
Nie potrafię przejść obojętnie obok billboardu zaprezentowanego na fotografii pod tytułem do tego komentarza. Ten „obrazek” to nie tylko odzwierciedlenie kłamstwa i obłudy autora tego pomysłu, ale dowód na to jak jego autor nisko ocenia wiedzę potencjalnego obserwatora.
W życzeniach noworocznych, które redaktor Czejarek upublicznił na łamach Przeglądu Dziennikarskiego, wyraziłem życzenie, by Polacy znaleźli inspirację do pogłębiania swojej wiedzy, po to by nie ulegać bezmyślnie wszelkiego rodzaju manipulacjom. Tym artykułem chciałbym przyłożyć moją „cegiełkę” informacji, dotyczącej branży, która z racji mojego zawodu jest mi bardzo bliska. Wprawdzie nie znam się ne ekonomii na tyle, by w szczegółach rozumieć mechanizmy przepływu kapitału (a do tego sprowadza się handel pozwoleniami na emisję CO2), ale moja wiedza w tym zakresie umożliwia mi zrozumieć zamysł, celowość i mechanizm funkcjonowania opłat za emisję CO2.
W zamyśle autorów plakat ten miał dyskredytować Unię Europejską z powodu wprowadzenia opłaty emisyjnej. Nie wiem jak odbiera to statystyczny Polak, ale ja odbieram informacje z niego płynące jako świadectwo nieudolności rządzących. Regulacje przewidujące te dodatkowe opłaty znane były politykom już przed 20 laty, a więc upłynęło wystarczająco dużo czasu by przystosować energetykę do nowych wyzwań. Zrobiono w tym kierunku niewiele i obecne zwalanie winy za konieczność płacenia „kary” (bo tak możnaby potraktowć te dodatkowe opłaty) na Unię Europejską, odbieram jako próbę tuszowania swojej nieudolności. To płacenie „kary”, z punktu widzenia budżetu krajowego, należy jednak rozumieć jako zmniejszenie dochodu do budżetu Państwa, gdyż dochód z ich sprzedaży, tylko w roku 2021, wyniósł 5.6 mld €. Gdyby polskie elektrownie węglowe nie zatruwały środowiska, to dochód mógłby być dużo wyższy. Konkretne wartości można wyliczyć mając dane przyznanego Polsce limitu i wielkości emisji CO2 do atmosfery, jednak taka analiza wykracza poza ramy tego opracowania.
Pozwólcie Państwo, że podzielę się moją wiedzą na ten temat. Przedstawiony obrazowo na billboardzie udział kosztów „opłaty klimatycznej” w cenie energii elektrycznej – niezależnie od kłamliwych proporcji składników kosztów tej energii – sugeruje, że za ten stan winna jest Unia Europejska. Jednk prawda jest bardziej złożona. Obrazowo można wyobrazić sobie UE jako swego rodzaju policjanta pilnującego realizacji zobowiązań podjętych przez poszczególne Państwa z jednej strony, a z drugiej jako siłę sprawczą, dyktującą tempo i warunki odchodzenia od technologii prowadzących do niszczenia otaczającej nas przyrody. Ludzkość będąca cząstką ekosystemu podlega tym samym prawom co wszystkie otaczające nas organizmy żywe i niematerialna przestrzeń kosmiczna. Chroniąc przyrodę chronimy siebie.
Aby bliżej zapoznać się z mechanizmem wpływu opłaty za emisję CO2 na nasz rachunek za energię elektryczną, chciałbym przybliżyć Państwu historyczną perspektywę jego powstania, bo sprzedaż prawa do emisji CO2 funkcjonuje już w Europie od 15 lat. Za cały handel uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla, określanego skrótem EUA (ang. European Emission Allowances), odpowiada Komisja Europejska – najważniejszy organ wykonawczy Unii Europejskiej. Taki stan rzeczy nie świadczy jeszcze o tym, że to Unia Europejska jest pomysłodawcą handlu tymi emisjami. To Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w roku 1982 wprowadziły pionierski program regulacji poziomu zanieczyszczenia za pomocą handlu emisjami tetraetyloołowiu. Powodzenie tego projektu spowodowało, że również w innych dziedzinach zaczęto wprowadzać mechanizm handlu prawem do „zaśmiecania” środowiska i wprowadzania do obiegu produktów spożywczych szkodliwych dla organizmów. Regulacje dotyczące ograniczenia emisji CO2 po raz pierwszy pojawiły się w słynnym już protokole z Kioto. Dokument ten został podpisany w Japonii w 1997 roku. Fakt, że wszystkie kraje które ten protokół podpisały, musiały jeszcze poddać go ratyfikacji przez swoje własne parlamenty spowodował, że uzyskał on status aktu międzynarodowego dopiero 16. lutego 2005 roku. Polska jest obecnie jednym z 192 członków protokołu z Kioto.
