„Nieludzki ustrój” Marka Migalskiego – omówienie

0

Łódzka „Fundacja Liberte!” wydała w roku 2020 książkę zatytułowaną „Nieludzki ustrój”. Jej autorem jest profesor Marek Migalski, wykładowca Uniwersytetu Śląskiego, politolog, były europoseł, publicysta, autor kilkudziesięciu książek i artykułów naukowych opublikowanych w Polsce i w kilku krajach zagranicy. Książka nosi podtytuł „Jak nauki biologiczne wyjaśniają kryzys demokracji liberalnej oraz wskazują sposoby jej obrony”. W rozdziale pierwszym („Liberalna demokracja: ekscentryczna nowinka”) autor przypomina w skrócie historię demokracji. Opisuje najpierw system, w którym funkcjonowali nasi przodkowie przez setki tysięcy lat. Jak wiadomo, żyli oni w warunkach kultury zbieracko-łowieckiej, w niewielkich grupach – zwykle nie większych niż 150 osób. Co oczywiste, w takich warunkach nie mogły powstawać państwa; dopiero przejście do epoki rolniczej pozwoliło na zaistnienie większych organizmów plemiennych, a w konsekwencji także państw. Wykształciła się w nich warstwa rządząca, a państwa te były zwykle zarządzane autorytarnie. Sprzymierzeńcem rządzących była zwykle kasta kapłańska. Około 2.500 lat temu w kilku miastach starożytnej Grecji zaczęto eksperymentować z ideą demokracji. Jednak demokracja grecka była bardzo odległa od tego, co uważamy dzisiaj za demokrację, np. prawa głosowania nie miały kobiety oraz niewolnicy. Istniała także kategoria obywateli pozbawionych prawa głosu z powodu ich działań politycznych, uznanych przez większość obywateli za niewłaściwe. Drugim elementem odróżniającym demokrację grecką od dzisiejszej jest fakt, że decyzje podjęte w wyniku głosowania były nieodwołalne. Nie istniała konstytucja gwarantująca pewne swobody i prawa czy sądy, które mogłyby ratować obywateli przed decyzją ogółu. Pewne elementy demokracji można znaleźć w republikańskim Rzymie, Wenecji średniowiecznej, u niektórych plemion… I, rzecz jasna, w systemach politycznych państw europejskich i Stanów Zjednoczonych Ameryki Płn., zwłaszcza począwszy od XIX wieku. Jednak systemy te były mniej lub bardziej odległe od tego, co nazywamy demokracją liberalną. Jest ona świeżym wynalazkiem, liczy sobie niewiele ponad pół wieku. Czym jest owa demokracja liberalna? To system, w którym oprócz zasady głosowania przez wszystkich uprawnionych do tego obywateli istnieją inne czynniki:

  1. działają wolne, silne media;
  2. prawa opozycji są respektowane zarówno w parlamencie, jak i poza nim;
  3. istnieje niezależna władza sądownicza;
  4. funkcjonuje gospodarka rynkowa, niesterowana przez rząd;
  5. edukacja obejmuje zdecydowaną większość obywateli;
  6. istnieją mechanizmy inkluzji, a więc włączanie wszystkich do funkcjonowania w roli członków społeczeństwa i obywateli państwa (innymi słowy tolerancja, otwartość, brak dyskryminacji);
  7. państwo jest świeckie.

Główną tezą książki jest następujące sformułowanie: liberalna demokracja stoi w sprzeczności z taką naturą ludzką, jaką odkryły nauki biologiczne na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Autor podaje argumenty na poparcie tej tezy: po pierwsze – ludzie nie są racjonalni w swoich decyzjach i poglądach, a kierują się głównie emocjami. Po drugie – bardzo chcą i potrzebują być częścią grupy. W tym celu są w stanie nawet zabijać lub doprowadzać do własnej śmierci. W demokracji liberalnej obecne jest przekonanie, że człowiek chce wolności i swobody, natomiast nauka stoi na stanowisku, że ważniejsze od tego jest dla większości ludzi (a być może dla wszystkich) bycie częścią jakiejś grupy. Ma to związek m.in. z poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje grupa. Po trzecie przynależność do grupy może skłaniać do zachowań agresywnych wobec członków innych grup. Po czwarte w naszym postrzeganiu rzeczywistości lubimy chodzić na skróty, co oznacza skłonność do akceptowania prostych sformułowań, uniwersalnych recept i tym podobnych „pułapek”. Nauki biologiczne przyniosły co prawda dowody na wrodzoną zdolność do kooperacji i współpracy oraz na zakorzenione w nas poczucie sprawiedliwości. Jednak ważniejsze mogą być w wielu sytuacjach podane wcześniej cechy. Autor twierdzi, że liberalna demokracja – w świetle najnowszych odkryć nauki oraz wydarzeń, które obserwujemy w ostatnim czasie – jest sprzeczna z naszą naturą. Obawia się, że odchodzi ona w przeszłość i że nadciągają nowe systemy polityczne, bardziej odpowiadające temu, czego potrzebujemy.

