Marsz po mroźnym i wietrznym pustkowiu był wyczerpujący. Na szczęście wiatr zaczął słabnąć i tracić złośliwą energię. Teraz szło się łatwiej niż przez poprzednią godzinę. Wiatr przestał zagłuszać dźwięki – znów słyszał chrzęst kryształków lodu pod stopami. Słońce świeciło jasno, jego promienie odbijały się w białym krajobrazie. Droga w większości przebiegała po płaskim terenie. Wszelkie wzniesienia były łagodne i przypominały leniwe fale morskie. Zosia zadbała, żeby Wacka dobrze wyposażyć na drogę. Postarała się też o ciepłe ubranie, w tym ojca, krótki kożuch z owczej skóry. Po kilku kilometrach marszu Wacek zaczął się pocić. Czuł jak po plecach spływają mu krople potu łaskocząc i drażniąc. Miał wrażenie, że pod jego ubraniem łażą pająki, toteż przeklinał niedorzecznie ciepłą kurtkę. Zmienił jednak zdanie w ciągu kilku godzin. Wieczorem i w nocy, kiedy robiło się bardzo zimno, błogosławił Zosię, że właśnie tak go wyposażyła.
Pieszo dotarł do Wrześni. A stąd pociągiem z przesiadkami do Kielc. Wagony osobowe w pociągach w Generalnym Gubernatorstwie posiadały część wydzieloną, tylko dla Niemców – Nur für Deutsche, druga dla Polaków. – Tam eleganckie walizki i skórzane teczki. Tu – worki i paczki obwiązane sznurkiem. Tam – w przedziale restauracyjnym smaczne obiady, pomarańcze, czekolada. Tu – farbowana herbata, słodzona sacharyną. Tam – czysty dywan, centralne ogrzewania, potoki światła. Tu – zaplute podłogi, pokryte dywanem śmieci, zimno, kopcące lampy. Tam – Niemcy wojskowi i cywile, krzykliwi, rozparci, pewni siebie, czyści i wyperfumowani. Tu – smród brudnych połatanych kurtek, dymu papierosowego, spoconych nóg; głodu i nędzy na twarzach ludzi, którzy zostali skazani na to, aby żyć i umrzeć w udręce.
Wacek spostrzegł, że jest bardzo zmęczony życiem w ciągłym napięciu. Tym nieustannym wypatrywaniem patrolu, czy posterunku niemieckiego, ciągłym przenikaniem mroków nocy. Nieustannym maskowaniem się, obserwowaniem wszystkiego w krąg… każdej twarzy, ruchu, słowa. Nieustannym nadawaniem sobie pozorów niedbałej pewności siebie; obliczaniem szans, utrwalaniem pamięci tysiąca szczegółów. Tylko noc była jego ratunkiem, tylko las był przyjacielem. W nocy, w lesie czuł się bezpieczny, mógł liczyć na swój spryt, wytrzymałość…
Z Kielc do Chmielnika, dzięki posiadaniu „Zaświadczenia” o zatrudnieniu w Oberförsterei – Nadleśnictwie, dostał się autobusem pocztowym – Deutsche Post Osten, do Chmielnika. Zniecierpliwiony z Chmielnika w dalszą drogę wyruszył pieszo.
Ledwie wyszedł na szosę, jak podzwaniając janczarami nadjechały sanie. Z daleka zobaczył, jak pędzą wypasione deresze. Podniósł kołnierz przy kurtce i szedł dalej. Nie liczył na to, żeby go zabrano. Sanie przemknęły obok. Nagle woźnica ściągnął lejce, okazało się że powoził Kazik Kubicki podporucznik rezerwy, kolega z gimnazjum w Busku – Zdroju. Jechało z nim jeszcze dwóch: Longin Struzikiewicz, i Wacław Zołotajkin.
– Witaj Wacku! – podwieźć cię?
– A dokąd jedziesz?
– Do Łagiewnik, do domu. Jak ci pasuje, możesz się zabrać z nami.
Wacek ucieszony takim obrotem sprawy wskoczył na sanie. Konie rwały z kopyta, drogi szybko ubywało. Jak zwykle w takich sytuacjach rozmawiali o tym i o owym, wspominali kampanię wrześniową, śmiali się, żartowali, narzekali. Wacek opowiadał, jak dostał się do niewoli i o swojej ucieczce ze Stalagu. Kiedy wjechali do Buska i Wacek, dziękując za podwiezienie, zeskoczył z sań, zatrzymały go słowa Kazika:
– Mam do ciebie pewną sprawę. Jesteś żołnierzem frontowym, podoficerem… Mam do ciebie zaufanie. Wiesz jest nas pewna grupa ciekawych ludzi, niektórzy ci, jeszcze z harcerstwa, zaczynamy coś robić. Chciałbym z tobą na ten temat pogadać…
– Dobrze, chętnie do tego przystaję.
– No to wpadnij do mnie do Łagiewnik, za jakieś dwa, trzy tygodnie w sobotę wieczorem, będę czekał.