W Polsce handel pozwoleniami do emisji dwutlenku węgla został uregulowany na mocy Ustawy z dnia 22. grudnia 2004 r. O handlu uprawnieniami do emisji do powietrza gazów cieplarnianych i innych substancji. Udział Unii Europejskiej w „wymuszaniu” na Polsce przyjęcie tego protokłu polegał na tym, że warunkiem wstąpienia Polski do UE było, między innymi, dostosowanie prawa krajowego do dyrektywy 2003/87/WE Parlamentu i Rady Europy regulującej problem opłat za wprowadzanie CO2 do atmosfery. Z ratyfikacją protokołu z Kioto, szczególnie tej części dotyczącej handlu prawami do emisji, nie było większego kłopotu, ponieważ Polska była w tym czasie największym beneficjentem korzystającym z tego prawa. Dlaczego to było możliwe? Należałoby tu wrócić do momentu transformacji ustrojowej w Polsce, gdyż zbieżność tejże z datą podpisania protokołu z Kioto ma decydujące znaczenie. Z uwagi na to, że bazą wyjściową do ustalenia wysokości dozwolonej emisji CO2 był istniejący stan faktyczny w okresie konstruowania tego protokołu, to właśnie różnica pomiędzy emisją przed i po transformacji decydowała o wielkości przyznanego Polsce limitu.
Nie jestem w stanie podać konkretnych danych na temat ilości ton emitowanego wtedy CO2, ale potrafię sobie wyobrazić różnicę pomiędzy stanem z przed transformacji a sytuacją obecną. Likwidacja ciężkiego i ”brudnego” przemysłu w postaci koksowni, hut, walcowni, stalowni itp. spowodowała, że redukcja zanieczyszczeń atmosfery drastycznie się obniżyła, czego efektem były „nadmiarowe” limity. Z możliwości handlu prawem do emisji budżet krajowy zyskał miliardy złotych, a mógłby zyskiwać w dalszym ciągu jeszcze dużo więcej, gdyby sam nie był zmuszony do „odliczania” emisji swoich własnych elektrowni węglowych.
Tu wtrącę pewną dygresję na temat negatywnych skutków przeobrażania przestarzałej gospodarki socjalistycznej w nowoczesną gospodarkę kapitalistyczną. Wielu krytyków obecnego systemu gospodarczego zupełnie „zapomina” o korzyściach, również materialnych, wynikających z likwidacji uciążliwego przemysłu. Pomijając niewymierne wartości dla zdrowia ludzkiego, to zyski ze sprzedaży prawa do emisji, stanowią niebagatelne wpływy do budżetu. W obarczaniu Unii „winą” za wprowadzenie opłaty emisyjnej widzę jeden ze składników manipulacji, gdyż – z jednej strony – koszty opłaty ponoszą producenci energii (co odbija się w cenie prądu), zaś z drugiej strony dysponentem zysku ze sprzdaży nadmiarowych certyfikatów jest Państwo. Unia Europejska narzuca sposób wykorzystania tylko 50% tego dochodu (na ekologię), o zagospodarowaniu pozostałej części decyduje Państwo .
Innym nie mniej istotnym elementem manipulacji jest przedstawiona na plakacie żarówka, na tle której pokazano symbolicznie udział opłaty klimatycznej w całkowitej cenie energii. Plakat ten skonstruowany został w ten sposób, że z prawnego punktu widzenia właścicielowi tego plakatu można zarzucić tylko niewielkie oszustwo. Chodzi mianowicie o to, że w tekście opisowym pokazującym udział „opłaty klimatycznej” w cenie prądu użyto określenia procentowego udziału w produkcji energii. Przeciętnemu obserwatorowi tego plakatu ta cena produkcji kojarzy się automatycznie z opłatą, którą ponosi on sam jako konsument. Potencjalny obserwator plakatu nie zwróci zapewne uwagi na słowo produkcji, a jeśli już, to nie będzie szukał w innych źródłach bliższych informacji co to znaczy. Sedno tej manipulacji polega na tym, że faktyczne koszty produkcji to zaledwie ok. 30% ceny jaką ponosi odbiorca końcowy energii. Nie będę polemizował czy te 60% „opłaty klimatycznej” (piszę w cudzysłowiu bo to określenie jest błędne) w kosztach produkcji jest prawidłowe czy nie, ponieważ różne źródła różnie podają ten procentowy udział, a operowanie procentami w składnikach ceny, obarczone jest pewnym błędem z uwagi na udział w niej kosztów stałych (niezależnych od wielkości produkcji) i zmiennych. Koszty te zależą nie tylko od aktualnej ceny na giełdach praw do