Minęła piąta, po ścianach baraku zadudniły uderzenia i rozległo się wołanie na całe gardło:
– Wychodzić, wychodzić! Apel wieczorny! Apel!
Tłumacz pośpiesznie przemierzał uliczki obozu, dudnił kijem po deskach i powtarzał swoje nawoływanie.
Jeńcy budzili się z płytkiej drzemki, otrząsali z drętwoty, patrzyli nieprzytomnie dookoła i z lękiem słuchali tych okrzyków. Z trudem prostowali obolałe nogi. Czuli, że coś się zaczyna, coś niedobrego.
W obozie razem z ludźmi ożyły także psy, które poprzedniego dnia przyjechały z gestapowcami. Szarpały się na smyczach, miękkim, drapieżnym i nerwowym krokiem szły obok swych panów, którzy obchodzili dookoła plac. Strażnicy obozowi również rozsypali się wzdłuż ogrodzenia i pilnowali, żeby nikt nie uciekł.
Jeńcem obozu był kapral Wacek Kwaśniewski, dowódca drużyny 2 pułku strzelców konnych w Sanoku. Wacek pochodził ze Sroczkowa wsi położonej koło Pacanowa.
Do niewoli dostał się po bitwie pod Broniną.
Z początkiem października pociągiem przywieziono go w grupie jeńców do Oflagu II B Arnswald, położonego w dzisiejszym Choszcznie. Obóz podzielony był na trzy strefy. Każda była ogrodzona. Do podwójnego płotu jeńcom nie wolno było się zbliżać. Miało to zapobiegać ucieczkom. Przebywanie w odległości mniejszej niż na około dwa metry groziło, że Niemiec z budki wartowniczej otworzy ogień.
Po kilku dniach od przekroczenia bramy obozu przez Kwaśniewskiego okazało się, że przebywają tutaj „najlepsi z najlepszych” – jeńcy, od których można nauczyć się najnowszych technik ucieczek, wymienić się doświadczeniami, a przede wszystkim – podjąć wyzwanie i udowodnić Niemcom, że ich obóz nie jest wcale taki straszny dla ludzi obdarzonych wyobraźnią i determinacją. W obozie działały specjalne sekcje, składające się z jeńców, które zajmowały się ucieczkami „naziemnymi”, podziemnymi, przygotowaniem dokumentów, map…
Kapral Kwaśniewski planując ucieczkę nawiązał ścisłą współpracę z dwoma jeszcze podoficerami – Heńkiem i Władkiem. Formą przygotowania były ciągłe marsze po dziedzińcu obozowym i ćwiczenia powitania Heil Hitler – co w zasadzie, nie wzbudzając podejrzeń, można było robić jedynie w ubikacji. Podczas rozmów snuli plany, co będą robić po odzyskaniu wolności.
W międzyczasie cała trójka zdobyła cywilne ubrania, kompas, fałszywe dokumenty oraz pieniądze. Zakładano, że po opuszczeniu obozu uciekinierzy będą kierować się w stronę okupowanej Polski.
Moment ucieczki zaplanowano w święto Trzech Króli nocą, 6 stycznia 1940 roku. Kwaśniewski podczas przechodzenia przez płot zranił dłoń znacząc trasę ucieczki śladem krwi. Jak się jednak okazało władze obozowe nie zauważyły zniknięcia trzech jeńców. A oni po przedostaniu się na wolność początkowo biegli, potem przeszli w szybki marsz.
Śnieg chrzęścił pod nogami. Ziąb był tak ostry, że oddech w nosach zamarzał, oczy wilgotniały lodowatymi łzami, mięśnie stawały się napięte. Nogi i palce zaczęły dotkliwie boleć. Księżyc, dojrzały niby srebrna misa, wyszedł z poza chmur i jasno oświetlał drogę. Pędzili milcząc, zziębnięci, z twarzami poukrywanymi w kołnierze płaszczy podszytych wiatrem. Po kilku kilometrach zatrzymali się na wysokim wzgórzu na krótki odpoczynek. W oddali majaczyła sylwetka ich byłego więzienia: piękna, spokojna, majestatyczna i wystarczająco niedostępna budowla, która dominowała nad całą okolicą. Szczęśliwie dotąd, uniknęli pościgu.