W kolejnym rozdziale profesor Migalski analizuje kwestię rozbieżności między uczuciami a rozumem („Emocje versus racjonalność”). Jego zdaniem fundamentem liberalnej demokracji – i trudno się z tym nie zgodzić – jest racjonalny ogląd rzeczywistości. Jednak mało który wyborca zadaje sobie trud, aby dokładnie poznać programy partii politycznych czy poglądy kandydatów. Jak niewielu ludzi uczestniczy w spotkaniach wyborczych, jak niewielu ludzi realnie angażuje się proces wyborczy… Mamy zwykle do czynienia z powierzchownym podejściem do tak przecież istotnych kwestii jak wybór ludzi, którzy mają nami rządzić przez co najmniej 4 lata. Kiedyś miały miejsce wielogodzinne debaty kandydatów, które dziś zastąpione są przez reklamy w radio, telewizji czy internecie. Zawierają one niewiele ważnych informacji, a silnie odwołują się do emocji. Mamy wręcz do czynienia ze świadomym obniżeniem poziomu przekazów wyborczych, tak aby trafić do tak zwanych szerokich gustów. Dodajmy – zwykle niewyrobionych. Większość wyborców nie jest przygotowana do podejmowania świadomych decyzji politycznych, ani też nie ma chęci i czasu, by poświęcić się głębszej refleksji na tematy polityczne. Sztaby wyborcze starają się dotrzeć do emocji wyborców, stąd różnego rodzaju działania, które mają wpłynąć na sferę uczuciową obywateli. Cytuję: „Polityk, który chciałby zyskiwać wyborców za pomocą faktów, programów, deklaracji ideowych i twardych danych, ma mniejsze szanse powodzenia niż ten, który skorzysta z usług specjalistów od public relations i marketingu politycznego, i bezpośrednio zaapeluje do emocji elektoratu. Możemy zaobserwować na przykładzie wielu krajów, że zyskują poklask i dobre wyniki przy urnach wyborczych populiści, którzy nie błyszczą wiedzą czy inteligencją, ale umieją zagrać na emocjach wyborców. Stąd między innymi sukces złotoustych polityków, dobrze prezentujących się w telewizji czy wiele obiecujących, choćby to były gruszki na wierzbie. Widziałem kiedyś rysunek Andrzeja Mleczki – była na niej przedstawiona demonstracja, której uczestnicy nieśli transparenty z napisami „Żądamy obietnic”. Jest to moim zdaniem znakomite pokazanie sytuacji mentalnej wielu obywateli…

Populiści mogą obiecać każdemu cokolwiek, co im się wydaje adekwatne do oczekiwań wyborców. A gdy zobaczą, że ich obietnice nie dają efektu, bez mrugnięcia okiem zaczną obiecywać coś innego. Demokraci (zwłaszcza ci prawdziwi, godni tego określenia) muszą ważyć racje, podawać argumenty, odwołując się do umysłów wyborców. W świetle najnowszych odkryć nauki stają zatem na straconych pozycjach, a przynajmniej są w dużo trudniejszej sytuacji. Następnym problemem jest fakt, że większość ludzi z racji pamięci genetycznej setek tysięcy lat życia, w którym najważniejsze było to, co było do zrobienia zaraz, nie ma tendencji do długofalowego planowania i głębokiej analizy swoich zamiarów. Stąd na przykład – wydawałoby się – nieracjonalne zachowania wielu ludzi, którzy wpadają z powodu własnych nieracjonalnych decyzji w długi. Autor przywołuje Niccolo Machiavellego i jego dzieło zatytułowane „Książę”, w którym zawarta jest m.in. wnikliwa analiza przejawiania się emocji w polityce. Wiedza o tym, jak nimi manipulować jest teraz łatwo dostępna i wykorzystywana przez sztaby wyborcze. Innym istotnym elementem są zmiany w kulturze, które powodują, że sfera emocji stała się w dużym stopniu ważniejsza niż sfera racjonalna. Jak pisze autor, obserwujemy zdziecinnienie dorosłych, spłaszczenie debaty, prymitywizację przekazów medialnych, emocjonalność w reklamach. Ostatnim elementem obecnym w tych rozważaniach profesora Migalskiego jest kwestia wiedzy, którą gromadzą na nasz temat media społecznościowe, a którą mogą zdobywać i wykorzystywać do swych celów politycy, którzy chcą nami władać, a nie liczą się z zasadami demokracji liberalnej.

