Antonina Abramiuk (ur. 3 grudnia 1928r. we Francji, od 1932r. mieszkająca w Polsce, obecnie w Szczecinie, w roku 1940 wywieziona do Niemiec. Inżynier, od roku 1982 na wcześniejszej emeryturze. Nadal ciekawa świata i ludzi, niepoprawna optymistka, ale nie mogąca zapomnieć Niemcom zaznanych krzywd. Tłumacz przysięgły. Zapalona bibliofilka. Od zawsze „pożeraczka” różnych książek, zarówno polskich, jak i niemieckojęzycznych, w tym także z zakresu parapsychologii i radiestezji).
Karol Czejarek (Karol) – Antonino, przepraszam, że tak bezpośrednio się do Pani zwracam, ale poruszony historią Pani życia opublikowaną w II cz. „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (Wydawnictwo Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora, Pułtusk 2017), chcę zapytać Panią, dlaczego wciąż – mimo upływu lat od zakończenia II wojny światowej – nie może Pani w pełni przezwyciężyć w sobie traumy i doznanej od Niemców krzywdy?
Antonina Abramiuk (Antonina) – Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi i choć nie pielęgnuję w sobie poczucia krzywdy, to dzięki pogodnemu usposobieniu udało mi się (ale tylko częściowo) przezwyciężyć przeżycia z okresu mojego sześcioletniego, przymusowego pobytu w Niemczech. Uparta podświadomość ciągle przywołuje w pamięci „tamte lata” i to często w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Pewnie też dlatego, iż tamte przeżycia pozostawiły w moim życiu różnorakie trwałe ślady na moim zdrowiu, co także zapomnieniu nie sprzyja.
Karol – Pani Antonino, proszę rozwinąć swoją odpowiedź i powiedzieć, co oznaczają w Pani pamięci te – jak Pani to sformułowała – „różnorakie trwałe ślady”? Wiem, że to niezwykle trudne pytanie, ale zadaję je dlatego, ponieważ w którymś momencie naszej znajomości (by nie rzec przyjaźni) stwierdziła Pani, że ja zbyt łatwo przechodzę do zagadnienia zapominania o przeszłości, dla dobra rozwijającej się obecnie korzystnej polsko-niemieckiej wszechstronnej współpracy, zwłaszcza gospodarczej, ale przecież nie tylko gospodarczej. Chciałbym zatem, aby Pani – mając w pamięci to, co wydarzyło się między naszymi narodami, zwłaszcza w latach 1939-1945, powiedziała, jak mamy budować dobrosąsiedzką wspólnotę, aby już nigdy nie powtórzyły się wydarzenia, które tu wspominamy.
Antonina – Szanowny Panie Profesorze, bardzo cenię i popieram Pana działania w kierunku polsko – niemieckiego pojednania i budowania dzisiejszej dobrosąsiedzkiej współpracy w każdej dziedzinie. Tym bardziej, iż współpraca gospodarcza jest korzystna i niezbędna dla obu stron, ale ona toczy się własnymi torami. Natomiast współpraca w innych dziedzinach jest – moim zdaniem – bardziej złożona i w znacznym stopniu zależna od pamięci lub niepamięci o wspólnej przeszłości i od tego, jak sobie z nią poradziliśmy. Chociaż z całego serca życzę Panu w tej działalności samych sukcesów.
Myślę jednak, że potulne zapominanie o tragicznych przeszłych zdarzeniach tylko rozzuchwala winnego i utwierdza go w przekonaniu o bezkarności. Przykładem tego może być chociażby niemiecki film „Nasze matki, nasi ojcowie”, ukazujący dobrych, niewinnych Niemców, a Polaków z Armii Krajowej – jako zbrodniczych antysemitów. Albo nazywanie swoich obozów koncentracyjnych – „polskimi obozami”, itd.
Karol – Pani Antonino, ja nigdy nie twierdziłem, że mamy zapominać o tym, co było. Stąd m.in. moje dążenia do realizacji projektu „Kultura pamięci w Polsce i w Niemczech”, przeprowadzenie na ten temat badań porównawczych, czy realizowanie idei wydawania „Biografii polsko-niemieckich”, w których pamięć, m.in. o tragizmie Pani przeżyć także została utrwalona („ku pamięci i przestrodze jednocześnie”!). Ale nie możemy każdej rozmowy z Niemcami rozpoczynać od tego, co było. Bowiem tych, którzy dokonali tak straszliwych zbrodni na naszym narodzie, prawie już nie ma. A ci Niemcy, których znam i z którymi od lat współpracuję, choćby skupieni w Stowarzyszeniu ost-west-forum Gut Goedelitz, chcą pojednania i współpracy z nami, jednak mają w większości kompleks tego, czego dopuścili się ich ojcowie i dziadkowie. Co zatem – Pani zdaniem – można zrobić dla takiego rozumienia obecnej polsko-niemieckiej współpracy, o jaką od lat zabiegam i jaka – moim zdaniem – w wielu wypadkach już ma miejsce?