Ruszyli dalej. Z każdym kilometrem i z każdą godziną zima kroczyła naprzód, mróz tężał, śnieg kłębił się i dłużyła się noc. Pola i łąki wiatr omiótł na gładko ze śniegu, tworząc na skraju lasu zaspy nie do przebycia, więc uradzili, by zaniechać dzikiej drogi skrajem lasów i maszerować utartymi szlakami wzdłuż rzeki, omijając osiedla ludzkie. Mróz tak spotężniał, że wzbraniali się noclegu pod gołym niebem i wytrwale maszerowali dalej. Kwaśniewski prowadził, wybierając lepszą drogę… Od czasu do czasu spoglądał na fosforyzującą strzałkę zawieszonego na piersi kompasu. Prowadził na wschód.
Po pewnym czasie księżyc zasłoniły chmury, nastąpiła całkowita ciemność. Z trudem przebrnęli przez łąkę pociętą rowami, potem przedarli się przez gęste zarośla. Nagle znaleźli się nad brzegiem zamarzniętej rzeki, matowo lśniącej w ciemności.
Szli w milczeniu jak cienie, skwapliwie zachowując dystans, aby się nie zgubić. Skakali w ciemności przez rowy, czasem w nie wpadając. Weszli w gęsty sosnowy las. Z wysiłkiem zdobywając każdy krok dążyli naprzód. Uporczywie walczyli z zaroślami o drogę. Poszczególne gałęzie prężyły się jak stalowe druty, zagradzając przejście. Czepiały się ubrania, biły po twarzach i rękach – wszelkimi sposobami broniły przejścia ścieżką.
Szli prawie w rozpaczy, oczekując wyjścia na lepszą drogę. Położenie Władka i Heńka pogorszała okoliczność, że nadwyrężyli sobie ścięgna stóp.
Po pewnym czasie dotarli do wysokiego iglastego lasu. W wśród gęstego lasu rozpalili nieduże ognisko. Siedzieli przy nim nieruchomo, głodni, wycieńczeni, czując ból na całym ciele. Wokoło drzemał tajemniczy, czarny, milczący las. Gorące, wesołe iskry ogniska pędziły w górę i konały w zimnych, śnieżnych czapach na gałęziach jodeł. Ledwie widziany płomyk, jak gdyby świętojański robaczek, trzepotał się w ciemnościach. Drzemali kolejno – po dwóch. Jęczeli, zgrzytali zębami, zaciskali pięści.
Po godzinie przemarznięci do szpiku kości drżąc z zimna, ruszyli w dalszą drogę. Wstawał mglisty, mroźny poranek. Światło dzienne z trudnością przedzierało się między olbrzymimi kolumnami czarnych, ponurych, w mgłę otulonych drzew.
Po godzinie marszu wąską, leśną drogą wyszli na brzeg olbrzymiej polany, otoczonej z czterech stron czarną ścianą lasu. Pośrodku jej widać było starą opuszczoną chatę i zabudowania gospodarcze.
Kwaśniewski polecił kolegom zaczekać w ukryciu, sam zaś wszedł do chałupy.
– Zobaczę powiedział przed otwarciem drzwi – czy wszystko w porządku. Jeśli tak, to was zawołam.
Zniknął za drzwiami prowadzących do sieni. Wkrótce wyszedł i zawołał kolegów do chałupy. Dom był niezamieszkały, pusty. Tu postanowili odpocząć i nabrać sił do dalszej wędrówki. Byli głodni i bardzo zmęczeni. Pokaleczone stopy spuchły im. Ich marsz po bezdrożach i przedzieranie się lasami trwał ponad siedem godzin, bez snu i wypoczynku. Okaleczona ręka Wacka Kwaśniewskiego bolała, iść mógł, ale ból stale wzrastał. Heniek podczas przeskakiwania przez rów upadł i podbił sobie oko, na które prawie nie widział. Znajdowali się teraz pod dachem, ale nie czuli się zupełnie bezpiecznie.