W rozdziale trzecim, zatytułowanym „Indywidualizm versus grupowość”, autor analizuje sytuację demokracji liberalnej w kwestii naszej potrzeby bycia w grupie w przeciwieństwie do potrzeby funkcjonowania w społeczeństwie jako indywiduum. Przez wieki indywidualne potrzeby obywateli nie miały zbytniego znaczenia dla rządzących. Natomiast ostatnie czasy przyniosły możliwość zmiany tej sytuacji i rozszerzenia swobód obywatelskich oraz osobistych. Od lat 60. mogliśmy obserwować duże zmiany w sferze obyczajowej oraz postępujące zwiększenie swobód obywatelskich. Jednak proces rozprzestrzeniania się demokracji liberalnej zatrzymał się. Ostatnio widzimy, że wielu ludzi jest skłonnych zmniejszyć zakres swoich swobód i wolności po to, aby zyskać więcej poczucia bezpieczeństwa. Ma z tym związek nasza potrzeba bycia w grupie i podporządkowania się jej. Jak to ujmuje autor „grupolubność mamy w genach”. Tak właśnie ukształtowała nas ewolucja naszego gatunku, tylko współpracując z innymi mogliśmy przetrwać. To nie przypadek, że przez tysiące lat swobody obywateli miały niewielkie znaczenie, najważniejszy był interes władcy czy grupy społecznej zarządzającej państwem. Podobnie wojny religijne, czystki etniczne itp. mają związek z interesem – różnie pojmowanym – większych grup. Tak więc liberałowie nie mają racji (jak pisze autor) – ludzie nie są indywidualistami, są zwierzętami grupowymi. Z tego punktu widzenia liberalizm jest czymś dziwnym, niezgodnym naturą człowieka. Może to potwierdzać siła ruchów nacjonalistycznych. Inną formułą pomagającą odnaleźć się w większej grupie jest religia, zaś ostatnimi czasy możliwość uczestniczenia w działaniach małych grup, na przykład w klubach sportowych, kółkach zainteresowań, w grupach na Facebooku itp.

W kolejnym rozdziale („My versus oni”) profesor Migalski pisze głównie o tolerancji. Jego zdaniem jest to przypuszczalnie najważniejsza, a na pewno jedna z najważniejszych cech liberalnej demokracji. Dlaczego tak wielu ludzi chce żyć w krajach, gdzie tolerancja jest rzeczą naturalną? Moim zdaniem jest to jeden z najważniejszych powodów, dla których tak wielu imigrantów (pominąwszy tych z Syrii czy z innych obszarów objętych wojną) próbuje dotrzeć do Europy czy innych obszarów, gdzie jedną z cech życia codziennego jest tolerancja. Poznałem kiedyś Marokańczyka, który uprawiał muzykę rap. W jednej z jego piosenek usłyszałem takie sformułowanie: „Gdy mieszkałem w moim kraju, czułem się jakbym żył na cmentarzu”. Marokańczyk ów mieszkał wtedy już od kilku lat we Włoszech, a swój kraj rodzinny postrzegał jako miejsce, gdzie większość interesujących go możliwości realizacji samego siebie była zabroniona lub źle widziana. Innym razem miałem okazję rozmawiać z pewnym Hindusem, który przyjechał do Polski na warsztaty tantry (system rozwoju duchowego). Tantra wywodzi się Indii, dlaczego więc Hindus przyjeżdża do Polski na warsztaty związane z systemem duchowym, który od tysięcy lat jest obecny w jego ojczyźnie? A to dlatego, że pewne aspekty tantry nie są w Indiach rozwijane z racji braku akceptacji czy tolerancji dla nich.

