innych, gościnność oraz osobista skromność. Był też twórcą słynnej postaci prof. Filutka!

A teraz, kilkanaście zdań o niezapomnianym Henryku Huberze,  od którego w zasadzie powinienem zacząć dzisiejszy odcinek swojej autobiografii! Bowiem wiele (naprawdę wiele!) mu zawdzięczam i zawdzięcza także Polska!

Poznałem Henryka i zaprzyjaźniłem z Nim, pod koniec lat 50. ub. wieku w Szczecinie, w którym był wtedy sekretarzem (do spraw kultury) KW partii. Potem, w latach siedemdziesiątych ub. wieku, ponownie spotkałem Go w Warszawie (był wtedy zastępcą red. nacz. wydawnictwa „Książka i Wiedza”, po czym kierował Wydawnictwem „Interpress”, chcąc mnie koniecznie „skaperować” na swoje miejsce, gdy został powołany na „attaché kulturalnego” naszej ambasady w Moskwie. Ja wtedy byłem wicedyrektorem „Centralnej Składnicy Księgarskiej”.  

Zawdzięczam Mu przede wszystkim ogromne wsparcie dla moich działań, jako księgarza, we współtworzeniu Szczecińskiego Klubu Bibliofilów. Współpracowałem z Nim przez wiele lat jako sekretarz i dyr. biura Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, a potem jako kierownik  Wydziału Kultury w Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie   

Pragnę Mu za to w tym odcinku oddać swoją cześć i podziękowanie! (Zmarł w Warszawie, w której się też urodził, w wieku zaledwie 64 lat). Za co dziękuję Mu w szczególności? Ano przede wszystkim za zaufanie, jakim mnie obdarzył po moich polsko-niemieckich perypetiach.

Także i Jego żonie za kontynuowanie (po śmierci Henryka) naszej rodzinnej przyjaźni. Jego ojciec był Austriakiem, inżynierem „od wodociągów”, matka była Polką. Dużo opowiadał mi  o swoim udziale w Powstaniu Warszawskim na Czerniakowie, po którym trafił do obozu na terenie Niemiec. Po wojnie natychmiast wrócił do Polski i poparł lewicowy rząd, który skierował go do pracy w Szczecinie. Dla tego miasta szczególnie uczynił wiele dobrego.

Ceniłem Go, jako zaangażowanego bibliofila, działacza Szczecińskiego Klubu Bibliofilów (który działał w ramach prowadzonej wówczas przeze mnie księgarni P.P. „Domu Książki” nr 16, zwaną „Klubową”. Której był wówczas jednym z najlepszych moich klientów, a jednocześnie był wiceprezesem Szczecińskiego Towarzystwa Kultury (STK)!

Do końca swego życia, będę wspominał i szanował jako człowieka, którego szczerą pasją było dążenie m.in.  do tworzenia NOWYCH TRADYCJI KULTUROWYCH NA POMORZU ZACHODNIM! (W ogóle na Ziemiach Odzyskanych).

Wiele rzeczy, z których dziś słynie i jest dumna Ziemia Szczecińska, jak np. z odbudowanego Zamku Książąt Pomorskich, festiwali, muzeów, teatrów czy prężnych środowisk twórczych,  nadal działającego społecznego ruchu kulturalnego kształtującego POLSKOŚĆ tamtego  regionu, nie powstałoby bez Jego wsparcia i osobistego zaangażowania.

Dałem się wówczas porwać Jego pasji służenia regionowi, a przez to POLSCE (takiej, jaką wówczas była)! A podkreślam tę cechę Henryka Hubera przede wszystkim dlatego, iż dzisiejsza Polska (o czym trzeba pamiętać) nie wyrosła z niczego!

Henryk chciał, aby rozwijał się nie tylko Szczecin, ale i ówczesne powiaty województwa szczecińskiego, pełne w tamtych latach przesiedlonej ludności ze Wschodu. Trzeba było lat i wielu działań, nim Szczecin (województwo Szczecińskie) stało się dzisiejszą POLSKĄ z największym nad Bałtykiem portem, rozbudowaną stocznią i  gospodarką morską, a równolegle do tego – ważnym OŚROKIEM KULTURALNYM I NAUKOWYM w kraju, z  Uniwersytetem na czele! I dobrze, gdyż w Szczecinie Polska się ZACZYNA (a nie kończy)!

Stąd cieszę się , że Jego marzenia (które stały się także moimi) spełniły się! Szczecin szczyci się dziś nie tylko Uniwersytetem, ale wieloma wyższymi uczelniami, prężnymi instytucjami kultury i środowiskami twórczymi.  