Napalili pod kuchnią, zjedli część z zapasów, które zabrali ze sobą. Starannie umyli nogi i wysuszyli przy kuchni. Znaleźli jakąś starą lnianą koszulę, z której wycięli trzy pary onuc. Owinęli nimi stopy. Nogom od razu zrobiło się lżej, chociaż Heńkowi opuchlizna nie ustępowała.
Potem zaryglowali drzwi wejściowe, pookrywali się, czym kto mógł i poszli spać. Cisza zapadła nagle, cisza pełna dręczącego oczekiwania. Zasnęli z przyczajoną uwagą, skupieni aż do martwoty, w pełni szarpiącego niepokoju i ledwie powstrzymywanych dygotów trwogi.
Czas przemijał w przerażającym milczeniu, w dławiącej okropnej ciszy trwożnych przeczuwań i tylko od czasu do czasu jakieś stłumione westchnienie wionęło w ciemnościach, podłoga zatrzeszczała, aż drgnęli gwałtownie, to nierozpoznany szelest, jakby lot ptaka, okrążał ich głowy, łopotał po domu, wiał chłodem na rozgorączkowane twarze i marł w mrokach rozełkanym szelestem…
A za oknami domu zawierucha śnieżna zaczęła wysuwać się z mroków i ogarnęła ziemię. Bełkotliwa, bezustannie szalała, to znów cicho skowyczała i po szybach wymalowanych przez mróz w pióropusze, gałązki czy kwiaty, miotała wściekle nieskończonymi sznurami srebrnych płatków i kryształków śniegu. Szemrała sennie, szemrała lękliwie; to znów wicher świszczący obijał się o szyby i ze zduszonym, żałosnym krzykiem obsuwał się martwo po ścianach. A potem drzewa, podobne do strzępiastych chmur, drzewa ślepe, zawodziły rozpaczliwie, pochylały się zaglądając do okien, chwiały się cieniem ledwie uchwytnym, jak sen zapomniany i jak sen przepadły w mrokach.
Nazajutrz obudzili się koło południa. Z trudem prostowali obolałe nogi. Krótki, męczący sen nie przyniósł odpoczynku. Zdawało się, że dziś nie zdołają zrobić ani kroku na piekących, spuchniętych nogach. Usiedli i naradzali się co dalej? Kwaśniewski opowiadał swój sen: „Jestem w oflagu, w pewnym momencie brama obozu się otwiera, strażnik przepuszcza mnie z ukłonem, drugi też mi się kłania, wyprowadza poza bramę obozu i życzy szczęśliwej drogi do domu. Wychodzę, właściwie czuję, że wypływam w wolny świat. Jestem lekki jak barwne motyle, co latają razem ze mną. Zieleń wokoło, nie parkowa, strzyżona, ale bujna zieleń, łąki w blasku porannego słońca. Na wprost jaśmin i bez, z tego kwitnącego gąszczu wchodzę do mojego rodzinnego domu.
– Witaj Wacku, podobno wiele przemierzyłeś krajów – woła matka na powitanie, wyciągając do niego ręce.
– A ty tyle wycierpiałaś, matko! Ale ja zawsze pamiętałem o tobie…!”
– Każdy ma jakieś swoje marzenia, sny – tylko, żeby się one spełniły – odezwał się Władek.
Wszyscy uznali sen Wacka, za dobry znak na dalszą wędrówkę.
Opuścili starą chatę po północy, za nimi pozostały zabudowania domu, który dał im schronienie i wypoczynek. Noc była chmurna i mglista. Mróz zelżał znacznie, mgły opadły nisko, a lekki , leniwy wiatr kłębił je i mierzwił nad poprzecinanymi rowami i kawałkami gładkich pól.
Weszli do lasu. Teraz czuli się bezpieczni. Wiedzieli, że tu nikt nie zdoła ich ująć. Po trzech godzinach marszu przez duży mroczny, mieszany las, znaleźli wąską drogę. Poszli po niej i wydostali się na skraj lasu. Przed nim szeroko rozciągały się łąki. Z lewej strony rozpościerał się zagajnik. Z dala dolatywały dźwięki świadczące o bliskości osiedla: ryczenie bydła, szczekanie psów. Ominęli z daleka wieś. Błądzili po polach, lasach, łąkach, drogach, wciąż kierując się na wschód. Pod koniec nocy, straciwszy doszczętnie siły, doszli do rozległej łąki. Zauważyli na niej duży stóg siana, wydrążyli w nim obszerne legowisko, wsunęli się tam, zamaskowali wejście i usnęli… Po szalonej ucieczce usypiali z nadzieją, że kontuzje i bóle nóg do rana ustąpią. Spali kolejno. Mieli trwożne sny. Budzili się z głodu i bólu.