Antonina – Dla pojednania oraz zbudowania dobrosąsiedzkiej wspólnoty potrzeba jest dwojga – jak do tanga. Same chęci tylko jednej strony nie wystarczą. Dobrosąsiedzka wspólnota, szczególnie z najbliższym sąsiadem, na którego jesteśmy odwiecznie skazani, winna polegać na wzajemnym szacunku i porozumieniu, a do tego doprowadzić może tylko wybaczenie sobie wzajemnych krzywd i zapomnienie o nich. Wymaga to jednak uprzedniego rzetelnego rozliczenia się z przeszłością.
Karol – Zatem, jakiego „rozliczenia” Pani oczekuje? Czy podnoszonej w tej chwili kwestii reparacji wojennych?
Antonina – Nam Niemcy niczego wybaczać nie potrzebują, ponieważ myśmy im krzywd nie wyrządzili, myśmy na nich nie napadli, u nas ich pojęcie „Drang nach Osten” nie funkcjonowało. Natomiast nie mogą od nas wymagać zapomnienia o przeszłości, ponieważ popełnili względem naszego narodu i względem każdego Polaka z osobna, przeogromną ilość grzechów, o których można by długo mówić. Ja moim gnębicielom – z trudem – ale wybaczyłam, starając się wiele zrozumieć. Wybaczyć można, zapomnieć jednak nie pozwalają pozostałe głębokie blizny, ponieważ po prostu są. Nie można ode mnie oczekiwać zapomnienia o spowodowanych przez Niemców przeżyciach wojennych, ponieważ miały one wpływ na całe moje życie.
Karol – Czego Pani nie jest w stanie zapomnieć Niemcom?
Antonina – Tego, że gdy miałam 11 lat i ukończone 4 klasy szkoły podstawowej (a było to w roku 1940) wywieziono mnie, wraz z matką i dwuletnią siostrą, do Niemiec. Ojca wywieziono już wcześniej, z łapanki. Tam do końca wojny, będąc przecież dzieckiem, ciężko pracowałam, dla dobra III Rzeszy, w obozie pracy, który był dużym majątkiem rolnym należącym do Hermann-Goering Werke. Czasowo też pracowałam jako służąca w domu oberinżyniera tych zakładów, a w tzw. międzyczasie, przez kilka tygodni – w obozie koncentracyjnym Lager 21 w Hallendorf. Ciągłe poniżanie, niedojadanie oraz ciężka praca przez ponad 5 lat, nie mogły nie pozostawić śladów, zarówno fizycznych, jak i w mojej psychice.
Karol – Kiedy i jak skończyła się ta gehenna?
Antonina – Do Polski wróciłyśmy w 1945 roku, ja z anemią i silną nerwicą i tzw. syndromem KZ (syndrom obozu koncentracyjnego), z odmrożonymi dłońmi i stopami, (co stało się w obozie koncentracyjnym) i z uszkodzonymi dwoma kręgami szyjnymi (wynik pobicia przez ówczesnego mojego władcę, a także przez wachmanna w obozie). No i z „niedorozwojem umysłowym” w wyniku pozbawienia mnie prawa do nauki przez kilka najważniejszych w rozwoju dziecka lat, co trzeba było potem intensywnie nadrabiać, zarabiając jednocześnie na życie. Odnaleziony później ojciec, w 1946 roku już nie żył.
Karol – Pani Antonino, czy – mimo wszystko – nie znajduje Pani żadnych „okoliczności łagodzących” dla swych oprawców? Przecież dziś współpracuje z nami już trzecie pokolenie Niemców, które o tym, co się wtedy wydarzyło, niewiele wie.
Antonina – Być może nie byłoby tak źle, gdybym wróciła do normalnego, zaopatrzonego domu, w którym rodzina by się mną zajęła, odkarmiła i podleczyła. Myśmy jednak wróciły do pustki. Nie było domu, życiowy dorobek rodziców nie istniał, nie było rodziny, gdyż także dalsza rodzina była rozproszona po Niemczech, m.in. w Bremen, w Osnabrueck, w Hamburgu. Ponadto po 5 latach harówki dla III Rzeszy nie miałyśmy nawet przyzwoitych ciepłych ubrań, a także pieniędzy. Trzeba więc było szybko szukać jakiejś pracy i jakiegoś miejsca dla siebie. Przez całe późniejsze życie musiałam dodatkowo zmagać się z nerwicą oraz bólami, będącymi wynikiem przeciążenia kręgosłupa, oraz uszkodzenia kręgów szyjnych, a także z innymi zaburzeniami, co powodowało częste zwolnienia lekarskie i wcześniejszą emeryturę, w wieku 53 lat. Takie życie zgotowali mi właśnie Niemcy. Wobec powyższego, czy mogą ode mnie wymagać, abym ten okres zapomniała?