Autor pisze, iż postawa tolerancji jest czymś dziwnym z punktu widzenia historii gatunku ludzkiego. To, co w nas jest naturalne to agresja wobec innych, a przynajmniej dystans do nich. Potrzebujemy jedności wewnątrzgrupowej i różnorodności międzygrupowej. Innymi słowy chcemy, aby w naszej grupie było jak najmniej różnic i by inne grupy wyraźnie różniły się od naszej. Między innymi po to, aby móc łatwiej odrzucić owe grupy, potraktować je jako potencjalnych wrogów czy jako takie elementy świata, z jakimi nie chcemy mieć do czynienia. Cytat z książki: współczesna polityka bazuje na tego typu mechanizmach i świadomie je wykorzystuje. Zresztą już w dawnych czasach popularna była zasada „divide et impera” (po łac. dziel i rządź). Łączenie się w grupy ostatnimi czasy nabrało dodatkowego znaczenia w związku z faktem, że mamy do czynienia z wieloma bodźcami, które odbierają nam spokój i poczucie bezpieczeństwa. Czujemy się zagrożeni, a przynajmniej niepewni.

Demokracja liberalna to system polityczny, który przeciwstawia się naszej naturalnej tendencji do zamykania się w grupie i traktowania innych jako wrogów. Domaga się wręcz akceptacji dla obcych, otwierania się na nich. Co prawda naukowcy twierdzą, że empatia ma długie korzenie ewolucyjne, a gatunki w których współpracowano i współodczuwano (jak w przypadku homo sapiens) miały większe szanse na przetrwanie. Człowiek jest istotą skomplikowaną… Jednak historia pokazuje, że w większości przypadków funkcjonowanie państw było oparte na niechęci wobec innych państw. Zauważmy, że bardzo często państwa sąsiednie występowały w roli wrogów, a łatwiej było nawiązywać przyjazne kontakty z państwami, z którymi nie sąsiadowaliśmy.

W ostatnim rozdziale („Wiedza versus niewiedza”) autor skupia się głównie na kwestii wiedzy. Jego zdaniem jest ona niezbędna, aby mógł istnieć system demokracji liberalnej. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat doszło do rewolucji informacyjnej, która sprawia, że mamy dostęp do ogromnej ilości wiedzy. Dlaczego więc obserwujemy zjawiska, które nie potwierdzają czegoś, co mogłoby się wydawać oczywiste, a mianowicie możliwości wejścia na wyższy poziom wiedzy przez szerokie rzesze ludzi? Odpowiedzią może być fakt, że mamy skłonność do przyjmowania nie tyle racjonalnych informacji, co raczej tych, które w jakiś sposób trafiają do naszych emocji lub potwierdzają nasze opinie. Innym problemem jest obecność – i to coraz większa – informacji niezgodnych z prawdą. Znamy określenie fake news… Ostatnio pojawiło się określenie „deepfake”, są to na przykład filmy wideo tak spreparowane, że nie jesteśmy w stanie odróżnić ich od filmów niespreparowanych. A w deepfake możemy na przykład sprawić, że pewien polityk będzie zachowywał się sposób wysoce niewłaściwy, choć nigdy takie zachowanie nie miało miejsca.

Następnym problemem jest funkcjonowanie mediów społecznościowych, których algorytmy sprawiają, iż mamy do czynienia ciągle z tymi samymi osobami i z tymi samymi poglądami. Pojawiło się zjawisko, które nazwano „neotrybalizmem”. Zamykamy się w pewnych grupach, a inne grupy uznajemy za nieistotne lub szkodliwe, wręcz wrogie. Cytuję autora: obywatelom powinno się pozwolić, by decyzje podejmowali swobodnie i trzeźwo, na podstawie ścisłych informacji i trafnego rozpoznania własnych interesów. Co to oznacza? To wezwanie do zmiany aktualnej sytuacji, w której wielu wyborców nie podejmuje decyzji –zdaniem autora – swobodnie i trzeźwo. Są oni obiektem działań, które można jednym słowem określić jako oszustwo. Informacja jest ogromnym dobrem. Jeżeli używany informacji do oszukiwania ludzi, staje się ona złem. Język może służyć do mówienia prawdy lub okłamywania innych ludzi. Z mojego punktu widzenia jest bardzo istotne, abyśmy wymagali od polityków mówienia prawdy. Wiem, że brzmi to utopijnie, ale wiemy z historii, że zrealizowano wiele idei, które kiedyś uznawano za utopijne, jak choćby prawa wyborcze kobiet. Kolejnym problemem jest nieumiejętność odróżniania prawdy od kłamstwa w zalewie informacji, z jakim mamy do czynienia. W internecie każdy może rozpowszechniać dowolnie wyrwane z kontekstu bądź sfabrykowane informacje. Być może należałoby wprowadzić do szkół umiejętność radzenia sobie z tą lawiną informacji i odróżniania w internecie prawdy od kłamstwa.