Kwaśniewskiego obudził chłód poranka, przenikający z zewnątrz do ich kryjówki.
?- Pobudka chłopcy! – zawołał Wacek do śpiących na legowisku w stogu siana. Na śniadanie mamy po pajdzie chleba, to koniec zapasów, wygrzebany jeszcze z plecaka. Po długim głodzie chleb ten suchy, wydał się najrozkoszniejszym jedzeniem…
Po „śniadaniu” opatrzyli obolałe nogi. Zawinęli w wysuszone onuce i z trudem wciągnęli na nie buty. Władek poprawił Kwaśniewskiemu opatrunek ręki i ruszyli w dalszą drogę. Znów szli tym samym krokiem, który niósł ich już przez tyle kilometrów. Tak samo powłóczyli nogami, stukali podeszwami butów o zmarznięte podłoże i rozdeptywali na miazgę brudny śnieg. Dzień wydawał im się nieznośnie długi, a droga bezlitośnie daleka.
Postanowili tego dnia dojść koniecznie do najbliższego miasteczka Schloppe (obecnie w granicach Polski Człopa), zaopatrzyć się w jedzenie. Dotychczasowym marszem byli już zupełnie wyczerpani. Heniek gorączkował. Rana na ręce Wacka zaogniła się. Mieli spuchnięte nogi. Droga, którą teraz zaryzykowali była lżejsza. Szli po wydeptanych ścieżkach i polnymi drogami.
O godzinie drugiej popołudniu dotarli szczęśliwie do miasta, tu podejmują ryzykowną decyzję zakupu żywności. Weszli do pierwszej napotkanej piekarni. Ich zaniedbany wygląd i niepewne zachowanie wzbudziło podejrzenie sprzedającego. Wacek kupował pierwszy, zapłacił należność i wyszedł ze sklepu. Na zewnątrz w zaułku oczekiwał na kolegów. W pewnym momencie zauważył patrol żandarmerii zmierzający w kierunku piekarni. Ostrzegł o tym kolegów i dał dyla na tył budynku. Rósł tam las iglasty. Las ten ciągnął się aż do stacji kolejowej i wejścia na dworzec. Z tyłu budynku stacyjnego natrafił na furtkę dla służby kolejowej, zamkniętą na kłódkę. Metalowa solidna, ale niezamknięta do końca. Przebiegł przez furtkę i wskoczył do odjeżdżającego pociągu towarowego. Ulokował się w budce hamulcowej.
Wagon postukiwał na złączach szyn. Szczękał, skrzypiał, zgrzytał, dygotał – miało się wrażenie, że za chwilę się rozpadnie. Musiał już być do cna rozklekotany. Także we wnętrzu coś się jakby telepało i obijało od ściany do ściany. W budce hamulcowej było zimno. Nie przestawał tupać. Szron zakleił szybkę okrągłego okienka i tylko przez wychuchaną dziurkę mógł od czasu do czasu popatrzeć na białe pola, wzdłuż których jechał.
Podróżował już od wielu godzin. Wskoczył do odjeżdżającego pociągu około czwartej popołudniu, a teraz zbliżało się południe następnego dnia. Pociąg wlókł się wolno, kilka razy zatrzymywał się w polu, wystawał nieskończenie długo na stacjach. W końcu minął Poznań i zatrzymał się pod semaforem, przed jakąś stacją kolejową. Korzystając z postoju, niezauważony wyskoczył z wagonu, skrył się w pobliskiej szopie i walcząc z zimnem przeczekał tam do wieczora.
Gdy zapadł zmierzch, wyszedł z szopy i ruszył polami w dalszą drogę. Śnieg głucho chrupał, ugniatany stopami nóg. Droga była bardzo trudna. Męczyło ustawiczne zapadanie się nóg i ciągłe wyciąganie ich z głębokich zasp. Był bardzo zmęczony. W pewnym momencie się zatrzymał.