Karol: Proszę Pani, a jednak dzisiejsze Niemcy, to już z zupełnie inny kraj. Moim zdaniem są wzorową demokracją i zgodnie z nami współpracują zarówno dwustronnie, jak i w UE. Wypowiedziałem się na ten temat szerzej w swoim wstępie do wspomnianej na początku naszej rozmowy, w II cz. „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie”, więc nie będę tej argumentacji powtarzał, tylko zapytam Panią, czy mimo wszystko – dla dobra przyszłego, zgodnego życia Polaków i Niemców – nie jest Pani w stanie przebaczyć dzieciom rodziców, którzy tych nieprawości się dopuścili? Albo zapytam jeszcze inaczej: Co powinni zrobić tacy jak ja, którzy od lat z wielkim trudem budują most pojednania i współpracy, aby „tamto” nigdy się już nie powtórzyło?
Atonina: – To nie jest tak, proszę Pana – że ja „nie jestem w stanie przebaczyć dzieciom …” Przebaczyłam przecież poszczególnym osobom, które wobec mnie zawiniły. Omówiłam ten temat w książce, o której Pan wspomniał w artykule pt. „Część mojej historii”. Staram się przebaczyć, chociaż przychodzi mi to z trudem, Narodowi Niemieckiemu, gdyż wiem, że składa się on także z wielu uczciwych i wartościowych jednostek. Nie mam jednak czego przebaczać dzieciom i wnukom, ówcześnie żyjących Niemców, ponieważ jestem zdania, że dzieci za winy rodziców odpowiadać nie powinny. Tyle tylko, że winy te powinny znać i nie mogą się dziwić, że ja o czynach ich ojców nie mogę i chyba nie powinnam zapomnieć, gdyż ich ojcowie wyrządzili zbyt wiele zła, zbyt wielu ludziom. Także mojej rodzinie. I nigdy się z tego przyzwoicie nie rozliczyli i nikt mnie za to nigdy nie przeprosił. Właśnie obecne pokolenia tych dzieci i wnuków, zwłaszcza oni powinni pamiętać, aby nie dopuścić do powtórzenia się tego zła. Tymczasem to oni właśnie starają się usilnie o winie swego narodu zapomnieć, a czynami swych ojców obciążyć inne narody, w tym szczególnie Polaków. Zaczynam się zastanawiać, czy jednak słusznie i czy nie za wcześnie, i czy nie zbyt beztrosko wybaczyłam wszystkim Niemcom. Moim zdaniem nam zapomnieć nie wolno.
Karol – Pani Antonino, dziękuję za szczerość Pani wypowiedzi! Tym bardziej, iż tak myśli nadal wielu Polaków – stąd i nasza rozmowa. Nie podejmuję się dyskusji z Pani odczuciami po takich przeżyciach. Wyrzuciła Pani z siebie swój ból, a mnie też zrobiło się lżej, słysząc raz jeszcze o tych wszystkich czynach tak „niegodnych ludzi”. I ma Pani rację, że w Polsce, ale przede wszystkim w Niemczech – dzisiaj już nie pamięta się o naszej tragicznej przeszłości. Czego zatem oczekuje Pani (bo czas na wnioski) od takich, jak ja – „rzeczników porozumienia”, jak i od samych Niemców?
Antonina – Szanowny Panie Profesorze; nie czuję się upoważniona do formułowania wniosków ogólnych – nie jestem politykiem. Wnioski z tego, co powiedziałam dotychczas – niech wyciągną sami Czytelnicy. JA TAKŻE jestem zwolenniczką pojednania i obustronnej, dobrosąsiedzkiej współpracy, popieram zatem organizowanie przez Pana w tym celu polsko-niemieckich biografii, oraz wydawanie dwujęzycznych książek z wypowiedziami wielu osób na ten temat. To jednak dla niemieckiej buty za mało!
Od Niemców oczekiwałabym, aby się postarali być przyzwoitymi sąsiadami, aby nas bezpodstawnie nie atakowali i nie pouczali wciąż, jak głupszych od siebie. Przede wszystkim jednak, aby się z Polską uczciwie rozliczyli za całe zło uczynione podczas wojny, a więc mówiąc w skrócie – za zniszczenie Polski, za zrabowanie mienia, za mordowanie milionów ludzi, za rozbicie rodzin, a także za niewolniczą pracę dla III Rzeszy tysięcy Polaków, takich jak np. ja i moja rodzina. Natomiast za uprowadzenie i ZNIEMCZENIE tysięcy polskich dzieci mogą nas wszystkich, a przede wszystkim POLSKIE MATKI – już tylko przeprosić. Czy oczekuję zbyt wiele?…
Karol: Bardzo dziękuję za rozmowę.
Karol Czejarek