emisji, ale również od zmiennej ceny węgla zastosowanego do jej produkcji. Większość specjalistów zajmujących się tą problematyką zakłada 30-40 procentowy udział kosztów za prawa do emisji w całkowitych kosztach produkcji. Zakładając nawet 50 procentowy udział kosztów emisyjnych w całkowitych kosztach produkcji, to przełoży się to na 15 % ceny, którą ponosi konsument. Uwzględniając fakt, że opłaty za emisję CO2 w całości trafiają do budżetu, to Państwo dostaje do ręki środki finansowe na modernizację elektrowni mającej na celu obniżenie emisyjności. Jak to wykorzystuje w praktyce, pokazuje historia elektrowni w Ostrołęce. Odbiorcę energii interesuje jednak głownie cena końcowa jaką musi ponieść za energię, którą zużył a nie jej poszczególne elementy. Pomimo, że w skład kosztów produkcji energii wchodzą składniki jednakowe dla wszystkich producentów i to niezależnie od kraju, to jednak mogą one przybierać różne proporcje zależne od stanu technicznego urządzeń i efektywności zarządzania. Druga część ceny jednostkowej (pozostałe 70 %) to są koszty związane z dystrybucją tej energii i inwestycjami w energetykę. Każde państwo prowadzi swoją politykę i samo decyduje, które koszty „włącza ” w cenę energii. O tym jak poszczególne państwa realizują swoje potrzeby w tym zakresie oraz sposobach „obciążania” tymi kosztami swoich obywateli, wymagałoby już detalicznej analizy fachowej, której szczegóły nie muszą interesować czytelników Przeglądu Dziennikarskiego.
Stawianie billbordów, takich jak na plakacie z początku artykułu, nie przynosi żadnych pożyt korzyści, a jego celem nie jest przekazywanie informacji, które mogłyby wpływać na poprawę warunków naszego życia, lecz po to by skierować uwagę na rzekomo negatywne działanie Unii. Dla mnie osobiście jest symbolem nieporadności w rozwiązywaniu problemów i próbą zrzucenia odpowiedzialności na innych.
Mógłbym sobie natomiast dobrze wyobrazić sytuację informującą obywateli, jak na przykład billboard przedstawiający schematycznie fakt „neutralizującego” działania lasu i pojedyńczego drzewa na zmniejszenie ilości CO2 w atmosferze. Spełniałoby to funkcje edukacyjnie i z korzyścią dla ochrony naszego środowiska. Ten fakt mogliby też wykorzystać nasi politycy podejmując odpowiednią inicjatywę w Uniii Europejskiej, by wprowadzić dodatkowe regulacje prawne nagradzające tych, co poprzez wprowadzanie dodatkowych ilości tlenu do atmosfery neutralizują ujemny wpływ CO2.
Polska, która z ogólną powierzchnią lasów wynoszącą ok.9,5 tys.ha plasuje się na 7 miejscu w Europie, mogłaby uzyskiwać dodatkowe dochody z tytułu pozytywnego działania lasu na zawartość CO2 w atmosferze. Nasi politycy są pełnoprawnymi członkami gremiów decyzyjnych UE, a więc mają też prawo występować z wnioskami ustawodawczymi i szukania większości do ich przegłosowania. Jednak obecnie zajmują się tylko krytyką UE i straszeniem zastosowania blokad dla wszelkich inicjatyw. Inna sprawa to czy w obecnym rządzie jest taka wola, gdyż wiązałaby się ona z ograniczeniem prowadzonej obecnie na wielką skalę wycinki istniejących lasów. Sądzę, że ta wycinka jest elementem szerszego programu. „Pieniądze są – tylko trzeba je umiejętnie zagospodarować”. Tylko… czy zapewni to nam lepszą przyszłość ?
P.S.: Już po napisaniu tego artykułu otrzymałem rachunek za energię elektryczną. Z wielką konsternacją stwierdziłem, że na rachunku za tą energię pojawiła się ta symboliczna żarówka przedstawiająca składniki kosztów ceny energii . Manipulacja trwa dalej i jest jeszcze bardziej dosadna.Tu obok tych 60% pojwia się tekst „koszty uprawnień do emisji CO2”. Oprócz tej żarówki jest jeszcze tabela ze składnikami kosztów z „fachowymi” nazwami jej elementów pozwalających częściowo te koszty rozszyfrować. Może by tak w ramach „uświadamiania” odbiorcy zażądać bliższego wyjaśnienia znaczenia tych składników? „Wszak Polacy nie gęsi i swój rozum mają”- parafrazując przesłanie Mikołaja Reja z roku 1562.
Autor: Bernard Mack