W konkluzjach profesor Migalski wraca do wcześniej podanego stwierdzenia, że liberalna demokracja nie jest ustrojem zgodnym z naturą ludzką. Jednak jest zdecydowanie najlepszym systemem z aktualnie znanych. Co zrobić, aby mógł on nadal funkcjonować? Sytuacja na świecie pogarsza się zarówno pod względem ekonomicznym, jak i politycznym. Pojawiają się tak zwane „demokracje”, w których co prawda można głosować, ale brakuje ważnych czynników, takich jak wolne media czy niezależne sądownictwo. Trzeba podkreślić fakt, że dużą część społeczeństw stanowią młodzi ludzie, nie mogący pamiętać zdarzeń, jakie miały miejsce na świecie dziesiątki lat temu. A często nie posiadają oni wystarczającej wiedzy historycznej aby zrozumieć, że są świadkami powrotu dawnych systemów. Niektórzy z nich wręcz stają się wyznawcami idei, które doprowadziły do niewyobrażalnych nieszczęść ludzkości. Wystarczy wspomnieć powrót do nacjonalizmu czy nawet do faszyzmu, jaki możemy zaobserwować.

Ma miejsce ogólnoświatowy internetowy atak na demokrację. Jakie możemy znaleźć remedia na tę sytuację? Poparcie dla demokracji, a zwłaszcza demokracji liberalnej ma duży związek z wykształceniem, tak więc należałoby starać się o podniesienie ogólnego poziomu wykształcenia. Autor (jak sądzę – po części żartobliwie) wzywa do tego, aby osoby o wyższym poziomie wiedzy starały się o większą liczbę dzieci w rodzinach. Pogarszają się nastroje społeczne, zwiększa się ilość stanów depresji, wykluczenia, osamotnienia. Tak więc należałoby się starać, aby rządy przeciwstawiały się w sposób jak najbardziej efektywny tego rodzaju procesom. Zaś politykom demokratycznym autor radzi, aby propagowali swoje poglądy w sposób podobny do tego, jak to czynią populiści, czyli odwołując się w większym stopniu do emocji. Analogicznej rady udziela w kwestii naszej – jak to określił – „grupolubności”. Demokratyczni liberałowie powinni umieć wykorzystać ludzką potrzebę emocjonalności, czyli odwoływać się do uczuć patriotycznych czy innych mających związek z poczuciem bycia członkiem grupy. Bardzo istotne byłoby tworzenie poczucia wspólnoty na poziomie ponadnarodowym, tak jak na przykład ma to miejsce w Unii Europejskiej, jednak jest to trudne i być może warto byłoby poszukać pozytywnych mechanizmów afiliacji, które są możliwe do znalezienia na poziomie narodowym. Inną propozycją autora jest dalsze inwestowanie w instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Organizacje pozarządowe, stowarzyszenia i fundacje mogą być ważnym elementem krajobrazu społecznego. I na koniec pojawia się kwestia edukacji. Liberalni demokraci powinni od samego początku kształtować młodych ludzi w duchu swoich wartości. Autor ma myśli szkoły podstawowe, średnie i uniwersytety. Podobnie jest w kwestii kultury. Jak wykazują badania, większość artystów ma wyraźną predylekcję do liberalizmu czy liberalnej demokracji. Tak więc należałoby wspierać rozwój kultury, także z tego (oprócz innych, oczywistych) względu. Należy także starać się, aby media publiczne były zaporą przeciwko zalewowi fake newsów i postprawd. Potrzebne są regulacje ograniczające żywotność memów rozpowszechniających nieprawdę.

