Od dwóch miesięcy nie padało. Drzewa prowadziły poszukiwania pod ziemią, przeczesując korzeniami suchą glebę. Korzenie, ostre jak żyletki, przecinały każdą nabrzmiałą od wody arterię.
Wiosna tamtego roku 1940 była w pełnej krasie, było ciepło i słonecznie – tak, jak oczekiwali partyzanci stacjonujący w obozowisku, pod gołym niebem. Bo o kwietniowej pogodzie można powiedzieć wszystko – może być wietrznie, zimno, deszczowo, a nawet śnieżnie. Biało – żółto – fioletowy dywan otulał obozowisko, zdobił łąki i las. „Mokry las” i łąki pokrywały kobierce kaczeńców. Kaczeńce to jeden z najpiękniejszych posłańców wiosny.
Po starciu z Niemcami 29 kwietnia rano, Niemcy ostatecznie ustalili miejsce postoju oddziału. Cały dzień oddział zbiera się, nie wchodzą w las. Jednak wobec narastającego zagrożenia, pod wieczór „Hubal” zarządził pogotowie marszowe. Twarz miał pogodną, a nawet wesołą. Nastrój komendanta udzielił się natychmiast żołnierzom.
W zapadających ciemnościach oddział opuścił obozowisko pod Wólką Kuligowską i, idąc podmokłym odcinkiem, lasu skierował się na południe. Na pustej, odkrytej przestrzeni, poprzecinanej brzozowymi zagajnikami, z wilgotnych oparów mgły wyłonił się Oddział Wydzielony Wojska Polskiego, majora „Hubala”, idący stępa. Kilkunastu jeźdźców w nieuporządkowanym szyku, prowadzonych było przez swego komendanta majora Henryka Dobrzańskiego – oficera o nieugiętej, władczej, brawurowej urodzie, przygaszonej nieco zmęczeniem, jakie niesie wojna.
Oddział przeskoczył strumień, wspiął się na niewielkie obłe wzniesienie, minął brzezinę upstrzoną tu i ówdzie rachitycznymi sosenkami. Leśną ścieżką przeciął drogę Małoszyce – Mysiakowiec i poszedł w kierunku młyna Stefanów nad rzeką Studzianną. Wysłany wachmistrz Rodziewicz z patrolem rozpoznawczym, po powrocie zameldował, że okolica jest pełna Niemców. Ruszają jednak dalej, podchodzą pod Fryszerkę – małe osiedle. Pukają ostrożnie do chaty młynarza. Drzwi otwiera sam gospodarz. Poznał i zaniemówił.
– O Matko Najświętsza -mówi ściszonym głosem. – W stodole dwa plutony wermachtowców śpi.
Powiedział również, że według jego rozeznania wolny od Niemców jest lewy brzeg Pilicy i sugerował przejście na drugą stronę rzeki. Ponadto twierdził, że pierścień obławy sięga prawdopodobnie pod Anielin. Jeśli zatem uda się oddziałowi tam dojść, co nie będzie łatwe, to istnieje szansa wyjścia z okrążenia.
– Poprowadzi pan?
– Zgoda – młynarz opuszcza cichcem dom.
Oddział ruszył.
Mgła, jak to wiosną, nie uniosła się, lecz melancholijnie rozsnuła, pogrążając wszystko w zimnej, przejmującej zawiesinie.
Major uderzał od czasu do czasu otwartą dłonią w rękojeść przytroczonej do siodła szabli, ściągał wodze w lewo lub w prawo, toczył koniem w tę i tamtą, zrywał go lub powstrzymywał, okrążał oddział krótkimi łukami z jednej lub drugiej strony, wybijając go z rytmu.
Ledwo ruszyli, już przed nimi nasyp drogi.
– W ciągu dnia organizowali tam Niemcy stanowiska ogniowe – pójdę sprawdzić – mówi młynarz do majora.
Poszedł i natychmiast z tamtej strony strzelanina.
– W konie! – skokiem przez nasyp – padła komenda majora.
W uszach słychać tętent kopyt, szaleńczy, wygrywający opętańczy rytm, konie poruszają się jak w amoku; wydaje się, że jeszcze chwilka, a nie przejdą.
Przeskoczyli mimo piekielnego ognia bez strat. Wjechał
i ponownie w las i już Anielin. W pobliżu wsi słychać ujadanie psów. Oddział ominął wieś, kierując się w stronę lasu. O świcie dotarli do zagajnika przylegającego do wysokopiennego lasu, gdzie major zarządził postój.