Henryk był NIESPOŻYTYM w popieraniu wszystkich tych przeobrażeń, czemu niewątpliwie służyły też gminne, powiatowe i wojewódzkie Sejmiki Kultury, Zjazdy Pisarzy Ziem Zachodnich i Północnych, Dni Morza czy akcja zatrudniania absolwentów szkół wyższych w mniejszych miasteczkach i na wsiach całego ówczesnego województwa.

Po wydarzeniach „grudniowych” w Szczecinie (w ogóle na Wybrzeżu) o czym muszę także napisać, był jednym z nielicznych działaczy, który podał się do dymisji i wrócił do Warszawy, w której – podobnie jak w Szczecinie – zamieszkał w skromnym mieszkaniu, z synem Włodzimierzem (który zginął tragicznie w 1980r.) i żoną Bronisławą (lekarką pediatrą z zawodu), która od polityki zawsze trzymała się z daleka.

Był też do końca „swych dni” moim prawdziwym – NIEZAWODNYM – Przyjacielem. Jak m.in. Ziemowit Mikołajtis, który zdobył moje zaufanie i stał się PRZYJACIELEM, za wielkie bezinteresowne zaangażowanie w sprawy kultury Warszawy! (I nie tylko Warszawy, gdyż wiele instytucji kultury stolicy pełni jednocześnie funkcje ogólnopolskie, a nawet międzynarodowe), jak chociażby Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim czy Muzeum Powstania Warszawskiego.

Ziemowit Mikołajtis nie działał „na pokaz” (choć wielu mu nieprzychylnych ludzi tak uważało), gdy pomagał mi w staraniach u najwyższych ówczesnych władz, o przekazanie Zamku Ujazdowskiego na Centrum Sztuki Współczesnej; gdy zainicjował Narodowy Fundusz Ochrony Zabytkowej Kopalni w Wieliczce, gdy w Warszawie chciał założyć Centrum Kultury i Pokoju (podobnie jak Andrzej Fogtt swoją „Wieżę Jedności”, której projekt szczegółowo opisałem w PD w swoim wpisie z dnia 18 sierpnia 2019r.).

Gdy poznałem Ziemowita, był już „na emeryturze”, więc tym bardziej poświęcał wtedy cały swój wolny czas na społecznie użyteczne inicjatywy. Wsparł wówczas ideę realizacji Ośrodków Kultury Plastycznej w szkołach na terenie m.st. Warszawy (których bezpośrednim inicjatorem był p. Wojciech Czapski).

Ziemowit Mikołajtis miał też „konika” na punkcie „Warszawskiego lata Kulturalnego”, rozumianego jako „letni festiwal kulturalny”, prezentujący w okresie wakacyjnym mieszkańcom Warszawy oraz licznym  w tym okresie turystom z całego świata, dorobek warszawskich instytucji kulturalnych i środowisk twórczych.

Ziemowit był też niespożyty w szukaniu sponsorów i sojuszników dla ciągłego doskonalenia oferty kulturalnej, oddziaływania Warszawy na życie kulturalne Mazowsza i całego kraju! Wykładał też – w spełniających ważną rolę w różnych przedsięwzięciach, które służyły dokształcaniu kadr „dla kultury” (organizowanych początkowo przez CPARĘ, a potem kierowany przeze mnie COMUK), szczególnie dla domów kultury i dla potrzeb rozwoju amatorskiej twórczości artystycznej.

Prowadził też zajęcia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Akademii Sztuk Pięknych. Był też Ziemowit świetnym tłumaczem literackim, m.in. z klasyki indyjskiej, czeskiej, słowackiej i  hiszpańskiej.

A już zupełnie „porwał mnie” swoim zaangażowaniem i organizacją „w starej rotundzie gazowni w Warszawie” (przy ul. Prądzyńskiego, co na pewno wiele osób do dziś pamięta) –  wielkiej wystawy poświęconej Powstaniu Warszawskiemu, która poprzedziła powstanie Muzeum Powstania Warszawskiego, którego był gorącym orędownikiem!

Ziemowicie nie zapomnę nigdy naszych licznych spotkań, rozmów i wspólnych działań!

Jak nie zapomnę też Bronisława Tomeckiego. „Warszawskie pejzaże, architektura i zabytki” były Jego ulubionymi tematami twórczości, choć malował też „abstrakcje”. Był jednocześnie Artystą i… nauczycielem plastyki  w szkołach! Przez wiele lat organizatorem centralnych wystaw dla nauczycieli plastyków!