– „Co jest?” – zapytał sam siebie – „Nie mam już sił, dalej maszerować”.
– „Chcesz zaryzykować?” – rozważał. – „Tak, odpowiedział.”
– „Niech się dzieje, co chce. Dalej pójdę drogami”.
– „A jeśli napatoczy się jakiś patrol, to co…”
Wkrótce wyszedł na drogę. Była pełna wybojów. Przecinały ją często szerokie zamarznięte kałuże. Ale tu było wygodniej iść niźli po otwartych polach. Przynajmniej nogi nie zapadały w śnieg. Natomiast było bardzo ślisko.
Doszedł do jakiejś wsi. Do uszu dolatywało szczekanie psów.
– Iść przez wieś, czy obejść ją wokoło? – zastanawiał się.
Wybrał drogę przez wieś. Rychło przeszedł po moście nad jakimś strumieniem i wszedł do niewielkiej wsi, zabudowanej po obu stronach wąskiej ulicy. Gdzieś z przodu słychać było szczekanie psów. Obawiał się, że mogą go zaatakować. Dlatego z przydrożnego płotu wyrwał sztachetę, dla własnej obrony. Starał się szybko przemknąć przez wieś. W niektórych domach po lewej i prawej stronie ulicy w oknach jaśniało światło. Gdzieniegdzie dolatywały z zabudowań rozmowy mieszkańców. Były przeważnie podniecone, kłótliwe, przerywane przekleństwami. Ruszył prędzej. Za wsią porzucił drogę i polami skierował się dalej.
Rozpoczęła się znów długa, męcząca droga po polach. Szczególnie ciężko było iść po grudzie, bo ziemia była zmarznięta i pokryta lodową skorupą, na której stopa nie mogła znaleźć pewnego oparcia. Nie widział drogi, po której kroczył, ani linii horyzontu, gdzie niebo czarne stykało się z równią, tylko wiatr styczniowy, furiacki, bił go po piersi i twarzy, wiatr szalejący po polach i ugorach, zimny, brutalny, nieustający.
– Co za diabelne zimno – jęknął otulając się dokładniej płaszczem..
Trawiła go gorączka, dreszcze, ból głowy, ból mięśni i ogólne osłabienie. Złapał się na tym, że mówi sam do siebie. Nie był w stanie się powściągnąć podobnie, jak nie umiał stłumić dreszczy. Wokół panowała ciemność, stracił rozeznanie, czy jest noc, czy może już dzień. Momentami ulatywała mu świadomość. Zadrżał. Zamarznę, pomyślał. Zamarznę i nigdy nie dotrę do domu, do rodzinnych stron…
Wiatr, uderzywszy w cienkie sukno płaszcza, zachichotał ponuro. Wacek spojrzał wokoło. Z trudem zogniskował wzrok. W słabym świetle promieni księżyca lśniła jakaś przerażająca rzecz, która wystawała z mieniących się, zamarzniętych na drodze kałuż, przypominających obrazy trójwymiarowych kosmicznych przestrzeni – zamrożone banieczki powietrza dwoiły się i troiły. Kojarzyły mu się z nieznanymi planetami zawieszonymi w przestrzeni. Oczy mu się zamykały, zmęczenie zwyciężyło. Drzemał i maszerował. Maszerował i śnił: – „Lato. Na błękitnym niebie świeciło cudownie ciepłe słońce…Wokół łany dojrzałego zboża falowały w lekkich podmuchach letniego wiatru, a pracowite owady uwijają się wśród traw i polnych kwiatów. To znów dom rodzinny, a w nim wizerunek krzątających się rodziców. Dom, który przyzywał go, jego wołanie głośno brzmiało w jego uszach. Przykuwał uwagę wizją szczęścia i bezpieczeństwa.”
Obudził go dziwny dźwięk. Dopiero po chwili zorientował się, że to szczękanie jego zębów. Wrócił do rzeczywistości, wichura wyła nie napotkawszy żadnych przeszkód. Teren wokół był płaski i otwarty. Popadł w stan odrętwienia, stan zobojętnienia, utraty zdolności do działania.