– Zaszyjemy się tu – mówi „Hubal”.
Żołnierze zsiedli z koni i zagłębili się w sosnowy zagajnik, zatrzymując się na odpoczynek. Gęsty zagajnik z małymi polankami, na których rozmieszczono konie, dawał wyczerpanym żołnierzom poczucie bezpieczeństwa. Również major odniósł podobne wrażenie, gdyż powiedział:
– „No, tu nas nikt nie znajdzie”. – Jutro przewali się obława i odsadzimy się kilkadziesiąt kilometrów. Dodał jeszcze, że w wypadku rozproszenia miejscem zbiórki będzie zagroda sołtysa w Rzeczycy.
– Wartę rozstawiono – zameldował Ossowski. – Na obserwatora od strony Anielina, został wyznaczony kapral Lisiecki „Zemsta”.
„Hubal” położył się na przygotowanym mu posłaniu. Wokół, na innych polankach wśród gęstwiny, ułożyli się żołnierze i wkrótce sen zmorzył wyczerpanych trudnym nocnym marszem hubalczyków. Było ich dziewiętnastu.
A śpiącym, utrudzonym żołnierzom koncertowały gwiazdy puszczańskiej estrady – to prawdziwa uczta dla ucha – kombinacje perlistych, wibrujących treli komponujące się z basowym pohukiwaniem puszczyków i dostojnym klangorem żurawi. A wszytko to w takt miarowego stuku dzięciołowego dzioba… Choć wiosenni przybysze nadają ton puszczańskiej muzyce, zimujące w leśnym mateczniku sójki, wróbelki, trznadle, sikorki czy kowaliki niczym nie ustępują przybyszom. Ćwierkające na cały regulator ptasie radio budzi i usypia las i partyzantów – szczyt audycji przypada bowiem rano i na wieczór. Ze wschodem słońca zapada cisza.?
Kapral „Zemsta” ocknął się z drzemki ujrzał przed sobą Niemca, który trzyma karabin z przystawionym do jego piersi bagnetem. Wydawało mu się, że śni – uspokaja się i „odpływa” w dziwny spokój lasu. Potrząsa głową, szeroko otwiera oczy, wschodzące słońce rozpalało złote ognie po srebrnej rosie trawy, barwiło fioletem, oślepiało. Zapanował dziwny spokój. Najlżejszy podmuch wiaterku nie mącił ciszy lasu. Tylko czasami zaszczebiotała gdzieś mała ptaszyna w gęstwinie i nagle urwała – jakby zawstydzona… Znów z wysiłkiem otwiera oczy i widzi Niemca o pół kroku przed sobą z nastawionym karabinem. „Zemsta” błyskawicznym ruchem wyrwał Niemcowi karabin i pobiegł do podchorążego Ossowskiego zameldować, że są Niemcy.?Ossowski, natychmiast złożył meldunek majorowi „Hubalowi”:
– Panie majorze Niemcy!
Major zerwał się z posłania i włożył na siebie kożuszek. Zauważył czołgających się w jego kierunku dwóch Niemców. Ossowski strzelił z pistoletu do znajdującego się najbliżej Niemca, który zginął na miejscu.
Ze wszystkich stron narastały serie niemieckiej broni maszynowej, suche strzały pistoletowe i galop pędzących przez las koni. Wszędzie słychać było potęgującą się strzelaninę. „Hubal” przyklęknął w zagajniku i ujrzał przechodzących tuż obok żołnierzy niemieckich, do których oddał kilka strzałów z pistoletu.
Po wymianie ognia z Niemcami „Hubal” przedostał się na polankę. W chwili, gdy dosiadał konia, ostrzelany został z broni maszynowej. Poległ od śmiertelnego postrzału w serce. Jeden z pocisków przeszył mu lewą dłoń.
Pułkownik Wojciech Borzobohaty, szef sztabu Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK, odnosząc się po latach do historii oddziału majora Dobrzańskiego, podkreślał: „Należy pamiętać o tym, że działalność Hubala obok wymowy historycznej miała kapitalne znaczenie moralne i polityczne, które w pierwszym okresie wojny w znacznym stopniu przyczyniło się do otrząśnięcia się społeczeństwa z przygnębienia wywołanego klęską wrześniową, a legenda o hubalczykach odegrała poważną rolę w późniejszym masowym ruchu partyzancki”.