Choć, gdy Go poznałem (podobnie jak Lengren) – był już mocno starszym Panem, jednak szybko się zaprzyjaźniliśmy. Zresztą ciągle udowadniał nam (mnie i mojej żonie), że w twórczości „nie ma emerytury”. Nieustannie zabiegał o to, aby jak najwięcej artystów podejmowało pracę w szkołach, wtajemniczając uczniów w tę osobliwą dziedzinę sztuki.

Był mistrzem przed wszystkim małych form malarskich (szczególnie lubianych przez młodzież) – w Jego wykonaniu  były to prawdziwe „arcydziełka”, wykonywane najrozmaitszymi technikami: drzeworyt, linoryt, gumoryt,, monotypia, rysunek.

Wśród tych miniaturek wyróżniał się cykl wariacji na temat Szopki Betlejemskiej! Ale czegóż to Tomecki nie malował w swoim długim życiu?

Utkwił mi się też w pamięci Jego cykl grafik „Przeciw wojnie”! Jak i zestaw ilustracji do książki J. Londona „Zew krwi”. Jego skromna pracownia na poddaszu domu na Saskiej Kępie (w której często sami i rodzinnie się spotykaliśmy, rozmawiając o sztuce, poprawie warunków uprawiania sztuki, a zwłaszcza o etatach dla art. plastyków w szkołach) – pękała w szwach od setek pamiątek, dyplomów, listów gratulacyjnych, a przede wszystkim nowych obrazów.

I choć miał p. Tomecki wielkich nauczycieli, m.in. Ruszczyca, Ślendzińskiego czy Niesiołowskiego – „uczeń” prześcignął swoich mistrzów!

Nigdy też nie zapomnę Lucjana Kydryńskiego!

I nadal paraliżuje myśl, że już nigdy nie zobaczymy Go na estradzie. Był jedynym w swoim rodzaju konferansjerem. Chodzącą encyklopedią i niedoścignionym znawcą muzyki „lekkiej, łatwej i przyjemnej” (jak sam swoją upublicznianą pasję nazywał!).

Lucjan Kydryński przez lata – kiedy żył i pracował – kształtował gusta kilku pokoleń młodzieży. I ukształtował też moje!

Jego „audycje nocne” (odbywały się o dość późnej porze) pozwalały mojemu pokoleniu na utrzymanie kontaktu z muzyką tzw. „wolnego świata”. Która wbrew oficjalnej polityce znajdowała powszechne naśladownictwo w Polsce, w której jak „grzyby po deszczu” mieliśmy w pewnym okresie istny wysyp zespołów i piosenkarzy naśladujących „muzykę Zachodu”.

Stąd, gdy dane mi było sprawowanie w kulturze warszawskiej odpowiedzialnej funkcji „za jej rozwój”, Lucjan stał się szczególnie mi bliską osobą. Zaprzyjaźniłem się z Nim i zawsze chętnie doradzał, gdy Go o to prosiłem.

Był nie tylko wspaniałym krytykiem muzycznym, ale znał się i  interesował również literaturą. Sam wydał kilka książek, recenzował publikacje innych.

Zaimponował mi znajomością literatury niemieckiej i popieraniem współpracy z Niemcami. Był też zwolennikiem Warszawskiego Lata Kulturalnego, aby w okresie „wakacyjnym” w Warszawie czynne były teatry, odbywały się koncerty, zapełniała się widownia  Teatru w Łazienkach, kwitł kulturalnie Pałac i Ogród w Wilanowie i inne historyczne miejsca w stolicy.

Dla mnie niezwykle cenne było to, iż mimo, że Lucjan był żarliwym zwolennikiem zmian ustrojowych w Polsce, miał zawsze wyważony stosunek do współczesnego dorobku kulturalnego Polski.

Nie będzie już drugiego Lucjana Kydryńskiego. Wytwornego, eleganckiego i przystojnego Pana, zwykle uśmiechniętego i jakże wspaniale władającego nienaganną polszczyzną. Imponował chyba każdemu (nie tylko mnie) swoim światowym obyciem i niezwykłą elegancją stroju i bycia. Godną naśladowania manierą!

To dla Niego chodziło się częstokroć na koncerty. To za nim podążało się na festiwale – szczególnie do Sopotu – włączało telewizor lub radio, bo nikt lepiej od Niego nie wtajemniczał w tzw. życie artystyczne i tak nie opowiadał o muzyce rozrywkowej. A i z Haliną Kunicką stanowili parę, z którą chciało się spotykać i po prostu być z Nimi.