Zgadzam się w 100 procentach z autorem, podziwiam wnikliwość jego analiz i głębokie zrozumienie problemów opisanych w książce. Dodałbym do siebie jeszcze dwie sprawy, związane z gasnącym poparciem dla demokracji liberalnej: po pierwsze konsumpcjonizm, a po drugie utratę wartości duchowych. Konsumpcjonizm oznacza zakorzenianie się w ludziach przekonania, że najważniejsze są pieniądze i rzeczy. Prowadzi to do daleko idących zmian w naszym postrzeganiu świata. M.in. możemy myśleć, że nie są zbyt istotne wartości niematerialne, nie warto im poświęcać uwagi ani dążyć do ich zaistnienia w naszym życiu. Najważniejsze staje się wtedy uzyskiwanie osobistych korzyści, unikanie kłopotów, sprawianie sobie przyjemności itp. Współgra z tym znakomicie populizm, droga na skróty, powierzchowne podejście do kwestii społecznych czy politycznych. Utrata wartości duchowych ma związek z konsumpcjonizmem, który proponuje konkrety na miejsce abstrakcyjnych pojęć. „Kup, miej taką czy inną rzecz” zamiast „zrób coś dobrego czy przemyśl coś”. Innym problemem jest erozja zaufania do Kościoła Katolickiego, obecna w wielu krajach cywilizacji zachodniej, począwszy od Polski. Także protestantyzm stracił wielu wiernych, np. w Europie Zachodniej. Zdobywa wyznawców raczej w krajach Afryki czy Azji. Prawosławie, rugowane przez dziesięciolecia w Związku Radzieckim ma zapewne niewielki wpływ na mentalność obywateli Rosji czy innych krajów postradzieckich. Zapewne podobnie wygląda sytuacja w Serbii, Rumunii, Bułgarii czy innych krajach prawosławnych. Ateizm lub swobodne podejście do kwestii religii szerzy się także w krajach niechrześcijańskich. Tak więc utrata osadzenia w wartościach religijnych stawia przed wieloma ludźmi pytanie, jak odnaleźć się w świecie, na czym oprzeć filozofię życia. A trudno znaleźć odpowiedź… Nie mogą na miejscu wartości duchowych stanąć wartości materialne, potrzebujemy w coś wierzyć… M.in. dlatego szerzą się na Zachodzie różne systemy duchowe wywodzące się ze Wschodu. Myślę, że istnieje głęboka potrzeba nowej duchowości, opartej nie na dogmatach religijnych, lecz na uniwersalnych wartościach, takich jak dobro, braterstwo ludzi, współpraca, troska o środowisko naturalne, wzajemny szacunek, otwartość na innych, tolerancja dla osób myślących inaczej… Wypisz, wymaluj – idee demokracji liberalnej…

Polecam serdecznie lekturę książki prof. Marka Migalskiego. Można ją znaleźć pod adresem internetowym www.sklep.liberte.pl.

Poprzedni artykułTadeusz Drozda: „Telewizja służy propagandzie, a ludzie oglądają filmy na platformach streamingowych”. Wywiad
Następny artykułDonald Trump. Pierwszy taki prezydent
Lucjan Wesołowski
Lucjan Wesołowski - absolwent Uniwersytetu Łódzkiego na wydziale filologii polskiej. Muzyk – kompozytor i multiinstrumentalista. Jego muzyka instrumentalna została wydana w różnych krajach na ponad 20 płytach kompaktowych. Napisał ilustrację muzyczną do 8 spektakli teatralnych i wiele piosenek, wydanych na kilku płytach. W latach 80. był znany jako wykonawca poezji śpiewanej (główna nagroda na festiwalu „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie w roku 1984). W latach 1993-2014 mieszkał we Włoszech, gdzie prowadził firmę międzynarodowego pośrednictwa biznesowego. Zajmuje się duchowością Wschodu od lat 70. Spędził ponad rok w ośrodkach jogi i buddyjskich w Niemczech, Włoszech, Indii i Polsce. Publikował artykuły dla prasy polskiej i włoskiej na tematy muzyczne i duchowe. Autor książki pt. „Moje ABC duchowości”. Prowadzi warsztaty rozwoju osobowości.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here