I na zakończenie dzisiejszego odcinka (może zaskoczę tym swych Czytelników, ale nie mogę  pominąć Jej w swoich wspomnieniach): Erna Rosenstein! Którą bliżej poznałem, spotykając się z prof. Arturem Sandauerem (którego była żoną), dyskutując z nim o Jego przekładach „Fausta” Goethego.

Erna na tę okoliczność zawsze przygotowywała znakomite kolacyjki, pokazując „przy okazji” swoje obrazy i mówiła mi, „co myśli na temat (OCZYWIŚCIE KRYTYCZNIE, w czym wtórował  Jej mąż) tzw. mecenatu państwowego nad kulturą i sztuką”  (którym się wówczas zajmowałem).

Często dochodziło z tego powodu między nami do ostrych sporów, ale skoro zapraszali (myślałem sobie), darzyli mnie zaufaniem i tak rzeczywiście było. Wdzięczny Im jestem za to, gdyż dzięki temu udało mi się rozwiązać w zakresie „plastyki” wiele nabrzmiałych problemów (pisałem o nich w odcinku poświęconym mojej pracy w departamencie plastyki MKiS).

Dziś trochę ciepłych myśli chcę poświęcić malarstwu Erny, które przy każdym spotkaniu czy na wystawach, robiło na mnie ogromne wrażenie i pozostaje we współczesnej sztuce polskiej TRWAŁĄ WARTOŚCIĄ.

Erna była dadaistką (chyba jedyną w sztuce polskiej?) z prawdziwego zdarzenia! Traktowała elementy codzienności jako zjawiska poetyckie, z których rodziły się niezwykłe zjawiska wizualne. Choć wielu krytyków zalicza Artystkę do surrealistów.

Moim zdaniem reprezentowała jeszcze coś więcej: INTEGRALNOŚĆ SZTUKI – słowa i obrazu! Lepiła te „obrazki” (jak skromnie o swoich „dziełach” mówiła) z poetyckiego wosku! Była współzałożycielką tzw. Grupy Krakowskiej.

Nikt w Polsce moim zdaniem – nie malował tak jak Ona! I do tego pisała wiersze. I…

organizowała niemal na każdej swojej wystawie NIEZAPOMNIANE happeningi, każąc np. przybyłym na wystawę gościom kończyć rozpoczęte przez nią wiersze! I częstując ich „erno-kulkami”, drobnymi ciasteczkami z płatków kakaowych.

Erna miała przy tym szlachetne przesłanie, powiedziała mi kiedyś: „chciałabym, aby to utrwalone przeze mnie na moich ‘obrazkach’ – to urojone i prawdziwe – nie przemijało tak szybko”. Co do tego dodać? Tworzyła sztukę, o której zapomnieć trudno!

                                                                *

Cd. nastąpi i będzie miał tytuł „Moja (oby nie ostatnia) podróż do Ahrbergen”

Poprzedni artykułModel polityka popularnego, czyli jak wygrać wybory
Następny artykułKsiążki, które mogą zainteresować
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS. Rok 2024 owocował w dalsze dokonania twórcze Karola Czejarka. Oprócz 30 opublikowanych w PD artkułów, recenzji książkowych, pożegnań i rozmów, również wydanie dwóch publikacji książkowych: przekładu (z j. niemieckiego na polski) Hansa-Gerda Warmanna „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” (TSKŻ, Szczecin 2024) oraz „Autobiografii. Moja droga przez życie” (Biblioteka Świętokrzyska, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2024). W kwietniu 2025 ukazała się monografia autora o życiu i twórczości Bronisławy Wilimowskiej „Wszystko było dla niej malarstwem” (w Wydawnictwie ASPRA-JR).

1 KOMENTARZ

  1. Kolejne grono rozświetlające szarość. Łączy go talent i twórczy nerw. Osiadanie na laurach jest mu obce, wciąż szuka luk, które można wypełnić, znajduje je i w niezmordowany sposób wkleja autorskie wizje. Tego nie można się nauczyć, przeczytać w wytycznych. Niezmarnowanie takiego daru wcale nie jest takie łatwe. A wychwycenie tej nieprzeciętności, jest jak umiejętność szybkiego czytania. Wzrok omiata się nic nie znaczące fragmenty i bezbłędnie wychwytuje każde, ważne słowo, Ewa Łastowiecka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj